Reklamy

Tag: wolny rynek

Kapitalizm to oszukańczy system, który prowadzi do powszechnej biedy

Kapitalizm to oszukańczy system który prowadzi do powszechnej biedy

janusz korwin mikkeAdmin bloga, z którego skopiowałem ten artykuł, napisał: „oj, to dopiero będzie socjalistyczny tekst. Bo tylko socjalisty może interesować los matek z dziećmi, zamiast maksymalizacja zysków przedsiębiorstw i wielkich korporacji„. To była oczywiście ironia.

Jednak czy aby na pewno? Czym właściwie jest kapitalizm? W moim dzieciństwie jak mantrę powtarzano tekst: „nie wymyślono nic lepszego niż kapitalizm, więc niech ten kapitalizm będzie”. Co jest oczywiście totalną bzdurą. Podobnie musiano myśleć w średniowieczu. „Nie wymyślono nic milszego ‚bogu’ niż inkwizycja, więc niech stosy z heretykami płoną”.

Obecnie ponad wszelką wątpliwość wiadomo, że kapitalizm jest zbrodniczym, psychopatycznym systemem, w którym człowiek się w ogóle nie liczy. W kapitalizmie człowiek jest pikselem, biomasą, czy bardziej political correctens – „zasobem ludzkim”. Zauważyliście to pogardliwe, zdehumanizowane słownictwo? Przestaliśmy być ludźmi i staliśmy się nagle „zasobami ludzkimi” podobnie jak byliśmy „proletariuszami” w czasach bolszewizmu.

Oczywistą sprawą jest to, że w systemie, gdzie priorytetem jest wyłącznie zysk, wszystko inne, w tym Twoje zdrowie i życie, będzie dopiero na dalszych, często odległych pozycjach. Kapitalizm stworzył potężne sektory gospodarki, które nie tylko są zupełnie niepotrzebne, ale wręcz szkodzą dalszemu rozwojowi ludzkości, cywilizacji, kultury, itp.

Oczywistą sprawą jest fakt, że gdy bogactwa koncentrują się wśród 0,1% elity, lub mniej, to te środki będą „zamrożone”. Nie będą pracowały w realnej gospodarce, ale leżały bezczynnie w rajach podatkowych. Kapitalizm oznacza także, co zrozumiałe, transfer bogactw ku „górze”. Firmy łączą się, potężniejsza wchłania mniejsze, opanowuje rynek, potem prowadzi ekspansje na kolejne i kolejne kraje.. I tak globalne zasoby pieniądza są powoli, acz sukcesywnie, zasysane z całej planety. Biedniejemy z każdym rokiem, a bogaci się bogacą.

kongres nowej prawicyWstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Kapitalizm nie niweluje niesprawiedliwości i prowadzi do biedy

Cytuję: „Kapitalizm nie niweluje niesprawiedliwości i zawsze prowadzi do powszechnej biedy. Twierdzenie, że upowszechnienie dostępu do wiedzy z jest sposobem na podwyższenie kwalifikacji umożliwiających nadążanie ludzi za potrzebami (wyzwaniami) rynku, to nic innego jak przeistoczenie człowieka w przedmiot świadczący usługi polegające na pracy.

Nic więcej, pełna dehumanizacja – uczyć się po to, żeby nadążać za wyzwaniami!

Starożytni Grecy uczyli się, żeby być doskonałymi ludźmi; tego ideału już chyba nigdy nie da się powtórzyć w społeczeństwie zdominowanym przez kapitał i żądze renty odsetkowej.

Oczywiście w samym dostępie do wiedzy nie ma nic złego, zwłaszcza jeżeli ma charakter egalitarny i umożliwia selekcję pozytywną talentów. Jednakże poprzez podnoszenie kwalifikacji społeczeństwa jako zbioru pracowników nie da się napędzać rozwoju cywilizacji, no chyba że wymiarem postępu będzie przekątna kolejnego modelu tabletu lub innych popularnych i doskonale się sprzedających wynalazków.

Zasada „więcej wolnego rynku” i „deregulacja za wszelką cenę” oszukały nasze społeczeństwa. Zostaliśmy pozbawieni możliwości sterowania przepływami kapitałowymi; to nie społeczeństwo decyduje na co ma iść alokacja! Zatem to nie społeczeństwo – w procesie wyboru politycznego decyduje z czym mają wiązać się miejsca pracy, to nie społeczeństwo decyduje o dochodach. Nie ma żadnej kontroli nad „niewidzialną ręką rynku”, która niestety dla bardzo wielu okazała się „pięścią”. [Poza tym ta „niewidzialna ręka” do kogoś należy, he he he]

Kapitał rządzi się sam, jego celem jest przyrost i na rzecz realizacji tego celu jest gotów posunąć się do dowolnego okrucieństwa, pochlebstwa lub kłamstwa. Nie ma dla kapitału rzeczy niemożliwych, a dlatego jest śmiertelnie niebezpieczny, ponieważ relacje z kapitałem mają zawsze charakter osobisty i jednostkowy.

Kapitał broni się wszelkimi sposobami przed społeczną kontrolą, która w nowoczesnej gospodarce ma na imię OPODATKOWANIE! Nie bez powodu pewien, były już na szczęście minister finansów, nie zgodził się na to, żeby w Polsce było opodatkowania transakcji finansowych (jak w strefie Euro)!

Kapitał proszę państwa swoje wie i wie, że lepiej jest opodatkować jogurt dla dziecka, komputer dla ucznia i stanik dla kobiety niż opodatkować miłych jego sercu spekulantów kupujących i sprzedających za pomocą komputerów aktywa o których nawet nie nadążą mieć pojęcia.

Naprawdę bezpieczniej jest opodatkowywać nieruchomości, nawet te niepracujące, w których mieszkają emeryci, albo młode małżeństwa płacące kredyty hipoteczne – niż opodatkować osoby posiadające własność, w tym własność wykorzystywaną do celów pomnażania kapitału. Tak, oczywiście mowa o podatku katastralnym, szanowni państwo – o nim nad Wisłą, ani widu, ani słychu – jest prawdziwym „szatanem” polskiego systemu podatkowego.

Naprawdę o wiele lepiej i łatwiej jest zdzierać pieniądze z matek kupujących ubranka dla dzieci, to takie proste? No przecież musi kupić ubranko lub pieluchę! Jak musi, to zapłaci tak miły sercu kapitalisty podatek pośredni, który ten może w pełni przerzucić na ostatecznego konsumenta, a ten który ma sam zapłacić może sobie wliczyć w koszty (pośrednio i w części, ale może).

Niestety to kapitał ma media, to kapitał wmawia szaraczkom żyjącym za 2200 netto, że podatki progresywne są „be” i że to „komunizm”, a komunizm to wiadomo „ruscy”, koło percepcyjne się zamyka – Naród można ogłupiać w nieskończoność, jego kolejne pokolenia – wpadliśmy i się ugotowaliśmy, chyba nie ma dla nas ratunku.

Jeżeli państwa zachodnie chcą przetrwać, a zwłaszcza chcą przetrwać z zachowaniem dotychczasowego modelu społecznego, bez potrzeby wyludniania takich krajów jak Polska, gdzie przeciętne koszty życia przekraczają poziom przeciętnych dochodów – to muszą się zdecydować na opodatkowanie kapitału. Najpierw dochodów uzyskiwanych dzięki kapitałowi, a potem samych aktywów, tak żeby zmusić ich właścicieli – do obrotu posiadanym majątkiem. Tylko w ten sposób można rozruszać gospodarkę i spowodować, że w budżetach pojawią się pieniądze umożliwiające finansowanie standardów socjalnych do jakich jesteśmy przyzwyczajeni.

Oczywiście o wysokości opodatkowania niech dyskutują eksperci, jednakże w interesie polityków powinno być – uwolnienie od podatków – jogurtów dla dzieci a opodatkowanie posiadaczy luksusowych samochodów i wielkich zasobów majątkowych. Niech bogaci dokładają się progresywnie do systemu, który umożliwia im zachowanie statusu. Inaczej nie będzie skąd brać, a jak nie będzie – to proszę sobie przypomnieć, jaki los spotkał już kiedyś cywilizację zachodnią.. (Atlantyda, Lemuria – przyp. Jarek Kefir).

Źródło: http://obserwatorpolityczny.pl

Link bezpośredni: http://obserwatorpolityczny.pl/?p=21930

Autor: Krakauer

Data oryginalnej publikacji: 8 maja 2014

Reklamy
Reklamy

Oblicza liberalizmu i wolnego rynku: cywilizacyjny kanibalizm w Grecji [+18]

Wstrząsające oblicze ideologii wolnego rynku: cywilizacyjny kanibalizm w Grecji [+18]

janusz korwin mikke liberalizm gospodarczyArtykuł przeznaczony dla pełnoletnich czytelników [+18]

Publikuję poniżej poruszający opis tego, co się dzieje obecnie w upadającej w wyniku kryzysu gospodarczego Grecji.

Tak zwany kryzys gospodarczy trwa od 2008 roku i wygenerowano podczas niego takie zadłużenie, którego nie będzie można nigdy spłacić. Zastanawia mnie to, czy ci wszyscy politycy mają świadomość, że ta całą pseudo-ekonomia liberalizmu i wolnego rynku (ja nazywam ją „ekonomiactwem”) to czysta prowizorka, rozwiązanie tymczasowe?

Czy mają oni świadomość, że kiedyś świat dojdzie do takiego punktu, gdy wpływy z podatków i prywatyzacji nie będą starczyły nawet na spłatę odsetek od zadłużenia, czyli tzw. rolowanie długu, nie mówiąc już o spłacie całości zadłużenia? Pamiętam jak dziś jedną z analiz ekonomicznych, którą czytałem bodaj w 2012 roku. Według tej analizy, ludzkość musiałaby pracować w pocie czoła ponad tysiąc lat, by spłacić bieżące globalne zadłużenie. Oczywiście nie ujęto w tej analizie odsetek jakie narosłyby przez te tysiąc lat.

Dodam jeszcze jedną myśl. Otóż, kto ponosi koszta kryzysu gospodarczego? Oczywiście, że ponosi je Proletariat, czyli my, zwykli ludzie. Prezesi korporacji, rady nadzorcze, politycy, elity – nie zredukowali ani o centa swoich wydatków. Cały kryzys gospodarczy wydaje się być zaplanowaną operacją sabotażu – biedni mają stać się jeszcze biedniejsi, a bogaci – jeszcze bogatsi.

Jest to inaczej transfer kapitału ku górze kapitalistycznej piramidy. Wszak to kryzys gospodarczy usprawiedliwia coraz cięższą pracę za coraz mniejsze stawki, ku chwale biznesowo-korporacyjnej elity i religii wolnego rynku.

Polecam przeczytać pozostałe artykuły na temat (neo)liberalizmu, ideologii wolnego rynku, gospodarki:
1. Ideologia Janusza Korwina Mikke (czyli neoliberalizm) to zbrodnia dokonywana na Polakach
2. Wyborcy i zwolennicy Janusza Korwina Mikke, nie dajcie się otumanić! To wszystko już było!
3. Liberałowie! Wyborcy Korwina, PO, itp! Jesteście w ciemnej dupie! [+18]
4. Czy Janusz Korwin-Mikke popiera ludobójstwo Polaków?! “Za Hitlera podatki były niższe”
5. Korwinizm: szokujące fakty. Jest po to, by bogaci mieli więcej, a biedni mniej
6. “Ekonomiactwo” Korwina-Mikke i Balcerowicza w REALNYM życiu

liberalizm wolny rynek kongres nowej prawicyJarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

__________________________________________________________

Oblicze upadku: Społeczna nekrofilia w Grecji

Cytuję: „

“600 euro, które przy mnie znajdziesz, możesz wykorzystać do opłacenia naszego ubezpieczenia zdrowotnego. Czynsz uregulowałam wczoraj.
Przepraszam, moja córko, że nie mogłam już dłużej cierpieć, żeby po prostu postawić na stole ciepły talerz – cholerny talerz.
Zadbaj o to, żeby nasza córka poszła na studia i nigdy jej nie opuszczaj. Powinna dostać nasz wiejski domek.”

Pożegnalny list 50-letniej kobiety do męża. Skoczyła z wysokiego muru na greckiej Krecie i jest w stanie krytycznym. Kolejna ofiara pogłębiającego się kryzysu finansowego, który testuje wytrzymałość Greków od 2008 roku. Według krajowego Biura Ewidencji Ludności od początku kryzysu nastąpił 43% wzrost liczby samobójstw w skutej oszczędnościami fiskalnymi Grecji. Dane nieoficjalne podnoszą liczbę dotychczasowych zgonów do 4.000.

Grecja jest najnowszym i historycznie bezprecedensowym eksperymentem neoliberalnym w skali globalnej. Neoliberalna ofensywa galopuje i jeśli Chile “było laboratorium stadiów wstępnych, Grecja stała się laboratorium jeszcze bardziej zawziętej implementacji”. (1) To, z czym mamy w Grecji do czynienia najlepiej można opisać jako “redukowanie kraju” (2), które przynosi głębokie zmiany w jego strukturze społecznej i gospodarczej.

