Etykieta: zanieczyszczenie

„A co jeśli życie na Ziemi już wkrótce wyginie?!” Studium globalnego upadku systemowego

„A co jeśli życie na Ziemi już wkrótce wyginie?!” Studium globalnego upadku systemowego

upadek cywilizacji i systemuKtóż z nas nie zadawał sobie tego pytania? Ja zadaje sobie to pytanie odkąd pamiętam. Te rozważania nasiliły się u mnie szczególnie po 2009 roku, gdy zacząłem interesować się sprawami polityki, oszustw, korupcji i konspiracji w nauce, medycynie i gdzie tylko one występują. Wtedy wielu prawicowo nastawionych komentatorów i publicystów darło szaty, pytając: „a co z następnymi pokoleniami? A co, jeśli następnych pokoleń nie będzie?!„. Dziś wspomnienie tego wszystkiego wzbudza we mnie jedynie lekki, cyniczny uśmieszek.

Po pierwsze i najważniejsze – samo rozważanie tematu upadku cywilizacji, zagłady biologicznej, czy strukturalnej, systemowej niewydolności – jest tematem tabu. Poruszając ten oficjalnie nie istniejący temat, narażasz się na społeczny ostracyzm, wyśmianie. W najlepszym wypadku usłyszysz to, co ja przed laty, cytuję: „Jarek, ja wiem że ta cywilizacja kiedyś pierdolnie z wielkim hukiem i upadnie, ale co mnie to obchodzi? Wolę się bawić i korzystać z życia„. Póki codzienna micha ryżu jest, póki woda cieknie z kranu, póki co wieczór puszczana jest seria telenowel – nic się nie zmieni w tej materii.

Uważam dziś, że po prostu nie ma się czym przejmować. Nie oznacza to jednak, że mamy się tymi zagadnieniami nie zajmować. Mamy ciążące na naszej chorej cywilizacji, jak fatum, widmo zagłady – ekologicznej, biologicznej, militarnej, ekonomicznej..  każdej innej. Bo faktem jest, że żyjemy w czasach straszliwej niewydolności i nadciągającego nieuchronnie kolapsu prawie wszystkich istniejących od wieków systemów – politycznych, ekonomicznych, społecznych, moralnych, ideologicznych, religijnych. Najbardziej szokującym i bolesnym przejawem systemowej niewydolności jest fakt, że ziemskie ekosystemy już nie wytrzymują ciągłej kapitalistycznej eksploatacji i rabunkowej gospodarki prowadzonej przez 7 miliardów żarłocznych i nienasyconych ludzkich ego. Trwa kolejne „wielkie wymieranie” gatunków, tym razem spowodowane przez człowieka.

Wróćmy do wyrażanych na początku felietonu wątpliwości. Otóż, czy od Ciebie, od nas zależą te wszystkie globalne niekorzystne zmiany? Nie. Pora raz na zawsze skończyć z przekonaniem, że człowiek rozumny (homo sapiens) jest gatunkiem będącym „ponad” przyrodą, ponad ekosystemem. Niby czym się wyróżniamy? Owszem, mamy rozum, logikę, ale także empatię. Jako jedyny gatunek żywy na Ziemi zdajemy sobie sprawę z przemijalności życia, ze śmiertelności. Jako jedyny gatunek mamy egzystencjalne, choć dziś bardzo niemodne, wręcz zakazane – dylematy. Jednak czy wykorzystaliśmy, patrząc z perspektywy globalnej, tę niesamowitą szansę daną nam przez naturę?

Popatrz na ten świat. Faktem bezsprzecznym jest to, że jesteśmy również gatunkiem, który spowodował najwięcej zła i cierpienia, jak i najwięcej zniszczeń w dziejach Ziemi. Niby mamy jakiś tam potencjał, ale czy go wykorzystujemy? Choć w minimalnym stopniu? Całe rzesze ludzi we wszystkich epokach, ponad poznanie prawdy, przenosiły spokojny sen, przysłowiową „pełną kichę” i rozrywkę. Jesteśmy gatunkiem, który zamiast empatii, ponoć wrodzonej, woli rozwijać zabijanie ludzi i zwierząt dla sportu, przyjemności, który woli czynić zło, rywalizować, walczyć, niszczyć.

Zamiast używania naszej logicznej i racjonalnej części naszej istoty, wolimy cały czas zaspokajać nasze próżne, bazujące na prymitywnych emocjach ego (seks, alkohol, narkotyki, i inne pobudzanie receptorów przyjemności). Z ciągłego zaspokajania prymitywnych żądz i często brutalnych popędów, uczyniliśmy styl życia. Ale nawet w emocjach nie jesteśmy mocni. Znajomość własnej psychiki, emocjonalności, psychologii – to jedna wielka rozpacz, szczególnie u mężczyzn. Egzystencjalne dylematy, ważne pytania, poszukiwanie odpowiedzi, dociekanie? A zapomnij! Zaraz usłyszysz słynne: „nie filozuj”, a czasami możesz zostać wręcz posądzony o „nienormalność”, bo miałeś czelność podważyć powszechnie obowiązujący debilizm.

Popatrz obiektywnie, czy jako gatunek wnieśliśmy coś dobrego do rozwoju i egzystencji planety? Czy może tylko ją zanieczyściliśmy i zniszczyliśmy tak, że dalsze trwanie życia biologicznego na niej stoi pod poważnym znakiem zapytania? Pora skończyć z mitem „dobrego antropocenu”. Chcemy, by antropocen – okres dominacji człowieka rzekomo rozumnego – trwał pomimo wszystko. Mówimy, że antropocen jest wartością sam w sobie. Ale czy mamy ku temu podstawy, by tak sądzić? A może my, ludzie, nie wykorzystaliśmy danej nam szansy, i teraz pozostanie tylko czekać na bolesny koniec?

Chociaż tutaj istnieje jeszcze inny dylemat. Otóż wielu ludzi zadaje sobie pytanie, czy to człowiek jest taki zły, i przez swoje postępowanie doprowadził do istnienia tak nieludzkiego systemu? Czy może jest to tylko skutek – zaś prawdziwa przyczyna to fakt, że.. ta planeta i jej natura są psychopatyczne, amoralne, złe? Spotykałem się wielokrotnie ze stwierdzeniem, że Ziemia to piękna planeta, tylko ludzie poprzez swoje postępowanie zasyfili ją i doprowadzili do powstania represyjnych systemów politycznych, ekonomicznych i społecznych.

Tego typu myślenie jest typowe dla zafascynowanych „eko-” stylem życia wyznawców new age, czyli tych wszystkich dobrych energii itp. Oni również tkwią w iluzji i nie potrafią przyjąć do siebie brutalnej prawdy. Prawdy o tym, że ta planeta, jak i wszystkie siły kierujące jej naturą, przyrodą – mają bezwzględny, zły, opresyjny, agresywny, psychopatyczny i absolutnie amoralny charakter. Żyjemy w kosmicznym obozie koncentracyjnym, w globalnej „Korei Północnej”, gdzie od zawsze promuje się najpodlejsze i najniższe z możliwych zachowań i reakcji.

Wszystko opiera się na tym, że ta planeta jest planetą braków. Braki dotyczą wszystkiego, więc całe istniejące na niej życie jest patologicznie zajęte zdobywaniem i gromadzeniem rozmaitych zasobów za wszelką cenę. W tak skrajnych warunkach nie liczą się żadne zasady, sentymenty. Ba! Dla macochy natury nie liczy się nawet szczęście i spełnienie powołanych do życia osobników. Bo w świecie, gdzie jednego dnia masz pożywienie, a za tydzień możesz w niesamowitych boleściach umierać z głodu – są ważniejsze priorytety. Czyli przeżycie z dnia na dzień, obłąkańcze gromadzenie zasobów – „nachapanie się”, zdobycie jak największych terytoriów i jak największe rozmnożenie się. W tak okrutnych i surowych warunkach, jednostka która filozofuje, ma jakieś zasady, sentymenty, wrażliwości – zwyczajnie nie przetrwa.

Z drugiej strony, oprócz świadomości nieuchronności systemowej zagłady – ciekawy jest pogląd przeciwny. Czyli przekonanie, że żyjemy w dobie „zmiany obowiązującego paradygmatu”, z psychopatycznego, zwierzęcego, na bardziej empatyczny, ludzki. Mamy znajdować się teraz w okresie wzrostu świadomości emocjoalnej i duchowej wśród ludzi. Ja jestem co do tego jednak sceptyczny. Owszem, jest to możliwe, ale w wąskim zakresie – zakresie jednostek. Ale nie całego społeczeństwa. Dam Wam taki przykład – wyobraź sobie, że w szkole masz klasę, gdzie znajdują się dzieci w wieku od 4 do 18 lat. I teraz pytanie: które dzieci będą zainteresowane np matematyką wyższą, fizyką kwantową, a także sprawami „przejścia” do wyższej klasy, do nowej, bardziej zaawansowanej szkoły? Oczywiście, będą to dzieci w wieku 16 do 18 lat. Cała reszta takiej hipotetycznej klasy, w wieku 4 do 15 lat, będzie zainteresowana wygłupami, opowiadaniem chamskich dowcipów, słuchaniem muzyki i oglądaniem filmów na lekcji.

Poza tym, czy jest możliwe, że tego typu upadłe planety jak Ziemia – planety piekła, czyśćca, planety „drugiej szansy” – są również potrzebne w kosmosie i mają w nim należne miejsce? Może my, chcąc jakoś tam zmienić świat na lepsze, niepotrzebnie wpieprzamy się między wódkę a zakąskę, i wręcz zakłócamy ustaloną przez Architekta wszechświata, kosmiczną harmonię? Pamiętajmy, że egregory – świadomości zbiorowe religii, ideologii, cywilizacji – bronią się na zasadzie wahadła, i uderzają w takich antysystemowo nastawionych ludzi jak my. Anthony de Mello stracił w ten sposób zdrowie i ok. 20 lat życia – zmarł przedwcześnie jako w miarę młody człowiek.

Teraz powoli zaczynam rozumieć to, że masoneria i illuminaci mają w wielu punktach gorzką rację. rozumiem również Czytelników stron takich jak moja, którzy w goryczy piszą: „możliwe, że następne pokolenia dojdą do wniosku, że trzeba się umówić, i wspólnie puścić tę planetę z dymem, by zakończyć to globalne cierpienie„.

Autor: Jarek Kefir

Chcesz wspomóc moje niezależne inicjatywy i sprawić, by tego typu wpisy pojawiały się z regularną częstotliwością? Aby to zrobić, kliknij tutaj (link).

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł – podaj go dalej i pomóż go wypromować! Pomóż innym zapoznać się z tą tematyką.

 

Postindustrialny schyłek cywilizacji: wolny rynek, materializm i ich patologie

Postindustrialny schyłek cywilizacji: wolny rynek, materializm i ich patologie

upadek cywilizacjiZapraszam na kolejny artykuł przetłumaczony przez blogera Ex ingorant (link) który opisuje materializm, mechanizmy kapitalistyczne i generowane przez nie patologie społeczne.

Skupia się tutaj uwagę na odcięciu człowieka postindustrialnej ery XXI wieku od naturalnych więzi społecznych. Pamiętajmy jednak że wszystko ma dwie strony  – dobrą i złą. Nie gloryfikuję wcale tego, co było kiedyś, rzekomo w „starych dobrych czasach”. Tak naprawdę owych „starych dobrych czasów” nigdy nie było, bo nigdy nie było „dobrych” czasów na tej planecie, która jest piekłem, tudzież czyśćcem.

Warto więc zwrócić uwagę na te patologie, jakie rodzi współczesna cywilizacja. Ale z drugiej strony, trzeba mieć świadomość pewnego, hmm, aksjomatu – „większość problemów dzisiejszego świata jest absolutnie nierozwiązywalnych, bo każde rozwiązanie generuje zło”. Cywilizacja, kapitalizm, wolny rynek – to bezduszne, okrutne mechanizmy, odzierające człowieka z indywidualności, godności, duchowości. I pod tym względem przypominają bardzo równie okrutną „macochę naturę”, której obce są pojęcia moralności, szczęścia, a los powołanych do życia istot jej nie obchodzi. Liczy się tylko rozmnażanie i zajmowanie kolejnych terytoriów i zasobów. Czyli podobnie jak w kapitalizmie. Bo tak naprawdę wszystko jest ze sobą związane, wszechświat jest fraktalem, hologramem. Warunki i „programy” znane z natury, której jedynym celem jest przetrwanie, rozmnażanie i zajmowanie kolejnych terenów, mają też odwzorowanie w wielu innych sferach życia. To świat, w którym mieszkamy, jest chory.

