Reklamy

Tag: Warszawa

Katastrofa ekologiczna w Warszawie: Sytuacja jest poważna! Władze miasta kłamią!

Katastrofa ekologiczna w Warszawie i na Wiśle: nowe informacje

Od wtorku (27 sierpnia) w Warszawie i na Wiśle ma miejsce jedna z najgorszych katastrof ekologicznych w dziejach naszego kraju. W mediach pojawiły się nawet porównania z Czarnobylem, zwłaszcza gdy na jaw wyszedł fakt, że władze Warszawy z PO przez 29 godzin ukrywały ten fakt przed społeczeństwem. Sytuacja jest bardzo poważna i nie sposób nawet przewidywać, jak to wszystko się rozwinie. Ocena tego, co się dzieje, zmienia się bardzo dynamicznie, z godziny na godzinę.

We wtorek o godzinie 5 rano przestał działać kolektor w oczyszczalni ścieków Czajka w Warszawie. Rozpoczęto awaryjny zrzut ogromnej ilości ścieków do Wisły. Na domiar złego, w środę, dnia 28 sierpnia przestał działać drugi kolektor, i ścieki z impetem wpływają do Wisły. Władze Warszawy nie tylko okłamały nas, nie informując o katastrofie przez ponad dobę. Obecnie politycy Platformy Obywatelskiej (m.in. prezydent Warszawy, Trzaskowski) i Warszawscy urzędnicy, okłamują społeczeństwo, mówiąc, że wróciliśmy do stanu z 2011 roku. Wtedy, wg nich, całe ścieki miały być zrzucane do Wisły. Więc nie ma się czego bać, nie? Ta sama narracja jest rozpowszechniana przez setki trolli internetowych, które zaktywizowały się na portalach informacyjnych i piszą te same głupoty. Tak jednak nie jest!

Oczyszczalnia Czajka Rozpoczęła pracę nie w 2011 roku, ale w.. 1991, a więc dwadzieścia lat wcześniej. W 2012 została ona przebudowana. Skierowano do niej ścieki także z lewobrzeżnej części Warszawy, których wcześniej ona nie oczyszczała. Skierowano do niej wtedy także ścieki z okolicznych miasteczek, np. Legionowa. Przed 2012 rokiem, w którym ją przebudowano, te ścieki były przerabiane przez inne oczyszczalnie. Tylko niewielka ich część trafiała do Wisły. A teraz w wyniku awarii ta cała ogromna masa jest zrzucana w dół tej rzeki. Przed awarią oczyszczalnia czajka przerabiała 240.000 metrów sześciennych ścieków na dobę, czyli około 3 metry sześcienne na sekundę. Obecnie ta ilość (3 metry na sekundę, czyli 3.000 litrów na sekundę) trafia do Wisły.

Źródło: Oczyszczalnia ścieków Czajka na Wikipedii

Czytaj dalej „Katastrofa ekologiczna w Warszawie: Sytuacja jest poważna! Władze miasta kłamią!”

Reklamy
Reklamy

WARSZAWSKI CZARNOBYL: OLBRZYMIA KATASTROFA EKOLOGICZNA NAD WISŁĄ!

Katastrofa ekologiczna w Warszawie: zrzucono ogromne ilości ścieków do Wisły

Z ostatniej chwili: ogromna katastrofa ekologiczna ma miejsce w Warszawie nad rzeką Wisła. W oczyszczalni ściekowej Czajka w Warszawie nastąpiła awaria kolektora przesyłającego ścieki z lewobrzeżnej części miasta.

Według informacji sprzed kilku godzin, zrzucono aż 50.000 metrów sześciennych ścieków, co odpowiada pięciu milionom litrów. Ścieki płyną dalej do Wisły w tempie 3 metrów sześciennych na sekundę, co daje 10.000 metrów sześciennych na godzinę. Uwierzcie, są to bardzo duże liczby.

UWAGA: czytasz stary wpis z dnia 28 sierpnia. Najnowsze informacje znajdziesz w poniższym artykule:
Katastrofa ekologiczna w Warszawie: Sytuacja jest poważna! Władze miasta kłamią!

Obecnie szacowany zrzut mówi o niewyobrażalnej liczbie 260.000 metrów sześciennych ścieków. Jest to informacja dosłownie z ostatniej chwili. Okazało się także, że zrzut ścieków rozpoczął się już wczoraj, we wtorek 27 sierpnia o godzinie 5 rano. Ogromnym szokiem jest to, że władze Warszawy ukrywały to przed Polakami przez ponad 24 godziny.

