Reklamy

Tag: wolny

Neoliberalizm to niewolnictwo XXI wieku. Czeka nas szok przyszłości!

Neoliberalizm to niewolnictwo XXI wieku. Czeka nas szok przyszłości!

neoliberalizm i wolny rynek

Niewolnicze warunki pracy, konieczność emigracji zarobkowej, najniższa w Europie liczba urodzeń. Zastanawiałeś się, jak temu zaradzić? Wiadomo, że ile opcji politycznych, tyle możliwych rozwiązań. A może przyczyna tkwi zupełnie gdzie indziej?

Zadam więc inne pytanie. Czy zastanawiałeś się, jak sprawdzić, czy dana profesja jest ważna dla gospodarki, bezpieczeństwa i integralności państwa? Sposób, by to sprawdzić, jest niezwykle prosty, ale, w dobie gospodarczego neoliberalizmu – niezwykle niepoprawny politycznie.

Aby sprawdzić, czy dany zawód jest realnie ważny dla gospodarki, bezpieczeństwa i integralności państwa, wyobraź sobie, co by było, gdyby wszystkie osoby wykonujące ten zawód, nagle znikły. Po prostu wyparowały, a kadry trzeba by szkolić od nowa.

Co by było, gdyby zniknęli dobrze opłacani: windykatorzy, komornicy, prawnicy, telemarketerzy, urzędnicy państwowi, urzędnicy skarbówki, różnego rodzaju „specjaliści od przekładania papierków z miejsca na miejsce” w korporacjach? Czy gospodarka dałaby radę? Oczywiście że dała. Ba, uważam, że po chwilowym szoku, ruszyłaby z miejsca…

Co by było, gdyby zniknęli źle opłacani: kierowcy transportu publicznego, niewolnicy pracujący w fabrykach przy produkcji na umowach śmieciowych, nauczyciele, robotnicy budowlani, górnicy? Czy gospodarka dałaby radę?

Pisałem dawniej w jednym z felietonów o tym, że ideą współczesnej cywilizacji, jest wyprodukować „dużo niczego”. Wiele produktów i usług jest nie tylko całkowicie niepotrzebnych gospodarce, ale wręcz jest dla niej szkodliwych. Bo ludzie wpadają w spiralę zadłużenia, by sprawić sobie coraz to nowe produkty reklamowane w TV.

Istnieje wiele nieformalnych „zmów” między różnymi, zdawałoby się – niepowiązanymi branżami. Np branża elektroniczna jest powiązana z branżą bankową, by generować zapotrzebowanie na kredyty bankowe. Człowiek chcąc kupić drogie elektroniczne zabawki, musi wziąć kredyt, z tym, że:
-branża elektroniczna zawyża ceny swoich produktów. W Polsce by kupić lodówkę za 1500 złotych, trzeba brać kredyt. W Holandii dajesz 200 euro z wypłaty i kupujesz na miejscu lodówkę.
-ma miejsce tzw. „spisek żarówkowy” czyli celowe produkowanie taniego szmelcu, by klienci musieli często kupować nowy.
-co chwila są wypuszczane nowe modele różnych elektronicznych zabawek, które oczywiście „trzeba mieć”. To też jest pewna strategia marketingowa.

Taka sama zmowa łączy przemysł spożywczy, który rujnuje nam zdrowie toksyczną żywnością, z przemysłem farmaceutycznym. Najpierw poprzez lata jedzenia zatrutej żywności, nabawiamy się chorób. A potem przemysł farmaceutyczny za pomocą swoich dilerów – nazywanych chyba tylko dla żartu „lekarzami” – proponuje nam „lekarstwa” które trzeba brać do końca życia, i które nie leczą choroby, ale na chwilę uciszają objawy.

Zastanów się dobrze, czy wiele z tych punktów usługowych, bądź sprzedających swoje produkty, które mijasz na mieście – jest naprawdę potrzebnych? Czy ludzie korzystają z nich tylko po to, by chwilowo dowartościować ego, i zapełnić produktem bądź usługą, ból istnienia?

Kolejną dziwną sprawą jest podział (dystrybucja) dóbr, owoców pracy ludzi. Przykładowo: mamy korporację. Siedziba w centrum miasta, w wieżowcu – standard. Zaś na dalekich przedmieściach zbudowana fabryka. W budynku korporacji w centrum praca wre, ale swoim rytmem. Oceniono, że spełniły się proroctwa ekonomisty Keyensa – dziś pracownik biura czy korporacji, efektywnie pracuje maksimum 15 godzin tygodniowo. Reszta czasu to: knucie intryg i dogryzanie współpracownikom, oglądanie porno, przeglądanie facebooka, granie w gry, picie kawy i palenie papierosów, plotki, itp itd…

Do tego trzeba dodać jeszcze inną rzecz. Część pracowników biurowych w takiej korporacji, naprawdę musi pracować. Bez obmyślanej strategii firma nie sprzeda swoich produktów. Ale trzeba przyznać, że duża część stanowisk w korporacyjnym biurowcu w centrum miasta, to stanowiska „specjalistów od spraw przekładania papierków z miejsca na miejsce”. Wszystko to dzięki automatyzacji – efektywny czas pracy naprawdę skrócił się do 15 godzin tygodniowo. Jednak pracownicy biurowi są opłacani godnie – za ich wynagrodzenia można przeżyć.

Jak natomiast przedstawia się sytuacja w zakładzie produkcyjnym (fabryce) w tej naszej korporacji, ulokowanym na przedmieściach? Przede wszystkim, Ci pracownicy muszą odbębnić swoje przy maszynie, dajmy na to – 8 godzin dziennie. Przerwy to maksimum 30 minut dziennie. Taśma produkcyjna podaje cały czas nowy asortyment, praca jest na akord, więc nie ma mowy o przeglądaniu fejsbuczka.

Czy tacy pracownicy są dobrze opłacani? Nie, nie są, choć oni TEŻ przyczyniają się do dochodu korporacji jako całości. Gdyby nie Ci pracownicy produkcyjni, firma by nic nie wyprodukowała, a więc by zbankrutowała. I to nawet wtedy, gdyby wybudowała sobie kolejny wieżowiec w centrum i zatrudniła drugie tyle „specjalistów od spraw przerzucania papierków z miejsca w miejsce”.

Dochód firmy generują zarówno pracownicy biurowi, zarówno obsługa techniczna biura, jak i pracownicy którzy zajmują się realną produkcją, obrabianiem i transportem produktów. Dlaczego jedni są opłacani nad wyraz dobrze, a inni tak, że ich pensja urąga już nie tylko godności człowieka, ale nie wystarcza na biologiczne przetrwanie?

Przyczyną jest przyzwolenie. Zwykłe, ludzkie przyzwolenie, podług tego, co lansują tacy ludzie jak Janusz Korwin Mikke czy Leszek Balcerowicz. Według religii o nazwie „niewidzialna ręka wolnego rynku” – jest tak dlatego, bo pracowników do produkcji jest dużo i łatwo ich zdobyć, więc nie trzeba się wysilać, by ich zatrzymać.

Jednak chodzi mi o to, byśmy popatrzyli na to z nieco innej perspektywy. Owszem, prywaciarz wycenia pracę zatrudnionego u siebie niewolnika na 1600 złotych brutto lub mniej. Jednak, patrząc obiektywnie – czy praca takiego człowieka jest warta TYLKO te 800 – 1100 zł netto? Gdyby nie było tych pracowników, firma by nic nie wyprodukowała, a jej dochód, zamiast tych 30 milionów złotych rocznie, wyniósłby dokładnie zero złotych rocznie.

Pod koniec felietonu, w którym krytykowałem wiele obowiązujących społecznie postaw, pozostaje zadać sobie pytanie, jedno, ale ważne. Czy to, co ja robię – a w pewnym sensie, jest to „zawód” – jest społeczeństwu przydatne? Czy szerzenie świadomości, wiedzy, dobrego słowa – jest potrzebne?

I dalej: czy taka działalność powinna być darmowa, jak sądzą niektórzy idealiści? Czy moralną jest opcja, którą mam u siebie teraz – ten, kto chce, wpłaca mi dotacje, w ramach podziękowania?

Ja uważam osobiście, że tak, pod warunkiem, że prośbę o dotację zamieszczam w artykule / felietonie autorskim. I tego się trzymam. Jeśli człowiek uważa za moralne dać duże pieniądze za tkaniny produkowane za grosze przez niewolników z Bangladeszu, często małe dzieci – to ja uważam za moralną taką pomoc dla mnie.

Jarek Kefir

Możesz mnie wspomóc, jak pisałem powyżej. Dotacje są całkowicie dobrowolne i nieobowiązkowe, w przeciwieństwie do różnych gadzinówek typu GW czy Rzeczpospolita, gdzie za dostęp do artykułów w internecie trzeba wykupić abonament.
Szczegóły są podane poniżej. Serdeczne dzięki!

http://jarek-kefir.org/wsparcie/

Portal Jarka Kefira na facebooku:

Polecam też artykuł z innego serwisu na temat neoliberalizmu, gospodarki, kłamstwa ideologii „niewidzialnej ręki wolnego rynku” – cytat:

Cyt. „Gdy korporacje uruchamiają coraz to nowsze programy bezwzględnych i masowych zwolnień, dotykają one zawsze grupy, które faktycznie odpowiedzialne są za wytwarzanie, przemieszczanie, naprawianie czy choćby podtrzymywanie rzeczy w ruchu. Wskutek tajemniczej alchemii, której nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, w tym samym czasie rośnie liczba ludzi opłacanych jedynie za przekładanie papierów; coraz więcej tego typu zatrudnionych, podobnie jak w Związku Radzieckim, formalnie pracuje 40 czy nawet 50 godzin tygodniowo, jednak efektywny czas ich pracy równa się co najwyżej 15 godzinom, dokładnie tak, jak przepowiedział to Keynes. Resztę ich czasu pochłania natomiast uczęszczanie bądź organizowanie seminariów motywacyjnych, aktualizacja profili na Facebooku czy ściąganie seriali.

Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (przypomnijcie sobie tylko, do czego doprowadziło zbliżenie się do takiego stanu rzeczy w latach 60. ubiegłego wieku). (…)

Mamy tutaj do czynienia z przemocą psychologiczną o głębokich skutkach. Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia? Swoisty geniusz naszego społeczeństwa polega między innymi na tym, że jego władcy zorientowali się, że owe negatywne emocje należy odpowiednio ukierunkować. (…) Najlepiej wycelować go w ludzi, którzy usiłują wykonywać faktycznie coś znaczącą pracę. Na przykład: panuje generalna zasada, że im bardziej, obiektywnie patrząc, jakaś praca jest pożyteczna dla ogółu, tym mniej należy za nią płacić”

Czytaj więcej tylko w linku poniżej:

http://nowyobywatel.pl/2013/09/23/fenomen-gowno-wartych-prac/

Reklamy
Reklamy

Zwolennicy Janusza Korwina Mikke, nie dajcie się ogłupić! To wszystko już było!

Wpis dedykowany zwolennikom Janusza Korwina Mikke (i nie tylko 😉 )

Jest takie mądre powiedzenie, będące częścią Wiedzy Uniwersalnej. Pozwolę je sobie tutaj zacytować:

Człowiek uczy się na swoich błędach, ludzkość – nigdy

Dodałbym także:

Historia jest najlepszą nauczycielką, ale ma najgorszych uczniów

Tekst ten adresuje do młodych ludzi – wyborców (właściwszym określeniem byłoby: zwolenników) Janusza Korwina Mikke.

Ilość młodych ludzi których ten człowiek porwał swoimi ideami, można liczyć w milionach. Najczęściej są to osoby poniżej 18 roku życia, a więc praw wyborczych. To tłumaczy niezwykłą aktywność KNP (partii Korwina) w internecie, i jednoczesny brak wyników powyżej choćby 2% w wyborach „oficjalnych”.

>>> Przeczytaj też: Liberałowie! Wyborcy Korwina, PO, itp! Jesteście w ciemnej dupie! [+18]

Ci mądrzejsi ode mnie dawno zauważyli, że korwinizm jest jak odra, świnka, ospa wietrzna – trzeba go przechorować w wieku dziecięcym, i koniec. Ja sam nieco cynicznie wtedy dodałem:

-Wiecie jaki jest najlepszy lek na korwinizm?
-3,5 złotego wynagrodzenia / h w pierwszej pracy dla świeżo upieczonego absolwenta kierunku technicznego, gdzie na takim samym stanowisku, ramię w ramię, będzie pracował obok absolwenta humana i uczelni medycznej.
© ® ™ by Jarek Kefir xD

Ale wracając do tego ważnego powiedzenia z początku artykułu.

To wszystko, co Janusz Korwin Mikke mówi, już było! Tymi obłudnymi tezami prano mózgi nie tylko pokoleniu klasycznych lemingów, którzy wybrali Tuska w 2007 roku.

To miało miejsce również na samym początku lat 90-tych XX wieku, gdy niejaki Balcerowicz przekonał miliony Polaków, naszych rodziców i dziadków, do tego, by Polska (jako organizm państwowy) popełniła.. ekonomiczne samobójstwo!

Schładzanie gospodarki, prywatyzacja za złotówkę, zamykanie przynoszących zysk zakładów, brak modernizacji odgórnej – kojarzycie te terminy? Ja, osoba z rocznika ’85 i osoby starsze ode mnie – tak. Ale zwolennikom Janusza Korwina Mikke polecam choćby wikipedię.

>>> Przeczytaj też: Czy Janusz Korwin-Mikke popiera ludobójstwo Polaków?! “Za Hitlera podatki były niższe”

Wmawiano nam, że dziki, 19-wieczny kapitalizm rodem z Bangladeszu jest jak najlepszym rozwiązaniem dla Polski. Wprowadzono tak bandyckie zmiany, ponieważ ludzie mieli nadzieję, że przez te 10, 15 lat pobiedują, a potem będzie el dorado rodem z krajów Zachodu. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. To, co mówił Janusz Korwin Mikke, mówił również Balcerowicz. Czy zrealizował to, co obiecywał? Nie tylko nie zrealizował, ale wprowadzono wręcz odwrotność tych planów!

A więc mówimy:

TO JUŻ BYŁO x 1

A teraz, pamiętacie przełom lat 2002 / 2003? Gdy na aferze Rywina/Michnika, wypromowali się politycy z PiS, PO i LPR?

Było to typowe dodanie paru „zmiennych” do polskiego „matrixa politycznego”. Wykorzystano to, co było pod ręką, to, co jest w polityce zawsze i w każdym miejscu na Ziemi. Mianowicie: korupcję.

Te „zmienne” to nowa forma uprawiania polityki. Wprowadzono partię o zapatrywaniach katolicko-narodowych (PiS) i partię o zapatrywaniach liberalno-wolnorynkowych (PO). Założenie było takie, by obie partie uzupełniały się, były częścią jednej, większej całości. Założenie to zrealizowano wręcz z nawiązką.

>>> Przeczytaj też: Janusz Korwin Mikke popiera oddanie polskiego majątku żydom! [VIDEO]

Ale przypatrzmy się teraz co mówił Tusk, który dziś niszczy naszą gospodarkę wysokimi podatkami, daninami, regulacjami, barierami dla przedsiębiorców.

Tusk w 2005 i szczególnie 2007, mówił to samo co Balcerowicz w latach 90-tych i to samo, co Janusz Korwin Mikke obecnie.

Głosił m.in. potrzebę:
-ogólnego obniżania podatków i danin
-wprowadzenia niskiego podatku liniowego
-deregulacji i uproszczenia prawa pracy
-większych korzyści dla przedsiębiorców
-mniej urzędników i prostsze procedury
-i wielu innych, typowo liberalnych zmian.

Co mamy dziś, w roku 2014, po wielu latach rządzenia tego człowieka? Czy choć jedna z jego liberalnych obietnic wyborczych została zrealizowana? Nie. Nie tylko nie zrealizowano obietnic wyborczych z 2007 i 2011, ale osiągnięto wręcz ich przeciwieństwo. Kraj jest obecnie ruiną, pełni rolę niemal wyłącznie strefy zbytu dla zachodnich korporacji. Jedyne, co u nas opłaca się produkować, to jakieś śrubki, podzespoły, części zamienne.

A więc mówimy:

TO JUŻ BYŁO x 2

>>> Przeczytaj też: Korwin-Mikke rozgrzesza Adolfa Hitlera. Oto prawdziwe oblicze “lyberałów”!

Wiecie, co jest wspólną cechą tego typu bełkotu? Przynajmniej w Polsce, bo nie wykluczam, że w innych krajach UE jest inaczej. Jest kilka twierdzeń-kodów, którym się pierze mózgi ludziom młodym, nie znającym życia realnego:

-budowa bogactwa narodowego trwa wiele lat, ba, wiele wieków, więc siedźcie cicho, Polacy, i pracujcie za niewolnicze pensje do usranej śmierci
-kreowanie swojego wizerunku zawodowego i zdobywanie doświadczenia na tym polu to lata pracy, więc nie bądź oburzony, młody Polaku, absolwencie Polibudy, Medyka czy Humana, gdy pracodawca zaproponuje Ci 800 zł netto za pełen etat na czarno. On ma do tego prawo, tak działa wolny rynek
-to, co jest prywatne jest lepsze, niż państwowe, bowiem „niewidzialna ręka wolnego rynku” działa tak, że konkurencja wyklucza zawyżanie cen.
-narzekasz na wyzysk w swoim miejscu pracy? To dlaczego sam nie założysz firmy i nie przekonasz się jak to jest?
-wytężmy swoje siły, Polacy, wiemy że są ciężkie czasy, jest kryzys, trzeba ciąć koszta, wynagrodzenia i zwalniać. Ale nadejdą dobre czasy, gdy będziemy zarabiać godnie i staniemy się „królami życia”.
-młody człowieku, ja Cię rozumiem, skończyłeś prestiżowy kierunek na Politechnice, ale i tak musisz pracować za głodowe stawki, a na rozrywki muszą Ci dawać rodzice. Ale pamiętaj, popracuj tak parę lat, zdobądź doświadczenie, zakasaj rękawy, bo przyszłość będzie świetlana..

Nie, nie będzie. Taki Janusz Korwin Mikke przy wyborach 2015 rozpocznie wielką ofensywę medialną, może znowu zostanie wykorzystana jakaś afera, jak to miało miejsce z aferą Rywina. Wygra w cuglach dzięki swoim zwolennikom, młodym, naiwnym, romantycznym głowom. Które przecież zawsze wierzą, że „jakoś to będzie”, i że jeśli polityk mówi przekonująco i obiecuje złote góry, to jest wiarygodny.

>>> Przeczytaj też: Korwinizm: szokujące fakty. Jest po to, by bogaci mieli więcej, a biedni mniej

janusz korwin mikke i wolny rynek

Gdy Janusz Korwin Mikke wygra wybory, powoli zacznie spuszczać z tonu. Stanie się coraz bardziej podobny do Tuska, by, w końcu, po wielu latach bezlitosnej eksploatacji naszego kraju przez obce koncerny – wykreować kolejnego klona dla kolejnego pokolenia młodych i naiwnych.

Oto widzicie, ja, Jarek Kefir, przepowiedziałem przyszłość. Jednak ja nie jestem doceniany, bowiem na tym świecie zawsze najlepiej sprzedają się kłamstwa. Najlepiej kłamstwa polukrowane cukrem. Niczym gówno oblane cukrową masą i zawinięte w kolorowy papierek..

Wiecie, dlaczego tak jest? Bo te miliony nabuzowanych testosteronem fanów Korwina, musiałoby się przyznać przed sobą i przed swoim ego, że popełnili wielki błąd.