Jednak obecnie nasza cywilizacja doszła do pewnego schyłku. Przekroczyliśmy już dawno granicę, której nikt jeszcze nie przekroczył i której przekraczać nigdy nie należało. Zasoby Ziemi są na wyczerpaniu, ekosystemy nie wytrzymują rabunkowej eksploatacji, jest coraz więcej ludzi i coraz mniej miejsca. Nie mamy drugiej planety, którą można by podbijać, zaludniać, eksploatować i generować tam w nieskończoność wzrostu PKB – który jest chorym fetyszem kapitalistów. Orkiestra będzie grała w najlepsze do końca, jak na Titanicu, a ostatni zgasi światło życia na Ziemi.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Cytuję: „Fragmenty wstępu do pracy badawczej Bruce’a K. Alexandra, profesora emeritusa Wydziału Psychologii Uniwersytetu Simona Frasera, zatytułowanej: „Korzenie uzależnień w społeczeństwie wolnorynkowym.”

Streszczenie

Słowo „uzależnienie” zaczęło być stosowane w zawężonym zakresie wobec nadużywania narkotyków w XX wieku, chociaż w przeszłości odnosiło się także do innych nawyków poza-narkotykowych. Wystarczające dowody potwierdzają, że poważne uzależnienia poza-narkotykowe są równie niebezpieczne i oporne na leczenie jak narkomania, bez względu na to, czy dotyczą pożądania pieniędzy, władzy, pracy, jedzenia lub dóbr materialnych.

Nałóg we współczesnym świecie można rozumieć najlepiej jako kompulsywny styl życia przyjmowany przez osoby jako rozpaczliwy substytut, kiedy są one odcięte od niezliczonych bliskich więzi między ludźmi i grupami – począwszy od rodziny, a skończywszy na duchowej wspólnocie – które są niezbędne dla każdego człowieka w każdym typie społeczeństwa. Więzi te nazywane są (tutaj) „integracją psychospołeczną.”

Niniejsza praca dowodzi, że (wyjaśniona poniżej) dyslokacja jest koniecznym prekursorem nałogu i na podstawie konkretnych przykładów pokazuje, iż wolne rynki nieuchronnie wywołują powszechną dyslokację wśród biednych i bogatych. W miarę jak przyspiesza globalizacja, to samo dzieje się z procesem rozprzestrzeniania się dyslokacji i uzależnień.

Aby „wolne rynki” były „wolne,” wymiana pracy, ziemi, walut i towarów konsumpcyjnych nie może być skrępowana elementami integracji psychospołecznej, takimi jak lojalność wobec klanu, powinności wiejskiej wspólnoty, prawa gildii lub związków, dobroczynność, zobowiązania rodzinne, role społeczne lub wartości religijne. Tradycje kulturowe „wypaczają” swobodną grę praw popytu i podaży, dlatego muszą zostać zdławione. Przykładowo w gospodarkach wolnorynkowych ludzie mają przenosić się tam, gdzie można znaleźć zatrudnienie, jak również dostosować swoje życie zawodowe i kulturalne gusta do potrzeb rynku globalnego.

Ludzie nie mogący osiągnąć integracji psychospołecznej rozwijają „zastępcze” style życia. Są one powiązane z nieumiarkowanymi nawykami, które między innymi obejmują przyjmowanie narkotyków oraz relacje społeczne niewystarczająco bliskie, stabilne i akceptowalne kulturowo, aby zapewnić więcej niż minimalną integrację psychospołeczną. Ludzie nie będący w stanie znaleźć lepszego sposobu na osiągnięcie integracji psychospołecznej lgną do swojego zastępczego stylu życia z uporem, który prawidłowo nazwa się uzależnieniem.

Uzależnienie w świecie starożytnym było okazjonalnym utrapieniem, ale zamieniło się w stale wzbierające zagrożenie, kiedy społeczeństwa zachodnie obrały kierunek ekonomii wolnego rynku i rewolucji przemysłowej. Jako że zachodnie społeczeństwo opiera się obecnie na zasadach wolnego rynku, które powodują masową dyslokację – a dyslokacja jest prekursorem uzależnienia – uzależnienie od licznych, przeróżnych dążności nie jest patologicznym stanem nielicznej grupy, ale w większym lub mniejszym stopniu powszechną przypadłością zachodniego społeczeństwa. Zachodnie społeczeństwo wolnorynkowe zapewnia również model globalizacji, co oznacza, że masowe uzależnienie jest globalizowane pospołu z językiem angielskim, Internetem i Myszką Miki.

Próby leczenia lub zapobiegania uzależnieniom, które ignorują związek między wolnymi rynkami, dyslokacją i nałogami okazują się być niczym więcej, jak prowizorycznym opatrunkiem. Rozwiązanie problemu uzależnienia wymaga fundamentalnych zmian politycznych i gospodarczych. Początek przeobrażeń to realistyczna dyskusja o uzależnieniach, która uznaje, iż tworzy je masowo społeczeństwo wolnorynkowe, a samo społeczeństwo – podobnie jak jego uczestnicy – musi poddać się zmianie. Niezbędne jest odejście od poczynań, które osłabiają naszą zdolność dbania o siebie nawzajem i budowania trwałych, zdrowych społeczności.

Oczywiście analizowanie skutków ubocznych „wolnych rynków” i „nowej gospodarki” jest niewygodne w chwili, gdy prawie każdy naród świata zdaje się desperacko zabiegać o wstęp na wolnorynkową biesiadę, aby skosztować smakołyków i nacieszyć się euforią zaawansowanej technologii. Jednakże ignorowanie problemu ma własne skutki uboczne, które są wyraźnie widoczne wokół nas.

Wolne rynki, dyslokacja i uzależnienia

Wszystkie dzieci są silnie zmotywowane do utrzymywania bliskich więzi społecznych ze swoimi rodzicami i opiekunami. O ile dążenie to nie zostanie poważnie zakłócone, starsze dzieci i dorośli starają się później stworzyć i utrzymać inne bliskie relacje – na przykład z przyjaciółmi, szkolnymi koleżankami i kolegami, współpracownikami, a także z grupami o charakterze rekreacyjnym, etnicznym, religijnym lub narodowościowym. Eric Erikson przedstawił to jako trwającą całe życie batalię o osiągnięcie „integracji psychospołecznej”; stan, w którym ludzie rozkwitają równocześnie jako jednostki i członkowie swojej kultury.

Erickson wykazał, że integracja psychospołeczna jest niezbędna dla każdej osoby, w każdym społeczeństwie – czyni egzystencję znośną, a nawet radosną w jej kulminacyjnych momentach.

Niewystarczającą integrację psychospołeczną można nazwać „dyslokacją.” Dotkliwa, długotrwała dyslokacja jest trudna do zniesienia. Kiedy zostaje ludziom narzucona – np. w formie ostracyzmu, ekskomuniki, wygnania lub odosobnienia – jest tak męcząca, że od starożytności do chwili obecnej wykorzystuje się ją jako straszliwą karę. Dotkliwa, długotrwała dyslokacja regularnie prowadzi do samobójstwa.

Dyslokacja może mieć wielorakie przyczyny. Może być rezultatem klęski żywiołowej, która niszczy dom danej osoby, lub paraliżującego wypadku, który pozbawia osobę pełnego uczestnictwa w społeczeństwie. Może być narzucona przemocą, na przykład poprzez wysiedlenie mas ludności lub maltretowanie dziecka, które następnie stroni od jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi. Może być narzucona bez przemocy, na przykład kiedy rodzic zaszczepia nierealistyczne poczucie wyższości, które sprawia, że dziecko staje się nieznośne dla innych. Może być wybrana dobrowolnie, przykładowo w upartym zabieganiu o bogactwo podczas „gorączki złota” lub łapaniu „nadarzającej się okazji.” Wreszcie dyslokacja może być powszechna, jeśli społeczeństwo systematycznie ogranicza integrację psychospołeczną u wszystkich swoich członków. Powszechna dyslokacja jest zjawiskiem endemicznym w społeczeństwie wolnorynkowym.

Mimo iż każda osoba w którymkolwiek społeczeństwie może stać się ofiarą dyslokacji, nowoczesne społeczeństwa zachodnie zapewniają ją wszystkim swoim członkom w większym lub mniejszym stopniu, ponieważ wszyscy muszą uczestniczyć w „wolnych rynkach,” które kontrolują siłę roboczą, ziemię, pieniądze i dobra konsumenckie. Wolny rynek wymaga, aby uczestnicy przyjęli role indywidualnych aktorów gospodarczych nieskrępowanych przez zobowiązania rodzinne i przyjacielskie, lojalność wobec klanu, powinności wspólnotowe, odruchy dobroczynności, wartości zgromadzenia wyznaniowego, grupy etnicznej lub narodu. W myśl podstawowej maksymy społeczeństwa wolnorynkowego – proklamowanej przez Adama Smitha – rynki regulowane przede wszystkim przez prawo popytu i podaży maksymalizują na dłuższą metę dobrobyt jednostki poprzez pomnażanie „bogactwa narodów.”

Dojmująca dyslokacja prowokuje desperacką reakcję, ogólną lub idiosynkratyczną. Ludzie dotknięci dyslokacją usiłują znaleźć lub przywrócić integrację psychospołeczną – próbują jakimś sposobem „wziąć się w garść.” Ludzie, którym niezmiennie nie udaje się osiągnąć prawdziwej integracji psychospołecznej ostatecznie konstruują styl życia będący jej substytutem. Zastępczy styl życia niesie ze sobą relacje społeczne, które są niedostatecznie bliskie, trwałe i akceptowalne kulturowo, aby zaoferować więcej niż minimalną integrację psychospołeczną. W najlepszym razie te zastępcze style życia mogą być twórcze, jak w przypadku ekscentrycznego artysty lub technologicznego speca, ale zazwyczaj są one banalne i niebezpieczne, jak w przypadku członka młodzieżowego gangu lub ulicznego narkomana.

Nawet najbardziej szkodliwe zastępcze style życia pełnią funkcję adaptacyjną. Na przykład żarliwe oddanie wobec brutalnego, młodzieżowego gangu – chociaż może być obrazą dla społeczeństwa i osobistych wartości członka bandy – znieść jest znacznie łatwiej niż całkowicie zatraconą tożsamość. Jałowe przyjemności ulicznego „ćpuna” – członkostwo w dewiacyjnej subkulturze, tymczasowe uśmierzenie bólu, nerwowy dreszcz drobnej przestępczości – podtrzymują egzystencję w większym stopniu niż nieubłagana bezcelowość dyslokacji. Właśnie dlatego ludzie pozbawieni alternatywy umożliwiającej uzyskanie integracji psychospołecznej tak kurczowo trzymają się uzależnień.

Oczywiście uzależnienia mogą wystąpić w każdym społeczeństwie, z plemiennym i socjalistycznym włącznie. Na przykład nałóg alkoholowy było szeroko rozpowszechniony w Związku Radzieckim, który nie posiadał gospodarki wolnorynkowej. Było tak najpewniej dlatego, że społeczeństwo sowieckie łączyła ze społeczeństwem wolnorynkowym gotowość zniszczenia integracji psychospołecznej na wielką skalę w interesie rozwoju gospodarczego i czystości ideologicznej, co ilustruje kolektywizacja rolnictwa.

Zawodowi badacze uzależnień poświęcili niewiele miejsca na analizę społeczeństwa wolnorynkowego i dyslokacji, ponieważ obszar ich dociekań został ogrodzony z czterech stron przez zawodowe konwencje. Po pierwsze, za naprawdę ważne uznaje się wyłącznie badania eksperymentalne i medyczne, gdyż inne podejścia jawią się jako zbyt filozoficzne, polityczne, literackie, anegdotyczne lub nienaukowe. Po drugie, uwagę szczodrze skupiono na uzależnieniu od alkoholu i narkotyków; pominięto fakt, iż inne nałogi są często nie mniej niebezpieczne i bardziej pospolite. Po trzecie, amerykańskie przykłady, dane i ideologia ukierunkowały tę dziedzinę w największym stopniu, chociaż potężne siły polityczne ograniczają tam debatę bardziej niż w innych krajach. Po czwarte, mimo iż kilku pojedynczych uczonych mówi o tym otwarcie, zawodowi badacze rzadko sprzeciwiają się uprawianej przez media nurtu głównego dezinformacji na temat narkotyków i uzależnień. W tych warunkach, skoro zawodowcy robią małe postępy, społeczeństwo postąpi właściwie odwołując się do zdrowego rozsądku i historii. […]

Przyczyna uzależnień znana od lat 70-tych

Bruce Alexander wyjaśnił, że starą teorię uzależnień wyłoniła seria eksperymentów przeprowadzonych wcześniej w XX wieku. Wykorzystano je w słynnej amerykańskiej reklamie antynarkotykowej z lat 80-tych. To był prosty eksperyment: w klatce z dwoma poidłami zamknięto szczura. W jednym była zwyczajna woda, zaś w drugim woda zmieszana z heroiną lub kokainą. Zwierzę prawie zawsze preferowało narkotykowy koktajl, co prawie zawsze kończyło się jego śmiercią. Wniosek był jednoznaczny: mamy do czynienia z uzależnieniem.