Władze miasta zwołały sztab kryzysowy, swoje działania podjęło też Ministerstwo Środowiska i inne agendy rządowe. Prezydent miasta Rafał Trzaskowski z Platformy Obywatelskiej początkowo bagatelizował rozmiar kataklizmu, nazywając go „kontrolowanym zrzutem ścieków.” Jednak trudno katastrofę ekologiczną o tak wielkim rozmiarze nazywać czymś kontrolowanym.

Ujęcia wody dla Warszawy są bezpieczne, bo znajdują się powyżej miejsca zrzutu ścieków do Wisły. Jednak ta katastrofa ekologiczna jaka ma miejsce w Warszawie stwarza ogromne zagrożenia dla dostaw wody pitnej poniżej Warszawy, na linii Wisły. Czytaj dalej „WARSZAWSKI CZARNOBYL: OLBRZYMIA KATASTROFA EKOLOGICZNA NAD WISŁĄ!”

Podziemna.TV: o referendum w Warszawie!

Prawdziwe wyniki referendum w Warszawie!

A teraz inne ciekawe FAKTY odnośnie sfałszowanego (?) referendum w Warszawie:

  1. Na stronie PKW a’propos referendum w sprawie odwołania HGW są takie informacje:
    Liczba osób, które wzięły udział w wyborach – 649.049
    Liczba kart ważnych wymagana, aby referendum było ważne – 389.430
  2. Cyt. „Pracuję w jednym z urzędów dzielnicy w Warszawie. Jestem referentką w dziale obsługi mieszkańców. Piszę i proszę o interwencję, bo czuję, że to referendum może być sfałszowane.
    W środę przed końcem pracy usłyszałam od mojej przełożonej, że środa była ostatnim dniem, kiedy warszawiacy mogli dopisywać się do listy uprawnionych do głosowania. Podobno dopisało się więcej osób niż przewidywano. Instrukcja „z góry”, która przyszła do urzędu, a którą nam pracownikom przekazała kierowniczka – nie iść w niedzielę na referendum, nie głosować, zostać w domu i O ZGROZO! zachęcać do tego rodzinę i znajomych!”

  3. O godzinie 09:25 rano (niedziela) padły serwery PKW

Więcej o referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz:

http://jarek-kefir.org/2013/10/14/cuda-nad-urna-rano-padly-serwery-panstwowej-komisji-wyborczej-protokoly-byly-wprowadzane-recznie/

______________________________________________________________________________________________________________________________________________

Wyłącz TV, odstaw gazety, włącz myślenie!
Wesprzyj niezależne inicjatywy Jarka Kefira!
Przekazuj ten wpis dalej, kopiuj, umieszczaj na profilach społecznościowych.
Możesz też wspomóc finansowo moje świadome inicjatywy i projekty – tutaj link jak to zrobić:
http://jarek-kefir.org/wsparcie/
Tylko działając samemu i wspierając niezależne media mamy cień szansy na zmianę!

Cuda nad urną: rano padły serwery Państwowej Komisji Wyborczej, protokoły były wprowadzane ręcznie..

News z godziny 09:52 rano: padły serwery PKW

Cyt. ”
Z nieoficjalnych informacji wynika, że zawiesiły się serwery PKW i wszystkie protokoły muszą być wprowadzane ręcznie. W rozmowie z portalem niezalezna.pl PKW nie chce komentować tych informacji lecz potwierdza, że nie wiadomo kiedy dokładnie poznamy oficjalne wyniki referendum.

Pierwsze informacje o problemach z serwerami PKW podali na Twitterze dziennikarze RMF FM:

  • Serwery PKW padły i przez to wciąż musimy czekać na oficjalne wyniki referendum. Zamiast on-line, krążą płyty CD z wynikami 🙂 – napisał na Twitterze Mariusz Piekarski
  • W PKW zawiesiły się serwery. Protokoły wprowadzają ręcznie – podała z kolei Agnieszka Burzyńska.

Pracownik miejskiej komisji PKW, Delegatury Krajowego Biura Wyborczego w Warszawie w rozmowie z portalem niezalezna.pl pytany o to, kiedy poznamy oficjalne wyniki referendum przyznał, że trudno powiedzieć czy będą one znane przed południem, czy dopiero po południu.

  • Nie jestem w stanie tego przewidzieć. Czekamy na protokoły kompletne – oświadczył pracownik Delegatury Krajowego Biura Wyborczego w Warszawie.