Mam pewien pomysł.. Nie wspieraj utopii Korwina ani żadnego innego polityka.. Lepiej wesprzeć mnie, bo co by nie powiedzieć – kreowanie, lub: odnajdywanie, udostępnianie i pozycjonowanie informacji, to też pewna praca 😉 xD

Poniżej opisałem jak to zrobić:

http://jarek-kefir.org/wsparcie/

Jarek Kefir

Portal Jarka Kefira na facebooku:

Liberałowie! Wyborcy Korwina, PO, itp! Jesteście w ciemnej dupie! [+18]

Do wyborców Janusza Korwina Mikke, neoliberałów, zwolenników „niewidzialnej ręki wolnego rynku” – poczytajcie o „widzialnej ręce życia„!

janusz korwin mikke liberalizm

Wiecie, jak rozkołysać to całe bagno III RP?

Nie, nie rewolucja, nie wzrost świadomości, ale.. postępująca automatyzacja i robotyzacja sprawi, że padnie ostatni bastion lemingów.

Oto bowiem wyobraźcie sobie:

1. całkowicie zautomatyzowane kasy w marketach – i żaden wyborca PO już nie dostanie fuchy kasjera, w nadziei, że „wyrobi się” i za te 5, 10 lat będzie „królem życia” jak mu Tusek i Komorusek obiecał xD 😉

2. zamiast kelnerów – autonomiczne roboty, które są wydajniejsze i nie trzeba im płacić pensji, bo przecież wydatek 800 zeta na miesiąc (praca na czarno..) to: „zbyt wysokie koszta pracy” i: „eksploatacja uczciwych przedsiębiorców” dla „polackiego kapytalysty” xDDD

I tym samym, żadna paniusia z Raszyna, Legionowa czy innego Mińska Mazowieckiego, nie zostanie kelnerką w wielkiej Warszawie, myśląc, że swoją urodą za 5 lat zrobi hollywodzką (o przepraszam, Warsawwoodzką) karierę 😉

3. zamiast magazynierów i innych stanowisk, gdzie za tysiaka miesięcznie pracują jedzący kebaby, pryszczaci fani neoliberalizmu i Korwina Mikke, studenciaki kierunków ścisłych – całkowicie autonomiczne pojazdy i roboty.

Nawiasem mówiąc – to absolutna nieprawda, że na zmywakach pracują tylko absolwenci kierunków humanistycznych. Pracują tam absolwenci polibudy, medycyny i humana, ramię w ramię, za tego samego tysiaka miesięcznie. Mam tutaj takie dwie złośliwe anegdoty 😉

1. Każdy inny, wszyscy równi

-Janek, absolwent polibudy, kasjer, 1100 zł netto
-Ania, absolwentka socjologii, sprzedawca, 1200 zł netto
-Paulina, absolwentka medycyny, recepcjonistka w prywatnej przychodni, 1400 zł netto.
III Rzeczypospolita – każdy inny, wszyscy równi!

2. jebać to my, ale nie nas!

-Ej, Tusek, jak już im za pomocą tych internetów obrzydzimy studia humanistyczne, oni pokończą politechniki, i znowu zaczną nam się skarżyć, że zarabiają jak biedota w Bangladeszu, to co wtedy?
-Komor, co Ty się kurwa martwisz? Coś się wymyśli, wtedy damy Korwina do rządzenia, żeby mówił tym głupim młodym łbom, że dobrobyt narodu trzeba budować przez lata, lub inne bzdury. Jebać to my, ale nie nas!

tusk i komorowski polityka

Wracając do meritum artykułu: i co wtedy? Wyborcy PO i zwolennicy Korwina (którzy po odchorowaniu korwiniactwa, stają się i tak wyborcami PO lub PiS) – a więc Ci, którzy swoim przyzwalającym milczeniem i faktem, że za te 800 zeta miesięcznie o chlebie i wodzie JESZCZE da się żyć – utrzymują status quo, stracą wszelkie możliwości zarobków. Zamiast wiecznie skacowanych, bądź wręcz pijanych i naćpanych, gnuśnych i mało wydajnych liberałów, którym trzeba wypłacać pensje, zadania te będą wykonywały uprzejme, inteligentne i wiecznie energiczne roboty.

Liberał nie zarobi nawet tego tysiaka na rękę w kasie. Bo wiadomo, fanowi Korwina Mikke drugiego tysiaka dołożą rodzice, kebaba za 4 zeta na mieście se wpierdoli, więc taki pryszcz ani myśli wszczynać rewolucję. Bo mu jest dobrze, według jego makówkowej główki „jest wolność”, i, cytuję: „kariera i budowanie swojego wizerunku zawodowego, to lata pracy, więc te parę lat mogę popracować za tysiaka miesięcznie”.

Otóż nie, drodzy korwiniacy, drodzy POwcy, drodzy PiSowcy, drodzy palikotowcy. Miną kolejne lata. Minie 5 lat, minie 10 lat, minie 15 lat.. A Wy dalej będziecie zapierdalać jak niewolnicy za tysiaka miesięcznie, i to też do czasu. Do czasu wprowadzenia powszechnej automatyzacji i robotyzacji o której piszę powyżej.

Potem staniecie się dla systemu zupełnie zbędnymi „organicznymi obiektami”. Bo zbliżają się czasy, gdy ceniona będzie nie umiejętność liczenia przysłowiowych „kom i procentów” wyniesiona z polibudy, ale kreatywne, twórcze i samodzielne myślenie.

„Gnom wytrwale liczący komy i procenty
Gnom swą misją dziejową ogromnie przejęty
Gnom, narodu ociec
Gnom, jego zasług trudno zresztą dociec”

-za ten złośliwy wierszyk, o uwielbiającym nauki ścisłe towarzyszu Gomułce, jeden z opozycjonistów był prześladowany 😉

praca dla studenta

Te „komy i procenty” będzie liczyła nam sztuczna inteligencja, z którą my, ludzie, mający tak ograniczoną wartość obliczeniową mózgu, będziemy się kontaktować np. telepatycznie. Mowa tu o komputerach o niesamowitej mocy obliczeniowej, ale wciąż nie wychodzących ilorazem inteligencji poza granicę kilkuletniego dziecka.

Moc obliczeniowa = zadanie sztucznej inteligencji, ludzki mózg na razie się do tego nie nadaje, geniuszami matematycznymi są naprawdę nieliczni.
Kreatywność, twórczość, rozwiązywanie problemów = zadanie ludzkiego mózgu, umysłu i duszy – bo nawet najpotężniejsza sztuczna inteligencja nie będzie się do tego nadawała jeszcze przez tysiące lat rozwoju technologii.

Ja sam mam tzw. umysł ścisły, uwielbiałem rozkminianie rozbudowanych wzorów chemicznych, ogólnie bardzo lubiłem chemię. A gdy udawało mi się, po pewnych trudach, zrozumieć zasady rządzące kolejnymi działami matematyki i rozwiązywać jedno zadanie za drugim – wpadałem w stan niesamowitej ekstazy, trudnej do wytłumaczenia słowami. I powiem Wam, iż ten „ścisły umysł” to była największa przeszkoda w moim rozwoju na przestrzeni lat. Większość „lemingów” ma właśnie umysły ścisłe i myśli dwubiegunowo – ideologiami, religiami, schematami.

Autor: Jarek Kefir

Możesz mnie wspomóc, jeśli chcesz. Dzięki temu wydajność mojej, ale też Twojej strony – Kefir 2010 – będzie większa. Link:

http://jarek-kefir.org/wsparcie/

Portal Jarka Kefira na facebooku:

Młodzi Polacy wpadli w pułapkę. „Są jak po lobotomii mózgu”

Nowe pokolenie kupuje wizję człowieka mobilnego, czyli idealnego pracownika w czasach bez etatu. I próbuje się nim stać. Z Andrzejem Bukowskim rozmawia Mira Suchodolska.

Mira Suchodolska: Ponoć każdy młody człowiek ma duszę rewolucjonisty. Pan też się buntował?
Andrzej Bukowski: Jak każdy nastolatek byłem pełen wewnętrznej niezgody na świat. Zwłaszcza że moja młodość przypadła na specyficzne czasy – to był początek lat 80., festiwal Solidarności. Moi rodzice tym żyli, bez przerwy się w domu dyskutowało, czytało, słuchało. Dojrzewałem w przyspieszonym tempie – także obywatelsko i politycznie. Jestem raczej introwertykiem, nie uzewnętrzniam emocji, ale pamiętam tamtą atmosferę wolności. A potem stan wojenny, wyrzucanie niepokornych nauczycieli z pracy, komisarzy stanu wojennego, którzy przychodzili do nas do szkoły i pletli jakieś propagandowe androny, a myśmy się im odszczekiwali. Na studiach przyszedł czas na roznoszenie ulotek i czytanie bibuły. Moi koledzy mieli powielacz, po akademiku krążyły wydawnictwa podziemne, ale nie traktowaliśmy tego jako wielkiej rewolucji – przeciwstawianie się systemowi było naturalne. Tak jak chodzenie na koncerty Gintrowskiego i Kaczmarskiego.

To proszę spojrzeć na dzisiejszych młodych. Nie mają pracy, nie mają perspektyw, nie stać ich na założenie trwałego związku ani na dzieci. Ale siedzą jak trusie, nawet nie narzekają szczególnie, choć, wydawałoby się, dawno powinni wyjść na ulice. Ci najbardziej zbuntowani po prostu wyjeżdżają za granicę. Jakby im wycięto kawałek mózgu podczas lobotomii.