Ale w latach 70-tych profesor Alexander powiedział: „Hola, chwileczkę. Pozostawiamy szczura w pustej klatce. Nie ma innego zajęcia oprócz picia narkotykowego drinka. Wprowadźmy pewne zmiany.” Badacz zbudował więc „Szczurzy park.” Był to prawdziwy szczurzy raj: urozmaicone menu, liczne grono przyjaciół, mnóstwo interesujących zajęć, stymulujące środowisko. Zainstalowano oczywiście dwa poidła: z wodą normalną i ‚wzbogaconą’ narkotykiem. Zdarzyła się rzecz fascynująca: rezydenci „Szczurzego parku” sporadycznie zaspokajali swoje pragnienie narkotykowym napojem. Nie doszło do przedawkowania. Nie pojawiły się żadne oznaki uzależnienia lub kompulsji.

Okazało się, że teorie uzależnienia głoszone przez prawicę (masz moralny defekt, jesteś hedonistą, ostro imprezujesz, folgujesz sobie) i lewicę (twój mózg zostaje uprowadzony, przejęty) są błędne.

Sprawcą nie jest ani twoja moralność, ani twój mózg, tylko twoja klatka. Uzależnienie jest po prostu przystosowaniem do środowiska.

Stworzyliśmy społeczeństwo, w którym nieprzebrana rzesza współziomków konfrontuje się z bezbarwną teraźniejszością. Hiper-materialistyczne, hiper-indywidualistyczne społeczeństwo sprawia, że czujemy się jak szczury w pierwszej klatce. Jesteśmy odcięci od źródła. Ewolucja człowieka nie przygotowała nas do życia w charakterze idealnego obywatela hiper-konsumpcyjnego państwa.”

Tłumaczenie: exignorant
Źródło: https://exignorant.wordpress.com/2015/02/26/winna-jest-klatka/

Upadek globalnych systemów i nieuchronny kolaps cywilizacji

Upadek globalnych systemów i nieuchronny kolaps cywilizacji

upadek cywilizacjiWklejam ciekawy artykuł będący tłumaczeniem tekstu Johna Michaela Greer’a wykonanym przez tłumacza wartościowych tekstów, Ex ignoranta. Mówi on, że ludzki postęp i wzrost technologiczny jest totalną fikcją. Fikcją, za którą już teraz płacimy straszliwą cenę. Cena ta to obecnie trwające, bodaj szóste wielkie wymieranie gatunków. Zaczęło się od pomoru pszczół na ogromną skalę (tzw. „apokalipsa pszczół”). Kolaps globalnych ekosystemów idzie jednak dalej. Wielokrotnie na plażach czy w innych środowiskach, znajdywano dziesiątki tysięcy, a nieraz miliony padłych zwierząt. Np krabów, ryb, waleni, fok, ptaków.

Dlaczego tak się dzieje? Musimy sobie uświadomić, że całą Ziemią rządzą kliniczni psychopaci – i to ich najgorszy typ, knujący spiski i zbrodnie przeciwko narodom / ludzkości. Broni ich zarówno prawica (chadecja za granicą, czy faszysta Korwin Mikke w Polsce) jak i lewica (zafascynowane kartelami farmaceutycznymi i wszelkimi innymi racjonalistyczne lewactwo tytułujące się mianem „zwolenników nauki” – w Polsce skupiają ich kanały #ttdkn i #neuropa).

Antropocen czyli epoka globalnej dominacji człowieka może być ostatnią epoką życia na Ziemi. Nie ma już dokąd uciekać, tak, jak to było w przypadku kolapsu poprzednich imperiów, np rzymskiego. Nie mamy „planety B”, którą można by kolonizować i podbijać. Nie mamy „planety B” na której można by generować nieskończony wzrost gospodarczy (odrażający fetysz współczesnych „ekonomiaków”) i na której można by dawać upust żarłocznemu ego tych psychopatów. Wszystko wskazuje na to, że prowadzą oni planetę ku ekonomicznej, a potem biologicznej zagładzie. Orkiestra będzie grała aż do końca, jak na Titanicu. Korki szampanów będą strzelać, a wesołe spazmy z najdroższą odmianą kokainy będą trwały aż do 4 rano. Obudzimy się o tej 7 rano, i dotrze do nas, że nasze państwa zbankrutowały, a ekosystemy są już nieodwracalnie zniszczone.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Technologiczne przesądy: kłamstwa o ludzkim postępie

Cytuję: „Z przyjemnością informuję, że koteria naukowców i pisarzy science-fiction wykombinowała, co jest nie tak z dzisiejszym światem: media popularne prześladuje nadmiar negatywnych wizerunków przyszłości. Ażeby przeciwdziałać temu potopowi nieuzasadnionego pesymizmu, zorganizowali oni grupę o nazwie Projekt Hieroglif i opublikowali antologię nowych, radosnych, pozytywnych opowieści spod znaku naukowej fikcji o cudownych, świeżych technologiach, które mogą stać się rzeczywistością w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat. To powinno niezawodnie uzdrowić naszą sytuację!

Współczesny kryzys społeczeństwa przemysłowego nie jest spowodowany brakiem optymizmu; jego korzenie wbijają się głęboko w twarde podłoże geologicznych i termodynamicznych realiów, sięgają do śmiertelnego niedopasowania fantazji niekończącego się wzrostu gospodarczego i nienaruszalnych granic planety o skończonej biosferze, penetrują mniej śmiertelne w sensie konsekwencji natychmiastowych, ale jeszcze bardziej wszechobecne niedopasowanie fantazji wiecznego postępu technologicznego, a także tę znaną nemezis wszelkiego liniowego myśleniaprawo malejących korzyści [przychodów]. Porażka optymizmu, którą opłakują pisarze jest symptomem, a nie przyczyną i upieranie się, że receptą na nasze problemy jest nakarmienie ludzi optymistycznymi wyobrażeniami przyszłości bardzo przypomina decyzję, iż najlepszym sposobem na to, aby poradzić sobie z migającymi, czerwonymi światełkami ostrzegawczymi na panelu sterowania samolotu jest oklejenie ich małymi kawałkami nieprzezroczystej, zielonej taśmy – i wszystko będzie w porządku.

To nie jest tak, że w ostatnich latach cierpieliśmy na brak beztrosko optymistycznych wizji gadżetocentrycznej przyszłości. Przyznaję, że najbarwniejsze dzieła wizjonerskiej fikcji, z jakimi zetknęliśmy się w ostatnim czasie zrodziły się w umysłach tych ekonomistów i polityków, którzy niestrudzenie utrzymują, iż jedynym wyjściem z naszej obecnej gospodarczej i społecznej niedyspozycji jest powielenie – w większej ilości – tych samych zabiegów, które ją wywołały. Poza tym każdy z czytelników, który wstąpi do księgarni w poszukiwaniu pozycji o podróżach międzygwiezdnych lub którymkolwiek z pozostałych rytuałów współczesnego kultu postępu nie będzie musiał specjalnie się natrudzić, aby je znaleźć. Doszło raczej do tego, że podobne lektury nie są już tak popularne, jak niegdyś, ponieważ ludziom bardziej przypadły do gustu opowieści o przyszłości ponurej, zamkniętej w parametrach definitywnych ograniczeń.

Należy zapytać, dlaczego tak jest. Z mojego punktu widzenia istnieją co najmniej trzy bardzo dobre powody.

Po pierwsze, ta bardziej ponura przyszłość i jej bezwzględne granice odzwierciedlają realia życia we współczesnej Ameryce. Odstawmy na bok górne dwadzieścia procent populacji pod względem dochodów i okaże się, że Amerykanie od ponad czterech dekad są świadkami miarowego staczania się standardu życia. W 1970 roku – odnotuję tylko jedną miarę tego, jak daleko sprawy zaszły – amerykańska rodzina dysponująca pojedynczą pensją klasy robotniczej mogła sobie pozwolić na zakup domu, terminowe opłacenie wszystkich rachunków, zapewnienie trzech sutych posiłków dziennie i nadal pozostawało jej dość środków na okazjonalne wakacje lub nabycie luksusowego artykułu. A teraz? Pojedyncza pensja rodziny z klasy robotniczej nie wystarcza, aby uniknąć życia na ulicy.

Ta historia nieubłaganego schyłku gospodarczego ma ogromny wpływ na stosunek wobec przyszłości, nauki i postępu technologicznego. W 1969 roku jedynie w gettach, gdzie Ameryka zamknęła swoją miejską biedotę, znacząca liczba ludzi zareagowała na księżycowe lądowanie załogi pojazdu Apollo obrzydzeniem i alienacją, którą w pamiętnej, wściekłej balladzie Białas na Księżycu wyraził Gil Scott-Heron. W dobie obecnej zdecydowanie liczniejsza rzesza Amerykanów – prawdopodobnie większość – postrzega najnowsze, okrzyczane osiągnięcia nauki i techniki jako jeszcze jeden pokaz bezsensownych akrobacji, które nie przyniosą im żadnego pożytku.

Łatwym do sformułowania, acz chybionym byłoby przekonanie, że ocena ta jest mylna. Poza zawężającym się kręgiem dobrze sytuowanych Amerykanów większość populacji poświęca coraz więcej czasu na rozwiązywanie problemów spowodowanych przez technologie, niż na rozkoszowanie się płynącymi z nich korzyściami. Przeważająca część zlikwidowanych przez automatyzację miejsc pracy zapewniała ubogim godziwy zarobek; większość terenów, które służą za wysypisko toksycznych odpadów podobnie zamieszkują osoby z dołu społeczno-gospodarczej piramidy – to początek listy niezamierzonych konsekwencji i technologicznych niewypałów. Korzyści z nowej technologii płyną przede wszystkim w górę drabiny społecznej, natomiast koszty i następstwa w dół; ma to wiele wspólnego z faktem, że wnuki osób, które z pąsowymi rumieńcami śledziły perypetie Jetsonów teraz wolą Igrzyska śmierci.

To pierwszy powód. Drugim jest to, że od dziesiątków lat zdecydowana większość twierdzeń o cudownych nowych technologiach, które miały nieuchronnie stać się częścią naszego życia okazała się być błędna. Od plecaków odrzutowych i latających samochodów, przykrytych kopułą miast i wakacji na Księżycu, przez elektrownie jądrowe, które generują energię elektryczną tak tanią, że nie ma nawet sensu jej mierzyć, aż do podboju ubóstwa, chorób, a nawet śmierci – gros zapowiedzi formułowanych przez propagandystów i publicystów postępu technologicznego nie zmaterializowało się. To zrozumiałe, że kolejne przydziały obietnic robią na ludziach wyraźnie mniejsze wrażenie.

Kiedy byłem dzieckiem – proszę mi pozwolić na osobistą refleksję – jedna z moich ulubionych książek nosiła tytuł Polecisz na Księżyc. Podejrzewam, że spore grono Amerykanów mojego pokolenia pamięta tę pozycję, jakkolwiek słabo, z jej efektownie połyskującą ilustracją podróży kosmicznej w bliskiej przyszłości: wielka stożkowata rakieta z uskrzydlonym górnym modułem, biała stacja w kształcie obwarzanka wirująca na orbicie, plus cała reszta. Naprawdę spodziewałem się, że odbędę kiedyś tę podróż, a w przekonaniu tym utwierdzał mnie chór autorytatywnych głosów, dla których permanentne stacje kosmiczne, bazy na Księżycu i załogowe lądowanie na Marsie były gwarantowane przed rokiem 2000.

Oczywiście w owych czasach Stany Zjednoczone nadal posiadały załogowy program kosmiczny zdolny do odbicia śladów obuwia na powierzchni Księżyca. Pozostał już tylko wspomnieniem. Warto porozmawiać o tym, dlaczego tak się stało, ponieważ ta sama logika dotyczy większości wielkich projektów technologicznych, które nie tak dawno anonsowano jako nieuniknioną drogę ku lśniącej, nowej przyszłości.