Poproszony o komentarz do podanej przez RMF FM nieoficjalnej informacji o problemach z serwerami PKW odmawia komentarza.

  • Ja nie komentuję informacji, które gdzieś tam chodzą. My jako miejska komisja oczekujemy na protokoły i to jest tylko i wyłącznie kwestia jakiś tam uchybień formalnych – oświadczył w rozmowie z portalem niezalezna.pl pracownik PKW.

Okazuje się, że przez ok. 4 godziny były problemy z liczeniem głosów, a miejska komisja nie mogła połączyć się z serwerami Państwowej komisji Wyborczej. Poza tym, dane przekazywane w cyfrowych wersjach protokołów nie zawsze zgadzały się z tymi, na protokołach papierowych.

  • Przyczyną awarii były protokoły, które wymagały poprawy. Było ich w sumie ponad 30. serwery PKW nie poradziły sobie. To efekt skali. Każdy protokół, który trafia do miejskiej komisji ma swój odpowiednik cyfrowy. Gdy dokumenty papierowe zawierały błędy były odsyłane a przy ponownym wprowadzaniu danych system PKW pokazywał błąd i nie można było wygenerować poprawionych protokołów w systemie. Dlatego z części obwodów zaczęły spływać dane na płytach CD i na miejscu były weryfikowane, ale i w tym systemie awaryjnym były pomyłki. Dane na papierze i te na nośniku nie zawsze się zgadzały – wynika z ustaleń RMF FM

Źródło: http://niezalezna.pl/

______________________________________________________________________________________________________________________________________________

Czy Ratusz zastraszał swoich pracowników, zabraniając im udziału w referendum?

List jednej z warszawskich urzędniczek:

” Witam,
Pracuję w jednym z urzędów dzielnicy w Warszawie. Jestem referentką w dziale obsługi mieszkańców. Piszę i proszę o interwencję, bo czuję, że to referendum może być sfałszowane.

W środę przed końcem pracy usłyszałam od mojej przełożonej, że środa była ostatnim dniem, kiedy warszawiacy mogli dopisywać się do listy uprawnionych do głosowania. Podobno dopisało się więcej osób niż przewidywano. Instrukcja „z góry”, która przyszła do urzędu, a którą nam pracownikom przekazała kierowniczka – nie iść w niedzielę na referendum, nie głosować, zostać w domu i O ZGROZO! zachęcać do tego rodzinę i znajomych!

Byłam oburzona! Oczywiście, to nie było polecenie, ale kierowniczka zasugerowała cicho, że „góra może to sprawdzać, a potem konsekwencje wyciągać” – TAK TO NAZWAŁA, to cytat! Wiem, że nie tylko nasz dział usłyszał tę „instrukcję z góry”. A skoro tak – ten kuriozalny zakaz dotarł również do innych urzędów! To skandal!

Jestem oburzona! To uderza w moją wolność! Czuję się zastraszona. Planowałam iść na referendum, a teraz czuję presję, że jeśli pójdę i postawię swój podpis to Pani Prezydent pozbawi mnie pracy.. Bardzo proszę o interwencję, proszę o przekazanie dalej, nagłośnienie, nie wiem, co jeszcze można zrobić.

Do wielu członków debaty wtorkowej konferencji nie znalazłam kontaktu, piszę więc do Państwa Posłów. Nie podam Państwu swojego prawdziwego imienia i nazwiska, bo nie chcę stracić pracy zawczasu..
Pozdrawiam serdecznie,

Urzędniczka z Ratusza”

______________________________________________________________________________________________________________________________________________

Info z dnia referendum:

Na stronie PKW a’propos referendum w sprawie odwołania HGW są takie informacje:

Liczba osób, które wzięły udział w wyborach – 649.049

Liczba kart ważnych wymagana, aby referendum było ważne – 389.430

Szykują chyba jakiś przewał z tą frekwencją i wynikami!

Info dla samodzielnie myślących:

referendum warszawa sfałszowane

______________________________________________________________________________________________________________________________________________

Chcesz by takich artykułów było na blogu Kefir 2010 więcej?

Wspomóż świadome projekty i inicjatywy Jarka Kefira! :)
Link opisujący, jak to zrobić:
http://jarek-kefir.org/wsparcie/

______________________________________________________________________________________________________________________________________________

Od autora bloga: (Jarek Kefir): nie jestem wyborcą PiS. A gdy ktoś mnie pyta, czy jestem zwolennikiem prawicy (lub lewicy) odpowiadam: jestem za, ale jestem też przeciw 🙂 Bo to prawda.