Gospodarka Grecji skurczyła się o prawie jedną trzecią od 2007 roku, a dług stał się niemożliwy do obsłużenia. Poprzez brutalne środki oszczędnościowe, masową prywatyzację, cięcia w najbardziej wrażliwych sektorach edukacji i zdrowia publicznego, miarowy proces de-industrializacji i utraty suwerenności, “Grecja stanie się biednym krajem, z pomniejszoną bazą produkcyjną, ograniczoną zdolnością do samostanowienia [i] klasą polityczną przyzwyczajoną do prawie neokolonialnych form nadzoru”. (3)

Przeglądam migawki wiadomości: ponure twarze, desperacja w oczach, gniewne spojrzenia, frustracja i przede wszystkim strach. Ateny zamieniają się powoli w cmentarzysko żywych. Transformacja miasta, jako fizycznej i symbolicznej przestrzeni, jest szokująca; jego przestrzeń publiczna i ludzki habitat ulegają fragmentacji na opuszczone sklepy “do wynajęcia”, zrujnowane fasady, okna mieszkań i balkonowe drzwi zamknięte na głucho za kratami “dodatkowego zabezpieczenia”, kartonowe łóżka i rozłożone obok mienie bezdomnych: stary brudny koc, zużyte trampki, sztuczne kwiaty, puste butelki, suchy chleb.

Różne części miasta namacalnie ilustrują degenerację tkanki społecznej, kiedy coraz więcej Greków dołącza do “ludzkich odpadów” (4) Zygmunta Baumana: bezrobotnych, ubogich pracowników, imigrantów, wyrzutków, ofiar “postępu gospodarczego” i nieposkromionej polityki neoliberalnej – prawdziwych ofiar “opowieści o sukcesie” snutej przez greckiego premiera Antonisa Samarasa, za którą kryje się prywatyzacja i hurtowa wyprzedaż krajowych aktywów i suwerenności.

Grecja jest radykalnie i gwałtownie przekształcana w stertę “zmarnowanych życiorysów” na gigantycznym wysypisku globalnego kapitalizmu. Będąc świadkiem tej nowatorskiej formy społecznej nekrofilii, która centymetr po centymetrze pożera ludzkie życie, przestrzeń publiczną i zawodową, wzdrygam się na dźwięk słów “poświęcenie”, “pomoc” i “opowieść o sukcesie”. Czyja ofiara i czyja pomoc? Czyj sukces, a czyja strata? Odpowiedzią są liczby.

Stopa bezrobocia [oficjalna] zbliża się obecnie do 30%, tyleż samo Greków nie miało zatrudnienia w 1961 roku. Dla porównania, bezrobocie w Stanach Zjednoczonych w 1929 roku [doba Wielkiego Kryzysu] wynosiło 25%. Ponad 70% bezrobotnych pozostaje bez zajęcia zarobkowego dłużej niż rok [Około 20% zatrudnionych Greków wynagrodzenia otrzymuje sporadycznie lub w ogóle.]; po utracie zasiłku i ubezpieczenia zdrowotnego większość egzystuje dzięki pomocy charytatywnej. Odsetek ten nie obejmuje ludzi młodych poszukujących pracy po raz pierwszy, pracowników nieubezpieczonych i zatrudnionych w niepełnym wymiarze godzin. Od 2011 roku bezrobocie wzrosło o 41%, a w przypadku osób w przedziale wiekowym 15-24 osiągnęło 51,1% [Według ostatnich danych: 61,4%.], w ciągu zaledwie trzech lat uległo podwojeniu (5), ustanawiając tym samym ujemny rekord strefy euro. (6)

Receptą Międzynarodowego Funduszu Walutowego/Europejskiego Banku Centralnego jest dalsze generowanie bogactwa w globalnym kasynie finansowym, podczas gdy 31% Greków znajduje się na krawędzi ubóstwa (Eurostat, 2012). Statystyki te plasują Grecję na siódmym miejscu pod względem biedy wśród 27 krajów Unii Europejskiej. A dokładniej: 28,7% dzieci w wieku do 17 lat, 27,7% ludności w przedziale wiekowym 27-64 oraz 26,7% Greków powyżej 65 roku życia zagrożonych jest ubóstwem.

Ubóstwo wśród dzieci wzrosło o 11,8%, podnosząc całkowitą ich liczbę do 465.000 w 2011 roku. (7) Greckie państwo socjalne rozsypuje się za sprawą drakońskich cięć płac i emerytur, masowych zwolnień i naruszania praw nabytych, pracowniczych i negocjowania umów zbiorowych. Te ostatnie wygasły w dniu 14 maja 2013 roku i zostały zastąpione umowami indywidualnymi, czyniąc pracowników zakładnikami pracodawców. Wynagrodzenie podstawowe spadło do 500 euro miesięcznie (400 dla młodzieży) – nie wspominając o retroaktywnej redukcji płac o 22% (32% w przypadku młodzieży) w lutym 2012 roku.

W marcu 2013 r. rząd ogłosił dodatkowe cięcia emerytalne sięgające 20%. Według Instytutu Pracy Narodowej Konfederacji Pracowników Greckich (2012), nowe środki podyktowane przez “trojkę” (Europejski Bank Centralny, Komisję Europejską i Międzynarodowy Fundusz Walutowy) doprowadzą do pogorszenia warunków życia co najmniej 35% pracowników i emerytów. Przykładowo od początku 2011 roku 113.268 osób odłączyło telefony stacjonarne, aby zmniejszyć wydatki. Przy wynoszącym 19% wzroście kosztów energii elektrycznej, 350.000 ludzi żyje w Atenach bez prądu. Dodatkowe opodatkowanie nieruchomości i grzywny sieją spustoszenie w szeregach klasy średniej, która teraz “płaci czynsz” za własne domy. Jakość życia Greków pogarsza się w sposób radykalny.

Ten neoliberalny eksperyment, realizowany obecnie w Grecji, rodzi destrukcję i śmierć, i współbrzmi z formami “społecznej nekrofilii”. Przez społeczną nekrofilię rozumiem tępy, zorganizowany wysiłek ze strony krajowego systemu politycznego i zagranicznych ośrodków neoliberalnych, aby wdrożyć politykę gospodarczą i działania oszczędnościowe, które prowadzą do fizycznego, materialnego, społecznego i finansowego zniszczenia ludzi [oraz środowiska naturalnego]: politykę promującą śmierć fizyczną lub symboliczną. Celem prowadzonej ofensywy kapitalistycznej, mającej postać doktryny neoliberalnej, jest symboliczne i fizyczne wyniszczenie najsłabszych warstw ludności, wprowadzenie całego społeczeństwa w stan agonalny, aby narzucić bezprecedensowe cięcia oszczędnościowe, które generują zysk dla najbardziej uprzywilejowanych klas międzynarodowych.

Erich Fromm, filozof Szkoły frankfurckiej, psycholog i psychoanalityk, udostępnia metaforę z zakresu psychiatrii oraz narzędzia, aby wykazać, jak uprzedmiotowione społeczeństwo rynkowe zmuszane jest, by pokochać śmierć. Swoją własną śmierć. W przełomowej pracy Anatomia ludzkiej destruktywności (1973) Fromm definiuje nekrofilię jako “namiętny pociąg do wszystkiego, co jest martwe, w stanie rozpadu, zdegenerowane, schorowane; jest to żądza przekształcania tego, co żyje w coś nieżywego, niszczenia dla samego niszczenia; wyłączne zainteresowanie wszystkim, co jest czysto mechaniczne. To pasja rozrywania na strzępy żywych struktur”. (8)

Jednakże w przypadku greckiego eksperymentu neoliberalnego, poza niszczeniem dla samego niszczenia, stawką są realne interesy gospodarcze. W kasynie kapitalizmu mają miejsce zakłady i spekulacje; banki i inne organizacje finansowe rozgrywają grecką partyjkę. Społeczną nekrofilię można tutaj rozumieć jako stan rozpadu, materialny i socjalny rozkład społeczeństwa i destrukcję tkanki społecznej, gdzie choroba i śmierć czekają na biednych, ponieważ w wyniku konkretnych politycznych wyborów kona gospodarka, a zyski trafiają do wielkich banków i ponadnarodowych korporacji. Umiłowanie śmierci, czyli politykę społecznej nekrofilii, ilustruje w Grecji a) odrodzenie faszyzmu oraz b) szokujący wzrost poziomu zachorowań, samobójstw, uzależnień i chorób zakaźnych odnotowany od początku kryzysu.

Faszyzm

W Anatomii ludzkiej destruktywności (9) Fromm argumentuje, iż nekrofilia jest wytworem myśli faszystowskiej i omawia przykład hiszpańskich Falangistów, którzy mieli w zwyczaju skandować, “Niech żyje śmierć!”. Faszyzm znajduje swój wyraz w dyskursach i polityce rządu Grecji, jak również w rosnącej popularności neonazistowskiej partii Złoty Świt. Jest ona obecnym przejawem tamtejszego umiłowania śmierci.

W kontekście kryzysu greckiego wyłoniła się nowa forma dominacji politycznej, odrestaurowany model faszyzmu lub kolejny przykład “proto-faszyzmu”. (10) Wybrana koalicja rządowa systematycznie narusza Konstytucję i wstrząsa fundamentami demokracji parlamentarnej poprzez ustanowienie “pobocznego systemu” prawodawstwa. Posługując się bezkrytycznie i regularnie “pilnymi dekretami ustawodawczymi”, koalicyjny rząd omija greckie przepisy celem ułatwienia prywatyzacji i wyprzedaży. Ponadto istnieje zinstytucjonalizowana destabilizacja: prawa podlegają ciągłym zmianom, a wiele z nich implementuje się retroaktywnie.

Poza notorycznym gwałceniem norm konstytucyjnych, główną cechą greckiego proto-faszyzmu jest zanik przestrzeni publicznej. Krajobraz nabierający kształtu po roku 2009 niewiele odbiega od formy totalitaryzmu, którą opisała Hannah Arendt: “Rząd totalitarny nie tylko ogranicza lub znosi podstawowe wolności; niszczy jeden zasadniczy warunek wszelkiej wolności, którym jest po prostu zdolność poruszania się – nie może ona istnieć bez przestrzeni”. (11)

Swobodne poruszanie się nie tylko jest ograniczane i/lub zabraniane, jak chociażby w przypadku zakazu demonstracji w centrum Aten, kiedy z wizytą zjeżdżają emisariusze “trojki” – praktyka przypominająca godzinę policyjną z czasów okupacji niemieckiej lat 40-tych. Pozostałości swobody poruszania się poddawane są ponadto intensywnemu monitoringowi za pośrednictwem kamer zainstalowanych na całym obszarze Aten.

W warunkach nekrofilii sprawujący władzę system działa w przeświadczeniu, iż jedynym sposobem na rozwiązanie problemu lub konfliktu jest siła i przemoc – symboliczna lub materialna – i niezdolny jest dostrzec innych opcji. Wyjaśnia to również wykładnicze nasilenie przemocy praktykowanej przez państwo przez ostatnich pięć lat, czego przejawem jest likwidacja protestów, kryminalizacja sprzeciwu i aktywizmu, torturowanie zatrzymanych demonstrantów oraz organizowanie aresztowań zapobiegawczych.

Równolegle z przemocą symboliczną, która objawia się w sposób gospodarczy, polityczny i dyskursywny, odbywa się wzmożony ruch w kierunku militaryzacji i autorytaryzmu. W tym celu – przy równoczesnych masowych zwolnieniach w sektorze publicznym – państwo greckie więcej pieniędzy asygnuje na rekrutację i szkolenie funkcjonariuszy organów ścigania. Co ciekawe istnieją ścisłe powiązania między policją i neonazistowską partią Złoty Świt, której członkowie z nostalgią wspominają Hitlera i Juntę czarnych pułkowników z roku 1967. Złoty Świt – uznany obecnie za organizację przestępczą – zaangażowany jest w “operacje paramilitarne: systematyczne ataki na imigrantów, lewicowców i homoseksualistów”.

(12) Osiemnastu jej posłów trafiło już za kratki, inni członkowie uwikłani są w brutalne napaście, posiadanie broni, a nawet morderstwa, chociażby brutalne, śmiertelne pobicie pakistańskiego imigranta Shehzada Luqmana i dokonana z zimną krwią egzekucja Pavlosa Fyssasa, lewicowego, anty-faszystowskiego aktywisty i rapera młodego pokolenia. [Poczynania rządu zdradzają podobną bezwzględność. Zatrzymani przez władze Grecji imigranci z Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu – którzy poszukują azylu w Europie – nie są traktowani jak istoty ludzkie, stwierdza raport organizacji Lekarze bez Granic. Specjaliści medyczni odwiedzili obozy dla internowanych, komisariaty i obiekty straży wybrzeża na terenie kraju i określili je mianem „istnego piekła”.

Tysiące zatrzymanych nie mają dostępu do świeżego powietrza, naturalnego światła i podstawowych urządzeń sanitarnych. Jeden z lekarzy stwierdził, „Nie sądziłem, że takie warunki są możliwe na europejskiej ziemi”. Grecja jest głównym punktem tranzytowym i na życzenie UE tamtejsza konserwatywna koalicja od lata 2012 roku powstrzymuje falę napływu imigrantów w ramach operacji „oczyszczania”. W atmosferze skrajnie prawicowego, antyimigracyjnego sentymentu ludzie zatrzymywani są często losowo nawet na okres 18 miesięcy. Ofiary z rozdartych wojną krajów, takich jak Syria, spędzają za kratkami 15 miesięcy. Doszło do pierwszych prób samobójczych – link.]