Nie mamy już załogowego programu kosmicznego, ponieważ Stany Zjednoczone są bankrutem, oddawszy się w najpospolitszy sposób tej odmianie imperialnego przeszarżowania, którą opisał kronikarz Paul Kennedy w Powstaniu i upadku wielkich mocarstw, i spieniężywszy przyszłość w imię tymczasowego zwierzchnictwa nad większością planety. To przemilczany podtekst stojący za rozpadem infrastruktury Ameryki i środowiska zbudowanego, wypatroszeniem jej niegdyś potężnego przemysłu, a także wspomnianym wcześniej nieprzerwanym spadkiem życiowej stopy. Brytania snuła marzenia o kosmicznej ekspansji, kiedy nadal dzierżyła imperium – Brytyjskie Towarzystwo Międzyplanetarne było jednym z filarów orędownictwa na rzecz podróży kosmicznych w pierwszej połowie XX wieku – realizacji tych marzeń zaniechała bezpowrotnie, kiedy utraciła swoje imperium; Stany Zjednoczone są w trakcie tego samego odwrotu. Mimo to kryje się za tym coś więcej.

Kolejnym powodem braku załogowego programu kosmicznego jest to, że podczas dekad zdominowanych przez podekscytowaną retorykę o Nowym Świecie dla Człowieka nigdy nie zabrano się za przedyskutowanie różnicy między techniczną wykonalnością i ekonomiczną opłacalnością. Promotorzy podróży kosmicznych wpadli w powszechną pułapkę wiary we własną reklamę i przekonali samych siebie, iż orbitalne fabryki, kopalnie na Księżycu i inne podobne przedsięwzięcia z pewnością będą propozycją intratną. Oczywiście zapomnieli o tym, co nazywam dywidendami biosfery: szerokim wachlarzu towarów i usług świadczonych za darmo przez naturalne cykle Ziemi, za które w każdym innym miejscu ludzie musieliby zapłacić. Najbardziej aktualny szacunek tej dywidendy, pochodzący z analizy opublikowanej w 1997 roku na łamach Science – opracowanej przez zespół pod kierownictwem Richarda Constanza – wskazuje wartość trzykrotnie wyższą od łącznej sumy wszystkich dóbr i usług wytworzonych przez ogół ludzkiej populacji.

Innymi słowy, działalność gospodarcza w dowolnym miejscu Układu Słonecznego zgodnie z przybliżoną wyceną będzie blisko cztery razy droższa niż na Ziemi, nawet z pominięciem kosztów transportu, ponieważ darmowe usługi świadczone lokalnie przez biosferę muszą zostać opłacone gdzieś w kosmosie lub na innych światach Układu Słonecznego. To dlatego wszystkie gawędy o przestrzeni kosmicznej jako nowej granicy gospodarczej zaprowadziły donikąd; spróbowano orbitalnej produkcji – program Skylab z lat 1970-tych, program promów kosmicznych i Międzynarodowa Stacja Kosmiczna przeprowadziły pod tym kątem serię eksperymentów – ale skromne korzyści ze swobodnego spadku i łatwy dostęp do próżni nie uczyniły dostatecznej różnicy, aby zrównoważyć koszty. Zatem załogowe podróże kosmiczne wzorem komercyjnych samolotów naddźwiękowych, elektrowni jądrowych i mnóstwa innych niedoszłych rozwiązań przyszłościowych zmieniły się w gigantyczny bibelot, który można utrzymać jedynie dzięki nieprzerwanemu napływowi szczodrych subsydiów rządowych.

Trzeci powód jest mniej namacalny, ale podejrzewam, że daleko bardziej istotny. Można go wytropić biorąc do rąk którąkolwiek ilustrowaną książkę na temat Układu Słonecznego, napisaną zanim tam dotarliśmy, i porównując spodziewany wizerunek kosmosu oraz innych światów z tym, co rzeczywiście czekało na nasze lądowniki i sondy.

Mam właśnie przed sobą reprodukcję obrazu księżycowej scenerii z albumu opublikowanego w roku moich urodzin. To wspaniały, romantyczny widok. Na pierwszym planie błękit ziemskiego światła zalewa krater; w oddali ostre szczyty gór chwytają słoneczne promienie; niebo wypełniają olśniewające gwiazdy. Szkoda, że nie to ukazało się oczom astronautów misji Apollo po przybyciu na miejsce. Nikt nie rozkazał Księżycowi, aby uczynił zadość ludzkim wyobrażeniom o malowniczym majestacie, a zatem przedstawił gościom widoki monotonnych, szarych pagórków i pustych równin rozciągających się pod płaskim, czarnym firmamentem. Dla każdego z wyjątkiem selenologa jedyną godną uwagi rzeczą w tym posępnym miejscu była świecąca w tle niebieska sfera Ziemi, oddalona o 384 tysiące kilometrów.

Dla jeszcze większego kontrastu wystarczy obejrzeć fotografie przesłane przez pierwszą sondę Viking z powierzchni Marsa w 1976 roku i porównać je z wielobarwnymi pejzażami czwartej planety Słońca, które zaistniały wcześniej w obiegu kultury popularnej. Pamiętam to zdarzenie względnie dobrze, a jednym z najbardziej wyraźnych wspomnień jest dojmujące poczucie rozczarowania – „To wszystko?” – podzielane przez każdego z domowników. Kadry z lądownika nie przypominały Barsoom [Edgara Rice’a Borroughsa], czy jałowej, lecz pięknej scenerii Kronik marsjańskich Raya Bradbury’ego – lub którejkolwiek z pozostałych wizji Marsa, jakie każdy Amerykanin żyjący w lat 70-tych skrywał w swoim umyśle; przypominały nader nieciekawy zakątek stanu Nevada, który jakimś sposobem pozbawiony został powietrza, wody i życia.

Zwolennicy podróży kosmicznych ponownie wpadli tu w pułapkę – dali się uwieść własnej propagandzie i zapomnieli, że fikcja naukowa ma tyle wspólnego z prawdziwą przyszłością, co powieści romantyczne z prawdziwymi związkami uczuciowymi. Tak na marginesie nie jest to krytyka wymierzona w science-fiction, choć podejrzewam, że członkowie Projektu Hieroglif za taką uznają moje słowa. Science-fiction jest literaturą idei, a nie trywialnej rzeczywistości, i wywołuje poczucie zachwytu, swój charakterystyczny efekt literacki, poprzez usunięcie bariery, która oddziela realizm od fantazji. Zbyt często zapomina się jednak, że efekty literackie nie są gwarantem zasadności proroctw – jest o wiele bardziej prawdopodobne, że za mgłą emocji ukrywają uchybienia nierealnych twierdzeń.

Autorzy romansów zdają się nie mieć problemów z przyznaniem, że ich powieści nie odwzorowują realnego świata. Natomiast fikcja naukowa od wielu już lat cierpi na przypadłość nadmiernie rozwiniętego poczucia własnej ważności. Przychodzi mi na myśl typowy esej Isaaca Asimova zawierający opis autorów s-f jako zwiadowców na szpicy ludzkości, która maszeruje w przyszłość. (Proszę zwrócić uwagę na założenia, iż ludzkość dokądś maszeruje, że wszyscy jej reprezentanci spieszą w tym samym kierunku i że miejsce docelowe zdefiniowane zostało akurat przez gusta ekscentrycznej podkategorii literatury popularnej XX wieku.) Tego rodzaju myślenie w trakcie powojennego boomu pozwoliło zbyt wielu osobom zapomnieć, że Wszechświat nie ma obowiązku dopasować się do naszych całkowicie antropocentrycznych pojęć ludzkiego przeznaczenia i zaopatrzyć nas w Nowe Światy dla Człowieka tylko dlatego, że ich pożądamy.

Mutatis mutandis – właśnie to spotkało pozostałe wielkie wizje postępu technologicznego, które z takim entuzjazmem proklamowano w minionym stuleciu. Większość z nich nigdy się nie urzeczywistniła, tymczasem garstka ziszczonych zaprezentowała się jako dużo mniej ekscytująca i bardziej problematyczna niż zakładały to nieustępliwie wstępne szacunki. W obliczu tego powtarzającego się uświadomienia bardzo wielu Amerykanów postanowiło – i nie bez powodu – że kolejne identyczne zapędy nie będą już przedmiotem ich zainteresowania. W ten sposób opinia publiczna odstąpiła od przytulnego optymizmu i zwróciła się ku surowszemu spojrzeniu na naszą przyszłość.

Trzeci czynnik odpowiadający za zmianę preferencji jest być może najważniejszy i uchodzi za jeden z najwszechstronniej unikanych tematów tabu współczesnego życia. Niemal każde zjawisko związane z człowiekiem podlega prawu malejących korzyści; wniosek, którego współczesne społeczeństwa przemysłowe usilnie starają się nie przyswoić mówi, iż postęp technologiczny jest jednym ze zjawisk podlegających temu prawu. Zatem możliwe jest zaistnienie nadmiaru technologii i bardzo silne argumenty przemawiają za tym, że uprzemysłowione kraje świata dawno przekroczyły ten punkt.

W swoim zwyczajowo przekonywującym artykule ekonomista Herman Daly dzieli nasze prawo malejących korzyści na trzy wzajemnie oddziałujące procesy. Pierwszy to malejąca użyteczność krańcowa – im więcej czegoś posiadasz, każdy dodatkowy przyrost tej rzeczy w coraz mniejszym stopniu wpływa na twój dobrobyt. Jeśli jesteś głodny, jedna kanapka to świetna rzecz; dwie są przyjemnością; trzy to luksus; lecz gdzieś poza tą granicą – kiedy rozdasz już kanapki wszystkim swoim współpracownikom, lokalnym mieszkańcom i każdej spotkanej przez siebie osobie – dodatkowe kanapki przestaną być użyteczne. Gdy większa ilość czegokolwiek nie przynosi już żadnych dodatkowych korzyści, osiągasz punkt daremności, w którym dalsze przyrosty są stratą czasu i zasobów.

Na długo zanim to nastąpi swoją rolę zaczynają odgrywać dwa inne czynniki. Po pierwsze, koszt uporania się z jedną kanapką jest znikomy i wzrasta nieznacznie przy dwóch lub trzech sztukach. Następnie pojawia się konieczność inwestowania czasu i prawdopodobnie surowców niezbędnych do poradzenia sobie ze wszystkimi kanapkami, a każda dodatkowa porcja dokłada się do obciążenia całkowitego. Ekonomiści nazywają to rosnącą nieużytecznością krańcową – im więcej czegoś masz, tym więcej kosztować będzie, w taki czy inny sposób, każdy dodatkowy przyrost tej rzeczy. Gdzieś po drodze pojawia się również wpływ, jaki uporanie się z kanapkami wywiera na twoją zdolność radzenia sobie z innych rzeczami, które musisz zrobić; to natomiast zwiększa ryzyko zakłócenia całego systemu – im więcej czegoś masz, tym większe jest prawdopodobieństwo, iż dodatkowy przyrost tej rzeczy zakłóci szerszy system, w ramach którego egzystujesz.

Praktycznie nikt nie chce rozmawiać o tym, jak postęp technologiczny przekroczył punkt malejących korzyści: użyteczność krańcowa każdej nowej porcji technologii spada gwałtownie, marginalna nieużyteczność rośnie przynajmniej równie szybko, a zakłócenia całego systemu zasilane przez technologię są już obecne w codziennym życiu. Mimo to doszedłem do wniosku, że niewygodna świadomość tego faktu staje się coraz bardziej powszechna, jakkolwiek podprogowy może być jej charakter, i zaczyna przenikać między innymi kulturę popularną. Jeśli znajdujesz się w głębokim dole – jak mówi przysłowie – musisz w pierwszej kolejności zaprzestać dalszego kopania; jeżeli duża i stale powiększająca się część problemów twojego społeczeństwa spowodowana jest przez nadmiar technologii stosowanej z niedostateczną ostrożnością, wówczas niezbyt pomocne jest upieranie się, iż więcej technologii wdrażanej z jeszcze mniejszym sceptycyzmem wobec potencjalnych konsekwencji to jedyna możliwa odpowiedź na te problemy.