Warszawski ratusz zastrasza pracowników?! „Mamy zakaz uczestnictwa w referendum pod groźbą utraty pracy”

List jednej z warszawskich urzędniczek:

” Witam,
Pracuję w jednym z urzędów dzielnicy w Warszawie. Jestem referentką w dziale obsługi mieszkańców. Piszę i proszę o interwencję, bo czuję, że to referendum może być sfałszowane.

W środę przed końcem pracy usłyszałam od mojej przełożonej, że środa była ostatnim dniem, kiedy warszawiacy mogli dopisywać się do listy uprawnionych do głosowania. Podobno dopisało się więcej osób niż przewidywano. Instrukcja „z góry”, która przyszła do urzędu, a którą nam pracownikom przekazała kierowniczka – nie iść w niedzielę na referendum, nie głosować, zostać w domu i O ZGROZO! zachęcać do tego rodzinę i znajomych!

Byłam oburzona! Oczywiście, to nie było polecenie, ale kierowniczka zasugerowała cicho, że „góra może to sprawdzać, a potem konsekwencje wyciągać” – TAK TO NAZWAŁA, to cytat! Wiem, że nie tylko nasz dział usłyszał tę „instrukcję z góry”. A skoro tak – ten kuriozalny zakaz dotarł również do innych urzędów! To skandal!

Jestem oburzona! To uderza w moją wolność! Czuję się zastraszona. Planowałam iść na referendum, a teraz czuję presję, że jeśli pójdę i postawię swój podpis to Pani Prezydent pozbawi mnie pracy.. Bardzo proszę o interwencję, proszę o przekazanie dalej, nagłośnienie, nie wiem, co jeszcze można zrobić.

Do wielu członków debaty wtorkowej konferencji nie znalazłam kontaktu, piszę więc do Państwa Posłów. Nie podam Państwu swojego prawdziwego imienia i nazwiska, bo nie chcę stracić pracy zawczasu..
Pozdrawiam serdecznie,

Urzędniczka z Ratusza”

Mieliśmy mieć Irlandię, a mamy Białoruś 😉

Platforma Obywatelska pilnym uczniem Goebbelsa

Cyt.

„Prawo i Sprawiedliwość instrumentalnie traktuje warszawiaków, referendum »ma charakter polityczny«, a Hanna Gronkiewicz-Waltz nie ma alternatywy” – „Gazeta Polska codziennie” twierdzi, że dotarła do szczegółowej instrukcji dla posłów Platformy Obywatelskiej. Politycy dowiadują się z niej o tym, jak mają mówić o referendum ws. odwołania prezydent Warszawy.

„Gazeta Polska codziennie” podkreśla, że politycy PO murem stanęli za prezydent Warszawy, zgodnie twierdząc, iż jest to „akcja polityczna”. Dziennikarze gazety mieli dotrzeć do tajnej instrukcji, którą władze Platformy rozdały politykom partii. Wynika z niej, że członkom PO jasno powiedziano, w jaki sposób mają wypowiadać się o nadchodzącym referendum w stolicy.

Jak czytamy w „GPC”, pochodzące z 23 września 2013 roku pismo zaczyna obszerny rozdział pt. „Akcja polityczna PiS u”. „PiS w latach 2002–2006 niewiele zrobiło dla Warszawy, a dzisiaj instrumentalnie traktuje warszawiaków. Aktywność działaczy PiS-u podczas zbierania podpisów pod referendum w sprawie odwołania prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz daje dowód na to, że to akcja polityczna” – cytuje fragment dokumentu gazeta.

Więcej:

http://wiadomosci.onet.pl/kraj/

______________________________________________________________________________________________________________________________________________

Dla przypomnienia – stary news, związany z katastrofą smoleńską:

Petelicki twierdzi, że widział SMSa o treści „Katastrofę spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 metrów. Do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił”, rozsyłanego do najważniejszych polityków PO.

Wywiad z nim zamieszczony na portalu „Wprosta” usunięto prawdopodobnie na skutek interwencji naczelnego.

Jeśli to prawda, to jest to niebywały skandal i potwierdza to co „wyznawcy teorii spiskowych” mówili od początku. Linia oskarżenia była wyznaczona od razu po katastrofie. Śledztwo miało ją tylko potwierdzić. Ta informacja powinna zostać nagłośniona. Mam nadzieję, że inni blogerzy podejmą temat. Może zainteresują się nim tradycyjne media? Przecież to prawdziwa bomba medialna.