To, co “publiczne” znoszone jest na rzecz tego, co “prywatne” poprzez proces lekceważenia, szkalowania i degradacji. Przykładem jest nieprzerwana demonizacja pracowników publicznych, nauczycieli szkół publicznych, profesorów uniwersyteckich i lekarzy publicznej służby zdrowia jako leniwych, niekompetentnych, wymagających stałej ewaluacji – jeżeli ośmielą się wyrazić sprzeciw i dezaprobatę, opadnie na nich miecz Domoklesa w postaci indywidualnego dochodzenia. Wszystko, co “publiczne” pozostawiane jest na pastwę rozkładu poprzez wycofanie finansowania, personelu i wsparcia, a także przygotowanie żyznego podłoża pod korupcję i bezwzględną konkurencję.

Szkołom publicznym brakuje książek i innych materiałów edukacyjnych, a na wielu obszarach północnej Grecji dzieci nie opuszczają w bardzo zimne dni swoich domów, ponieważ szkoły nie mają środków na ogrzewanie sal lekcyjnych. Nauczyciele doświadczają straszliwych cięć swoich wynagrodzeń, a uczelnie wyższe z trudem zachowują zdolność funkcjonowania ze względu na redukcję personelu laboratoryjnego i pomocniczego, która ogranicza właściwe funkcjonowanie wydziałów.

Rozkładające się ciało

“To proste. Czujesz głód, masz zawroty głowy i próbujesz to przespać,” powiedziała matka 11-letniego chłopca, który cierpi w szkole na bóle głodowe. (13)

W fizycznym sensie nekrofilia uzewnętrznia się w degeneracji ludzkiego ciała, spustoszonego przez choroby, niedożywienie, narkomanię, HIV i samobójstwa. Ludzie poszukujący w śmietniku jedzenia. Bezdomni na każdym rogu ulicy; małe społeczności ze slamsów w sercu Aten. Wijąca się w kierunku centrum kolejka tysięcy ludzi, czekających na strawę z garkuchni, gdzie serwuje się ponad 30.000 darmowych posiłków dziennie. Dla wielu to jedyny, codzienny pokarm. Witajcie w kolejce “ludzkich odpadów”.

Greckie rządy, które od początku kryzysu w 2008 roku przyjmują rolę egzekutorów dyrektyw MFW/UE, wykazują się szczególnie nekrofilskim usposobieniem, czyniąc to bez jakichkolwiek skrupułów. Rośnie liczba dzieci mdlejących w szkołach z powodu niedożywienia [i porzucanych przez rodziców: najbardziej prestiżowa klinika pediatryczna kraju odnotowała 336% wzrost takich przypadków; podobna sytuacja panuje w pozostałych szpitalach dziecięcych i klinikach położnictwa]; w szpitalach publicznych występują żenujące niedobory, które często zmuszają przyjętych pacjentów do zakupu własnego bandaża i leków.

Ludzie bez ubezpieczenia zdrowotnego, cierpiący na ciężkie schorzenia, nie mają dostępu do opieki medycznej [Ich liczba wynosi blisko milion.]. Malaria, choroba wyeliminowana oficjalnie 40 lat temu, powróciła w 2012 roku; jej przypadki odnotowano we wschodniej Attyce i na Peloponezie.

Zwiększa się liczba samobójstw (skok o blisko 43%), która w ostatnich pięciu latach uczyniła Grecję liderem statystyki światowej. Pojawiają się niepokojące, nowe przypadki depresji i chorób psychicznych. Badanie przeprowadzone niedawno przez Uniwersytet Janina ustaliło, że jedna na pięć osób z problemami finansowymi zdradza symptomy psychopatologii. Nastąpił również 200% wzrost przypadków HIV. (14) Jednocześnie obcinane jest niezbędne dofinansowanie szpitali psychiatrycznych, publicznych ośrodków rehabilitacji uzależnień oraz innych programów zabezpieczenia socjalnego i placówek opieki społecznej – tymczasem system próbuje “usunąć” najsłabsze grupy społeczne, takie jak kobiety z HIV, narkomani i chorzy psychicznie.

Narzucona przez rząd 40% opłata dodatkowa za olej opałowy pozbawiła zimą ogrzewania tysiące gospodarstw domowych – w konsekwencji ludzie powrócili do pieców drzewnych, których niekontrolowane użycie spowiło Ateny toksycznym smogiem. [Zapoczątkowało także intensywne wylesianiezdewastowano już tysiące hektarów lasu. Ponadto brak pieniędzy oznacza, że gospodarstwa domowe palą drewnem niskiej jakości – szafami i stolikami zawierającymi rakotwórcze związki chemiczne; do ogrzewania używa się nawet plastikowych polimerów.]

Rozkład ciała idzie w parze z destrukcją środowiska: grecka gleba jest dewastowana w imię zysku przez nadmierne wydobycie surowców mineralnych. Rozległe połacie leśne, chociażby w puszczy Skouries w Halkidikach, są zamieniane w tereny górnicze, gdzie prywatne firmy eksploatują naturalne bogactwo kraju, zatruwając przy tym gleby, powietrze i wodę.

Zadaniem wyjątkowo trudnym i skomplikowanym jest podjęcie próby wyjaśnienia braku masowego, zorganizowanego buntu Greków na przestrzeni ostatnich pięciu lat, zważywszy na radykalne pogorszenie warunków ich życia. Wszędzie wyczuwa się niemalże zgodę na śmierć; ludzie powoli oswajają się z terrorem. Początkowe manifestacje – zgromadzenia na placach, protesty i inne akty nieposłuszeństwa – nie nabrały bardziej systematycznego i spójnego charakteru, pomimo małych lokalnych zwycięstw oraz istnienia ruchu, który prowadzi codzienne zmagania na wielu poziomach i w wielu miejscach.

Elity władzy wykorzystały początkowy szok i paraliż, aby szerzyć strach poprzez zidentyfikowaną przez Naomi Klein “doktrynę szoku”. Powszechną praktyką elit biznesu i władzy jest wykorzystanie wstrząsów w postaci klęsk żywiołowych, problemów gospodarczych lub zawirowań politycznych jako okazji do agresywnej restrukturyzacji gospodarek osłabionych krajów. W tym samym stylu miażdżony jest popularny opór i niezgoda – poprzez symboliczny i materialny strach i przemoc, które obejmują “katastroficzne” dyskursy w mediach i bardzo realne tortury i represje. (15)

Szok pomaga systemowi wdrażać aspołeczne i szkodliwe rozwiązania, które w normalnych warunkach spotkałyby się ze sprzeciwem ludności. Jako obywatel kraju będącego w stanie szoku, mówi Klein, tracisz swoją narrację, nie rozumiesz swojego położenia w czasie i przestrzeni. Stan głębokiego wstrząsu łatwo jest wykorzystać, ponieważ ludzie są bezbronni i zdezorientowani, pozbawieni zasadniczych narzędzi rozumienia siebie i swojej pozycji w kontekście społeczno-politycznym. Człowiek staje się czymś nie-żywym, natomiast ożywa rynek. Podczas gdy ludzie powoli tracą swoje człowieczeństwo – rząd rezygnuje z funkcji socjalnych – “rynki” stają się nowymi osobami, o które konsumenci powinni tak dbać i martwić się, jak o coś żywego.

Choć pozbawione życia, w dyskursie neoliberalnym rynki uzyskują duszę i charakter. Można zaobserwować interesujące zjawisko w oficjalnym dyskursie rządu, wiernie odtwarzanym przez media nurtu głównego: nieprzerwana próba przypisania cech ludzkich rynkom. “Rynek” jako rzeczownik, podmiot lub dopełnienie, rzutowany jest jako organ nadrzędny, istniejący ponad i poza wszystkim, istota, którą należy uszczęśliwiać i zadowalać – kolejny przejaw nekrofilii, jako że ludzie muszą umierać, aby rynek pozostał przy życiu.

Antropomorfizm rynku demonstrują wypowiadane w mediach zdania: “rynki okazały dzisiaj zadowolenie”, “rynek ma kłopoty” i “musimy przekonać rynki”, “powinniśmy uspokoić rynki” lub “poczekajmy i zobaczmy, jak rynki zareagują”. “Reakcje” niewidzialnego rynku legitymizują “ludzkie ofiary”, ponieważ wszystkie “uczucia rynku” zależą od zwielokrotnienia antyspołecznych środków oszczędnościowych, które spychają znaczną część zdolnej do pracy greckiej populacji do kosza bezrobocia. Im więcej ludzkich atrybutów przypisuje się rynkom, tym liczniejsza rzesza prawdziwych osób pozbawiana jest ludzkiej treści. Zdaje się, że system musi odczłowieczać ludzi, aby “uczłowieczyć” rynek – i prawdopodobnie zaprogramować ich człowieczeństwo według wytycznych nowego społeczeństwa rynkowego, gdzie jako nowy rodzaj ludzi pozbawieni są siły sprawczej.

[…]

Autor: Panayota Gounari (wersja oryginalna)

Tłumaczenie: exignorant

Pisząc powyższy artykuł, autorka sięgnęła do rozdziału swojej nowej książki: Reclaiming the Sane Society: Essays on Erich Fromm’s Thought.

Źródło: http://exignorant.wordpress.com/2014/03/30/oblicze-upadku-spoleczna-nekrofilia-w-grecji/

1. Hall, S. Massey, D. & Rustin, M. (2013 r.). Po neoliberalizmie: Analizując teraźniejszość. Londyn, Wielka Brytania: Soundings, str. 12
2. Sotiris, P. (2012). Redukując kraj.
3. Tamże
4. Bauman Z. (, 2004). Zatracone życiorysy: Nowoczesność i jej wykluczeni. Cambridge, UK: Polity, str. 4
5. INE GSEE/ADEDY. (2012). Grecka gospodarka i zatrudnienie: Raport roczny 2012. Ateny, Grecja
6. Nowy rekord bezrobocia w strefie euro (2013, 8 stycznia). BBC
7. Grecki Komitet Narodowy UNICEF. (2003). Sytuacja dzieci w Grecji 2013. Ateny: Grecja
8. Fromm E. (1973). Anatomia ludzkiej destruktywności. Nowy Jork: Henry Holt, str. 369
9. Tamże
10. Giroux, 2008, str. 21-22. Giroux, H. (2008). Przeciwko terrorowi neoliberalizmu. Polityka po drugiej stronie epoki chciwości. Boulder, Kolorado: Paradigm Publishers
11. Hannah Arendt, Korzenie totalitaryzmu (1973, str. 466)
12. The Guardian
13. Alderman, L. (2013, 17 kwietnia). Więcej dzieci w Grecji cierpi głód. The New York Times
14. Henley, J. (2013, 15 maja). Recesje mogą zaszkodzić, ale oszczędności fiskalne są zabójcze.
15. Klein: Klein, N. (2008). Doktryna szoku. Nowy Jork: Henry Holt
16. Edmonds, L. (2013, 26 kwietnia), Czy Grecja jest w szoku? Naomi Klein mówi o tym, w jaki sposób jej bestseller Doktryna szoku odnosi się do Grecji. Eleytherotypia online
17. Fromm, 1981

Kult niewidzialnej ręki wolnego rynku to patologia

Wolny rynek – jedyna recepta na rozwój gospodarczy czy groźna utopia?

wolny rynek i neoliberalizm

Utopia o tyle groźna, że czołowi ideologowie wolnego rynku, nie biorą pod uwagę jednego ważnego czynnika. Tym czynnikiem jest psychologia szeroko rozumiana.

Teoria wolnego rynku zakłada, iż producenci sami będą dbać o jakość produktów, bo produktów złej jakości nikt nie kupi. Tymczasem można wyliczyć wiele przesłanek ku temu, że produkty złej jakości, wadliwe, szkodliwe, mogą mieć miliony nabywców.

1. ludzka głupota. Ludziom nie chce się sprawdzać, czytać, kontrolować na przykład tego, co jedzą. Ważne by produkt był smaczny i dobrze reklamowany, to się sprzeda, nawet jeśli jest toksyczny.

2. podatność na reklamę. Każdy mówi że nie jest podatny na kampanie reklamowe, ale gdyby tak było, to korporacje nie wydawałyby setek milionów dolarów na marketing. Reklama to nic innego jak skojarzenie kupienia produktu z pozytywną emocją, bądź skojarzenie nie kupienia produktu z negatywną emocją. A emocje są hałaśliwe i często wybierają pierwsze.

3. pensje. Gdy na danym neokolonialnym obszarze prywaciarze dogadają się z rządem, że mogą płacić swoim niewolnikom grosze, to siłą rzeczy nie będzie ich stać na jakościowe produkty.

4. zmowy cenowe i monopole. Pamiętajmy, że wolny rynek zawsze jest etapem przejściowym. Tym razem etapem do całkowitej monopolizacji i globalizacji rynków zbytu, gdzie kilka, kilkanaście powiązanych ze sobą korporacji, będzie kontrolowało np. większość produkowanej i sprzedawanej żywności.

Autor powyższego wstępu: Jarek Kefir

Portal Jarka Kefira na facebooku:

_____________________________________________________

A teraz artykuł właściwy:

Kult wolnego rynku to patologia

Cytuję: „Będzie pan przepraszał za Ronalda Reagana i jego reaganomikę?

Nie. Ale jest mi wstyd z powodu tego, co wydarzyło się potem.

To znaczy?

Wstyd mi za neoliberalizm. Ten patologiczny kult wolnego rynku, który wprowadził zachodnie gospodarki, w tym USA, na ścieżkę samozniszczenia.

Chwileczkę! Przecież to nie kto inny, tylko Ronald Reagan był ojcem neoliberalizmu! Pan jako jeden z jego najbliższych współpracowników powinien to chyba wiedzieć najlepiej.

Ronald Reagan był ojcem reaganomiki. Była ona dokładnym przeciwieństwem reform neoliberalnych.