  • Jest taka bardzo ciekawa książka amerykańskiego socjologa Richarda Sennetta pt. „Korozja charakteru”. Opisuje zjawiska zapoczątkowane w latach 80. ubiegłego wieku, które doprowadziły do tego, że współcześni ludzie, zwłaszcza młodzi, tracą poczucie kontroli nad własnym losem i wpływu na rzeczywistość. Umacniani są w przekonaniu, że nic od nich nie zależy. Kiedy bowiem pracodawca ich nie potrzebuje – są zwalniani, kiedy firma przeprowadza się na drugi koniec kraju, mają do wyboru – albo zmienić miejsce zamieszkania i porzucić przyjaciół, społeczność lokalną, w której już zdążyli zapuścić korzenie, albo stracić pracę. To wyjątkowo destrukcyjne z punktu widzenia tożsamości i więzi międzyludzkich doświadczenie. Oddaje też sedno zmian, jakie zaszły w Polsce (bo u nas pewne procesy z naturalnych przyczyn były opóźnione) w ciągu ostatnich 20 lat. Chodzi o to, w jaki sposób nowy kapitalizm – w którym zachodzi nie tylko globalizacja na wielką skalę, ale przede wszystkim spłaszczanie struktur korporacyjnych – zbudował nowego człowieka, ściśle przystosowanego do jego wymagań.

Czyli głupkowatego, bezwolnego konsumenta.
– To zbyt kategoryczne i krzywdzące. Ująłbym to inaczej: mamy czasy, w których królują umowy śmieciowe, kontrakty czasowe, projekty, czy jak tam jeszcze nazywa się te współczesne formy zatrudnienia. Etat stał się anachronizmem, w dodatku niebezpiecznym, bo zagrażającym konkurencyjności gospodarki. Taka sytuacja na rynku pracy wymaga nowego człowieka, który potrafi się w tych zasadach orientować, pogodzi się z nimi. Więc za tą potrzebą stworzenia idealnego pracownika poszła nowa antropologia – wizja człowieka elastycznego, mobilnego, szybko dopasowującego się do zmian, dynamicznego etc. Rozwijającego się, kształtującego samego siebie indywidualisty. A jeśli ktoś taki nie jest – tym gorzej dla niego. To znaczy, że jest niedostosowany, nie daje rady. I młodzi kupili ten sposób myślenia, wpadając tym samym w pułapkę. Pułapka polega na rozbieżności pomiędzy „obietnicami” nowego kapitalizmu a jego realiami. We wszystkich badaniach widać, jak duże jest rozwarstwienie, ale o tym się głośno nie mówi. Nie wypada. Ta nowa antropologia zachwyca się ludźmi, którzy odnieśli sukces, gloryfikuje ich, namawia, żeby być jak oni. Więc wszyscy bardzo się starają, uczą, pracują nad sobą. Ale sukces może odnieść tylko niewielu, reszta ponosi porażkę, bo jest na nią z góry skazana.

Więc tym bardziej powinni się wkurzyć i popędzić kota tym, którzy tak im nawijają makaron na uszy.
– Nawet gdyby chcieli, nie są w stanie. Mentalnie, kulturowo, lecz także organizacyjnie. To przesłanie płynie bowiem z wpływowych ośrodków medialnych, które mają dziś w społeczeństwie takie znaczenie, jak kiedyś tradycyjne instytucje – wielopokoleniowa rodzina, kościół czy państwo narodowe. Ono podaje w wątpliwość przydatność tych wartości we współczesnym świecie. Jeśli ma się być elastycznym i dynamicznym, nie można się przecież przywiązywać, tworzyć silnych więzi. Takie wartości, jak lojalność, przynależność, patriotyzm, miłość na całe życie są niepotrzebne, są skutecznie wypierane przez wartości indywidualistyczne. Zwłaszcza że otoczenie jest zmienne, efemeryczne, niewyraźne. I faktycznie, ci młodzi nie tworzą dziś żadnych trwałych struktur. Stanowią zbiór jednostek oderwanych od innych – nie zbiorowość, tylko zbiorowisko. Jeśli już nawiązują jakieś relacje, najczęściej w sieci, są one luźne, nietrwałe. Więc nawet gdyby zaświtała im w głowach myśl o tym, żeby podnieść bunt, nie mają ku temu trwałych struktur organizacyjnych. Nawet gdyby byli się w stanie zorganizować – nie byliby w stanie podtrzymać tych struktur. A poza tym pauperyzacja, zgodnie z tym, co głoszą teoretycy rewolucji, jest warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym do tego, abyśmy usłyszeli jakieś rewolucyjne „bum”.

Te zagubione jednostki są jednak w stanie się zmobilizować, kiedy skrzykują się w sieci. To dzięki internetowi udało się wywołać arabską wiosnę. Choć mam wrażenie, że tam społeczeństwa są jeszcze w miarę tradycyjne. W tym sensie, że stare więzi są wciąż bardzo silne.
– Jeśli chodzi o Afrykę, to mam poważne wątpliwości co do faktycznych i długofalowych efektów tego przebudzenia. A jeszcze większe do sieciowych niby-rewolucji, jakie odbywały się w ostatnich latach w państwach Zachodu. Te rewolty internetowe mają charakter bardzo nietrwały. Co się dziś dzieje z głośnym jesienią 2011 r. ruchem Occupy Wall Street? Mało kto o nim pamięta. Gdzie są hiszpańscy Oburzeni? Cisza. A o rewolucji młodzieżowej z 1968 r. mówimy do dziś, bo ona zmieniła stare struktury, przeorała świat mieszczańskiej moralności, przyniosła nową mentalność. Dziś, jeśli już młodzi decydują się wyjść na ulice, to na krótko, aby załatwić jakieś pojedyncze sprawy.

Kiedyś, jeszcze za komuny, zauważyłam w jednym ze sklepów tabliczkę, która przyprawiła mnie o paroksyzmy śmiechu: „Załatw sprawę i żegnaj”. Młodzi tak dziś do wszystkiego podchodzą, niezwykle pragmatycznie.
– Nowe czasy potrzebują nie tylko nowych ludzi, lecz także nowej ekonomii, czego wyrazem jest fragmentaryzacja strukturalna i symboliczna.

O nie, proszę powiedzieć to po ludzku.
– Już tłumaczę. W sferze kulturowej chodzi o to, że dziś nie ma jednego czy kilku obowiązujących stylów życia, powiązanych z położeniem ekonomicznym, jak w przypadku starych warstw czy klas. Mamy natomiast do czynienia z niekończącym się mnożeniem stylów i sposobów życia. Są ich setki tysięcy, każdy może nawet zbudować swój indywidualny pomysł na życie. Budując styl życia, tworzy jednocześnie swoją tożsamość społeczną. Dziś my wszyscy – od prostego budowlańca po nauczyciela akademickiego – jesteśmy po prostu dostarczycielami usług. Jak zatem tę tożsamość budować? Sama zasobność portfela to za mało. Więc dzieje się to na podstawie sposobów konsumpcji. Czyli tego, jak spędzamy wolny czas, czego słuchamy, jak się ubieramy. Konsumpcja jest dziś bowiem wyznacznikiem naszej społecznej tożsamości, naszego istnienia w świecie społecznym.

Tysiące indywidualnych stylów, mówi pan, a mnie młodzież przypomina stado ludzików z zestawu Lego: wszyscy tacy sami, w takich samych ciuchach, z takimi samymi gadżetami. Przecież dzisiaj na dobrą sprawę nawet żadnej subkultury młodzieżowej nie ma.
– Kontrkulturę, np. w latach 60. XX w., budowało się w opozycji do kultury dominującej, a dziś takiej nie ma. Jest kultura masowa, bardzo zróżnicowana, a jeśli każdy może znaleźć coś dla siebie, więc i w tej dziedzinie nie ma powodów, aby się buntować. Kiedyś wąskie grupy narzucały styl reszcie. Obecnie nie ma takiej możliwości. Owszem, są wielkie koncerny, które dyktują modę, ale one wsłuchują się w potrzeby rynku, dają ludziom to, czego oni sobie jeszcze dobrze nie uświadamiają, że tego chcą czy potrzebują. To też fragmentowanie: każda maleńka nawet grupa odbiorców ma skrojony pod siebie produkt, wystarczy zerknąć na rosnącą liczbę różnych marek i trendów modowych. Mamy do czynienia z różnicowaniem w nieskończoność, brak jakiegokolwiek wspólnego mianownika. Żyjemy we własnych kapsułkach kulturowych, ale one też są niestałe niczym bańki mydlane. Każdy coś tam lajkuje, przyłącza się do jakiejś grupy na FB czy innym portalu społecznościowym, ale na krótko. Zaraz ją opuszcza i przenosi się dalej. Przy czym ten wpływ odbiorców na dostawców, to niby-odwrócenie zależności też jest pozorne. W gruncie rzeczy konsumenci biorą to, co im się podsunie. To dostarczyciele kontrolują wszystko, co konsumują masy. Może to zabrzmi strasznie marksistowsko, ale sytuacja wygląda tak, że po stronie konsumentów nastąpiła fragmentaryzacja, więc nie są oni w stanie się sprzeciwić, nie mają nic do gadania. Z kolei po stronie dostarczycieli dóbr i usług mamy same monopole i oligopole, przynajmniej w sensie własności, bo nie samych marek. Szanse są nierówne.

Młodzi żyją więc złudzeniami, a są hodowani na farmach fanów jak bezrozumne zwierzęta.
– Ale przecież my, trochę starsi, poddawani jesteśmy i ulegamy tym samym mechanizmom. I oni mają złudzenie wolności, choć faktycznie jej nie ma. Tak samo jak brak im możliwości wyrażenia buntu. Jeśli już bowiem kupili ten przekaz – a kupili – o mobilności i wiecznej zmianie – za wszelką cenę starają się dopasować. Jeżeli się im nie udaje, to przypisują winę sobie. Ale nauczyli się z tym żyć. Chowają swoje dyplomy wyższych uczelni do szuflady i robią kursy na wózki widłowe. Albo wyjeżdżają, bo np. w Anglii są w stanie zarobić na jakie takie życie, choć zwykle nie robią wielkiej kariery. Osiągają standard życia, o którym my mogliśmy kiedyś tylko marzyć. Oczywiście za cenę obniżenia ambicji zawodowych.

Czytałam przed naszą rozmową różnego rodzaju sondaże i sondy, w których pytano młodych, co by ich zirytowało na tyle, że byliby w stanie wyjść na ulice. I wie pan, co mówili? Że najbardziej ich dotykają różne rzeczy dotyczące sieci. Wcześniej ACTA, dziś inwigilacja. Przeciwko temu byliby skorzy protestować. Resztę problemów mają gdzieś, a politykom nie ufają.
– Inwigilacja w sieci czy niemożność darmowego ściągania filmów z internetu dotyczy ich bezpośrednio. To pokolenie nie potrafi zdefiniować dobra wspólnego. Nie żyje we wspólnocie, więc nie czuje z nią związku.

Ale nawet ci niby politycznie zaangażowani są tak naprawdę antyideologiczni, awspólnotowi. Tzw. liberałowie to w moim odczuciu totalni pragmatycy, którzy chcą się jak najlepiej ustawić. Jakieś ideały można zobaczyć jeszcze po prawej stronie, ale w związku z tym, że skupia ona najwięcej biednych, niewykształconych i odrzuconych, często wygadują bzdury, więc są marginalizowani.
– Takie określenia są zbyt radykalne i ogólne. Jest przecież mnóstwo inicjatyw realizowanych przez młodych ludzi, oni organizują mnóstwo akcji charytatywnych, pomocowych, działają w tzw. ruchach miejskich, chcą mieć wpływ na lokalne decyzje polityczne. A że nie angażują się w wielkie hasła i wielką politykę? Po prostu w nie wierzą. Wierzą w coś konkretnego, namacalnego. I to jest moim zdaniem dobre.

Część swoje niezadowolenie demonstruje: to są marsze 11 listopada czy choćby burdy na stadionach. To rozumiem. Ale nie jestem w stanie pojąć młodzieży lewicującej, która chodzi składać kwiaty pod spaloną tęczą.
– Nie chciałbym wkraczać na polityczną ścieżkę i mówić o poglądach. Z socjologicznego punktu widzenia to nie jest lewica w starym stylu, która – historycznie rzecz biorąc – upominała się o takie sprawy, jak warunki pracy i płacy, bezpieczeństwo socjalne. Jak sądzę, ci młodzi lewicowcy pochodzą głównie z wielkich miast, z dobrze sytuowanych rodzin. Im nie brakuje na chleb. Ta lewica, o której pani myśli, już nie istnieje. Ostatnim Mohikaninem jest może Piotr Ikonowicz. Rozbili ją, skompromitowali jej starzy liderzy. Tzw. afera Rywina była tym momentem, który zadecydował o jej zejściu do grobu – ludzie stracili do niej na jakiś czas zaufanie, choć dziś SLD Millera cieszy się już ponad dwudziestoprocentowym zaufaniem. Ale to też ma swój głębszy kontekst. Stara lewica budowała swoją pozycję w oparciu o pracę, obronę warunków życia mas. Kiedy zmienił się rynek, liderzy lewicy musieli zweryfikować swoje stanowiska. Ważniejsze od obrony miejsc pracy jako takich stało się chronienie swojego przemysłu przed obcym. Nowy kapitalizm rozbił starą międzynarodówkę. Zero-jedynkowy układ: lepiej wejść w porozumienie z naszymi kapitalistami, niż układać się z obcymi. To spowodowało utratę wiarygodności. I dziś lewica z kwestii socjalnych przeszła na światopoglądowe, bo to jest bezpieczniejsze. Łatwiej mówić o ochronie środowiska, związkach jednopłciowych, feminizmie niż o kwestiach stosunków pracy. Ekonomia nie sprzedaje się tak dobrze.

Po prostu nie pojmuję, jak ktoś może to kupić. Że młodemu lewicowcowi bliższy jest los walenia niż głodne dzieci z socjalnego osiedla.

  • Ale to nie jest do końca alternatywa – może to jest koniunkcja. Może ludzie wrażliwi na los walenia opiekują się także głodnymi dziećmi z osiedla – tego nie wiemy. Nie możemy budować takich opozycji i uogólnień. Jest pani wychowana w starym systemie, w ramach instytucji typu naród, państwo, rodzina. Młodzi nie myślą już w tych kategoriach. Stracili nie tylko poczucie buntu, co jest reakcją przeciwko formom zbiorowym, lecz także rozeznanie w zawiłościach współczesnego świata ekonomii. Nie bardzo nawet wiadomo, przeciw komu lub czemu konkretnie mieliby się buntować. Kto właściwie jest właścicielem firmy, która im płaci grosze? Kapitał przepływa, zmienia właścicieli, trudno go zlokalizować. Państwo wycofało się z roli regulatora kapitału, wciąż daje do zrozumienia, że nic nie może, bo brakuje mu środków w budżecie. Jeśli nie jestem w stanie tego zmienić, bo mnie to przerasta, wolę olać, skoncentrować się na waleniach albo ociepleniu klimatu – tutaj nikt nie wymaga ode mnie faktycznego działania. Łatwiej, a w dodatku nie trzeba wychodzić z domu, wystarczy kliknąć w ikonkę.

Jest jeszcze jedna rzecz, moim zdaniem ważna. Ci młodzi to pokolenie chowane w złotych klatkach. Wożone do szkoły i na zajęcia pozalekcyjne, odbierane przez nianie. Nie kopali nawet w piłkę na swoich podwórkach, nie musieli rywalizować, kto jest ważniejszy w stadzie. Ich rodzice, owszem, zmagali się z kapitalizmem, którego nie znali, ale go osiodłali. A swoje młode chronili przed wszelkim złem. Więc gdyby taki chłopak czy dziewczyna wyszli na ulicę, wzięli udział w jakiejś zadymie i, nie daj Boże, dostali pałą, toby chyba umarli z wrażenia.
– Ale pani mówi tylko o młodzieży z domków, a nie z blokowisk. Ci, zapewniam, wiedzą, jak smakuje uderzenie pałką czy rozkwaszony nos. Sprawą dyskusyjną byłoby teraz określenie, których jest więcej. Jednak wydaje mi się, że nie w tym problem. Ważniejsze jest, że ci z lepszych i gorszych domów mają jedną wspólną rzecz: od rzeczywistości mogą uciec w internet. Tam mogą być tym, kim chcą. Zmienić tożsamość, wejść do świata, o którym marzą. Ekran jest bezpieczniejszy niż podwórko z trzepakiem, gdzie leje się prawdziwa krew. Jedna z moich studentek napisała pracę o podwórkach krakowskich. Badała je, dotykała ich. I wyszło jej, że tylko jedno zachowało swoje stare funkcje: miejsca, gdzie dokonuje się prawdziwa socjalizacja, gdzie trzeba walczyć o wpływy, być w czymś realnie lepszym. Pozostałe, nawet jeśli jest na nich zjeżdżalnia i trzepie się wciąż dywany, przestały być enklawami, na których młodzi ludzie mogą społecznie dorastać. Jeśli nawet tam się bawią, to pod czujnym okiem rodziców. Więc jedyną przestrzenią wolności jest dla nich środowisko sieciowe. A to już nie to samo.

Więc się obawiają starcia z rzeczywistością. I potem mówią, tak jak ci złapani w sondach ulicznych, że buntowanie się nic nie daje, ba, nie opłaca się. Jest przeszkodą, niepotrzebnym przystankiem w drodze do kariery zawodowej, którą mają nadzieję zrobić. Buntownicy nie odnoszą przecież sukcesu.
– Oni dali sobie to wmówić, że taka grzeczność, spolegliwość jest lepsza niż płynięcie pod prąd. Pewnie nie wiedzą, że liderzy rewolty z 1968 r. porobili wielkie kariery, co im potem zresztą wyrzucano. Tak samo zresztą jak solidarnościowi dowódcy transformacji z 1989 r. Przecież to oni, w różnych konfiguracjach, są przy władzy. Prawdą jednak jest, że dotyczy to liderów. Reszta jest żywym przykładem na stare porzekadło, że rewolucja pożera swoje dzieci. Niemniej taka ekonomizacja życia, kiedy to zamiast zadawać sobie pytania egzystencjalne, wszystko przelicza się pod względem kosztów i zysków, jest trochę przerażająca. Życie zamienia się w projekt, dla którego piszemy scenariusze, planujemy je, optymalizujemy, a kapłanów zastępują trenerzy, częściej zwani coachami. Następuje pragmatyzacja rozwoju, często prowadząca w ślepą uliczkę. Ale muszę, po prostu muszę znów zrobić tu zastrzeżenie: my na tę młodzież tak najeżdżamy, a przecież nie cała jest taka. To wprawdzie główny trend, ale jest mnóstwo osób zaangażowanych, robiących dobre rzeczy dla innych.

Obojętna, zadowolona większość nadaje ton. Kiedy czasem oglądam jakiś blok reklamowy, mam wrażenie, że społeczeństwo składa się z młodych kobiet i mężczyzn o twarzach rozjaśnionych uśmiechami, przybijających sobie piątki.
– I wszyscy mają być tacy jak oni. Ten przekaz to pewnego rodzaju przemoc symboliczna, ale działa. I o to chodzi. Po co koncernom buntownicy w podartych spodniach? Robiłem kiedyś badania rynkowe i wyszło z nich, że kobiety do 25. roku życia kupują nowe płaszcze raz, dwa razy do roku, a starsze co kilka lat. Więc nic dziwnego, że na młodzież idzie zmasowana siła przekazu tej nowej ideologii.

Mówiliśmy o wielkich koncernach, o politykach. Zastanawiam się, jaka jest tutaj rola szkoły.
– Szkoła powinna uczyć aktywności i takiego obywatelskiego patriotyzmu, który każe pytać siebie „co ja jestem w stanie zrobić dla ojczyzny”, wpajać podejście pozwalające łączyć indywidualizm z pracą dla wspólnoty obywatelskiej. A że robi to coraz słabiej, to inna historia. Też dała się zarazić nową ideologią, teraz wyznaje kształcenie merytoryczne, ważniejsze niż normy są punkty w testach, nie ma pieniędzy, brakuje czasu.