Link do artykułu na WP:

http://wiadomosci.wp.pl/

Warszawskie „dzieci Tuska”. Zgadzają się na wszystko..

Duity, korpo-ludki i inne rodzaje platformianych lemingów

Cytat: „Duit to odmiana Słoika – czyli tego wracającego po weekendzie z wałówką od ojców. Duit (z ang. do it) zrobi wszystko, żeby do ojców nie wrócić.

Mają na Facebooku swoją słoik-parafię. Stworzoną dla prowincjonalnych, z katolickim rodowodem, będących w wiecznym miastowym niedoczasie na Kościół. Odprawili na Facebooku wielkopostne rekolekcje. Pisali „Jezus mówił ludowi: taką samą miarą, jak wy mierzycie, odmierzą wam i jeszcze wam dołożą”; „Wszak mówi Pismo: nie ma już różnicy między Żydem a Grekiem. Jeden jest bowiem Pan wszystkich”. To duchowa odpowiedź na ataki Rodowitych, którzy zarzucają Słoikom, że zabierają im warszawską przestrzeń zawodowo-parkingowo-przedszkolną.

Bo zabierają. 53 proc. spośród 2,4 mln żyjących w Warszawie ma korzenie – w języku socjologicznym – niskozurbanizowane. Z ankiet socjologicznych wyłania się silny przeciwnik dla Rodowitych: niskozurbanizowani nie posiadają ambicji kierowniczych, a warunkiem udanego życia są dla nich pieniądze i praca, rzadziej przyjaciele, wolność i pogoda ducha. W języku badaczy to tzw. potrzeby twarde. Więc ciągle przyjeżdżają, uprzedzeni przez tych, którzy już przyjechali, że nie wysikają się na szczycie świata.
Na początek

A. to w terminach socjologicznych potomek (A. jest kobietą) przeciętnych mieszkańców terenów niskozurbanizowanych. Matka we wsi pod Białymstokiem płakała, gdy A. jechała na Uniwersytet Warszawski studiować socjologię. Wiedziała, że dzieciak jej nie wróci. Do czego? Żeby we wsi wyprowadzić się od rodziców, trzeba zbudować dom. Żeby zbudować dom, trzeba pracować. A miejsca pracy są już obsadzone starym establishmentem gminnym: wójt, obsługa wójta, jedna księgowa, jeden informatyk, jeden doktor, kilku nauczycieli. Wieś opuściła jedna trzecia klasy, do której chodziła A.

Pierwsza kawalerka wynajęta we trzy. Najtańsze są na Targówku, dawnej sypialni FSO Żerań. Rodowici dostają je po św. pamięci dziadkach – robotnikach. Nieremontowane od Gierka, obite drewnianą boazerią, z prusakami w zsypach na klatce. Materac, 1200 kalorii dziennie, wyciąganych z zup chińskich. Z niskozurbanizowanych domów wynosi się zmysł praktyczny. Np. zatrzymuje się tekturowy kubek z Coffee Heaven. Nalewa się do kubka prywatną kawę i idzie się pochodzić Krakowskim Przedmieściem. Dla początkujących tekturowy kubek jest wyznacznikiem wtopienia się w miasto.

Rodowitym z roku nie podobało się, że A. daje kserować wykłady za darmo, zaniża tutejsze standardy. Oraz to, że zabrała 1300 zł ministerialnego stypendium. A. patrzyła, jak Rodowici, mając metro co dwie minuty, przeskakiwali przez bramki, żeby gdzieś zdążyć.

B. to w terminach socjologicznych potomek (też kobieta) lokalnej elity. W terminach mławskich – dziecko dyrektorstwa szkoły. Dzieci dyrektorstwa dokooptowywały do siebie w Warszawie. Pierwsza urządziła się najstarsza siostra, potem dobił do niej drugi brat. Gdy na końcu dobijała B., tamci już siedzieli w bankach na kasjerskich stanowiskach. Najwięcej szczęścia miał średni brat. Odłączył od reszty i wynajął pokój u babci, która, bardzo go polubiwszy, zostawiła bratu mieszkanie w spadku. B. nie była onieśmielona Warszawą. Od dzieciaka przyjeżdżała z rodzicami zostawiać braciom słoiki. W ankietach socjologicznych potomkowie lokalnej elity wypadają jako najmniej – spośród niskozurbanizowanych – zagubieni w życiu, byli trenowani w poczuciu wpływu rodziców.