To musi pan sam wyjaśnić, bo nikt mi nie uwierzy, jak zacznę opowiadać, co usłyszałem z ust architekta reaganomiki.

My, reaganowcy, przejmowaliśmy władzę na przełomie lat 70. i 80. Był to moment, w którym przestała działać stosowana od lat 30. keynesowska polityka pobudzania popytu. Ekonomiści i politycy działali dotąd według prostego schematu: gdy gospodarka zwalniała i pojawiały się problemy z bezrobociem, to oni zajmowali się pobudzaniem popytu. Starali się, by konsumenci znowu mieli trochę więcej pieniędzy i stymulowali gospodarkę swoimi wydatkami. A gdy ta przyspieszała, powodując ryzyko inflacji, ograniczali popyt.

Aż do momentu, gdy pojawiła się stagflacja. Czyli zabójcza mieszanka recesji, bezrobocia i wysokiej inflacji.

Ten problem trawił Amerykę i Europę przez całe lata 70. Nawet najbardziej zatwardziali keynesiści czuli, że walą głową w mur. Coś musiało się zmienić. A my wymyśliliśmy, na czym ta zmiana ma polegać. To była tzw. rewolucja podażowa.

Czyli?

Już w czasie kampanii wyborczej Reagan powiedział, że problem polega na tym, iż zbyt wiele dolarów goni za zbyt małą ilością dóbr. I to było celne stwierdzenie. Bo pokazywało nasz cel. To znaczy: dość manipulowania przy popycie. Czas zająć się zwiększaniem podaży.

Co konkretnie zrobiliście?

Zaczęliśmy od podatków osobistych oraz od zysków kapitałowych. Obniżyliśmy wszystkie stawki. Tu nie chodzi tylko o to, by ludzie w sumie płacili mniej. Naszym celem było stworzenie takiej sytuacji, w której opłaca się pracować i produkować więcej niż dotychczas. Bo dotąd każdy dodatkowy dolar był opodatkowany na tyle wysoko, że nie warto było pracować więcej. A jak nie pracowano więcej, to było mniej oszczędności i mniej pieniędzy na inwestycje. Logiczny wniosek, że taki system promował bierność zamiast pracy i konsumpcję zamiast inwestycji. Więc myśmy tę sytuację odwrócili. Niższe podatki od wyższych dochodów sprawiały, że brak pracy i konsumpcja stały się nagle bardziej kosztowne. A inwestycje bardziej opłacalne. Keynesistom się to nie podobało, ale gdy zobaczyli, że nasza recepta działa, musieli złożyć broń. Bo nagle amerykańska gospodarka ruszyła z miejsca. Pojawiła się też praca. Dobra, solidna praca dla zwyczajnych Amerykanów. A stagflację udało się w końcu przełamać. I to było nasze wielkie zwycięstwo.

Jak dotąd wszystko było, jak rozumiem, w porządku. A czy pamięta pan moment, w którym zauważył pan, że rewolucja podażowa skręca w niewłaściwym kierunku?

Kłopoty zaczęły się w momencie upadku Związku Radzieckiego. To była kompletna katastrofa dla amerykańskiej gospodarki.

Nie wierzę. Reaganowiec żałuje zwycięstwa w zimnej wojnie.

Kiedy to prawda! Wraz z upadkiem ZSRR dotychczasowe reguły gry wywróciły się do góry nogami. I nie mówię tu tylko o sytuacji geopolitycznej. Chodzi przede wszystkim o gospodarkę. Chcąc nie chcąc, reszta świata musiała bowiem ugiąć kark przed zwycięzcą. I otworzyć się na zachodni kapitał, udostępniając mu ogromne zasoby swojej niesamowicie taniej siły roboczej. Choćby w komunistycznych Chinach czy socjalistycznych Indiach. Towarzyszyło temu powtarzane jak mantra przekonanie, że nie ma alternatywy dla zachodniego kapitalizmu. Amerykańskie korporacje musiały z tej okazji skorzystać. Szybko zauważyły, że neoliberalizm daje im niesamowite możliwości maksymalizacji zysków. Czyli również maksymalizacji premii dla najwyższej kadry menedżerskiej. To był bezlitosny proces, bo nawet gdyby amerykański biznes nie chciał uciekać z kraju, to i tak zostałby do tego… zmuszony.

Zmuszony? Przez kogo?

Przez Wall Street. Bo inwestorzy powiedzieli do firm: zobaczcie, tam są niesamowite szanse na krociowe zyski. Nadal ich nie widzicie? To my zaraz pójdziemy do waszych konkurentów i sfinansujemy im przejęcia waszego biznesu. Więc i tak wasze firmy trafią do Chin. Ale już niestety bez was na pokładzie. Więc lepiej zróbcie to, co wam mówimy! Ta presja działała również w branżach, które z pozoru nie podlegają outsourcingowi. Weźmy sieci handlowe takie jak Wall Mart. One mogły postawić swoich dostawców przed dosadnym ultimatum. Stawki w Chinach są takie i takie. Chcecie, żebyśmy zostali z wami? To zbliżcie się do ich poziomu! W ten sposób nakręcał się ten piekielny wyścig do samego dna.

Zaraz, przecież to powinno pana cieszyć! Czy reaganowcy nie twierdzili, że rynek najlepiej alokuje zasoby?

To nie tak. Dla nas rynek nigdy nie był celem samym w sobie. On miał być drogą do osiągnięcia pewnych celów. Już panu mówiłem, że w naszym wypadku tym celem było odtworzenie amerykańskich miejsc pracy, które zabijała stagflacja. Chcieliśmy wprowadzić do gospodarki zasadę, że firmy walczą o uzyskanie przewagi konkurencyjnej. A nie przewagi absolutnej. Powtarzam, to nie miał być wyścig do samego dna!

Jaki był skutek tego wyścigu?

Pamiętam, że przyglądałem się wtedy regularnie miesięcznym statystykom dotyczącym amerykańskiego rynku pracy. I patrzyłem ze zgrozą, jak na moich oczach znikają solidne miejsca pracy w sektorze produkcji, potem w usługach biznesowych, projektowaniu, logistyce, badaniach. Czyli wszystkich tych dziedzinach, w których pracę znajdowali kiedyś absolwenci amerykańskiego systemu edukacyjnego. To przecież były dokładnie te miejsca pracy, o których stworzenie walczyła reaganomika! I to przez nie wiodły tradycyjne ścieżki awansu społecznego w amerykańskim społeczeństwie. A więc to, z czego Ameryka była przez dziesiątki lat taka dumna i na czym opierał się ten słynny „amerykański sen”. Bez nich USA nie są już krajem obietnicy wielkich nieograniczonych możliwości. To się skończyło. Globalizacja i niczym nieograniczona swoboda kapitału prowadzą więc w prostej konsekwencji do skostnienia relacji społecznych. W praktyce dobrą pracę mogą więc dostać tylko ci, którzy wywodzą się z dobrych rodzin. Natomiast ci na dole z coraz większym prawdopodobieństwem na tym dole pozostaną. Podobnie jak ich potomkowie. Smutne, ale prawdziwe.

A nie jest tak, jak przekonują zwolennicy wolnego rynku? Że globalizacja, owszem, niszczy stary porządek, ale w jego miejsce buduje nowy i lepszy.

Bzdura. Wystarczy rzut oka na statystyki. Owszem, w ciągu ostatnich dwudziestu lat w USA pojawiły się nowe stanowiska pracy. Ale głównie w najsłabiej płatnym segmencie usług. Wśród kelnerów, sprzedawców, barmanów albo sprzątaczek. I owszem, profity z globalizacji też się pojawiły. Ale zgarnął je wielki biznes. A rachunek został wystawiony i przesłany rodzimej sile roboczej. I dlatego wszędzie zasada jest taka sama. Im bardziej neoliberalna gospodarka, tym wyższy poziom bezrobocia. Według najnowszych statystyk 40 proc. amerykańskiej populacji zarabia mniej niż 40 tys. dol. rocznie. A granica biedy w tym kraju to jakieś 24 tys. 3 proc. populacji w ogóle nie ma pieniędzy na żadne wydatki prócz pokrycia najbardziej podstawowych potrzeb. Oni właściwie nie uczestniczą w obrocie gospodarczym i są na dodatek potężnie zadłużeni. Rosną tylko dochody absolutnie najbogatszych. Tego symbolicznego już jednego procentu. Tylko czy to jest powód do radości w rzekomo najbogatszym i najpotężniejszym gospodarczo kraju na ziemi? Przecież w tej sytuacji nie ma absolutnie żadnych szans na ożywienie gospodarcze. Bo skąd ono ma się wziąć?

Ale tak z ręką na sercu. Kiedy zaczął pan dostrzegać te wszystkie procesy? Jeszcze przed wybuchem obecnego kryzysu czy już po nim?

Pisałem o tym już w latach 90. Kiedy zacząłem dowodzić, że outsourcing to przekleństwo, pierwszą reakcją były zaprzeczenia. Mówiono, że tak wygląda przyszłość, że trzeba się dostosować i że nie ma alternatywy. Niestety, obecny kryzys tylko potwierdził te czarne scenariusze. USA mają dziś najwyższe od lat bezrobocie. A i tak te statystyki są mylące, ponieważ nie biorą pod uwagę ludzi, którzy porzucili poszukiwanie stałej pracy, chwytając się prac dorywczych, niedających im żadnego bezpieczeństwa.

Pytam o kryzys, bo jak się szuka praprzyczyn jego wybuchu, to można znaleźć wiele tropów prowadzących do was, reaganowców. To wy jako pierwsi rzuciliście przecież hasło, że gospodarkę trzeba deregulować.

To, co mieliśmy na myśli, mówiąc o deregulacji, z dzisiejszej perspektywy wydaje się trudne do uwierzenia. Nam chodziło raczej o eliminację tej całej niepotrzebnej papierkowej roboty dla biznesu. Zwłaszcza dla przedsiębiorców drobnych i średnich. Zapewniam pana, że absolutnie ostatnią rzeczą, jakiej chcieliśmy, była deregulacja systemu finansowego. Nie przypominam sobie ani jednej rozmowy na ten temat z czasów, gdy pracowałem w Departamencie Skarbu. Ani jednej! Owszem, były pewne kosmetyczne zmiany (czasowa zmiana regulacji Q – red.). Ale jedynie jako reakcja na politykę monetarną szefa Fed Paula Volckera. Jeśli szukać autorów liberalizacji amerykańskiego sektora finansowego, to trop wiedzie tutaj wprost do dwóch nazwisk.

Po pierwsze, demokrata Bill Clinton.

Tak jest! Weźmy słynną ustawę Glassa-Steagalla z lat 30., którą uchwalono po to, żeby ukrócić poziom spekulacji i pokusę nadużycia na rynkach finansowych. W 1999 r. za czasów Clintona to prawo zostało ostatecznie zmienione. Od tamtej pory każdy bank mógł zacząć działać w branży inwestycyjnej i używać depozytów swoich klientów do finansowania nawet bardzo ryzykownej działalności.

A potem nastał republikanin George W. Bush.

I deregulacyjne szaleństwo ruszyło pełną parą. Już na samym początku jego administracja zniosła regulacje derywatów (czyli instrumentów pochodnych, np. kontraktów terminowych albo swapów – red.) znajdujących się w obrocie pozagiełdowym. Potem bushowcy zdecydowali, że w ogóle nie interesuje ich ograniczanie działalności spekulacyjnej. I tak zmienił się świat finansów. Bo jeszcze w latach 80. operacje o charakterze czysto spekulacyjnym szacowane były na jakieś 15 proc. rynku. A dziś w wielu dziedzinach dominują. Kulminacją tej orgii zniszczenia było zniesienie wszelkich ograniczeń dotyczących relacji długu do kapitału. Banki mogły więc lewarować jeszcze bardziej niż dotychczas.

Trudno mi uwierzyć w to, co słyszę. Głównie dlatego, że bushowcy chętnie i często odwoływali się do dziedzictwa Reagana.

Nazywanie polityki bushowskiej kontynuacją reaganomiki to wielkie i nieuprawnione nadużycie. Po pierwsze, bushowcy dopuścili do tego, że z Ameryki uciekły najlepsze miejsca pracy dla klasy średniej, a wszystkie zyski z tego tytułu trafiły do najbogatszych korporacji. W tej sytuacji nie zadziałają już żadne obniżki podatków czy ułatwienia dla przedsiębiorców. I ta banda chciwych republikanów to wiedziała! Po drugie, nawet ich reformy podatkowe były sprzeczne z duchem reaganomiki. Bo oni podatki obniżyli. Ale tylko dla najbogatszych. Twierdząc na dodatek, że to jest ekonomia strony podażowej. Nonsens! Ale największą zbrodnią tamtej administracji była ich durna imperialna polityka zagraniczna.

Sądziłem, że to by się Reaganowi spodobało. Wojna z terroryzmem jako kontynuacja wojny z radzieckim imperium zła.

Dokładnie odwrotnie! Uważam, że nie tylko w gospodarce upadek ZSRR okazał się dla naszego kraju kompletną katastrofą. Brak przeciwwagi doprowadził do tego, że amerykańskie elity polityczne poczuły się po prostu bezkarne. Zaczął się etap hegemonicznej dominacji Stanów Zjednoczonych. Na jej potrzeby wymyślono sobie papierowego wroga w postaci rzekomego terroryzmu islamskiego. Rozdmuchano jego znaczenie, by uzasadnić wiele haniebnych posunięć. To był dramat nie tylko dla nas, ale i dla całego świata. Również dla kilku dużych krajów muzułmańskich. Taka inwazja na Irak nigdy nie miałaby miejsca, gdyby istniał Związek Radziecki.