Istnieje użyteczne słowo określające coś, co pozostaje niezmiennie przytwierdzone do kultury po odejściu warunków, które kiedyś uczyniły to istotnym; tym słowem jest „przesąd”. Chciałbym zasugerować, że oparte na wierze twierdzenia – więcej technologii jest zawsze lepsze niż mniej technologii, każdy problem musi mieć antidotum technologiczne, technologia zawsze rozwiązuje więcej problemów, niż tworzy – należą do najbardziej powszechnych przesądów naszych czasów. Chciałbym również podpowiedzieć, że chociaż pocieszające i uspokajające miewają właściwości, najwyższa już pora, by z tych przesądów wyrosnąć i stawić czoła światu, jakim faktycznie jest – światu, w którym kolejna dawka optymizmu opartego na wierze jest daleka od pożytecznej.

Tłumaczenie: exignorant (link)

Autor: John Michael Greer (wersja oryginalna)

Data publikacji: 10 września 2014

Zróbmy coś zanim przeklną nas nasze dzieci

Zróbmy coś zanim przeklną nas nasze dzieci

ochrona srodowiska i ekologiaArtykuł, krótki, z blogu Ex ignorant. Opowiada on o tym, że czasy cywilizacyjnej prosperity dobiegają końca, a zarówno nasze, jak i przyszłe pokolenia zapłacą straszliwą cenę za obecne życie na ekonomiczny i ekologiczny kredyt.

Pomijam tutaj kwestie sporne takie jak globalne ocieplenie, czy raczej: zmiany klimatu, które do mnie bardziej przemawiają. Chodzi o to, że pewnych faktów nie da się już ignorować. A że banda kapitalistów popierana przez agendy ONZ, postanowiła zbić na ekologii kolejny biznes, typu handel limitami CO2? To już nie ma znaczenia, świadczy to jedynie o tym, jak nisko upadła nasza cywilizacja. W obliczu zagłady już nie tylko cywilizacyjnej, jak to było wiele razy, np Imperium Rzymskie, ale także biologicznej – oni wzięli się za robienie na tym biznesów.

Przyroda nie podoła takiemu trybowi życia współczesnego człowieka. Gdy wszelkie patenty na technologie nie szkodzące środowisku są blokowane. Popatrzmy na to od strony praktycznej. Od początku XXI wieku jest patent na baterię do telefonów komórkowych, która swoim zaawansowaniem o lata świetlne wyprzedza przestarzałe i szkodliwe dla środowiska baterie litowe. Jednak żadna korporacja produkująca telefony / smartfony nie chce tego patentu wprowadzić w życie, bo to zaprzeczałoby ich polityce wymieniania telefonu na nowy co 2, 3 lata. A takich przykładów jest znacznie więcej..

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Na koszt naszych dzieci

Cytuję: „Czy chciałbyś wiedzieć, jak dalece zbankrutowane są nasze społeczeństwa? Finansowo i moralnie. Zanim odpowiesz twierdząco, przyznaj proszę, że masz swój udział w tym bankructwie. Nawet jeśli dysponujesz środkami, nie jesteś zadłużony lub nie przekroczyłeś 25 roku życia, pozwalasz, aby postępowało. Możesz mieć całe mnóstwo powodów i usprawiedliwień, lecz nadal na to pozwalasz.

Nasze bankructwo finansowe i moralne prawdopodobnie najlepiej demonstruje sposób, w jaki traktujemy swoje dzieci. Moją ulubioną kwestią jest to, że każdy zapytany rodzic powie – klnąc się na wyznawane przez siebie bóstwo – że kocha swoje dzieci nad życie, ale fakty mówią inaczej. Miłość ta nie wykracza poza czubki naszych nosów lub poza najbliższy krawężnik.

Podczas gdy przysięgamy na groby swoich matek, że tak bezgranicznie je miłujemy, wprowadzamy je w świat, który utracił połowę dzikiej przyrody w ciągu 40 lat; którego obszary przybrzeżne staną się niemożliwe do zamieszkania za ich życia – świat tonący w długach, abyśmy mogli trzymać się kurczowo naszych marzeń o willach, samochodach i gadżetach; aby im pozostały jedynie koszmary.

„Ale ja zawsze chciałem tego, co dla nich najlepsze!” Tak, cóż, zawsze wybierałeś [rodzicu] brak zainteresowania tym, co się dzieje, wolałeś tyrać w znienawidzonej pracy, aby dotrzymać kroku Kowalskim i wmawiałeś sobie, że i tak nic na to nie poradzisz, zatem ograniczałeś się do corocznego datku na cele dobroczynne, przekazanego popularnym organizacjom charytatywnym spółkującym z korporacjami. (Nie wiedziałeś? A próbowałeś się dowiedzieć?)

Wybierałeś przywódców, którzy obiecywali, że pozwolą Ci zachować to, co masz i zaserwują dokładkę. Głosowałeś na osoby, które obiecywały Ci wzrost, ale nigdy nie kwestionowałeś tej obietnicy. Nigdy nie zastanawiałeś się – siedząc w swoim domu, którego gabaryty zaledwie 100 lat temu wprawiłyby w kompleksy arystokrację – jaką cenę przyjdzie zapłacić za Twoją zamożność.

I z pewnością nigdy nie zadałeś sobie pytania, czy to przypadkiem nie Twoje własne dzieci zapłacą tę cenę. Cóż, deklaracja Ich hab es nicht gewüsst od czasu procesów norymberskich nie jest uznawana za obronę uzasadnioną; wspominam na wypadek, gdybyś po nią sięgnął.

Faktem jest, że kontynuujemy nasz styl życia – z całych sił – ponieważ możemy zmusić nasze dzieci do uregulowania rachunku. Możemy sobie pozwolić na dalsze zabijanie gatunków – lokalnie, a przede wszystkim za granicą – bo i tak nie mamy kontaktu z żadnym z nich. Poza komarami, które likwidujemy pacnięciem. Możemy prowadzić nasze 3 rodzinne auta, gdyż topniejący lód Arktyki oglądamy wyłącznie w telewizji.

Pozwalamy sobie, i naszym rządom, codziennie zwiększać zadłużenie, ponieważ powiedziano nam, że bez stale i zawsze rosnącego długu wszyscy poumieramy; że dług to życiodajna krew naszej egzystencji. Nie rozumiemy, co oznacza wzrost poziomu zadłużenia o miliardy i biliony rocznie, i nie chcemy się dowiedzieć.

Sprawą zajmie się następne pokolenie; nam wystarczą multi-calowe, płaskie ekrany TV, centralne ogrzewanie zasilane węglem i cała reszta. Powodzi nam się lepiej niż naszym rodzicom. Czy nie takie powinno być życie?

Tak oto powróciliśmy do tematu naszych dzieci. Nie, życie nie musi takie być. Nie każdemu pokoleniu może powodzić się lepiej niż poprzednikom. W rzeczywistości jesteśmy ostatnią generacją, która tego doświadcza. Był to krótki rozbłysk w historii ludzkości, tym bardziej w historii Ziemi, a teraz wygasa. I musisz wykombinować, co masz zamiar w związku z tym zrobić, wiedząc, że bierność uczyni niewesołą już przyszłość Twoich synów i córek jeszcze bardziej ponurą.”

Autor: Raúl Ilargi Meijer (wersja oryginalna)
Data publikacji: 8 października 2014
Tłumaczenie: exignorant

Upadek ziemskiego ekosystemu i dramatyczna utrata biosfery

Upadek ziemskiego ekosystemu i dramatyczna utrata biosfery

ekologiaZapraszam na artykuł przetłumaczony przez Ex ignorant’a, autorstwa dr Glenn Barry’ego. Czasy obecne to czasy bezprecedensowego upadku ziemskich ekosystemów. Straty jakie powoduje rabunkowa, kapitalistyczna gospodarka, są widoczne gołym okiem i nie można ich już kwestionować.

Żyjemy w epoce, gdzie wszystkie dotychczasowe rozwiązania – technologiczne, ekonomiczne, społeczne, polityczne, religijne, moralne – stają się straszliwie niewydolne. Jest to bez wątpienia czas przełomu, konkretnie – stadium globalnego upadku systemowego. Dalsze istnienie tych systemów w niezmienionej formie jest zagrożeniem dla całej planety.

Doszło tutaj do swoistego paradoksu. Z jednej strony, technologia umożliwia to, co nie było dotąd możliwe nigdy – studiowanie wiedzy, zarówno tej naukowej jak i tajemnej. Z drugiej strony, poprzez chroniczny brak innowacji nie szkodzących przyrodzie, poprzez celową politykę wielkich karteli i rządów – doprowadzamy planetę na skraj ekologicznej zagłady. Z jednej strony, dostaliśmy wreszcie szansę na zmianę – na zmianę barbarzyńskich i okrutnych wzorców, jakie panowały przez setki tysięcy lat, a które wyłaniają się jeszcze z naszych zwierzęcych pradziejów. Z drugiej strony, zamiast to robić – wolimy skupiać się na konsumpcji, i kapitalistyczny zysk ustawiliśmy w roli psychopatycznego bożka.

Gdy powiesz to przeciętnemu człowiekowi – stwierdzi on coś w rodzaju: „no dobrze, Jarek, ja wiem, że cywilizacja i biosfera kiedyś upadnie, ale co mnie to obchodzi„. Wyuczona bierność to coś, co dostajemy w spadku – najczęściej, niestety, razem z pakietem konserwatywno-religijnym. Wyuczona bierność mas, owieczek, pozwala bandzie kapitalistycznych psychopatów na rabunkową eksploatację planety, i wyzyskiwanie wszystkich, co są niżej w drabinie społecznej.

Obecnie wkroczyliśmy w fazę kolejnego wielkiego wymierania. Epoka antropocenu zapoczątkowana około 200.000 lat temu, może się skończyć równie szybko. Nie będzie więc wojny nuklearnej, nie będzie globalnego islamskiego kalifatu, ani tym bardziej globalnej świadomości zapowiadanej przez new age’owców. Możliwe, że będzie powolna agonia ziemskich ekosystemów, i wraz z nimi – nas samych..

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Raport o stanie planety: Od 1970 roku skonsumowaliśmy połowę ziemskiego życia

Cytuję: „Epidemia wirusa Ebola, bezprecedensowa susza w Kalifornii i konflikty społeczne na Bliskim Wschodzie demonstrują, co się dzieje, kiedy ekologiczne granice planety są nieuznawane i przekraczane.” Dr Glen Barry, autor badania „Utrata ziemskiego ekosystemu i upadek biosfery”

Świat utracił 52% swojej biologicznej różnorodności od 1970 roku – ogłosiła organizacja World Wildlife Fund w opublikowanym przed kilkoma dniami badaniu o stanie planety.

Stworzenia na lądzie, w rzekach i morzach są dziesiątkowane, ponieważ ludzie zabijają je w celach handlowo-żywieniowych w niezrównoważonej ilości, zanieczyszczają lub niszczą ich siedliska, stwierdziła analiza przeprowadzona przez naukowców z WWF i Londyńskiego Towarzystwa Zoologicznego.

Według raportu Living Planet 2014, „Liczba ssaków, ptaków, gadów, płazów i ryb na całym świecie jest średnio o połowę mniejsza niż 40 lat temu. Spadek ten znacznie przekracza dotychczasowe szacunki – tym razem wykorzystano nową metodologię, która jest bardziej reprezentatywną dla globalnej bioróżnorodności.”

„Gdyby w przyszłym tygodniu w londyńskim zoo uśmiercono połowę zwierząt, informacja ta trafiłaby na pierwsze strony gazet,” powiedział profesor Ken Norris, dyrektor naukowy LTZ. „Ale dzieje się to w rozległym plenerze… Szkody te są następstwem wybranego przez nas sposobu życia.”

„Wszyscy słyszeliśmy o giełdowym indeksie FTSE 100, ale przeoczyliśmy najważniejszy wskaźnik – spadkową tendencję wśród gatunków i ekosystemów Ziemi,” powiedział profesor Jonathan Baillie, dyrektor ochrony przyrody LTZ. „Nadużywanie surowców ostatecznie doprowadzi do konfliktów,” dodał.

Naukowcy zbadali trendy wśród ponad 10.000 populacji 3.038 ssaków, ptaków, gadów, płazów i ryb, a następnie obliczyli Living Planet Index (LPI), który określa stan zdrowia gatunków w różnych środowiskach i regionach. Podczas gdy LPI w rejonach o klimacie umiarkowanym spadł w latach 1970-2010 o niepokojące 36%, to w tropikach redukcja indeksu wyniosła 56%. W skali globu największe straty odnotowała biologiczna różnorodność w Ameryce Łacińskiej – uległa gwałtownemu zmniejszeniu aż o 83%.