W dużym domu w Mławie zostały ich pokoje, odkurzane co sobotę.

C., potomek rolników spod Białej Podlaskiej, szukał pracy jeszcze z budki telefonicznej, szeleszcząc „Życiem Warszawy”. Jeszcze w czasach, gdy o to, skąd pochodzi, Rodowici pytali raczej z ciekawości. Ale to było bardzo dawno.
Na nerwy

Rodowici nazywają ich mieszkańcami bez weekendów. Piszą na forach, że drażni ich niedzielny brzęk walizek na kółkach przy dworcach. W poniedziałek pomaszerują do pracy ramię w ramię, Słoiki i Rodowici. Np. do telemarketingu, wciskać ludziom produkty trwałe i szybkozbywalne. Ci pierwsi godzą się na pieniądze, po które Rodowity nawet by się nie schylił. A słoiki mogą, bo matula napichci kapuchy, ziemorów wykopie, jajków od kurów zbierze i minimalna im starcza.

Więc siedzą Słoik z Rodowitym w tych samych oktagonach (okrągłe stoły na osiem boksów). Rodowici, choć też niewolnicy, podsłuchują z wyższością, jak ci pierwsi się prostytuują, wrabiając ludzi telefonicznie w najgłupsze prenumeraty, abonamenty, z których trudno zrezygnować: zależy panu na bezpieczeństwie swojej rodziny, prawda?; dzwonię z wydawnictwa z życzeniami.

Są proaktywni (to ktoś bardziej niż aktywny). Zostają liderami miesiąca, wyciągając 2,5 tys. brutto. Potem kupują mieszkania w dzielnicy im. Franciszka Szwajcarskiego (Białołęka) i przenoszą do miasta Rodowitych swoje podwórkowe nawyki, psując im osiedlowy krajobraz strzeżony. Nawyki: stawiają samochody jak taczkę z gnojem na dwóch miejscach parkingowych, w sobotę godzinami sprawdzają silniki, piją piwo przy dzieciach na placu zabaw, wychodzą w dresowych gaciach na taras zapalić papierosa, przez barierki przewieszają mokre ręczniki, zostawiają worki ze śmieciami na wycieraczce, przed drzwiami budują sobie półki na buty, a przez okno wyrzucają zeschłe choinki.

Rodowici robią akcje: Miastowi za biurka, Słoiki na pole. Bo Słoiki wycierają sobie gęby ich miastem. Wytarcie gęby polega na tym, że najbardziej Rodowici, czyli ci ze Stalowej, Ząbkowskiej, Brzeskiej, myją im szyby w służbowych autach. Radzą Słoikom odwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego, żeby oczyścili się z przaśnego myślenia o potrzebach przyziemnych i nabrali szacunku dla miasta. Na Białołęce jeden Rodowity kierowca autobusu miejskiego nie wytrzymał i zwyzywał Słoika od tych sztucznie dolepionych.

Słoiki odszczekują się, zwierając szeregi na Portalu Warszawiaków Prowincjonalnych. Psycholodzy diagnozują ten antagonizm jako naturalny dla czasów utraty poczucia bezpieczeństwa, gdy ludzie postrzegają się nawzajem jako potencjalnych konkurentów.
Na kompromis

7 lat temu A. robi notatki na pierwszym socjologicznym wykładzie. Prof. Paweł Śpiewak mówi, że są wybrańcami, elitą. Minęły lata. Jej CV wybrała tylko firma sprzedająca akcesoria medyczne. Puściła tę pierwszą kawalerkę na Targówku nowym dobijającym spod Białegostoku i wynajęła drugą na Pradze. Z obtłuczoną figurką Maryi na podwórku. Od 1,5 roku już nie wisi na maminych pieniądzach i pielęgnuje swój biurowy etat. Mama mówi, żeby nie pytała o podwyżkę, bo pokorne cielę dwie matki ssie. Może racja? Powinna być wdzięczna firmie, że dzięki niej nie wróciła z dyplomem na wieś. Czuje się zaszczycona, odkąd dostała od team leadera karnet do fitness klubu.

C., ten potomek rolników spod Białej Podlaskiej, to Słój, czyli Słoik starszy. Słój zdystansowany. Rano wysiada na Metrze Wierzbno i odpala papierosa. Czeka na luźniejszy tramwaj. Aż z metra wyleje się rzeka młodych korporacyjnych, którzy w kieszeniach teczek na laptopy mają mapy miasta. Odjeżdżają w kierunku biurowców na Służewie. C. należy do korporacyjnych seniorów, nieprzemęczających się, forwardujących pracę duitom. W korporacji mówi się: zlećcie to duitom. Duit to junior, którego można wrobić w najczarniejszą robotę. Im bardziej niskozurbanizowane korzenie duita, tym mocniej da się wyciskać. C. nie ma nic przeciwko. Kiedyś też mu forwardowali.