Wróćmy do gospodarki. Mówi pan o zwycięstwie ideologii wolnorynkowej. Dlaczego właściwie ona wygrała? Dlaczego amerykańskie elity i społeczeństwo uwierzyły, że rynki same się uregulują?

Przyczyna jest prozaiczna. Wielki kapitał, a zwłaszcza sektor finansowy, zainwestował wiele w to, by do globalizacji dorobić opowieść pod tytułem „To jest w interesie każdego z nas. Nikt na niej nie straci, a wszyscy zyskają”.

Jak to zrobili?

Pieniędzmi. Wielki kapitał po prostu kupił sobie amerykańską klasę ekonomiczną. Uczynił z niej swoich lobbystów. Stworzył sieć grantów badawczych, think tanków. Niektórzy ekonomiści przechodzili wręcz do biznesu, zasiadając w zarządach spółek finansowych. Ekonomia w latach 90. i na początku XXI wieku przestała być nauką. Stała się propagandą.

Brzmi to jak jakaś teoria spiskowa.

To nie ma nic wspólnego ze spiskiem. To przejaw degeneracji amerykańskiego życia publicznego. Ameryka stała się państwem lobbingowym.

Lobbing to część demokracji.

Tak. Ale może też przemienić się w jej śmiertelne zagrożenie. W USA kampanie wyborcze są finansowane z datków prywatnych. Kilka lat temu Sąd Najwyższy tylko to utwierdził, uznając, że prawo do wspierania kampanii wyborczych przez korporacje nie może być ograniczone. Bo byłoby to – uwaga, uwaga – naruszenie ich „prawa do wolności wypowiedzi”. W efekcie nie mamy więc dziś żadnych ograniczeń na tym polu. I efekt jest taki, że korporacje w majestacie prawa mogą kupować sobie wybory oraz rządy.

Bez przesady.

Mówię to poważnie jako emerytowany waszyngtoński insider. W Stanach niezależnie od politycznego rozdania rządzi więc kilka potężnych organizacji lobbystycznych. Najważniejsza z nich to Wall Street, a więc banki i instytucje finansowe. Drugą jest sektor militarny oraz bezpieczeństwa. Wyjątkowo groźny dla reszty świata, co pokazały wypadki sprzed dekady. Trzeci blok to potężne lobby izraelskie. Potem jeszcze lobby górniczo-naftowe. Szczególnie wpływowe od czasów George’a W. Busha, który postawił wielu nafciarzy na czele powiązanych z rządem ogranizacji zajmujących się środowiskiem. Na tym przykładzie dobrze widać, jak działa ta „neoliberalna deregulacja”. To znaczy nafciarze w imieniu rządu regulują swój własny sektor. I niech pan zgadnie, w którym kierunku to regulują! Oczywiście robią to w taki sposób, żeby większa część kosztów ich działalności została przerzucona na innych. W tym przypadku na środowisko.

W ten sposób ich produkty mogą być śmiesznie tanie. A sektor bankowy? Dokładnie ta sama historia. Pozwolono bankom w imię wolności rosnąć do rozmiarów, gdy stały się zbyt duże, by upaść. I teraz rząd musi je ratować za każdym razem, gdy wpadną w kłopoty. I to nie tylko poprzez bailouty. O wiele częściej odbywa się to w sposób dużo bardziej zakamuflowany. Przez dłuższy czas Fed musiał wpuszczać w gospodarkę ciężkie miliardy dodatkowych dolarów. W efekcie na Wall Street panuje niespotykana hossa. A realna gospodarka jak tkwiła, tak tkwi w kłopotach. Na rynek wewnętrzny to się w ogóle nie przekłada. To nie jest żadna deregulacja. To jest samoregulacja.

Gdy się tego słucha, to aż trudno uwierzyć, że Amerykanie nie wyszli jeszcze masowo na ulice.

Szczerze? Bo nie ma w tym kraju żadnych wolnych mediów.

Aż tak?

Rynek medialny to również rynek. I jego nie ominęły wielkie procesy konsolidacji kapitału z ostatnich dwóch dekad. Mieliśmy kiedyś w Ameryce tysiące niezależnych od siebie tytułów. Wzajemnie się uzupełniających i niezależnych. I to był prawdziwy pluralizm. Dziś całe amerykańskie media są skoncentrowane w mniej więcej pięciu kluczowych megakoncernach. Wiem, co mówię, bo współpracowałem kiedyś blisko z „Wall Street Journal”. Dziś ten szacowny tytuł należy do… megakoncernu Ruperta Murdocha. Tymi tytułami nie rządzą już dziennikarze, tylko specjaliści od marketingu i reklamy. Zniknął też słynny mur oddzielający pion biznesowy od merytorycznego. Rząd zaś zabezpiecza się przed nadmierną krytyką ze strony tych tytułów, kontrolując system licencji na nadawanie. Jeśli pan nie wierzy, mogę dać przykład.

Proszę.

Jeszcze w latach 70. media były w stanie zmusić do rezygnacji prezydenta Richarda Nixona. I to za co? Bo kręcił, w którym właściwie momencie dowiedział się o mało istotnym włamaniu do siedziby partii demokratycznej. Z którym – dodajmy – nie miał nic wspólnego. Trzy dekady później prezydent George Bush rozpoczyna wojnę, opierając się na kłamstwie dotyczącym broni masowego rażenia. Dość szybko wszyscy się orientują, że on kłamie. W Iraku nie ma żadnej broni. I co się dzieje? Nic. Absolutnie nic. Podobnie jest teraz. Amerykańskie służby naruszają własne prawa, a nawet łamią konstytucję USA, stosując tortury i podsłuchując całą resztę świata. I znów nikomu nawet włos z głowy nie spada. Przecież Obama powinien być za to wszystko pociągnięty do odpowiedzialności. Jest chyba tylko jedno przestępstwo, które może w tym kraju złamać karierę polityka.

Chyba się domyślam…

Oczywiście skandal seksualny. Jeśli masz żonę i idziesz do łóżka z inną kobietą, to wypadasz z gry. W innym wypadku potężne siły nie dadzą ci zginąć. Oczywiście dopóki robisz to, co ci każą.

Paul Craig Roberts, amerykański ekonomista uważany za jednego z twórców reaganomiki, w latach 1981–1982 zastępca sekretarza skarbu USA. Wykładał później na wielu czołowych amerykańskich uczelniach. Ceniony również jako publicysta i autor kilkunastu książek, m.in. słynnej „The Supply Side Revolution: An Insider’s Account of Policymaking in Washington” („Rewolucja podażowa. Wspomnienia waszyngtońskiego insidera”) z roku 1984. Jego ostatnia książka to „The Failure of Laissez Faire Capitalism and Economic Dissolution of the West” („Upadek kapitalizmu leseferystycznego i ekonomiczna dezintegracja Zachodu”).”

Źródło:

Rafał Woś

gazeta prawna.pl

Kult wolnego rynku to patologia. Neoliberalizm prowadzi do samozniszczenia – wywiad z Paulem Craigiem Robertsem, 31 stycznia 2014

http://pracownia4.wordpress.com/2014/02/07/kult-wolnego-rynku-to-patologia/#more-8132

Neoliberalizm czyli globalna zbrodnia w białych rękawiczkach

Rządy państw powinny realizować strategie gospodarcze, które wspierałyby rozwój całości krajowej gospodarki i prowadziły do zwiększania się dochodu narodowego.

Poprzednio zwróciłem uwagę na fakt, iż pewne neoliberalne „reformy strukturalne”, czy też rozwiązania legislacyjne, wcale nie są zalecane w celu „zwiększenia zasilania” rynku, do czego oryginalnie powinna dążyć ekonomia neoklasyczna. Ich przyjęcie może służyć bardzo konkretnym interesom, dlatego zawsze przy ich ocenie zalecana jest dalekowzroczność. Sztandarowym przykładem jest polityka deregulacji, która pozwoliła prywatnym firmom oraz inwestorom rozszerzenie swoich działań na obszar tzw. służby publicznej. Zjawisko to określa się mianem „rent seeking” – „pogoń za zyskiem”.

Odnosząc się do powyższego zjawiska neoliberałowie tłumaczą, że: „usługi publiczne rządu są nieefektywne, słabej jakości i obarczone wysokimi kosztami. Dlatego działaniem jak najbardziej właściwym jest przeniesienie tych usług do sektora prywatnego, aby były bardziej efektywne”.

Owszem, wprowadźmy globalnych akcjonariuszy do szpitali, wówczas ich dyrektorzy będą zobowiązani do wypracowania zysku. Jak szpital może osiągnąć zysk? Jak każda inna firma: minimalizując koszty (w tym przypadku koszty leczenia) i maksymalizując dochody (leczyć tylko te choroby, które są dobrze wyceniane przez NFZ). A z drugiej strony, jakże komfortowa jest sytuacja inwestorów – państwo gwarantuje sprzedaż ich usług. Zysk jest gwarantowany! Dalej, całkowicie sprywatyzujmy straż pożarną, policję, szkoły… Inwestorzy zagraniczni tylko czekają  na taką gratkę. W obszarze usług publicznych zbyt jest pewny. Płatnik też pewny – budżet państwa. A wielkość wypracowanego zysku właściwie zależy głównie od skali wprowadzanych oszczędności. Owszem, można zaoszczędzić poprawiając organizację danej instytucji. Jednak tylko do pewnego stopnia, potem oszczędności odbijają się na poziomie świadczenia usług. A wypracowany zysk wypływa z kraju do globalnych akcjonariuszy… Czyli opieka zdrowotna coraz gorsza i kraj coraz biedniejszy.

Koronnym argumentem neoliberałów jest teoria „trickle down”. Według niej kiedy bogate i duże przedsiębiorstwa wypracowują coraz większy zysk, to inwestują go w tworzenie nowych fabryk, nowych miejsc pracy. Dzięki czemu ludzie dotychczas bezrobotni, mogą uzyskać dochód i w ten sposób każdy staje się bogatszy. Innymi słowy, w myśl teorii neoliberalnej: pieniądze mają „spływać” szerokim strumieniem od najbogatszych do biedniejszych, co generalnie powinno poprawić ogólny stan społecznego dobrobytu.

A jak dzieje się naprawdę? Wystarczy prześledzić zmiany w USA od momentu wprowadzenia polityki „Reganomics”, do czasów współczesnych…

Efekt „trickle down” po prostu nie zachodzi.

Oczywiście moja krytyka założeń neoliberalizmu, wcale nie oznacza, że jestem socjalistą. Chcę natomiast wyraźnie podkreślić, że rządy państw powinny realizować strategie gospodarcze, które wspierałyby rozwój całości krajowej gospodarki i prowadziły do zwiększania się dochodu narodowego. Nie istnieje jedna strategia, która zawsze jest właściwa. Ale niestety jest często spotykane manipulowanie społeczeństwem, kiedy pod hasłem wspierania reform i deregulacji, wystawia się je na ofiarę dla globalnego kapitału.

W Polsce „obowiązujący” i wpierany medialnie nurt ekonomiczny głosi piękne hasła, przekonujące, że: „wolny handel zawsze ma rację”, „interwencje rządowe na rynku sa zawsze złe”, „inwestycje publiczne – to strata pieniędzy”, „deregulacja jest zawsze właściwa”, itd. itd. Analogicznie, panuje powszechne przekonanie, że polityka oszczędności budżetowych (zmniejszenie wydatków rządowych + wzrost podatków) może doprowadzić do poprawy sytuacji fiskalnej kraju. I jedno i drugie przekonanie jest błędem! W gospodarce nie istnieją się dogmaty, nie ma prawd absolutnych. Tak jak w medycynie nie ma doskonałego lekarstwa na wszystkie choroby. Czy choremu z biegunką pomoże lek przeczyszczający? Analogicznie: dla gospodarki w stanie luki podażowej – właściwe są rozwiązania liberalizujące rynek, a dla gospodarki z luką popytową – polityka bardziej przypominająca rozwiązania keynesowskie. Współczesna Japonia zmaga się z groźnym zjawiskiem „szczeliny deflacyjnej”, czyli sytuacją nadmiernej podaży w stosunku do popytu(popyt < podaż). Stąd właściwym wydaje się zastosowanie strategii gospodarczej zmierzającej do stymulacji popytu. Czyli zbliżamy się do polityki keynesowskiej.

Polityka liberalna jest bardzo korzystna dla gospodarki w sytuacji luki inflacyjnej, gdy popyt < podaż, gdy brakuje towarów na rynku. Wtedy owszem, jest pora na osławione „reformy strukturalne”, a rolą rządu jest liberalizacja i deregulacja rynku.

Na jaką chorobę teraz cierpi Europa? Co dzieje się w Polsce?A tymczasem w Europie… mimo znacznego spadku popytu – nadal stymuluje się podaż! Bo przecież liberalizm jest zawsze właściwy, a keynesizm, to obrzydły socjalizm i w ogóle samo zło.

Zastanówmy się, jakie efekty, w obecnej sytuacji gospodarczej przynosi realizacja recept neoliberalnych. Jeśli teraz zrealizujemy postulaty obniżek podatkowych dla korporacji, dla najbogatszych oraz stłumimy emisję obligacji państwowych, co skutkuje obniżkami wydatków socjalnych, to do czego dojdziemy? Bogate firmy i ich akcjonariusze powiększą swój majątek, a dochód ubogich – zmaleje.

Nie wierzę, aby to było celem wszystkich zwolenników neoliberalizmu.