Jon Hoekstra, główny naukowiec WWF, przedstawił to w inny sposób: „Zniknęło 39% naziemnej dzikiej przyrody, zniknęło 39% fauny morskiej, zniknęło 76% procent fauny słodkowodnej – wszystko w ciągu ostatnich 40 lat.”

„Rzeki są na dnie systemu,” powiedział Dave Tickner, główny doradca słodkowodny WWF. „Cokolwiek dzieje się na lądzie, ostatecznie trafia do rzek. Na przykład każdego roku do Gangesu wlewa się dziesiątki miliardów ton ścieków.”

Poza zanieczyszczeniem destrukcyjny wpływ na systemy słodkowodne mają tamy i rosnący pobór wody. Na całym świecie jest ponad 45.000 dużych tam o wysokości przekraczającej 15 metrów. „Tną one rzeki na tysiące kawałków,” powiedział Tickner, „co uniemożliwia zdrowy przepływ wody.” Podczas gdy liczba ludności wzrosła w ciągu ostatniego stulecia czterokrotnie, zużycie wody odnotowało wzrost siedmiokrotny. „Prowadzimy coraz bardziej spragnione życie,” dodał.

Drugi indeks ujęty w nowym raporcie Living Planet oblicza „ślad ekologiczny” ludzkości, czyli skalę zużycia zasobów naturalnych. Obecnie globalna populacja wycina drzewa szybciej od tempa ponownego ich wyrastania, prowadzi połowy ryb szybciej od zdolności oceanów do odbudowy ich zapasów, pompuje wodę z rzek i warstw wodonośnych szybciej od poziomu uzupełniających je opadów, emituje ocieplający klimat dwutlenek węgla w ilości przekraczającej pojemność absorpcyjną oceanów i lasów.

WWF podaje, że apetyt ludzkości już teraz wykracza poza wydajność biologiczną planety, czyli ilość produktywnych pod względem biologicznym obszarów lądowych i morskich, które są dostępne, aby zapewnić nam surowce spożywcze, paliwowe, budowlane i inne. Rzeczywiście, zaspokojenie naszych bieżących potrzeb wymagałoby ekwiwalentu 1.5 ziemskiej wydajności biologicznej, czytamy w raporcie.

„Gdyby wszyscy ludzie na tej planecie pozostawiali ślad ekologiczny przeciętnego mieszkańca Kataru, potrzebowalibyśmy 4.8 planety,” stwierdza raport. „Gdybyśmy przyjęli styl życia typowego obywatela USA, potrzebowalibyśmy 3.9 planety.”

Na całym świecie nasz ślad ekologiczny spadł o 3% w latach 2008 i 2009 [Początek „globalnego kryzysu finansowego”, przyp. tłum.], głównie z powodu niższego popytu na paliwa kopalne. Jednak najnowsze dane dostępne od 2010 roku pokazują, że ślad wznowił swą tendencję wzrostową.

„Kraje o wysokich dochodach wykorzystują pięć razy więcej zasobów naturalnych niż państwa o dochodach niskich, ale to właśnie te ostatnie doświadczają największej utraty ekosystemu,” powiedziała w komunikacie prasowym Keya Chatterjee, starszy dyrektor WWF ds. ekologicznego śladu.

Importując żywność i inne towary wytwarzane dzięki destrukcji siedlisk w krajach rozwijających się, państwa bogate de facto dokonują „outsourcingu” schyłku dzikiej przyrody. Przykładowo w latach 1990-2008 jedną trzecią wszystkich [globalnych] produktów wylesiania, takich jak drewno, wołowina i soja wyeksportowano do Unii Europejskiej.

A jak plasują się w rankingu konsumentów planety Polacy? „Jeśli wszyscy ludzie konsumowaliby dzisiaj tyle, co przeciętny mieszkaniec Polski, potrzebowalibyśmy dwóch i pół planet takich samych jak Ziemia.”

Opracował: exignorant
Data publikacji: 30 września 2014

Chcesz szybciej umrzeć? Oglądaj telewizję!

Chcesz szybciej umrzeć? Oglądaj telewizję!

gbgJak zawsze niezawodny dr Jerzy Jaśkowski demaskuje kilka kłamstw, przeinaczeń i wypaczeń z oficjalnej medycyny.

Tym razem na tapecie: szkodliwe promieniowanie elektromagnetyczne (smog elektromagnetyczny), które otacza nas ze wszystkich stron. A także: sprawa szkodliwości telewizorów, usunięcia w trybie pilnym polskich pism medycznych, i wiele innych.

Zapraszam do lektury!

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

__________________________________________________________

Chcesz szybciej umrzeć? Oglądaj telewizję!

Cytuję: „Jak staram się uświadomić społeczeństwo nad Wisłą, od około ćwierć wieku nie ma polskich czasopism medycznych. Po 1990 roku w „dziwny” sposób znikły rodzime informatory, a pojawiły się polskojęzyczne reklamówki przemysłu farmaceutycznego, preferowane przez władze polityczne tego kraju, ”który istnieje tylko formalnie”.

Zdecydowaną większość czasopism na rynku polskim posiada wydawnictwo Urban & Partner, będące córką światowego potentata Elsevier, będącego właścicielem około 2460 tytułów, zwanych naukowymi. Jak to już podawałem, Medycyna Praktyczna, to reklamówka GlaukoShmitKline, Nowartis i Sanofil, tj. głównych handlarzy szczepionek.

W tą propagandową nagonkę doskonale wpisują się rozmaitej treści wywiady, prezentowane na tzw. portalach medycznych, czy to w „Medexpressie”, czy „Służbie Zdrowia”, czy „Medycynie Praktycznej”, tubie najważniejszych koncernów szczepionkarskich.

Ostatnio, 18 lipca 2014 roku, właśnie „Medexpres” zaprezentował wystąpienie p.prof. Magdaleny Oszanieckiej- Glinianowicz, Grzegorza Dzidy, Zbigniewa Gaciąga i dr inż. Joanny Myszkowskiej – Ryciag, którzy według starej zasady: „sam jesteś sobie winien”, usiłowali udowodnić, że wszystkiemu jest winne samo społeczeństwo, ponieważ nie przestrzega mądrych [inaczej] rad ekspertów. Sprawa dotyczyła wybielania tzw. słodzików. Według w/w ekspertów słodziki są cacy, a ludzie niepotrzebnie ignorują łatwy sposób zapobiegania chorobom, nie stosując słodzików. I dla tych „ekspertów” nie mają żadnego znaczenia setki prac naukowych, udowadniających szkodliwość stosowania słodzików. Jedyne, czym się podpierają, to zalecenia urzędników rozmaitej treści. Czyli typowi przedstawiciele cywilizacji bizantyjskiej w wydaniu pruskim. Kto płaci, ten ma rację. Po to urzędnicy wszelkiej maści stworzyli granty: od wójta począwszy, na rządach skończywszy, lub odwrotnie, aby „naukowcy” uzasadniali ich decyzje.

http://www.dlapolski.pl/majatek-panstwowy-jest-zarzadzany-przez-urzednikow

Wywiad ten był tylko i wyłącznie reklamą handlową, ponieważ problem słodzenia cukrem ma marginalne znaczenie w utrzymywaniu zdrowia. Problem występuje podczas konsumpcji tzw. chlorowcopochodnych fruktozy, cukru klonowego, który jest 600 razy słodszy, a więc zdecydowanie tańszy. Czasami nosi on nazwę  handlową „cukier naturalny”. Jak wiemy, żadni  ”eksperci” nie ostrzegają ludności przed konsumpcją takich produktów. Wśród moich pacjentów, wyleczenie cukrzycy typu drugiego było powszechne wśród osób, które zrezygnowały z konsumpcji tak przetworzonych produktów.

A ministerstwo zwane Ministerstwem Zdrowia daje punkty preferencyjne lekarzom za czytanie – kupowanie tych reklamówek medycznych.

Ale po co wąchać formalinę, lepiej pomyszkować w internecie. Pisałem już nieraz, że w przeciągu ostatnich 40 lat, dzięki staraniom naszego Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Nauki obniżono liczbę godzin nauki medycyny o ponad 1000. W latach 70-tych ubiegłego wieku nauka anatomii prawidłowej odbywała się od poniedziałku do piątku, a i w soboty były prowadzone specjalne konsultacje. Obecnie studenci mają takie zajęcia tylko dwa razy w tygodniu. Biofizyka miała 220 godzin, a obecnie 45. Podobne redukcje liczby godzin nauczania zanotowano na innych uczelniach. Niebagatelne zasługi w tym zakresie ma obecna p. marszałek E. Kopacz, redukując medycynę do 5 lat. Wzrost liczby przedmiotów i ilości materiałów do nauczenia, w połączeniu z redukcją czasu nauczania, sprowadza lekarza do poziomu sprzedawcy usług firm farmaceutycznych. Do roli trybika w maszynie handlowej.

Możemy za to spokojnie obserwować wzrost liczby absolwentów wszelkiego rodzaju paramedycznych przedmiotów w rodzaju ratownictwo, zdrowie publiczne, rehabilitacja. Absolwenci tych kierunków mają często problemy z określeniem, po której stronie ciała znajduje się na przykład wątroba. Ale mają zaliczenia i mogą obsługiwać mniej wartościowy naród [St. Michalkiewicz].

Jak powtarza profesor B.Wolniewicz, prawo fizyczne Newtona wskazuje jednoznacznie, że ”masa ciągnie w dół”.

Jakie są tego skutki, unaocznia praca, która ukazała się w Journal of American Health Association 2014.

Autorzy tej pracy udowodnili, na podstawie przeprowadzonych badań, a nie jak krajowi eksperci, na podstawie szacunków, że osoba spędzająca więcej aniżeli 3 godziny dziennie przy telewizorze, ma o 100 % większe szanse na  przedwczesną śmierć, aniżeli osoba, która spędza mniej aniżeli godzinę przed telewizorem.

Badania w/w łączą się z pracami opublikowanymi w 2009 roku, w których udowodniono, że całkowity czas spędzony przed telewizorem koreluje z częstotliwością występowania cukrzycy typu drugiego, chorób serca i innych przewlekłych chorób, jak otyłość, czy zwyrodnienia stawowe.

Autorzy dokonali także porównania, czy choroby te związane są z „jedzeniem” w czasie „sesji telewizyjnych”, brakiem ruchu, czy też nie. Do porównania wzięli oddzielne grupy: kierowców ciężarówek, obsługujących długie trasy oraz  informatyków.

Okazało się, że czas spędzony przed komputerem oraz za kierownicą nie wpływał na wzrost wymienionych przewlekłych chorób.

Stąd wniosek jednoznaczny, że to  wpływ  telewizora jest odpowiedzialny za powstawanie cukrzycy, otyłości, zwyrodnień stawowych, chorób serca, otępienia.

Autorzy dokładnie ocenili wpływ czasu spędzania przed telewizorem na zawał mięśnia sercowego, który wzrasta o 44% przy oglądaniu telewizji powyżej 3 godzin dziennie, a także na powstawanie raka. Wzrost w przypadku raka wynosił 21% u osób które przesiadywały powyżej 3 godzin/ dziennie przed telewizorem.

Zależność jest liniowa i z każdą godziną siedzenia przed telewizorem korelacja się zwiększa.

Badacze byli wyjątkowo sceptyczni i sprawdzili dodatkowo, czy na przykład spożywanie przetworzonej żywności podczas siedzenia przy telewizorze nie ma znaczenia dla rozwoju tych chorób. Nie miało.

Wyniki łączące czas spędzony przed telewizorem z przedwczesną śmiercią nadal trzymały się mocno.

Informacje zawarte w fali elektromagnetycznej emitowanej przez telewizję, mają zdecydowany wpływ także na nasz mózg. Badania dr Sigmana pozwoliły zidentyfikować aż 15 negatywnych skutków zdrowotnych oglądania telewizji. Działalność tych częstotliwości nieomal paraliżująco wpływa na obszary mózgu stymulowane poprzez czytanie. Może to jest powodem zanikania czytelnictwa także w Polsce, co szeroko nagłaśniają bibliotekarze i czemu w żaden sposób nie przeciwdziała ministerstwo zwane Ministerstwem Oświaty.

Badania dr Sigmana ujawniły negatywny wpływ fal elektromagnetycznych o częstotliwościach emitowanych przez telewizję, na powstawanie otyłości, uszkodzenia wzroku, choroby serca, demencję mózgu, zaburzenia hormonalne, raka, zaburzenia metabolizmu, przedwczesne dojrzewanie, trudności ze snem, wzrost apetytu, ograniczenie wzrostu mózgu i synaps oraz cukrzycę,

I teraz, Szanowny Czytelniku, musisz sam wyciągnąć wnioski.