Tomasz Kozłowski, psycholog diagnozujący procesy grupowe w zespołach, widzi w korporacyjnych boksach imitację relacji z dawnych jednostek wojskowych, gdzie było istotne, kiedy kto przyjechał. Choć wszystkich ubierano tak samo, 1,5-roczny żołnierz prezentował się nonszalancko, miał gdzieś odpięty guzik, poluzowane dziurki na opinaczach butów, a młody był dopięty. W definicji ks. Jacka Stryczka, duszpasterza ludzi biznesu, korporacyjny system zwalania obowiązków na słabszych działa niewidocznie, jak różaniec odmawiany zbiorowo – idzie dalej, mimo że ktoś się zatnie. Podobnie w korporacji. Nie wszyscy muszą robić, żeby maszyna działała. Przy czym ci, którzy milcząco odwalają robotę za innych, to dla księdza tchórze. W tym sensie, że robią to ze strachu.

Więc tchórze. Pewnie, będąc w ciągłym niedoczasie, nie czytali książki Joanny Krysińskiej „Homo corporaticus” o niuansach bycia dobrym podrzędnym: 1. Stosować technikę 3D, czyli lizać dupę szefa, ale wyrafinowanie, bo szef też ma szefa. 2. Kląć dużo, czyli dać się zauważyć jako osoba harda. 3. Zapisywać na odwrocie wizytówek ważnych ludzi: ile ma dzieci, jakie lubi wino, czyli przyjaźnie się przydają. 4. Kupić mieszkanie blisko korporacji, czyli poinformować team leadera o oddaniu.

Ankietowani Rodowici idą do pracy z powodu pieniędzy, odchodzą z powodu trudnych relacji z przełożonym. Ci o korzeniach niskozurbanizowanych w porannych rozmowach licytują się nie na to, ile piwa wypili poprzedniego wieczoru, ale ile maili służbowych wysłali. Najlepsze wrażenie robią maile wysłane ok. północy, z opcją DW szefa.

Podczas gdy korporacyjni Rodowici ciągle mieszkają u matki, dyzmują, inwestując w potrzeby miękkie, niskozurbanizowani z pochodzenia łykają w boksach musujący Plusssz Up, który wchłania się w kwadrans i odświeża.
Na weekend

W piątek blachy LZA (Zamość), LLU (Łuków), BIA (Białystok), WRA (Radom), LU (Lublin), LBI (Biała Podlaska) zwalniają miejsca parkingowe i korkują wylotówki. W Raszynie (jadący w Kieleckie), Starej Miłosnej (w Lubelskie), Markach (w Podlaskie). W radiu CB słyszą: Warszawiaki do łojców jadą.

A. co piątek ciągnie do pracy torbę na kółkach. W torbie ma markowe ciuchy z wyprzedaży i puste plastikowe pojemniki opróżnione w tygodniu. Wyjazdy do domu traktuje jako ratujące budżet uzupełnienie bilansu białek i tłuszczów. Matce wiezie miejską wałówę, czyli przeczytane kolorowe gazety i książki Coelho. Babcia piszczy: Jak ty nosisz się po warszawsku. Jak buty dobrane do tego śliwkowego żakieciku. Babcia mówi sąsiadkom, że wnuczka jest na eksponowanym stanowisku, specjalista, koordynator produktu, dostała z funduszu socjalnego karnet na aerobik.

C., potomek rolnika, najpierw jeździł do ojców, jak teraz siostra, co tydzień. Potem co dwa. Dziś tylko na duże święta. Wiezie dla matki nasiona. Zleciła telefonicznie kupić: buraki czerwone, marchew cienką wczesną, pomidory najwcześniejsze, pietruszkę późną długą, soczewicę na pierogi, soję, słonecznik. Zaraz będą obsiewać. Matka mówi, że u niego w Warszawie z nasionami jest najtaniej.