Czy ktoś przypadkiem nie daje się oszukiwać?

Źródło: http://ja.samuraj.neon24.pl/post/99658,neoliberalizm-lekiem-na-cale-zlo

Czy „wolny rynek” wprowadzono w interesie Polski i Polaków? Odpowiedź: nie!

„Polska, jako jeden z największych krajów Europy, stanowi bardzo atrakcyjny rynek zbytu dla dużych firm. Jeżeli Polacy nadal będą realizować swój popyt w oparciu o dobra importowane, to pozostaną biednym społeczeństwem.

Japonia jest krajem o ogromnym potencjale zasilania. Jej potencjał produkcyjny zdecydowanie przewyższa popyt krajowy. Dlatego też aktywnie eksportuje swoje wyroby do innych krajów. Jednak popyt światowy od kilku lat maleje. Dlatego ani w kraju, ani za granicą, przedsiębiorstwa japońskie nie mogą znaleźć zbytu w takiej skali, jaka pozwoliłaby na pełne wykorzystanie potencjalnej zdolności zasilania japońskiego przemysłu. Dlategojapoński rząd koncentruje się obecnie na rynku wewnętrznym i stara się tworzyć popyt krajowy. Po prostu realizuje strategię tworzenia efektywnego popytu poprzez falę inwestycji publicznych. Co ważne i odmienne od Polski –inwestycji, które mają wpływ na PKB Japonii.

W dużym kontraście pozostaje polityka Niemiec wobec Unii Europejskiej. Niemcy w stopniu nieporównywalnie większym niż Japonia uzależnieni są od eksportu swoich towarów. A kiedy popyt np. greckich konsumentów na towary niemieckie spada – to kanclerz Angela Merkel wymaga od rządu Grecji oszczędności w… sektorze publicznym. Kto wobec tego ma wygenerować impuls stymulujący grecką gospodarkę? Gospodarstwa domowe zagrożone bezrobociem? Emeryci dostający coraz niższe emerytury?

A co z Polską? Polska wśród państw Europy jest krajem stosunkowo dużym i posiadającym (jeszcze) dość liczną populację. A tam, gdzie mieszka dużo ludzi, jest zwykle duży popyt. Faktem jest, że Polska stanowi w Europie bardzo atrakcyjny rynek. Jednakże, jeśli zaspokojenie popytu krajowego opiera się w dużej części na towarach importowanych, to potencjalna zdolność zasilania Polski nie ulegnie poprawie. Innymi słowy, gdy będziemy nadal dużo importować, to bogactwo narodowe nie wzrośnie. A czy wyjściem jest tak polecana przez neoliberałów specjalizacja? (Liberałowie twierdzą, że każdy kraj powinien specjalizować się w produkcji, tego co potrafi najlepiej, a resztę importować.) No cóż, czy społeczeństwo polskie ma szansę na dobrobyt specjalizując się, jak to się do tej pory dzieje, w prostych, nisko płatnych pracach? W XIX wieku kolonie zamorskie też miały swoje specjalizacje (produkcja bananów, cukru, herbaty…) – czy taka polityka zapewniła im rozwój i dobrobyt społeczeństwa?

W czyim interesie działa „wolny rynek”? Dlaczego opinia publiczna tak usilnie przekonywana jest o wyższości gospodarki liberalnej i globalnej nad gospodarka narodową? Otóż we współczesnej rzeczywistości gospodarczej popyt światowy jest niższy od podaży. Wewnętrzne zapotrzebowanie na produkty w krajach wysokorozwiniętych jest niewystarczające, wobec istniejącego w tych krajach potencjału produkcyjnego. Dlatego próbują one „ukraść” część zapotrzebowania z rynków innych krajów. Dlatego tak bardzo promowana jest koncepcja wspólnego, wolnego rynku. Warto jednak nie być naiwnym i mieć świadomość, że ten „wolny rynek” tworzony jest w interesie krajów o wysokiej produktywności. Po prostu rozwiniętym korporacjom, globalnym przedsiębiorstwom, wygodniej i łatwiej jest zwiększać sprzedaż swoich produktów, jeżeli nie istnieją bariery handlowe.

Oczywiście, całkowite zamknięcie kraju na wzór na przykład Korei Północnej jest bezwzględnie szkodliwe. Dlatego warto także mieć świadomość, iż: wolny handel, globalizacja, rezygnacja z taryf, deregulacja, liberalizacja ruchu towarów, ludzi i pieniędzy są niezbędne dla prawidłowego rozwoju kraju, pod warunkiem, że stosuje się je „w pewnym stopniu”.

Jednak wciąż wściekle promuje się te pomysły szerokiej „opinii publicznej”. A przecież wystarczy odrobina rozsądku i logicznego myślenia: jeżeli firmy zagraniczne będą wygrywać przetargi na realizację zamówień publicznych, to w końcu spowoduje to bankructwo i likwidację przemysłu krajowego. Jeżeli pójdzie tak dalej, to niedługo w Polsce zniknie na przykład cała gałąź przemysłu specjalizująca się w budowaniu dróg i autostrad. Taki sam mechanizm wykorzystują firmy o bogatym, zagranicznym zapleczu finansowym, które próbują złamać krajowe przedsiębiorstwa rolnicze i przetwórstwa żywności, rybołówcze, ochrony zdrowia, energetyczne, itd. Czyli wszystkie te gałęzie, które są podstawą przemysłu państwa. Ta aktywność globalnych korporacji uzyskała już specyficzną nazwę: „rent seeking”, co w wolnym tłumaczeniu na polski oznacza „pogoń za zyskiem”.

Liberałowie na wszystko mają jedno wytłumaczenie: „instytucje lub przedsiębiorstwa państwowe są nieefektywne, dlatego wszystko powinno być powierzone sektorowi prywatnemu”. I większość ludzi, łatwo przyjmuje tę argumentację. Tym bardziej, że niestety działalność polskich, państwowych instytucji pozostawia wiele do życzenia. Jednak konsekwencją takiej logiki jest sytuacja, gdzie fundamenty państwa zależą do kapitału zagranicznego. A to już stanowi niebezpieczeństwo dla jego istnienia. Czy Polska przez bezmyślność, krótkowzroczność i egoizm neoliberalnych „elit” politycznych znowu ma zniknąć z mapy Europy? Co bardziej się opłaca: poprawić nieskuteczną działalność rządu, usprawnić polskie przedsiębiorstwa działające w obszarach strategicznych, czy też lekką ręką sprzedać je kupcom zagranicznym i chwalić się przed wyborcami sukcesami w prywatyzacji? ”

Źródło: http://ja.samuraj.neon24.pl/post/100743,czy-wolny-rynek-wprowadzono-w-interesie-polski

Idą zmiany w Kodeksie Pracy. Każda umowa o pracę stanie się de facto umową śmieciową

Idą zmiany w Kodeksie Pracy. Każda umowa o pracę stanie się de facto umową śmieciową

Cytuję: „Platforma Obywatelska stworzyła projekt zmian w Kodeksie Pracy. Zmiany są ogromne. Posłowie Platformy twierdzą, że zmniejszą bezrobocie i pomogą tworzyć miejsca pracy. Sposobem na to ma być dalsze uelastycznianie prawa pracy. Walka z pożarem za pomocą dolewania benzyny. Posłowie twierdzą, że przepisy prawa pracy nie nadążają za duchem czasu i dlatego należy je zmienić. A co to za zmiany?

Pierwsza i najważniejsza zmiana dotyczy wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy. Dodatkowo umożliwiono pracodawcy udzielanie dnia wolnego od pracy w zamian za dzień wolny, w którym pracownik pracował, w następnym okresie rozliczeniowym. Co to oznacza? Choćby to, że pracownicy, a w szczególności ekspedientki pracujące w handlu, będą pracować na okrągło w okresie przedświątecznym, a w styczniu pójdą na bezpłatny urlop. To oznacza także, że nikt nie będzie miał płacone za nadgodziny. Ekspedientka, czy inny pracownik będzie zmuszany do pracy wtedy, kiedy będzie potrzebny nawet po 16 godzin dziennie. Za te nadgodziny będzie miał zapłacone jak za zwykłe godziny pracy. Potem, gdy spadnie zapotrzebowanie, będzie można pracownika wysłać na bezpłatny urlop.

Kolejna zmiana dotyczy właśnie wynagrodzenia za nadgodziny. Dostaniemy 30% dodatkowego wynagrodzenia za każdy dzień powszedni i 80% za pracę w niedzielę i święta (o ile w ogóle dostaniemy te dodatki z powodu wspomnianego wydłużenia okresu rozliczeniowego). Wcześniej było to 50% i 100%. Inna bardzo poważna zmiana dotyczy okresu odpoczynku.

„Uelastycznienie” Kodeksu Pracy

Do celów rozliczenia czasu pracy włącznie z czasem odpoczynku będą liczone 24 godziny od momentu rozpoczęcia pracy. Wcześniej było to 11 godzin od momentu zakończenia pracy. Twórcy tej reformy likwidują przepis, który stałby w konflikcie z interesem pracodawcy, a pozwoli wykorzystywać pracownika i dysponować jego czasem do woli. Gdy na budowie pracownik pracuje od wczesnego rana do późnego wieczora, nieraz zdarza się, że do rozpoczęcia kolejnej pracy ma mniej niż 11 godzin. Wcześniej pozwalało to pracownikowi przyjść później do pracy bez konsekwencji. Teraz pracodawca będzie mógł nas wykorzystywać do woli, ponieważ okresem rozliczenia odpoczynku będą 24 godziny od momentu rozpoczęcia pracy. Ty, pracowniku, po pracy odpoczywać nie musisz… Masz być na każde zawołanie bez względu na to, czy jesteś wykończony harówką poprzedniego dnia. Pracować, pracować, pracować – jak niewolnik. I to bez dodatkowego wynagrodzenia za nadgodziny, bo okres rozliczeniowy będzie liczyć 12 miesięcy. Jesteś potrzebny? Pracujesz. Nie jesteś? Won!

Zmiany tłumaczy się koniecznością zmniejszenia kosztów pracy poprzez uelastycznianie Kodeksu Pracy – likwidowanie resztek praw pracowniczych. Posłowie PO twierdzą, że zmniejszenie kosztów pracy i uelastycznienie KP stworzy nowe miejsca pracy. W jaki sposób? Jak można zmniejszyć bezrobocie wydłużając pracownikom czas pracy? Jak można gasić pożar dolewając benzyny? Gdy wcześniej pracownik wyrabiał nadgodziny, to pracodawca musiał liczyć się z tym, że ma zapłacić więcej. By te koszty zmniejszyć, jedyną możliwością było zwiększenie zatrudnienia. Znacznie rozsądniejsze z punktu widzenia pracodawcy było zatrudnienie nowego pracownika, któremu płaciłoby się tak samo jak innym, niż wydłużanie pracy obecnym pracownikom, którym za każdą nadgodzinę trzeba płacić dodatkowo. Dlatego właśnie tłumaczenie posłów Platformy, że zapewni to wzrost zatrudnienia nie trzyma się kupy. Przy jakiejkolwiek krytyce argumentacja tych omnibusów sypie się jak domek z kart. A rzeczywistość tych zmian jest zupełnie inna..

Powszechne umowy śmieciowe

Rzeczywistą konsekwencją tych zmian będzie jeszcze większe bezrobocie oraz jeszcze większe zyski. I tak już ogromne. Dochody gospodarstw domowych stanowią zaledwie 26,5% PKB i stale spadają od 2001 roku, w którym wynosiły prawie 31%. Natomiast przedsiębiorstwa zgarniają prawie 44%. Od roku 2002 jest to wzrost dochodów przedsiębiorstw o ponad 5%. To oznacza, że w Polsce pracownicy biednieją z roku na rok, a bogaci stale się bogacą, zgarniając coraz więcej owoców naszej pracy. Do tego przyczyniła się polityka tego państwa. Prowadzona od przeszło 20 lat. Premiuje się i nagradza coraz bogatszych bogaczy. Teraz jeszcze dodatkowo zmniejszają nasze wynagrodzenia. Zabierają nam dodatkowe pieniądze za nadgodziny. A zyski pasibrzuchów rosną wciąż bez ograniczeń. Dodatkowo odbierają nasze prawa pracownicze robiąc z pracowników hamburgery. Zamawiają hamburgera i go mają. Jak staje się niepotrzebny, to go wyrzucają. Albo wysyłają na bezpłatny urlop. Macdonaldyzacja rynku pracy. Nie nagradza się pracowników za ciężką pracę, ale coraz bardziej wyzyskuje. Hamburger jest tani. Dodatkowo szybko nasyca właściciela. Bo jest na każde zawołanie. Gdy pracodawca zgłodnieje to zamawia i wyciska pracownika jak cytrynę. Do ostatniej kropli. Bardziej zaczyna przypominać wypożyczany samochód, niż człowieka. Wypożycza, kiedy chce i na ile chce.

Niedługo Kodeks Pracy stanie się Kodeksem Śmieciowym, bo praca na etat będzie przypominać pracę na umowie śmieciowej. Wtedy prawa pracownicze przestaną istnieć, a Polska będzie krajem legalnego niewolnictwa.

Autor: Łukasz Ługowski
Nadesłano do „Wolnych Mediów

Oszustwo liberalizmu i „wolnego rynku”. Kredyt to zbrodnia perfekcyjna, bo legalna

Oszustwo liberalizmu i „wolnego rynku”. Kredyt to zbrodnia perfekcyjna, bo legalna

Cytuję: „Fragment art. Ewy Zaleskiej, pisany w l. 2005 – 2006  na podst. zródeł dostepnych we Włoszech, gdzie autorka mieszka i działa od paru dziesięcioleci.