Więc znikąd nadziei? Przybijmy piątkę, zjedzmy batonik i pooglądajmy telewizję na pocieszenie. Zapomnijmy o sprawie.
– Nie przesadzajmy, to krytyka zaczyna proces destrukcji. A to nasza powinność – ludzi mediów i ludzi nauki – aby rozumieć pewne zjawiska, dociekać ich podstaw, ukrytych założeń i ujawniać te procesy innym. Poza tym dwadzieścia lat, które minęły od naszej transformacji, choć w życiu jednego człowieka to dużo, w historii to zaledwie mgnienie oka. I ja bym stawiał nie na to, tylko na następne pokolenie, zapewne romantyków, które zbuntuje się przeciwko zastanemu światu swoich pragmatycznych rodziców.

Rozmawiała Mira Suchodolska

Andrzej Bukowski – dr hab. socjologii, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się socjologią władzy i polityki, zagadnieniami demokracji lokalnej. Interesuje go socjologia miasta, ruchów i ideologii miejskich. Jest autorem m.in. książki „Region tradycyjny w unitarnym państwie w dobie globalizacji. Przypadek Małopolski”. Obecnie bierze udział w projekcie w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego „BRing. Nauki społeczne dla gospodarki”, realizowanym przez Wyższą Szkołę Europejską im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie

Niskie zarobki Polaków to element hucpy, nie mają one żadnego uzasadnienia ekonomicznego!

Niskie zarobki Polaków: przyczyny. Nie mają one żadnego uzasadnienia ekonomicznego!

janusz korwin mikke liberalizm

Najnowszy wpis prof. dr. hab. Andrzeja Kaźmierczaka opublikowany na blogAID

(Grafiki ściągnięte z internetu – przyp. Jarek Kefir)

Nieustannie słyszymy opinie środowisk biznesu, że płace w Polsce są zbyt wysokie. Wysokie koszty pracy mają rzekomo być powodem niskiej opłacalności działalności gospodarczej i w konsekwencji przyczyną wysokiego bezrobocia. Niższe wynagrodzenia mogłyby według tej logiki poprawić wyniki finansowe przedsiębiorstw, a to skłaniałoby przedsiębiorców do zwiększenia ofert pracy.

Powyższą tezę pracodawcy powtarzają jak mantrę zgodnie z zasadą, że stale powielana nieprawda utrwali się w świadomości obywateli. Faktycznym celem tego zabiegu propagandowego jest zniechęcanie do starań o podwyżki płac. Wsłuchując się w wypowiedzi ludzi biznesu, można dojść do wniosku, że płace zawsze są zbyt wysokie. Taką opinię można było usłyszeć nawet wówczas, gdy rząd obniżył w 2007 roku pracowniczą składkę rentową płaconą przez pracodawców. A przecież to rozwiązanie w sposób oczywisty obniżało koszty pracy.

korwin mikke neoliberalizm

Pogląd o zbyt wysokich kosztach pracy w Polsce jest nieprawdziwy. Udział kosztów związanych z zatrudnieniem w produkcie krajowym brutto roku wynosił w Polsce w 2011 roku tylko 36% i był niższy niż na Słowacji (37,5% PKB), w Czechach (42,0% PKB) czy w Estonii (46,7% PKB). Daleko nam w tej dziedzinie do Niemiec (51,2% PKB), Szwecji (57,6% PKB), Francji (53,5% PKB) i Belgii (55,4% PKB). Średni udział kosztów związanych z zatrudnieniem w PKB dla całej Unii Europejskiej wynosił w 2011 roku 50%.

Co więcej, obciążenie PKB kosztami związanymi z zatrudnieniem spadło w Polsce w latach 2000-2011 z 40% do 36% PKB, a zatem jednostkowe koszty pracy obniżyły się. Stało się tak dlatego, że w tym okresie szybciej rosła wydajność pracy. Owoce wzrostu produktywności pracowników przejęli więc pracodawcy. Nic dziwnego, że zyski przedsiębiorstw rosły znacznie szybciej niż fundusz wynagrodzeń pracowników.

Niekorzystne tendencje w podziale dochodu narodowego potwierdzają dane Eurostatu odnośnie do kształtowania się średnich miesięcznych wynagrodzeń brutto w Unii Europejskiej w 2011 roku. Ze średnią miesięczną pensją 3500 zl brutto wyprzedzamy tylko Łotwę, Litwę, Rumunię, Bułgarię i Albanię. Wśród europejskich krajów postkomunistycznych wyprzedzają nas Węgry (3550 zł), Estonia (3600 zł), Słowacja (3750 zł) i Czechy (4100 zł). Bardzo daleko nam do poziomu płac w starej Unii Europejskiej. Średnia płaca w Niemczech wynosi bowiem 10 100 zł, w Wielkiej Brytanii 10 800 zł, we Francji 11 000 zł, w Szwecji 12 430 zł, a w maleńkiej Danii aż 15 870 zł. Różnice wynagrodzeń są więc rażące na niekorzyść polskich pracowników.

1379760353_lfxtzw_600

Mimo że płace w Polsce są trzykrotnie niższe niż w Niemczech, to bezrobocie w Polsce jest dwukrotnie wyższe niż u naszego zachodniego sąsiada. Problem konkurencyjności polskiej gospodarki nie wiąże się zatem z różnicami w poziomie wynagrodzeń. Źródeł poprawy międzynarodowej pozycji konkurencyjnej trzeba upatrywać gdzie indziej aniżeli w utrzymywaniu niskich płac.

Rozwój oparty na wysokiej konkurencyjności płacowej nie prowadzi ku nowoczesności. Niskie płace zachęcają sektor prywatny do wyboru przedsięwzięć inwestycyjnych pracochłonnych, kapitałooszczędnych a więc do preferowania rozwoju w niewielkim stopniu innowacyjnego i technologicznie zaawansowanego. Nie zachęcają do postępu technicznego. Wprost przeciwnie, zachęcają do rozwoju ekstensywnego, do preferowania rozwiązań nienowoczesnych, gdzie wysiłek fizyczny jest dominującym czynnikiem wzrostu produkcji.

Niskie płace nie zachęcają do podnoszenia wydajności pracy. Pracownik źle opłacany jest mało wydajny. Godziwe wynagrodzenia zachęcają do zwiększania produktywności pracy. Jeżeli wydajność pracy rośnie szybciej niż płace, to spadają jednostkowe koszty pracy. W ten sposób gospodarka może konkurować niskimi cenami. Niskie płace są antywzrostowe. Są powodem olbrzymiej emigracji zarobkowej młodych Polaków ze wszystkimi tego katastrofalnymi skutkami ekonomicznymi.

neoliberalizm rynek

Niskie płace ograniczają popyt w gospodarce. Przedsiębiorstwa mają bowiem trudności ze zbytem wytworzonych dóbr z braku dostatecznej liczby nabywców. Popyt kreuje konsumpcję i w dalszej kolejności dynamizuje sprzedaż towarów. Bez konsumpcji nie ma produkcji i inwestycji przedsiębiorstw. Niskie płace są więc hamulcem wzrostu zatrudnienia, są źródłem bezrobocia. Dodajmy, że niskie płace negatywnie wpływają też na kulturowy i zawodowy poziom kapitału ludzkiego.

Aż 16% polskich rodzin żyje poniżej granicy ubóstwa. Prawie 31% Polaków przyznaje, że z trudnością udaje im się przetrwać za otrzymaną pensję cały miesiąc. Z danych GUS wynika, że ponad 800 tysięcy osób zarabia tylko pensję minimalną, około 70% z ogólnej liczby pracujących zarabia mniej niż średnia krajowa. Niskie płace są źródłem zastoju gospodarczego i przyczyną finansowej zapaści Polski. Niskie dochody generują przecież niskie wpływy podatkowe do budżetu państwa i powodują jego deficyt.

Pilną potrzebą ożywienia naszej gospodarki jest wzrost siły nabywczej gospodarstw domowych. Nie można upatrywać sukcesu gospodarczego w upowszechnianiu niskich płac. Już Jan Paweł II w swej encyklice „Laborem exercens” z 1981 roku upominał się o płacę sprawiedliwą. Pisał, że tylko wówczas ekonomia może się rozwijać, gdy produkujący są równocześnie konsumentami. Jedynie to może zapewnić przedsiębiorstwom długoterminowy zbyt. Płaca sprawiedliwa jest więc dla Jana Pawła II postulatem zdrowej ekonomii, postulatem leżącym też w interesie pracodawców. Według Jana Pawła II, płaca sprawiedliwa to taka, która wystarcza na godziwe utrzymanie rodziny, ale także na zabezpieczenie jej przyszłości. Pracownik powinien zatem mieć możliwość oszczędzania, czyli materialnego zabezpieczania się na przyszłość.

janusz korwin mikke

Płaca sprawiedliwa zatem to coś znacznie więcej aniżeli płaca minimalna. Koncepcja płacy sprawiedliwej przypomina ideę płacy godziwej. W warunkach polskich za płacę godziwą można by uznać zarobki dwojga dorosłych osób pracujących w ustawowym czasie pracy, pozwalające wznieść się ponad granicę ubóstwa w warunkach wychowywania trojga dzieci. Praktyczne wyliczenie tak zdefiniowanej płacy godziwej nie nastręcza trudności w świetle dobrze rozpoznanych danych statystycznych o poziomie cen i dochodów ludności. Idea pracy godziwej powinna być elementem programu wyborczego partii politycznych. Można by w programach wyborczych zawrzeć zobowiązanie, że państwo nie będzie powierzać zamówień rządowych firmom, które nie zagwarantują swoim pracownikom przynajmniej płacy godziwej. Konieczność wydatkowania ogromnych środków unijnych do 2020 roku w ramach nowej perspektywy budżetowej będzie sprzyjać realizacji powyższego postulatu.

Nie da się realizować koncepcji płacy godziwej bez ograniczenia niepohamowanego pędu biznesu do maksymalizacji zysków. Na spotkaniu z Papieżem Franciszkiem w Watykanie przedstawiciele świata spółdzielczego wyjaśniali, że po to, aby stawić czoło kryzysowi, zmniejszyli margines swych zysków. Dzięki temu udało im się utrzymać zatrudnienie na przedkryzysowym poziomie. Powyższe rozwiązanie byłoby szczególnie pożądane w polityce finansowej korporacji międzynarodowych generujących ogromne zyski. Dotyczy to także Polski. Jak pokazują bowiem statystyki, tempo wzrostu zysków przedsiębiorstw jest u nas wyższe aniżeli tempo wzrostu płac.

wolny rynek liberalizm

Przeczytaj także o korwinizmie, liberalizmie i ideologii wolnego rynku:

Czy Janusz Korwin-Mikke popiera ludobójstwo Polaków?! “Za Hitlera podatki były niższe”:
http://jarek-kefir.org/2013/10/27/czy-janusz-korwin-mikke-popiera-ludobojstwo-polakow-za-hitlera-podatki-byly-nizsze/

Korwinizm: szokujące fakty. Jest po to, by bogaci mieli więcej, a biedni mniej:
http://jarek-kefir.org/2013/09/07/korwinizm-szokujace-fakty-jest-po-to-by-bogaci-mieli-wiecej-a-biedni-mniej/

Janusz Korwin Mikke popiera oddanie polskiego majątku żydom! [VIDEO]:
http://jarek-kefir.org/2013/07/29/janusz-korwin-mikke-popiera-oddanie-polskiego-majatku-zydom-video/

Korwin-Mikke rozgrzesza Adolfa Hitlera. Oto prawdziwe oblicze “lyberałów”!:
http://jarek-kefir.org/2013/07/02/korwin-mikke-rozgrzesza-adolfa-hitlera-oto-prawdziwe-oblicze-lyberalow/

“Ekonomiactwo” Korwina-Mikke i Balcerowicza w REALNYM życiu:
http://jarek-kefir.org/2013/05/14/ekonomiactwo-korwina-mikke-i-balcerowicza-w-realnym-zyciu/

Życiorysy polityków. Janusz Korwin Mikke:
http://jarek-kefir.org/2013/04/03/zyciorysy-politykow-janusz-korwin-mikke-i-tajne-archiwa-ipn/

Padł szokujący rekord w Polsce: 2,40 zł za godzinę:
http://jarek-kefir.org/2013/11/22/padl-szokujacy-rekord-w-polsce-240-zl-za-godzine/

Psychopatyczne korporacje, czyli ludobójstwo na miarę XXI wieku

Rzecz o korporacjach, kapitalizmie i wolnym rynku

Korporacja to wprost genialna idea generowania indywidualnych zysków, bez indywidualnej odpowiedzialności. W rezultacie istnienia korporacji traktowanych przez prawo tak, jakby byli żywymi ludźmi, ciągle żyjemy w świecie nieuczciwej konkurencji. Zasady kapitalizmu są uczciwe w tym aspekcie, że promują rynkowo tych którzy są lepsi. Dlatego właśnie byty korporacyjne zwyciężają, bo mają wszystkie możliwe przewagi.

korporacje i gospodarka

Nie chorują i nie umierają. Nie można ich zabić, zastraszyć, przekonać, zgwałcić ani wsadzić do więzienia. Nie można z nimi negocjować systemu wartości. Ich jedynym i ostatecznym celem jest zysk. Dlatego nie można liczyć na to, że korporacje będą osiągały i dążyły do czegokolwiek wyższego, do jakiejkolwiek głębszej wartości. Zysk można osiągnąć tylko na dwa sposoby, zniewalając ludzi i ich kreatywne umysły oraz wykorzystując kurczące się zasoby naturalne naszej planety. Dlatego właśnie gwałtowny wzrost potęgi korporacji powoduje ciągłe zadłużanie się całych społeczności, co czyni z nas niewolników, zmuszanych do pracy za swoje długi oraz totalne zniszczenie zasobów naturalnych planety – uznawanych przez korporacje za dobra niczyje. Dobra których obecność jest szkodliwa dla korporacji, bo natura umożliwia ludziom życie poza wpływami i zarządzeniami bytów prawnych.

Kapitalista to człowiek, który tworzy to co jest potrzebne dla innych i uzyskuje za to pieniądze. Gdy już się dorobi wtedy niejeden z nich staje się filantropem i rozdaje swój majątek. Wielcy fabrykanci dawali nie tylko pracę, ale i szkoły, opiekę szpitalną i darmowe mieszkania swoim pracownikom. To był właśnie brutalny kapitalizm XIX – raj dla wieśniaków przenoszących się za chlebem do miast. W takim kapitalizmie nie mogło być długotrwałego wyzysku, bo gdy ktoś za bardzo męczył pracowników, ryzykował nieszczęśliwym wypadkiem. Każdy nawet najbrutalniejszy kapitalista wiedział, że jest z krwi i kości człowiekiem i że może odpowiedzieć za swoje zbrodnie, gdy przesadzi.

korporacje i ekonomia

Korporacja nie ma tych dylematów. Marka jest bezosobowa, pozbawiona żył, które ktoś mógłby otworzyć. Managerowie korporacji nie mają tego zagrożenia. Mają świadomość tego iż za zabicie poprzez powolne zatruwanie chromem kilkuset ludzi, w najgorszym razie będą musieli zapłacić kilkaset milionów odszkodowania. Jedną dziesiątą kilkuletnich zysków.

Istnienie idei korporacji jest dla człowieka narzędziem pozbycia się osobistej odpowiedzialności za swoje czyny i człowiek korzysta z tego narzędzia prawie zawsze kiedy może. Gdy idea korporacyjnej osobowości prawnej umożliwia zniszczenie lub zepsucie czegoś, przy jednoczesnym zrzuceniu odpowiedzialności za ten czyn na barki nieistniejącej fizycznie istoty, to wtedy człowiek traci wszelkie hamulce zachowując się tak, jakby cały świat należał do niego. Jeżeli w trakcie takiego działania pojawią się w człowieku jakieś skrupuły, to od razu zastępuje go taki, który nie posiada zbytniego bagażu moralności. W wyniku naturalnej selekcji i konkurencji większy zysk generuje ten manager, który ponad etyką i moralnością myśli tylko o pieniądzach. Tym samym ostatecznie zwyciężają i rosną w zasoby te korporacje, które są zarządzane tylko w zbrodniczy i psychopatyczny sposób.

korporacje i biznes

Dlatego duża korporacja ma zawsze osobowość psychopaty, gdyż jest narzędziem stawiania u władzy tych, którzy właśnie takie cechy charakteru przejawiają. Nigdy nie uda nam się naprawić tego systemu zmieniając w nim tylko ludzi, gdyż on po prostu ciągle dąży do moralnej degeneracji. Żeby to zmienić trzeba zmienić reguły. Przenieść ten zaledwie czterystu letni korporacyjny eksperyment społeczny na śmietnik historii.

Korporacje dążą do prywatyzacji wszystkiego, ponieważ z czasem oznacza to przejęcie przez nie kontroli nad tymi dobrami, gdyż korporacje mają fizyczną przewagę nad ludźmi i dlatego w ostateczności zwyciężą. Niektóre dobra powinny jednak pozostać państwowe. Nie dlatego że państwo lepiej zarządza, gdyż statystycznie zarządza dziesięć razy gorzej, lecz dlatego iż społeczeństwo może zmieniać w sposób rewolucyjny lub ewolucyjny struktury państwa, natomiast nie może zmienić mentalności i zachowań korporacji.

Nie istnieje coś takiego jak korporacja z ludzką twarzą, każda z nich ma twarz nieludzką, gdyż nie jest człowiekiem.

korporacje wielki biznes

Dobro państwowe, a więc publiczne, otwarcie zarządzane przez polityków kontrolowanych przez suwerena czyli społeczeństwo, powinno być wszystko to, co ze swojej natury łatwo jest zmonopolizować. Częstotliwości radiowe, drogi czy autostrady. Wszystko co łatwo się monopolizuje w wymiarze ogólnym albo gdzie łatwo wytworzyć jest terytorialny monopol lokalny, tam lepiej sprawdza się własność publiczna. Gdyż zawsze od państwowego skuteczniejszy jest właściciel prywatny, a wykorzystywanie monopolistycznej pozycji jest okazją do maksymalizacji zysku poprzez eksploatację ludzi i zasobów. Bardziej wyeksploatuje więc zawsze korporacja, czyli prywaciarz bo prywatny jest skuteczniejszy niż właściciel publiczny.

korporacje i bezrobocie

Aby nie uznawać za własność niczyją i nie przypisywać braku wartości do tego co kontroluje właściciel społeczny, należy stworzyć prawo każące płacić jak za używanie prywatnej własności każdemu, kto w niewłaściwy sposób korzysta z tych dóbr. Jednak karać finansowo, czyli przypominać ludziom o wartości dóbr publicznych, należy tylko za nadużycia, a nie za normalne wykorzystanie tych zasobów.

Niestety tego typu ideały korporacji są wyjątkowo obce. Każą nam płacić za zdrowie, gdyż prawie każdy lek ma wydłużane okresy patentowe, a ostatnio w Ameryce Południowej korporacja kazała ludziom płacić za wodę, nawet tą która spadała z nieba.

Świat się globalizuje, co oznacza że coraz mniej ludzi będzie decydowało o losie prawie wszystkich. W takich uwarunkowaniach dziejowych, gdzie nie ma dokąd uciec – najwyższą formą głupoty ze strony ludzkości, jest powierzanie swojego losu grupie psychopatycznych quasi jednostek zwanych korporacjami.