Pierwsze pytanie matczyne do Słoika: jesteś głodny? W dużym pokoju jest zawsze uroczysta kolacja. Przy stole opowiada się, co w Warszawie. Mówi się, że Rodowici to zarozumiałe lenie, nosem rysują kasetony w biurowcach. Ojciec czerwieni się po wódce, że jakoś nie zawadzało Warszawce, kiedy chamy i buraki odbudowywały im stolicę. Matka mówi, że musieli osiągnąć w życiu niewiele, skoro dowartościowują się tym, że babka leży na Powązkach. Ojciec mówi: a kogo pokazują w telewizji na manifestacjach? Zamiejscowe autokary pokazują.

Nierodowici obserwują w Kościele tutejszych kolegów z klasy, którzy – mówiąc korporacyjnym polanglishem – nie ewoluowali. W związku z czym słabo performują, czyli nie idzie im życiowo. Mówiąc po ludzku, walą bekę – to określenie na nicnierobienie. Każdą imprezę w remizie kończą bójką na sztachety.

B. wychodzi na Mławę spotkać w pubie znajomych z klasy, absolwentów Politechniki Warszawskiej. Informatycy, maklerzy, analitycy. Można powiedzieć, że Mława jest wydrenowana z najlepszych. W smutnym miasteczku zostali leniwi bądź niezbyt bystrzy. Przeważają mężczyźni. Socjologowie większy odpływ kobiet z terenów niskozurbanizowanych tłumaczą wyższą potrzebą lepszego spędzenia życia.
Na miłość boską

Mama pisze esemesa do B.: Dziś Środa Popielcowa. To sygnał, że ma pościć. Mama boi się o B. W domu jej dzieci były kościelnie dopilnowane. W mieście córka oddala się od łona. Ma antyklerykalnego chłopaka, a w domu odwiedza ją gej. B. odpisuje: dobrze, mamo.

W Mławie wszyscy byli monokulturowi seksualnie i religijnie. B. miała – mówiąc językiem socjologicznym – niewielką liczbę zajawek, czyli dostępnych możliwych światów. Nigdy nie musiała się określać wobec np. geja. Trzeba było pierwszy raz zadać sobie pytanie: kim jestem? Ten moment w psychologii nazywa się autodiagnozą. W Słoikach, zwłaszcza tych z tradycyjnego północno-wschodniego zaplecza, siedzi duża schizofreniczność. Z jednej strony ciąży na nich presja moherowych babć, z drugiej miastowa grupa społeczna, do której aspirują, gdzie często kompromituje się Pana Boga. Należy wybrać, co jest prawdziwe. I uzasadnić swój wybór. B. wybrała nieradykalne msze u dominikanów, bez prowincjonalnych akcentów kato-endeckich. Mamę martwi, że są zbyt luźne intelektualnie.

Babcia pyta A.: Czy na pewno mieszkasz blisko kościoła? Tak, babciu. Babcia martwi się. Zna codzienność warszawską z seriali, które zawsze są przerysowane: albo w domu jest gosposia, albo mieszka się na ulicy. Raz odwiedziła A. Źle wyrażała się o tutejszych kobietach. U siebie na wsi nawet w dzień powszedni nie widziała tylu kobit chodzących w kaloszach. Babcia zwróciła uwagę, że szklane biurowce nie mają klamek w oknach.
Na później

Marzenia A.: za kilka lat spłacić kredyt studencki i zawekować się, czyli kupić mieszkanie, urządzić je w stylu minimalistycznym, mieć salon z białą sofą, ale bez telewizora. Ciągle siedzi w wynajętej kawalerce, stawia książki za szybę gierkowskiej meblościanki i aż ją to boli.

C., w papierach ciągle rolnik z meldunkiem we wsi pod Białą Podlaską, został już – w słoiczej terminologii – Gorącym Kubkiem. To dojeżdżający, np. wukadką, do pracy w Wawie, śpiący gdzieś niedaleko. Jest ich 495 tys.

C. ma dom pod miastem. W domu dwie zamrażarki skrzyniowe. Już turla się do matki po większe gabaryty, typu dwa zacięte indyki, a każdy po 25 kilo. Ma też dziecko, lat 4, urodzone w tutejszym szpitalu. Nie jest rozpieszczający. Niech dzieciak się hartuje. Matka zawsze mówiła, że krowa była bardziej absorbująca niż C. A co dzieciakowi trzeba prócz jedzenia i ciepła? Matka sprzedała gospodarkę, zostawiwszy hektar ogrodu za domem. Plony podaje na busika. Są zapakowane w ruską kraciastą siatkę z wiecznie psującymi się suwakami, które obszywa nitką. Dla pewności jeszcze owija sznurkiem. C. bez wstydu podjeżdża po siatki służbowym autem.”