Wezmy do ręki wirtualne szkło powiększajace i przyjrzyjmy się z bliska tej sprawie, bo jest ona nad wyraz „interesująca”.

Prawie wszyscy myślą, że banki posiadają skarbce pełne pieniędzy ( lub sztabek złota ), które biorą się zarówno z wkładów własnych banków ( czyli pieniędzy bogatych, z natury rzeczy, bankierów ), jak i z wpłat ( depozytów ), które wnieśli do banków klienci. Prawie każdy myśli, że tymi właśnie fizycznymi pieniędzmi banki obracają, pożyczając je innym lub ( przy „dobrej okazji” ) inwestując.

Nic bardziej błędnego !

Banki nie posiadają praktycznie żadnych pieniędzy, gdyż prawo bankowe zezwala bankom na fizyczne posiadanie tylko kilku procent tego, czym banki obracają ( w zależności od aktualnie obowiązującuch uregulowań, które ustanowiły sobie same banki, nie rządy ! ). Dziś rezerwa częściowa opiewa na 2 % – oznacza to minimalny procent fizycznych pieniędzy, jakie musi posiadać bank ( na 100% udzielanych pożyczek ). Tak więc banki mogą legalnie dysponować 1/50 – jedną pięćdziesiątą ( ! ) tego, co pożyczają. Czyli 98 % tego, z czego banki udzielają kredytów to są pieniądze „wyczarowane” ( mówiąc dobitnie: fałszywe ) – tych pieniędzy banki nie miały i nie mają.

Spróbujmy prześledzić proces „wyczarowywania” pieniędzy przez system bankowy.

Powszechnie uważa się, że wpłacając do banku nasze zaoszczędzone 100 euro ( w przypadku złotych, dolarów czy jakiejkolwiek innej waluty logika jest taka sama ), uzyska się od tych 100 euro 1 % odsetek w skali roku. Czyli po roku możemy być bogatsi o 1 euro i możemy odebrać z banku 101 euro. Banki z kolei, pożyczając innym swoim klientom te nasze 100 euro, żądają od nich, przypuśćmy, 8 % od sumy pożyczonej w skali roku. Jesteśmy skłonni myśleć, że różnica pomiędzy tym, co bank uzyskuje udzielając pożyczek ( tu: 8 %  ) a tym, co bank wydaje na wypłacenie odsetek od zdeponowanych przez swoich klientów pieniędzy ( tu: 1 % ), to jest cały i jedyny zarobek banków. Czyli ta różnica ( 8% – 1 % = 7 % ) miałaby stanowić zysk banków, dość wysoki wprawdzie – myślimy – no ale banki mają swoje koszty.

Jesteśmy bardzo dalecy od prawdy! Prześledzmy jak i z czego banki tworzą swoją fortunę.

Jeśli ja wpłacę do banku, przypuśćmy, 100 euro ( ta logika dotyczy w równym stopniu złotych czy dolarów ) to dostanę od banku, po upływie roku, 1 % odsetek od tych zdeponowanych przeze mnie pieniędzy. Czyli po roku będę mieć na koncie bankowym 101 euro.

Ale bank, przyjmując ode mnie te 100 euro, będzie mógł pożyczyć innym na procent ( na te, przypuśćmy, 8 % ) nie tylko „moje” 100 euro ale ponad 5.000 euro ( dokładnie 5.299 euro ), które „cudownie” pojawiają się, celem kredytowej działalności banków, po wpłaceniu przeze mnie 100 euro. Skąd bierze się ta cyfra w banku ?

Bank, w oparciu o prawo zwane „rezerwą obowiązkową” czy też „rezerwą częściową” nie musi posiadać swoich realnych, fizycznych pieniędzy, by móc udzielać pożyczek.  Prawo, o którym wyżej, zezwala bankom na kreowanie pieniędzy, co dokładnie oznacza „wyczarowywanie” sumy w ilości 50 razy większej od tej, którą banki realnie dysponują i którą przechowywują w swojej rezerwie ( zwanej, co warto zapamiętać, rezerwą częściową czy obowiązkową ). Jest to możliwe dlatego, że od dawna już bankierzy zaobserwowali, że ludzie wkładający swoje oszczędności do banku, podejmują je po trochu i nigdy wszyscy naraz.

Poza tym, zwłaszcza w ostatnich latach, wzajemne rozliczanie należności pomiędzy stronami odbywa się najczęściej systemem przelewów. Obrót gotówkowy praktycznie zostaje wyparty przez obrót elektroniczny, wirtualny ( elektroniczne karty płatnicze zna każdy z nas ! ). Stąd istnienie pieniędzy fizycznych staje się praktycznie nieistotne. Obecnie w świecie cywilizacji zachodniej, a coraz bardziej w całym naszym globalnym świecie, masa monetarna fizyczna ( tj. pieniądz papierowy czy monety metalowe ) stanowi jedynie nikły procent masy monetarnej w obiegu ( mniej niż 10 procent ! ), gdyż prawie wszyscy i prawie wszędzie posługują się pieniądzem elektronicznym.

Wróćmy teraz do moich 100 euro : po ich wpłaceniu przeze mnie bank bogaci się o ponad 5.000 euro. Gdybym tych pieniędzy nie wpłaciła, bank nie mógłby wykreować sobie tej sumy, bo musi mieć do tego podstawę właśnie w tej fizycznej, wpłacanej przez kogokolwiek walucie.

W oparciu o prawo „rezerwy częściowej” czy „obowiązkowej” , wynoszącej dziś 2 % ( to na podstawie uzgodnień międzynarodówki bankierów, spotykajacych się regularnie w Bazylei, w Szwajcarii i zwanych „ Bazyleą II ” ) zdeponowane przez kogokolwiek 100 euro dają podstawę bankowi komercyjnemu do cudownego rozmnożenia tych 100 euro aż 50- krotnie (  100 euro stanowi 2 % od sumy 5.000 ). Tak więc przyjmując ode mnie 100 euro bank natychmiast traktuje te pieniądze jako „rezerwę obowiązkową” ( 2-procentową ) i na tej podstawie „wyczarowuje” sobie pozostałe 98 % masy monetarnej, tyle że wirtualnej. I te 98 % ( tu: 5.000 euro ) może już pożyczać, na procent oczywiście.

Nota bene: istnieje projekt, wywodzący się z Bazylei, zlikwidowania jakiejkolwiek rezerwy obowiązkowej, tak, by banki mogły kreować każdą ilość pieniędzy, bez konieczności dysponowania nawet minimalna rezerwą.

Moje 100 euro ( w oparciu o prawo „cudownego rozmnażania” ) , a więc pomnożone przez 50,  daje 5.000 euro. Od tak wykreowanych 5.000 , bank ( w momencie udzielania innym jakichkolwiek pożyczek ) nalicza sobie odsetki , przypuśćmy 8 %.

8% od 5.000 euro = 400 euro. Te 400 euro to zarobek banku uzyskany z aplikowanych odsetek od udzielonej komuś pożyczki w wysokości 5.000 euro.

Od tych 400 euro bank musi odjąć 1 euro ( tzn. odestki wypłacone mi po roku od moich zdeponowanych 100 euro ) i zostaje mu 399 euro.

Tak więc bank, w oparciu o wpłatę ( depozyt ) klienta wynoszącą 100 euro zarabia:

1) w oparciu o mechanizm odsetkowy: 399 euro

2) w oparciu o prawo rezerwy częściowej czy obowiązkowej: 5.000 euro

To, co w tym układzie nie należy do banku, to jest moje 100 euro, które posłużyło bankowi do rozmnożenia swoich możliwości pożyczkowych (udzielanych na procent, oczywiście ) i które mogę podjąć w każdej chwili wraz z moim zarobkiem, tj. 1 euro odsetek.  Ostatecznie, od zdeponowanych przez klienta 100 euro bank stworzył dla siebie 4.900 euro ( bo od 5.000, które bank sobie wykreował, musi odjąć 100 euro, które były i są moje ) + 399 euro odsetek, co daje bankowi sumę 5.299 euro.

Widzimy bardzo dokładnie, jak i z czego banki tworzą swoją fortunę i widzimy skalę tego przekrętu: my, z naszych 100 euro włożonych do banku uzyskujemy 1 euro, a bank z NASZYCH 100 euro uzyskuje 5.299 euro.

Ale to nie koniec. Te pieniądze, wykreowane w oparciu o prawo rezerwy częściowej ( czyli „z powietrza”, stąd zwane często „fiat money” – z łaciny: pieniądze które „się stają” ) wchodzą do obiegu i prędzej czy pózniej wracają do systemu bankowego ponownie w formie depozytów ( oszczędności ). Na bazie tych depozytów bank będzie znów „cudownie rozmnażał” swoje bogactwo, oferując pożyczki i kredyty.

Zajrzyjmy jeszcze do księgowości bankowej.

Jak już mówiliśmy, kiedy ktoś wpłaca do banku przypuśćmy 100 euro, to bank może pożyczyć przedsiębiorcy ( w oparciu mechanizm rezerwy częściowej ) nie tylko te czyjeś 100 euro, ale – w zaokrągleniu – 5.000 euro. Czyli bank pożycza pieniądze których nie ma, a na dodatek dolicza sobie odsetki.

Bank teraz w swojej księgowości te wyczarowane i pożyczone 5.000 euro wpisuje do rubryki „aktywa” ( innymi słowy „plusy” ), a dzieje się tak dlatego, że od tej pożyczki będą wchodziły do kas banku odsetki, a więc – mówiąc potocznie – bank będzie miał to „na plusie”.

Księgowość banku ma też drugą rubrykę, tzw. pasywa ( innymi słowy „minusy” ). I te 5.000 euro zostaje wpisane również i do tej rubryki, jako że te pieniądze bank zobowiązał się wypuścić od siebie, przeznaczając je do obrotu. W bankowej rubryce „pasywa” ( minusy ) widnieje więc potencjalny dług, bo przedsiębiorca może w każdej chwili zechcieć wypłacić sobie z banku gotówkę, zgodnie z kredytem, który zaciągnął. Bank jest więc równolegle, potocznie mówiąc – „na minusie”. Bankowa rubryka „pasywa” ( minusy ) jest okresowo zasilana wpłatami przedsiębiorcy tytułem spłaty długu.

W układzie bank – przedsiębiorca ( czy jakikolwiek inny klient ) widać bardzo wyraznie, że przedsiębiorca, biorąc kredyt z banku, zadawala się pieniędzmi w postaci cyferek na swoim koncie. Tak dzieje się w zdecydowanej większości przypadków. Z tego „cyferkowego” konta klient będzie pobierał najczęściej pieniądze w postaci przelewów, którymi będzie pokrywał swoje zobowiązania pieniężne.

Bank, który udziela kredytu nie ma i nie tworzy realnych pieniędzy ( ani na sumę netto pożyczki ani na kwoty odsetek ). Bank jedynie czeka, aż klient przyniesie mu realne pieniądze, uzyskane od innych ludzi. I to nie tylko w kwocie „pożyczonej” ale w kwocie powiększonej o pewien procent, tj. o odsetki, dając tym sposobem bankom więcej niż „wziął”.

Ważny w tym mechanizmie jest fakt, że banki, pobierając ( czasami całymi latami ) odsetki od pożyczki są w zasadzie tym całkowicie usatysfakcjonowane. Nawet jeśli sumy pożyczonej nie zainkasują nigdy, to odsetki są i tak doskonałą formą zarobku. Mówiliśmy już dlaczego tak się dzieje: bo bank pożyczył w każdym razie cyferki wykreowane „z powietrza”, pożyczył to, czego zwyczajnie nie miał, a uzyskał pieniądze realne z odsetek.

Cała polityka banków zmierza właśnie do tego: do zadłużania społeczeństw celem ściągania z nich realnych pieniędzy ( których nie było przedtem ani na rynku ani w banku ). Często, gdy dłużnik nie jest w stanie spłacić pierwotnego długu ( a dzieje się tak najczęściej w przypadku instytucji publicznych czy bezpośrednio państw narodowych), bank „łaskawie” udziela im drugiej pożyczki, tym razem rozłożonej na dłuższy termin spłaty. Jest to dla banków złotym interesem, bo liczy się to, żeby do banku w każdym razie wpływały odsetki. Tak więc, jak widzimy, banki ustawicznie wyciągają, bez pracy, pieniądze z gospodarki.

Wróćmy do księgowości bankowej żeby przyjżeć się panującej tam logice, a co za tym idzie rutynowym posunięciom, powodującym ostatecznie ukrytą inflację w poszczególnych państwach i na świecie.

Kiedy kredytobiorca plajtuje ( co zdarza się często ), bank przerejestrowuje przyznany mu kredyt do rubryki „straty”. Nie jest to, w rzeczywistości, wielkim bólem dla banków, jako że 98 % kwoty pożyczonej zostało w każdym razie „wyjęte z kapelusza”. Realnie więc bank nie stracił nic, bowiem jedynym kosztem tej pożyczki był dla banku … koszt prowadzenia księgowości. Jest jeden tylko zasmucający banki aspekt tej sprawy: bank pozbywa się teraz rubryki „aktywa” ( plusy ), a zostaje mu ( jak bumerang ) do honorowania rubryka ”pasywa” ( minusy ). Te „minusy” nie będą ulegały zmniejszeniu – jak to było przewidziane – poprzez spłaty klienta, jako że klient przestał istnieć: splajtował. Bez względu na to jednak, bank musi honorować przedkładane mu polecenia wypłat. Te pieniądze muszą pochodzić teraz z faktycznego kapitału banku ( z tego, co realnie włożyli akcjonariusze ) lub z profitów tych akcjonariuszy. Z tego właśnie powodu banki są bardzo ostrożne w fazie przyznawania kredytów, bo jeśli zbyt dużo przedsiębiorców plajtuje i oni są niewypłacalni, to wtedy realne pieniądze ( te z odsetek od udzielonych kredytów, które miały zasilać rubrykę „aktywa”, tj. plusy ) przestają wpływać do banku.