Ich istnienie nie ma niczego wspólnego z kapitalizmem i wolnym rynkiem. Są to twory wykorzystujące jasne i klarowne zasady wolnego rynku do opanowania terytorium i uzależnienia wszystkich ludzi od siebie – robią to metodycznie i stopniowo. Są nieśmiertelne, uparte i kiedyś zwyciężą – chyba że wcześniej nazwiemy te potwory po imieniu i przestaniemy je traktować w systemie prawnym jak ludzi.

korporacje i produkcja

Mamy jak w banku, że korporacje będą starały się wyciągnąć od ludzi oraz środowiska naturalnego każdą ilość pieniędzy jaką zdołają. Nawet jeśli jest to niezgodne z prawem. W każdym przypadku gdy przegrane w sądzie i grzywny dla działań bezprawnych są niższe od zysków korporacji, ma ona psi obowiązek działać wbrew prawu. Inaczej postępując działałaby na szkodę akcjonariuszy.

To bardzo źle że ludzie są niedoskonali i czasem postępują niewłaściwie. Jedynie co ludzkości udało się na ten nasz mankament behawioralny skutecznego do tej pory wymyślić, to system penitencjarny, czyli system kar za złe zachowanie. System korporacyjny jest odpowiedzią na ten wynalazek, ponownie uwalniając nas od wszelkiej odpowiedzialności.

korporacje wolny rynek

Gdy coś zepsujemy odpowiadamy indywidualnie, gdy zepsuje coś korporacja nie wiadomo kto powinien był temu zapobiec – właściciel, czy zarządzający korporacją manager. W praktyce nie odpowiada nikt, ponieważ właścicielem jest milionowe stado akcjonariuszy, a zarząd zmienia się co kilka miesięcy i o niczym nie wie, oprócz tego jest wieloosobowy.

Korporacje to doprawdy doskonały w swojej prostocie system unikania konsekwencji postępowania tych, co aktualnie mają wielkie wpływy i decydują o losach milionów. W korporacji mamy do czynienia z nieistniejącym bytem – traktowanym przez prawo jako osoba i to na nią zrzuca się wszystkie możliwe winy, samemu pozostając czystym i bogatym. Za błędy i zbrodnie winimy markę, tworzymy więc utopijne kampanie no-logo, z kolei sukcesy spijają żywi i niejednokrotnie anonimowi udziałowcy.

Korporacja jest instrumentem niszczenia kapitalizmu, polegającego na wolnej konkurencji w miarę równorzędnych jednostek będących ludźmi. Gdy obok ludzi stawiamy hydrę korporacyjną, wynik tego starcia jest już z góry przesądzony. Utnij głowę hydrze, a wyrośnie jej następna, często gorsza.

„Gdy ludzi kupa i Herkules dupa” – a każda korporacja to kupa ludzi, więc nie może skutecznie konkurować z nią pojedynczy kapitalistyczny właściciel – ułomna jednostka.

Dlatego właśnie nasz świat pełen jest obrzydliwości i absurdu. Bo ci co są u władzy i mają najwięcej pieniędzy, czyli największy akcyjny udział właścicielski zarządzają korporacjami, mówiąc managerom co mają robić. Gdy ich plany są wprowadzane w życie bogacze korzystają, gdy plany okazują się katastrofalne – dla przykładu wsadza się do więzienia kilku członków zarządu, a nie tych którzy wydawali rozkazy. To działanie pod publiczkę jest tylko po to, aby uspokoić rozbuchane nastroje społeczeństwa, które przecież widzi że żyjemy w coraz brutalniejszym i gorszym świecie. Wszyscy wiemy, że jest coraz gorzej, ale niewielu z nas wie dlaczego i na tym korzystają korporacjoniści.

wolny rynek korwin

Jest to swego rodzaju religia. Pogląd filozoficzny, że człowiek powinien dążyć do przechytrzenia innych w dążeniu do władzy. Natomiast gdy już ją osiągnie, to będzie mógł być znowu dzieckiem, znowu będzie mógł robić co zechce nie ponosząc konsekwencji. Bez rozróżniania dobra i zła nie przejmując się i nie martwiąc się konsekwencjami. Swoboda absolutna, gdyż nawet gdy posuniemy się za daleko, to najwyżej powieszą kilku managerów albo wyciągnie się pieniądze od państwa, grożąc masowymi zwolnieniami podatniko-pracowniko-niewolników.

Żeby zakończyć żywot ludzkości nie potrzeba spisku i wyszukanych nowych rodzajów broni.

Wystarczyło wymyślić korporację, czyli narzędzie nadawania znaczenia dla braku moralności i przyznawania ludziom władzy nie powiązanej z odpowiedzialnością, za użycie tejże władzy. Skutki widzimy wszędzie wokoło, w barbarzyńskim wykorzystywaniu człowieka i niszczeniu przyrody. To dokładnie tak, jakby rozdać przedszkolakom uzi i zamknąć je w pozbawionym światła pomieszczeniu. Gdy damy człowiekowi możliwość niszczenia bez żadnej kontroli, to wcześniej czy później zniszczy on wszystko w swoim zasięgu i zasiądzie sam na kupce popiołów, która była kiedyś ostatnim dającym nam schronienie i powietrze drzewem.

wolny rynek liberalizm

Ciekawe czy królowa Elżbieta podpisując dokument ustanawiający pierwszą w dziejach niebankową korporację –  Kompanię Wschodnio-Indyjską miała świadomość, że podpisuje nieuchronny, odłożony jedynie o czterysta lat w czasie, wyrok śmierci na ludzkość?

Autor: Zbigniew Galar

Źródło: synergiaenergii.blogspot.com

Przygotowała: nika_blue

niewidzialna reka wolnego rynku

korwin mikke ekonomia

podatki ekonomia prawo

ekonomia przedsiebiorczosc

liberalizm korwin mikke

Polska będzie krajem niewolniczej siły roboczej. Jan Krzysztof Bielecki: „Pierwszy milion trzeba ukraść..”

Polska krajem niskich płac – Jan Krzysztof Bielecki

„Poczytajmy sobie, co ma do zaproponowania Polakom Izaak Blumenfeld, pseudonim: ‚Jan Krzysztof Bielecki’,  autor słynnego cytatu “Pierwszy milion trzeba ukraść”

(zob. http://pl.wikiquote.org/wiki/Jan_Krzysztof_Bielecki)

Typowy wolnorynkowy liberał, współzałożyciel Kongresu Liberalno-Demokratycznego.

Będąc coraz bogatszymi, będziemy rozwijać się wolniej. Jestem natomiast przekonany, że jeszcze przez wiele lat podstawowym czynnikiem dającym nam przewagę nad innymi krajami będą konkurencyjne koszty pracy. Badania i rozwój są oczywiście potrzebne, ale nie łudźmy się – w ciągu kilku lat nie staniemy się państwem, którego rozwój gospodarczy jest oparty na wynalazkach. Azjatyckie tygrysy też zaczynały od konkurowania ceną: najpierw Japonia konkurowała z USA, potem Korea zaczęła produkować taniej niż Japonia, Chiny produkują taniej niż Korea, a już Wietnam zaczął produkować taniej niż Chiny. Po drodze te państwa stają się nowoczesnymi gospodarkami.

Głównym hasłem wyborczym Donalda Tuska jest cywilizacyjny skok, doganianie Zachodu – to właściwie jedyny postulat, który on tak jasno deklaruje. Pan tymczasem właśnie powiedział, że naszą jedyną szansą na dalszy rozwój jest praca za stawki niższe niż w innych krajach – to nasza jedyna szansa na dalszy rozwój.

niskie pensje polakow

I doganiamy. W czasie rządów premiera Tuska PKB na mieszkańca w Polsce wzrósł z 54 proc. średniej unijnej do 64 proc. Fakt, że trzymamy konkurencyjne koszty pracy, że wydajność u nas rośnie szybciej niż pensje, jest dla nas podstawą rozwojową. I to właśnie jest jednym z powodów, dla których powstało tyle bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Właśnie dlatego Polska ciągle notuje wzrost gospodarczy i tworzy miejsca pracy. Gdy koszty pracy u nas wzrosną, to tych miejsc zacznie ubywać.

Innymi słowy, Zachód cały czas gonimy – ale gonimy na słabo opłacanych stanowiskach.

Czy ja wiem, czy za słabo? Na przykład płaca minimalna rośnie u nas za szybko, jest już wyższa o 30 proc. niż w Czechach. To pokazuje, jak bardzo w ryzach konkurencyjności musimy trzymać wysokość płac.

Tak mówi Jan Krzysztof Bielecki, przewodniczący Rady Gospodarczej przy Prezesie Rady Ministrów w rozmowie z Agatonem Kozińskim. Rozmowę opublikował Dziennik Bałtycki, 26 września 2013 roku.

placa minimalna

Przeczytajmy to spokojnie jeszcze raz. Oto po sześciu latach nieustającego rozwoju przeplatanego kampaniami i spotami o sukcesach, władza w osobie najważniejszego człowieka od gospodarki komunikuje nam:

  • “Jeszcze przez wiele lat podstawowym czynnikiem dającym nam przewagę nad innymi krajami będą konkurencyjne koszty pracy”
  • “Badania i rozwój są oczywiście potrzebne, ale nie łudźmy się – w ciągu kilku lat nie staniemy się państwem, którego rozwój gospodarczy jest oparty na wynalazkach”
  • Punktem odniesienia nie są żadne Niemcy, których stajemy się kolonią, ale Azja, i to ta budująca wzrost na taniej sile roboczej. Wietnam pojawia się jako wzorcowy przykład dla Polski.
  • Władzę najbardziej martwi wzrost zarobków Polaków i ich ograniczenie wydaje się być głównym celem

Najbardziej zaskakuje ten spokój J.K. Bieleckiego ogłaszającego, że Polacy to naród taniej siły roboczej i tak pozostanie…

Cóż, witajcie w fazie docelowej modelu rozwojowego rozpoczętego w 1989 roku. Witaj zwłaszcza klaso średnia. Na pocieszenie: nikt chyba nie wydaje tyle na ogłoszenia o postępach w innowacyjności, niż nasza władza w zaprzyjaźnionych mediach. Słowem – prawie innowacyjna gospodarka, z naciskiem na prawie.

Na temat bankiera “Bieleckiego” vel Izaak Blumenfeld warto sobie poczytać np. tu:
http://niepoprawni.pl/blog/6583