Po pierwsze: większość rodziców pozwala swoim pociechom spędzać przed telewizorem praktycznie nieograniczony czas. Matka, babcia, piastunka, włączają telewizor w celu zapewnienia sobie świętego spokoju na babskie plotki.

W przedszkolach wychowawcy włączają „ciekawe” bajki, aby mieć święty spokój z dziećmi. Jak twierdzą niektóre osoby, to dobrze robi przed snem, dziecko, czy to dorosły, szybciej zasypia przy grającym telewizorze.

Po drugie: Najlepsze są decyzje tych „naszych” psycholożek, które na przykład w więzieniach, jako czas relaksu, stosują zajęcia w postaci oglądania telewizji. Od razu widać, jak programy nauczania „odgórnie” wprowadzane, wygładzają fałdy mózgowe tym absolwentom.

Pod wypływem tych pseudopsychologicznych wypocin, sądy „polskie”, jako winę rodzica, podczas rozpraw, podają wprowadzanie zakazu oglądania telewizji.

Oczywiście,

ta wiedza jest niedostępna np.  krajowym ekspertom od żywności.

Już 20 lat temu, w pierwszym w Polsce podręczniku „Zarys Ekotoksykologii” [J.Namieśnik. J.Jaśkowski] wyjaśnialiśmy mechanizm uszkadzania komórek ludzkich przez pola elektromagnetyczne, związane z telewizorami, czy telefonami komórkowymi. Nie muszę wyjaśniać, że podręcznik nie zdobył sympatii Ministerstwa Nauki i Oświaty.

Sprawa była pilna, ponieważ w stanie wojennym hunta, sprowadzała do Polski masę kolorowych telewizorów z Sowietów, typy Rubin i podobnych. Telewizory te miały transformatory o napięciu 27.000 volt i „siały” dodatkowo miękkim promieniowaniem rentgenowskim.  Jak zapewne niektórzy z Państwa pamiętają, nie spowodowało to żadnej reakcji instytucji odpowiedzialnych za zdrowie człowieka, typu Sanepidy, PZH, czy Inspekcje Pracy.

Miękkie promieniowanie rentgenowskie indukuje białaczki. Najczęściej pokoiki – sypialnie dziecięce były usytuowane w najmniejszych pomieszczeniach, łóżeczka stały przy ścianach, a po drugiej stronie ściany umieszczano z trudem zdobyty telewizor kolorowy. Tak więc dziecko gotowało się w tym polu. A jak wiemy, czas snu dziecka wynosi po 8- 12 godzin dziennie. Zasięg mierzonego pola elektromagnetycznego, powyżej normy, od takiego telewizora wynosił 5-6 m.

Otóż pomiary wykazywały, że składowa magnetyczna pola elektromagnetycznego przekraczała dopuszczalne normy 2-5-krotnie. Zakupiony po 1990 roku sprzęt pomiarowy firmy Teksas Instrument pozwolił nam jeszcze dokładniej pomierzyć niebezpieczeństwo. Podam tylko, że wartości mierzone wg polskich mierników na działkę w miernikach amerykańskich, zajmowały całą skale, taka była różnica dokładności. Przypomnę, że krajowe instytucje, zajmujące się pomiarem pół elektromagnetycznych, posiadały mierniki mogące wskazać tylko wartości wg dużo/mało, jest/nie ma.

O ile wiem, nic się nie zmieniło do tej pory.

Jaki jest mechanizm uszkadzania komórek organizmu ludzkiego? Każda komórka na powierzchni błony komórkowej posiada ładunek powierzchniowy ujemny. Można go łatwo mierzyć na przykład fluorescencją ANS-u. Od wielkości tego ładunku zależy transport bierny przez błonę komórkową. Jeżeli komórka znajdzie się w polu elektromagnetycznym, to ładunek ten ulega zmianie. Jeżeli on wzrośnie, to więcej jonów dodatnich i wody wejdzie do komórki. Mechanizmem obronnym jest albo wydalanie produktów przemiany materii albo dzielenie się komórki, w celu zapewnienia stałego stosunku objętości do powierzchni .

Ale zaczynają się problemy. Dwutlenek węgla jest usuwany tylko biernie i wielkość ta jest stała. Czyli, jeżeli komórka spala więcej i przez to produkuje więcej dwutlenku węgla, to zmienia się jej ph. Jeżeli ph, czyli kwasowość, się zmieni, to występuje krystalizacja.

A co spala głownie mięsień serca, czy mózg? Oczywiście, tylko glukozę. Czyli spalając więcej, więcej produkuje CO2. A  krystalizacja powoduje uszkodzenie tętnic. To z kolei powoduje odczyn naprawczy, w rodzaju tworzenia się blaszki miażdżycowej. Blaszka miażdżycowa posiada ładunek obojętny, a więc nie przyciąga ujemnie naładowanych krwinek. Jest to rodzaj samoobrony organizmu. Przyciąganie bowiem krwinek mogłoby być przyczyną zakrzepów, a to z kolei zmniejszenia średnicy naczynia i wzrostu oporów. Przypomnę, że opór wzrasta do potęgi czwartej wraz z promieniem rurki.

Jeżeli nasz mózg, serce, trzustka, dostanie się w takie silne pole elektromagnetyczne, to skutki muszą być takie, a nie inne.

I teraz już wiesz, dlaczego musisz szybciej umrzeć.

Ps1. Drzewiej lekarze wymieniali uwagi na tematy medyczne na stronach branżowych wydawnictw. Od 20 lat brak polskich czasopism medycznych uniemożliwia taką wymianę. Jedynym sposobem poinformowania społeczeństwa jest jeszcze internet.

Ps 2 Jak się załatwia niepokornych lekarzy świadczy poniższy wpis:

“Myślisz, że tak łatwo lekarzom rzetelnie przedstawiać pacjentom wiedzę o szczepieniach. Jestem lekarzem i z tego między innymi powodu musiałam zmienić miejsce pracy – z powodu szczepień, zaczęłam rozpoznawać powikłania, wysyłać na konsultacje itp. Niestety procedura jest taka, że idzie to przez sanepid. I jak moja szefowa otrzymała pismo zwrotne z sanepidu, to jej wody odpłynęły, od następnego dnia zostałam odsunięta od szczepień, a ponieważ nie byłam zatrudniona na stałe, to przyszedł czas na mnie i nie przedłużono ze mną umowy, bez tłumaczenia. W ostatnim miejscu mam zapowiedziane, że jak będę zniechęcać (a to dzięki pacjentom niestety, którzy od razu poszli skonfrontować informacje ode mnie z szefową) zostanę odsunięta po raz kolejny od szczepień. Łatwo jest krytykować, ale nie jest to takie proste. Lekarze są przestraszeni. Pozdrawiam.” Koniec cytatu.

Ps 3. Dlaczego od około 15 lat GUS nie publikuje danych dotyczących zachorowań, w rozbiciu na poszczególne powiaty? Przecież GUS utrzymuje się ze społecznych, naszych pieniędzy? Podział na powiaty jest oficjalnym administracyjnym podziałem, w jeszcze istniejącym kraju. Ktoś mu zakazał?

Ps 4. Wiadomo natomiast, że kary finansowe, nałożone na przemysł farmaceutyczny, w 53% dotyczyły 4 z największych przedsiębiorstw produkujących szczepionki. Na przykład GSK zapłacił 3 miliardy dolarów kar, co przy dochodach 28 miliardów stanowi niewielki procent.

Ps 5. Dysponuję kopią pisma Ministerstwa Zdrowia z 2014 roku, w którym to piśmie Ministerstwo stwierdza:”Ministerstwo Zdrowia nie jest organem uprawnionym do prowadzenia postępowania w przedmiocie odpowiedzialności zawodowej lekarza na jakimkolwiek jego etapie, jak również nie ma możliwości wpłynięcia na toczące się postępowanie. Takie działanie byłoby zatem naruszeniem konstytucyjnego obowiązku działania przez organy władzy publicznej na podstawie i w granicach prawa”

Pytanie: to dlaczego Minister Zdrowia zabiera głos, i to w dodatku „politycznie poprawny , a merytorycznie bez sensu, w tzw. sprawie profesora Chazana?

http://espanol.mercola.com/boletin-de-salud/la-verdad-sobre-los-medicamentos-de-estatinas.aspx

http://articles.mercola.com/sites/articles/archive/2014/07/03/particulate-matter-air-pollution.aspx

http://www.strophantus.de/was-ist-strophanthin-1.html

http://articles.mercola.com/sites/articles/archive/2014/04/07/cardiovascular-disease-preventable.aspx

http://www.holisticmed.com/aspartame/adverse.txt

Journal of the Diabetic Association Of India 1995: Cz. 35, nr 4

http://www.yourmedicaldetective.com/public/487.cfm

http://www.naturalnews.com/022553_medical_myths_cholesterol.html#ixzz2SiuqBPUa

http://articles.mercola.com/sites/articles/archive/2014/07/12/heart-health-leonardo-da-vinci.aspx

http://www.functionalmedicineuniversity.com/public/main.cfm

http://www.infarctcombat.org/AcidityTheory-p.pdf

http://fourfoldhealing.com/strophanthus/

kontakt: jjaskow@wp.pl

Umierająca przyroda, kapitalizm i opowieści kultury śmierci

Umierająca przyroda, kapitalizm i opowieści kultury śmierci

ochrona srodowiskaZapraszam do przeczytania artykułu autorstwa Vanessa Spedding, w tłumaczeniu blogera Ex Ignorant. Jest to bardzo cenny artykuł, gdyż łączy w sobie różne dziedziny / płaszczyzny wiedzy. Opowiada on o tym, jak rabunkowy kapitalizm ma wpływ na przyrodę, nasze postrzeganie czasu i stan naszego ducha.

Kapitalizm, którego bolesny kolaps obserwujemy, to nie tylko fakt, że niewielki procent ludzi ma 99% bogactw świata, miliardy pracują za grosze, a przyroda jest na skraju kolejnego wielkiego wymierania.

Kapitalizm, który wywodzi się z niszczycielskich programów ego i ego zbiorowego, to także destrukcja naszych emocji i sfery metafizycznej. Nie chodzi wcale o redukcjonizm i racjonalizm, które za swoje credo wzięły atomistyczne kulty materii, choć to zagadnienie też jest ważne i też jest poruszane często na mojej stronie.

Chodzi o odcięcie nas, jako ludzkiego rodzaju, od więzi z przyrodą i poczucia tego, że wszystko jest kołem. I czas jest kołem, i cykl życia i śmierci jest kołem. Materia naszego ciała powstała z ziemi i do tej ziemi wróci, tak samo, jak wszystkie błyskotki i żelastwa, które za życia kupiliśmy. Tak samo nasza bytność – urodziliśmy się, wcieliliśmy w ciało, potem w momencie śmierci je opuścimy i znowu wcielimy się w jakieś ciało. Kto wie, może tym razem gdzieś zupełnie indziej?

We współczesnych kulturach kapitalistycznych tego nie ma, została zerwana więź. Częściowo zrobił to już cesarz Konstantyn który przed wiekami tak zmanipulował kanonem biblijnym, by usunąć z niego wpisy o reinkarnacji.

To, co powyżej przytaczam, może wydawać się nieco chaotyczne, ale zostało doskonale zsyntetyzowane i opisane w poniższym artykule. Zapraszam do przeczytania!

Polecam też inne wpisy odnośnie nadchodzącego wielkimi krokami kolapsu (peak’ u) cywilizacyjnego. Obecnie funkcjonujące systemy (gospodarcze, polityczne, społeczne, etyczne, religijne, moralne) są straszliwie niewydolne i w bólach odchodzą w przeszłość:
Kapitalizm zawsze prowadzi do niewolnictwa, rewolucji i zagłady cywilizacyjnej
Kapitalizm to oszukańczy system, który prowadzi do powszechnej biedy
Kapitalizm: szaleńcza ideologia prowadząca do cywilizacyjnej zagłady
Obłąkańcza kapitalistyczna eksploatacja planety doprowadzi do zagłady biosfery
Producenci AGD i elektroniki tak projektują sprzęt, by szybko się zepsuł! Oto rezultaty „wolnego rynku” czyli kapitalizmu korporacyjnego
Oblicza liberalizmu i wolnego rynku: cywilizacyjny kanibalizm w Grecji [+18]

Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

__________________________________________________________

Mądrość lasów

Cytuję: „Lasy – najwspanialsze złożone, splecione ze sobą wspólnoty – posiadają pewną postać mądrości. Wiem, że nie jestem osamotniona w swojej regularnej tęsknocie za zanurzeniem w ich wielobarwnej, tajemniczej plątaninie. Być może ten impuls ma pierwotne korzenie. Wywołują we mnie trwogę i podziw te potężne sieci istot, trwające wspólnie w dynamicznej równowadze poprzez niezliczone, doskonale dopasowane, ekologiczne relacje wewnętrzne; współbrzmiące we wzajemnie ewoluującej symfonii współpracy w czasie i przestrzeni.