W takiej sytuacji „pasywa” ( minusy ) mogą przewyższyć realny kapitał banku, powodując sytuację zagrażającą jego dalszemu biznesowi .

Nie ma jednak obawy, by bank stracił. Jeśli któryś z banków znalazłby się w podbramkowej sytuacji, wyciągnie go z perypetii Bank Centralny, pełniący funkcję pożyczkodawcy ostatniej instancji i gwaranta bankierów, którzy – z zasady – nie tracą nigdy. Nam się mówi, że Bank Centralny interweniuje by zabezpieczyć nasze oszczędności. Rzeczywistość jest jednak taka, że Bank Centralny zabezpiecza interesy prywatnych bankierów.

Banki niechętnie udzielają pożyczek drobnym przedsiębiorcom, gdyż koszt obsługi kredytu jest taki sam dla małego klienta jak i dla wielkich koncernów i państw narodowych. Jak już wspomnieliśmy, bank nie jest zainteresowany głównie – jak to wydaje się większości pożyczkobiorców – faktycznym zwrotem sumy wyasygnowanej na pożyczkę, bo ta suma praktycznie i tak nie istniała. Wiemy już że 98% kwoty, na jaką opiewa kredyt to pieniądze „wyczarowane”, a pozostałe 2% pieniędzy realnych to są w każdym razie pieniądze klienta i one banku nie interesują.

Bank interesuje jedno: ściąganie odsetek od „pożyczek”, bo te odsetki są prawdziwe i dopóki kredytobiorca spłaca odsetki, bank zarabia. Wydawałoby się oczywiste nam, normalnym ludziom, że bank powinien być szczęśliwy jeśli klient ma możliwość wcześniejszej od ustalonej umową, spłaty kredytu. Jest wręcz odwrotnie: banki naliczają karę za taki pośpiech !

Dla banku największą stratą jest strata płacącego odsetki dłużnika. Tym sposobem banki często udzielają tzw. kredytów pomostowych, które są kredytami, pomagającymi kredytobiorcom płacić odsetki w nieskończoność.

Z tego właśnie powodu idealnym dla banków kredytobiorcą i dłużnikiem jest państwo. Bank pożycza państwom swoje „wyczarowane” pieniądze, a państwo, poprzez wystawianie papierów wartościowych ( bonów skarbowych, obligacji ), zobowiązuje się, że te pieniądze odda, w międzyczasie płacąc odsetki od uzyskanych pożyczek.

Papiery wartościowe to nic innego jak po prostu obietnice zapłaty czyli tzw. obligacje ( obietnica = obligacja ), wystawiane na określony termin. W praktyce obligacje tym różnią się od bonów skarbowych, że mają wieloletnie terminy spłaty, ( bony skarbowe do jednego roku ).

Żaden bank nie oczekuje jednak, że państwo spłaci pożyczkę w terminie i że w ogóle ją spłaci. Bank oczekują tylko, że państwo – w obliczu zbliżającej się daty spłaty obligacji – zamiast je spłacić ( a nie ma z czego ), wystawi bankom kolejne zobowiązania  zapłaty ( obligacje ). Czyli państwo wystawia ( drukuje ) kolejne „papiery wartościowe”, stając się tym sposobem niespłacalnym dłużnikiem banków, bo wysokość odsetek stale rośnie. Nie jest znany w historii przypadek uregulowania długów względem banku przez państwo.

I taki własnie układ jak najbardziej zadawala posiadaczy obligacji – banki czy jakiekolwiek instytucje finansowe, bo one uzyskują odsetki ( a tych odsetek jest coraz więcej i są to astronomiczne sumy ) w pewności, że państwo nie może splajtować.

Uważny i bystry czytelnik zapewne dostrzeże, że skoro państwo może drukować obligacje, które są przecież honorowanym środkiem płatniczym, to przecież w równym stopniu mogłoby drukować banknoty. Te banknoty nie zadłużałyby państwa, a więc podatki , którymi są obciążeni obywatele mogłyby być wielokrotnie niższe ( mogłyby ograniczać się do kilku procent na obsługę administracji państwa, naszego bezpieczeństwa itp. ).

Dlaczego więc państwo nie drukuje banknotów ?

Jeśli ktokolwiek zadałby to pytanie publicznie, usłyszałby znaną już śpiewkę: „bo druk pustych pieniędzy prowadzi do inflacji”. Ciekawe, że co do druku obligacji,  które są przecież obłożone długiem, na publicznym forum nikt nigdy nie zgłasza  żadnych obiekcji ! Zauważmy: dzieje się tak zarówno gdy rządzi lewica, jak i prawica czy centrum.

Margrit Kennedy, żyjąca w Niemczech ekolog i propagatorka uwolnionej ekonomii,

( 14 ) uświadamia nam, że w państwach zwanych „wolnorynkowymi” swobodnie działa niewidoczna dla nikogo machina niszcząca: jest nią system odsetkowy. Ten system można przyrównać do raka w organizmie, bo oba charekteryzują się tzw. wykładniczym wzrostem. Wykładniczy wzrost to taki, który podlega schematowi wzrostu  bardzo niebezpiecznemu dla tych, którzy nie znają jego dynamiki.

Wzrost wykładniczy – jak rak w organizmie – zaczyna swój proces wzrostu bardzo powoli, ale z czasem przyspiesza i ostatecznie przechodzi w rodzaj pędu, którego nie sposób powstrzymać. W naturze tak zachowuje się rak, a w gospodarce system odsetkowy. Ludziom bardzo trudno jest zrozumieć wzrost wykładniczy, gdyż wokół siebie nie widzą tego zjawiska ( poza  chorobą wyniszczającą ) – prawidłowo funkcjonujący świat przyrody oparty jest o inny rodzaj wzrostu: jakościowy. Krótko i obrazowo naświetlę tylko jak zachowuje się wzrost wykładniczy, zastosowany w sektorze spekulacyjnym ( tj. odsetkowym ). Tak więc, gdyby ktoś zainwestował w roku narodzenia Jezusa jednego tylko feniga na 4 %, to w r. 1750 mógłby kupić tyle złota, ile waży cała kula ziemska, a już w roku 1990 takich „ziemskich kul złota” mógłby nabyć aż 980 ! Narastanie odsetek w dłuższym czasie, chociażby tylko 1-procentowych, powoduje spustoszenie wszystkiego, co zostało poddane działaniu tego systemu, rujnując tych, którzy poddali się płaceniu odsetek  bo nie przypuszczali, że poddali się działaniu systemu wykładniczego.

Jeśli więc zdamy sobie sprawę, że nasze rządy, w naszym imieniu, zobowiązują się płacić bankom odsetki od pożyczanych przez państwo pieniedzy, to znajdziemy odpowiedz na to, dlaczego państwo stale nie ma na godziwe płace, na emerytury, na renty, na szkoły, szpitale, drogi, kulturę itp. Nasze podatki idą bowiem na tzw. obsługę długu, czyli na spłatę odsetek i odsetek od odsetek prywatnym bankom!

„..obsługa długu publicznego jest drugim, co do wielkości wydatków, punktem w budżecie państwa. Kwoty przeznaczone na edukację ( 8,847 mld zł/2002 ) i ochronę zdrowia ( 3,594 mld zł/2002 ) razem wzięte tylko nieznacznie przekraczają POŁOWĘ sumy przeznaczonej na zobowiązania naszego kraju wobec kredytodawców. ”

Warto podkreślić, że są to dane z 2002 roku, a więc na dziś sytuacja nie może być jak jeszcze gorsza. Mechanizm odsetkowy jest też przyczyną przymusowego i patologicznego „wzrostu gospodarczego”, niszcącego samego gospodarza Ziemi, którym jesteśmy my i nasi następcy.

Jesteśmy skłonni myśleć, że jeśli nie zaciągamy pożyczek w banku, to nie płacimy odsetek. W takim wypadku – oczywiście – nie płacimy odsetek „bezpośrednich”, ale płacimy – niestety – odsetki „pośrednie”, czego w ogóle nie przypuszczamy !

W każdej rzeczy, którą nabywamy i w każdej usłudze, z której korzystamy, średnio połowę ceny stanowią … odsetki. Są to odsetki, które płacimy my jako końcowi odbiorcy oferowanych dóbr. Dzieje się tak dlatego, że wytwórca przedmiotów czy usług, zanim je wytworzył, skorzystał z kredytu bankowego. Te kredyty są, jak wiemy, zawsze oprocentowane i koszty tych kredytów wliczane są w cenę produktu końcowego, a więc są przerzucane na kupującego. Są one określane mianem niewinnie brzmiących słów: „koszty kapitałowe”. Margrit Kennedy obliczyła, że w Niemczech największy procent tych kosztów płacą użytkownicy mieszkań komunalnych. Tak więc to, co Niemcy płacą w ramach czynszu za mieszkanie, to nie są – jak się powszechnie przyjmuje – koszty utrzymania budynku czy też koszty jego amortyzacji wraz z kosztami administracyjnymi budownictwa mieszkaniowego. W pieniądzach przekazywanych administracji na czynsz aż 77 % kwoty tego czynszu idą na.. koszty odsetek od kapitału  ( tj. koszty kapitałowe ) !

Rodzi się w takim razie pytanie: czy można jakoś odciąć się od systemu odsetek, tak, by wszystko mogło kosztować nas o połowę mniej ? Odpowiedz jest pozytywna: oczywiście taka możliwość istnieje, jest ona nawet „na wyciągnięcie ręki”, a jedyną przeszkodą w jej realizacji jest.. niewiedza społeczeństwa o systemie i o stopniu wyzysku, jakiemu jesteśmy wszyscy poddani. Do konkretnych sposobów uwolnienia się od odsetek i długów wrócimy w dalszej częci tekstu.

Kiedyś, a dokładnie przed rokiem 1694, władza państwowa mogła pozwolić sobie zwyczajnie na wyrzeczenie się, w pewnym momencie, długów względem bankierów. Tak postąpił np. król Anglii Edward względem bankierów florenckich. Ale dziś władza państwowa nie może narażać interesów bankierów i proceder zadłużania społeczeństw wydaje się nie mieć końca.

Najbardziej tragiczna jest pod tym względem sytuacja tzw. Krajów Trzeciego Świata. Np. Wybrzeże Kości Słoniowej w Afryce – wieczny dłużnik międzynarodówki bankierskiej – kiedy nie jest w stanie spłacać odsetek, bank służy mu pomocą w ten sposób, że wykreśla ze swojej księgowości tę pożyczkę i pokrywa jej wartość z własnych zasobów. Bankowi zależy wszak, by dłużnik płacił odsetki, a więc przyznaje mu kolejny kredyt ( kreując znów pieniądze z niczego na tyle, by ta „kreacja” umożliwiała wysysanie ciągłej daniny czyli odsetek ). Jeśli dłużnik nie ma na płacenie odsetek, bank udziela mu specjalnego „kredytu pomostowego” na ich spłatę. Jeśli i tym razem dłużnik nie płaci, interweniuje Fundusz Monetarny, rozwiązując kwestię w ten sposób, że zostaje delikwentowi przyznany kolejny kredyt ( trzeci ). A zadłużane państwo nawet nie widzi gotówki: wszystko przechodzi jedynie przez księgi rachunkowe banków. Podatki, które takie państwo uzyskuje z pracy obywateli, prawie w całości idą na pokrywanie długów ( tj. płacenie odsetek ) i nie ma z czego np. budować szkół..

Ale bank w swojej rubryce „aktywa” może wpisać cyfrę jeszcze większą, która przynosi mu wyższe odsetki , a więc większe zyski. Kończy się to najczęściej popadnięciem delinkwenta w stan niewypłacalności, a dzieje się tak wówczas, gdy wszystkie przychody państwa ( zarówno te z podatków jak i te z eksportu ) zostają pochłonięte przez banki w ramach spłaty odsetek. Zwykle wtedy banki proponują „renegocjację” zadłużenia, polegającą na tym, że kwoty odsetek do płacenia stają się niższe, ale są do płacenia dłużej, w ciągu dziesięcioleci. Banki osiągają swój cel: wieczne zadłużenie państw narodowych. Na samym końcu tego procederu zwykle interweniują rządy ( głównie USA ), które przeznaczają na cele pomocowe dla państw Trzeciego Świata pieniądze podatników. Ale nie zapominajmy: kraje Trzeciego Świata płacą bankom ( ! ) w ramach odsetek sumę dwukrotnie większą od tej, którą otrzymują o rządów ( od nas ! ) w ramach „pomocy na rozwój” .

Źródła:
Maurizio Blondet : ” Schiavi delle banche” ( Niewolnicy banków )- wyd. Effedieffe 2004
Marco Saba : “Bankenstein”  – wyd. Nexus 2006
Margrit Kennedy ” La moneta libera da inflazione e da interesse” ( Pieniądz wolny od inflacji i odsetek )- wydaw. Arianna 2006
Marco Della Luna, Antonio Miclavez: “Euroschiavi”( Euroniewolnicy ) – wydaw. Arianna 2005