Ten zachwyt przynosi pokorę: w lesie jesteśmy podległymi; po prostu jedną z miliardów innych żywych istot; odmienni, ale nie bardziej wyjątkowi niż reszta; tak samo podatni na zmienność przyrody, jak wszyscy ci gracze powiązanych wzajemnie cykli życia i śmierci. Zmuszeni jesteśmy uświadomić sobie, że mimo wszystkich naszych technologii separacji, kiedyś ulegniemy rozkładowi pośród tych liści. W tej wiedzy odnajdziemy zarówno spokój, jak i odczuwany w trzewiach niepokój, wzmocniony przez najmniejszy bezpośredni kontakt – zadrapanie ostem lub cierpki smak szczawiu na języku.

W przeszłości – mniej więcej w czasie, kiedy zapoczątkowaliśmy budowę miast i innych struktur złożoności społecznej, gospodarczej i materialnej – zaczęliśmy również postrzegać las jako krainę strachu, mroku i rezydującego tam zła, a nasze baśnie to odzwierciedlały. W opowieściach tych las często jest miejscem, w którym bohaterowie uczestniczą w rytuale przejścia, konfrontują się z wewnętrznymi cieniami i narażają na anonimową śmierć. Pozostaje nadzieja, że wynurzą się z tej przerażającej gęstwiny jako zwycięzcy, a wiedzę i samoświadomość zaniosą do jasnego światła cywilizacji.

Dla nieprzygotowanych las jest przestrzenią zakazaną; pełen rzeczy, które nie są tym, czym być się zdają, z którymi nie sposób negocjować bez ryzyka przedwczesnego spotkania z cyklem życie-śmierć-życie. Jednakże dla przygotowanych do inicjacji las jest idealną oprawą klasycznej podróży bohatera: fabuły wspólnej prawie wszystkim opowiadaniom, obejmującej zew przygody, inicjację w formie wyzwania oraz powrót do domu z wiedzą i mądrością na użytek [i pożytek] społeczności.

Snując opowieść

Umysły ludzi uzwojone są pod kątem opowieści; przekazują one głębokie przesłania do fragmentów podświadomości bez naszej wiedzy; są najskuteczniejszym sposobem wywołania empatycznej reakcji między ludźmi (mentalne „odzwierciedlanie”) i pozwalają nam uzyskać dostęp do emocjonalnego wymiaru sytuacji.

Kultura ukształtowana jest i uchwycona przez jej opowieści. Kultury żyjące w sposób, który szanuje i otacza czcią cykle życia, śmierci, transformacji i odnowy często utrwalają w swoich mitologiach cykliczny charakter życia, śmierci i samego czasu. Opowiadania „pory snu” Aborygenów są tylko jednym z przykładów.

Kultury te rozumieją, że wzorem lasu każdy byt zawsze przekształca się we wszystko inne i nie możemy uciec przed tym ruchem; nie możemy wznieść się ponad resztę życia i stać się statycznymi lub nieśmiertelnymi; musimy szanować wzajemne oddziaływanie energii i ostatecznie poddać się lasowi.

Nasza kultura utraciła poczucie zataczania kręgu. Nasze przekonania, nasze plany i aspiracje oparte są na liniowym poczuciu czasu. Nasze opowieści – fikcyjne lub nie – mają początek, środek i koniec, a także zwycięzców i przegranych. Inicjacja bohatera niezmiennie przybiera postać konfliktu i zakończenie jest dobre lub złe w zależności od tego, czy protagonista, z którym się identyfikujemy, tryumfuje.

Styl tych historii oznacza, że (z definicji) nie możemy utożsamiać się z antagonistą; dopingowany jest nasz beznamiętny stosunek wobec jego ostatecznej klęski. Nasze opowieści wymagają, abyśmy porzucili troskę o połowę obsady i jakiekolwiek poczucie kontynuacji wykraczającej poza finał.

Strach przed śmiercią

Istnieją badania sugerujące, że ta liniowa konstrukcja naszych opowiadań (odzwierciedlona również w naszych systemach zaopatrzenia żywnościowego, wytwarzania i produkcji) jest związana z kulturowym strachem przed śmiercią, który przejawia się pragnieniem nieśmiertelności. Prowadzi to do niekończącej się walki, aby wznieść się ponad przyrodę, aby z nią walczyć i wygrać, oraz ogromnych wysiłków na rzecz wznoszenia wysokich budowli, gospodarek o schemacie piramidy i zhierarchizowanych struktur społecznych. Spocznij na ich szczycie i jesteś dostatecznie daleko od gnijących liści, i na tyle blisko nieba, aby być nieśmiertelnym.

Lecz mentalność ta, pozwalająca nam usunąć antagonistę ze świadomości i zanegować charakter „zwycięstwo-przegrana” każdego podboju za sprawą tzw. happy endu, zależy od wyparcia się naszych głębszych, bardziej subtelnych i zróżnicowanych reakcji emocjonalnych; zaniechanie to ma swoją cenę. Żyjemy w społeczeństwie opętanym manią niszczenia swojego środowiska życia i zastanawiamy się, jak mogło do tego dojść; ale nie byłoby to możliwe, gdyby kultura nie akceptowała, faktycznie nie uznawała za obowiązek, tłumienia uczuć empatii, miłości i współczucia na rzecz zysku i postępu. W kwestiach handlu, biznesu, badań, polityki lub jakiegokolwiek profesjonalnego przedsięwzięcia takie uczucia traktowane są z pogardą.

Ta kulturowa represja oznacza, że nasze społeczeństwo wybiera sukces w oparciu o zachowania psychopatyczne. Właśnie to pozwala nam wykluczyć i zniszczyć wszystko, co jest źródłem życia. Chociażby lasy.

W przypadku lasów czynimy to z zachłannością, szybkością i brutalnością, które mogą jedynie sugerować, że nasz paniczny strach przed tym, co skrywają cienie pogłębia się. Robimy to od dawna: kiedy cywilizacje rosły w Afryce Północnej, na Bliskim Wschodzie i w Grecji, lasy upadały. Kiedy cywilizacje upadały, lasy wzrastały na nowo.

Cywilizacja i lasy mogą niemal uchodzić za wzajemną antytezę; cywilizacja to przejaw naszych linearnych obsesji, rozdzielonych linii życia i śmierci, wtłoczonych siłą w świat nad- i podziemny – rezultatem powstrzymania ich naturalnej zamiany jest nierównowaga i kataklizm. Z drugiej strony lasy ucieleśniają niekończące się, kołowe cykle życia i śmierci, są depozytariuszami naszego strachu przed przegraną na ich rzecz, a zatem miejscami, które bez skrupułów niszczymy wraz ze swoistą wiedzą i mądrością, jakie skrywają.

Ironia przyrody

Lasy Czarnobyla sprawiają wrażenie, że przyrodzie nieobca jest ironia.

W naszym dążeniu do pozyskania źródeł skoncentrowanej energii o wykładniczo wyższym potencjale zdecydowaliśmy się przerwać cykliczność zachowań samych atomów: produkujemy energię jądrową. Lasy otaczające Czarnobyl, demonstrujące pozorny opór w postaci bujnego rozkwitu życia po katastrofie, w rzeczywistości ukrywają mroczny sekret, ciemną stronę naszej kultury. Mimo iż uparci mieszkańcy regionu przeskakują drut kolczasty, aby zbierać jagody i grzyby, lasy nadal są radioaktywne, a skutki promieniowania budzą grozę.

Zalegające w ściółce, opadłe gałązki i liście – które powinny do tej pory zamienić się w pożywny kompost dla następnego pokolenia leśnych istot – nie gniją. Drobnoustroje, grzyby i bakterie, wykonujące piękne zadanie rozkładu, dotknęła impotencja. Część cyklu życie-śmierć-życie odpowiadająca za śmierć nie działa prawidłowo. Tutaj, w naszym dążeniu do człowieczej wszechmocy, nieumyślnie przerwaliśmy procesy śmierci, realizując swoje podświadome pragnienie. I tu odkrywamy, że z końcem śmierci przyszłe życie staje się niemożliwe.

Mam nadzieję, że cel niniejszej argumentacji staje się jasny: musimy zaakceptować i poddać się cyklicznej naturze rzeczy oraz uczestnictwie w częściach cyklu odpowiadających zarówno za śmierć, jak i życie. Aby wywołać taką kulturową zmianę, musielibyśmy zaakceptować nasz strach. Strach wyprowadził nas z lasu, ale nie możemy wyciąć go maczetą; będzie wyrastał za nami. Musielibyśmy zawrócić i uznać go z miłością, pokorą i odwagą; złączyć się z nim i wszystkim, co skomplikowane i niepoznawalne, ponieważ jest częścią nas.

Kryteria naszego procesu decyzyjnego i destrukcję wspólnot społecznych i ekologicznych moglibyśmy odwrócić, jeśli pozwolilibyśmy sobie na ponowne rozpalenie uczuć miłości, pokory i odwagi – odbudowalibyśmy świadomy, kulturowy kontakt z emocjonalnym krajobrazem życia.

Opowieści mogą wskazać drogę do tych długo skrywanych uczuć wobec żyjącego świata – i nas samych, jako śmiertelnych składowych planetarnego życia – które trzeba by powtórnie wykorzystać, aby osiągnąć ten zwrot.

Opowieści przypominają nam, że lasy są nie tylko miejscem dzikości, drapieżników i rozkładu, lecz także przynoszą życie; to moderatory i regulatory klimatu. Istnieją nowe i tradycyjne historie, które to pokazują, ale opowiadane są rzadko, co należy uznać za niedorzeczność i straconą okazję.

Istnieją opowieści o ludziach, którzy zalesiają krajobraz, zasiewają ogołocone przez erozję wzgórza, zazieleniają pustynie i choć zabrzmi to patetycznie, wpływają na bieg ekologicznej historii tych miejsc.

Przywrócenie lasów przywraca warunki im sprzyjające. Życie stwarza warunki sprzyjające życiu. Ludzie, gdyby przezwyciężyli swoje pragnienie statusu, pieniędzy lub nieśmiertelności, mogliby stać się inicjatorami i uczestnikami tego procesu.

Najwspanialsza opowieść

Oto opowieść co się zowie: o tym, jak istoty ludzkie rozpoczęły najważniejszą podróż bohatera, od separacji ku powtórnemu połączeniu z dziką przyrodą, i po przybyciu na miejsce, pokonaniu głębokiego i niewytłumaczalnego lęku przed swoją wrodzoną naturą, stały się świadomymi, aktywnymi stronnikami życia, nie zaś bezwiednymi stronnikami śmierci; opowieść o tym, jak wskrzesiliśmy lasy, chroniliśmy oceany i przywróciliśmy cykle życie-śmierć-życie w tych rejonach planety, które pozostały na nie podatne; o tym, jak gorliwie i konsekwentnie poddaliśmy się procesowi tej transformacji.

Czy nie byłaby to najwspanialsza z opowieści?

ONZ: Połowa gatunków leśnych zagrożona wymarciem

Połowie światowych gatunków leśnych zagraża rolnictwo i antropogeniczna zmiana klimatu, ostrzegła we wtorek ONZ. […]

W swoim pierwszym globalnym badaniu genetycznych zasobów leśnych Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) stwierdziła, że tereny zalesione kurczą się najszybciej w Brazylii, Indonezji i Nigerii. […]

„Lasy dostarczają żywność, zapewniają dobra i usługi, które są kluczowe dla przetrwania i dobrobytu całej ludzkości,” powiedział w swoim oświadczeniu dyrektor ds. leśnictwa FAO, Eduardo Rojas-Briales.”

Autor: Vanessa Spedding

Data: 14 maja 2014

Tłumaczenie: ExIgnorant

Źródło polskie: http://exignorant.wordpress.com/2014/06/08/opowiesc-kultury-smierci/

%d blogerów lubi to: