Reklamy

Tag: skażenie

CO SIĘ STANIE JEŚLI UPADEK EKOSYSTEMÓW PLANETY PRZYSPIESZY?

Co się stanie jeśli upadek ekosystemów planety przyspieszy?

Zapraszam do przeczytania artykułu z blogu Ex-ignorant jak i do zapoznania się z filmem „Akta Imperium”. Materiały te w zaskakujący i szokujący sposób demaskują nowotworowe mechanizmy dzisiejszego kapitalizmu. Te materiały są tak niepoprawne politycznie, że w ogóle nie są poruszane w oficjalnym nurcie debaty publicznej. Po prostu istnieje specjalne embargo informacyjne na tego typu informacje.

W telewizji codziennie na kilkunastu kanałach mówią o tym, jak naprawić system. Prawica, lewica, liberałowie, populiści. PiS, PO, Nowoczesna, SLD i inni. Jednak nikt z nich nigdy i nigdzie nie powie, że tego systemu nie da się zreformować ani naprawić w żaden sposób. Ponieważ ten system jest od początku do końca chory. Ma on typowo nowotworową strukturę. Kapitalizm neoliberalny wysysa zasoby naturalne z całej planety, i zmienia w zysk.

Efektem jest wyczerpanie zasobów, dewastacja i zapaść ekosystemów, skażenie środowiska i choroby cywilizacyjne. Na tej samej zasadzie kapitalizm jest tak skonstruowany, by bogactwo nieustannie płynęło ku górze piramidy. Od biednych ku coraz bogatszym. Biedni biednieją, a bogaci się bogacą – od zawsze. Obecnie dysproporcja pomiędzy biedną a bogatą warstwą społeczeństwa osiągnęła poziom krytyczny, nie notowany nigdy w historii planety.

Jarek Kefir


.

Cytuję: „Manipulowanie opinią publiczną sięga czasów ojca współczesnej propagandy Edwarda Bernaysa. Odkrył on, że wywieranie wpływu na podświadomość jest najlepszym sposobem, by sprzedawać ludziom produkty, których nie potrzebują i wojny, których nie chcą. Na temat funkcji propagandy w dzisiejszym społeczeństwie Abby Martin, autorka cyklu „Akta imperium”, rozmawia z dr. Markiem Crispinem Millerem, badaczem mediów i wykładowcą Uniwersytetu Nowojorskiego.

Fragment eseju Chrisa Hedgesa.

Zasięg i skuteczność propagandy korporacyjnej przyćmiewa nawet osiągnięcia Adolfa Hitlera i Stalina. Poszczególne warstwy fałszu są wyrafinowane i skuteczne. Serwisy informacyjne są państwową propagandą. Wymyślne widowiska i formy rozrywki, które ignorują rzeczywistość lub udają, że fikcja wolności i postępu jest prawdziwa, przykuwają uwagę mas. Edukacja jest indoktrynacją. Pseudointelektualiści wraz z technokratami i specjalistami, którzy są posłuszni neoliberalnej i imperialnej doktrynie państwa, wykorzystują swoje akademickie kwalifikacje i erudycję, by oszukiwać społeczeństwo. Obietnice złożone przez państwo korporacyjne i jego politycznych liderów – zapewnimy ci byt, ochronimy twoją prywatność i wolności obywatelskie, zadbamy o środowisko naturalne, nie dopuścimy, byś został wykorzystany przez banki i drapieżne korporacje, zapewnimy ci bezpieczeństwo i godną przyszłość twoim dzieciom – są zaprzeczeniem faktów.

12369126_915374848556962_2504839152188375238_n

.

Korporacyjne państwo nie przejawia woli wprowadzenia zmian, uwzględnienia praw i długoterminowych potrzeb obywateli. Tak samo nie przejawiano jej wobec Żydów w okupowanej Polsce. Realia do ostatniej chwili pozostaną ukryte za pustą retoryką demokracji i reform. Stosowane przez nazistów, dopracowane w najmniejszych szczegółach wybiegi – które zapewniały bierność Żydów i innych przeznaczonych do eksterminacji ofiar, aż znalazły się one u drzwi komór gazowych, zazwyczaj ozdobionych dużą gwiazdą Dawida – były legendarne. Ofiarom zabieranym do obozów zagłady mówiono, że jadą do pracy.

Rampom rozładunkowym w Treblince nadano wygląd stacji kolejowej z rozkładami jazdy pociągów na ścianach, zegarem i kasą biletową. Rozbrzmiewał akompaniament obozowych muzyków. Osoby starsze i niedołężne eskortowano z wagonów do budynku zwanego ambulatorium, oznaczonego symbolem czerwonego krzyża, gdzie strzelano im w tył głowy. Mężczyźni, kobiety i dzieci, które za godzinę miały umrzeć w komorach gazowych, dostawały kwity na ubrania i kosztowności. Represyjne reżimy stopniowo wprowadzają surowsze i ostrzejsze formy kontroli, wypierając się przy tym swoich intencji. Zanim zniewolona populacja pojmie, co się dzieje, jest już za późno.

depresja_samotnosc_mezczyzna_pustynia_panthermedia_b26594579-W780H585

.

Nasi korporacyjni panowie wiedzą, co nadchodzi. Wiedzą, że kiedy przyspieszy upadek ekosystemu planety, kiedy rozsypie się finansowy domek z kart, kiedy zasoby naturalne zostaną zatrute lub wyczerpane, wówczas rozpacz ustąpi miejsca panice i wściekłości. Wiedzą, że przybrzeżne miasta znajdą się pod wodą, plony ulegną gwałtownej redukcji, wysokie temperatury uczynią ogromne obszary świata nienadającymi się do zamieszkania, oceany staną się strefami martwych wód, setki milionów zdesperowanych uchodźców będą ratować się ucieczką, a złożone struktury zarządzania i organizacji załamią się. Wiedzą, że prawowitość władzy korporacyjnej i neoliberalizmu – ideologii równie sugestywnej i utopijnej jak faszyzm czy komunizm – skruszeje. Chodzi o to, by nas zwodzić i demobilizować tak długo, jak to możliwe. […]

Tłumaczenie: exignorant
Źródło: https://exignorant.wordpress.com/2016/07/20/propaganda-i-fabrykowanie-spolecznego-przyzwolenia/

AKTA IMPERIUM: Propaganda i fabrykowanie społecznego przyzwolenia (napisy PL)

Reklamy
Reklamy

Susza objęła ponad półtora miliona ha gruntów. Sytuacja jest katastrofalna

Susza objęła ponad półtora miliona ha gruntów. Sytuacja jest katastrofalna

susza w PolsceZmiany klimatu coraz bardziej dają się nam we znaki. Wcale nie chodzi tylko o falę nieznośnych upałów, która trwa w niektórych rejonach kraju od miesiąca. Chodzi m.in. o anomalię El Nino, która w tym roku będzie najpotężniejsza w historii pomiarów. W wyniku El Nino zaburzony jest klimat na całej Ziemi. Na północny-zachód od Wysp Brytyjskich uformował się już jakiś czas temu potężny niż. Jednak nie chłodzi on Europy.

Niż ten stoi cały czas w miejscu, kręci się ruchem obrotowym co powoduje zasysanie gorących i bardzo suchych mas powietrza. Atlantyk przestał „wysyłać” w stronę Europy życiodajne, przynoszące ochłodę niże. Nie chodzi przecież o to, że jest upał, bo upał jest praktycznie każdego lata. Chodzi o to, że Atlantyk przestał już chłodzić Europę swoimi niżami.

Pisałem o tym w poniższym felietonie:
Polsce grozi całkowity paraliż sieci energetycznej! Rząd nas okłamuje!

W konsekwencji, mamy najgorszą od lat suszę. Takie wydarzenie nie miało precedensu we współczesnej historii Polski. Susza trwa tak naprawdę, z pewnymi przerwami, od 2012 roku. Zaś intensywniej zaczęła nam doskwierać już w zeszłym, 2014 roku. Więc nie jest to zjawisko całkowicie nowe, ale trwające już jakiś czas. Mieliśmy ciepłą i suchą zimę, jak i kapryśną, i również suchą wiosnę. Teraz mamy anomalne upały i katastrofalną suszę.

Na domiar złego, rzeki wysychają, nie ma czym chłodzić bloków energetycznych w elektrowniach. Obecnie bloki mają zmniejszoną wydajność ze względu na upały, pracują na granicy bezpieczeństwa. Z tego też powodu, uruchamiane są przestarzałe, zdezelowane bloki energetyczne, które trzymane były w pogotowiu, w uśpieniu. Od początków sierpnia najważniejsze zakłady produkcyjne i fabryki mają zredukowaną moc prądu. Kolejne tysiące korporacji i większych firm same z siebie nakładają reżim energetyczny, polecając pracownikom by oszczędzali prąd.

Susza trwa w rolnictwie i nic nie wskazuje na to, że odpuści. Straty, szczególnie na wschodzie i południu Polski, są ogromne. Wiele roślin wyschło na wiór, co widać nawet w miastach po kolorze i kondycji drzew i trawy. Nawet na zachodzi i północy kraju trwa susza, a plony są gorszej jakości. Żywności może zabraknąć i będziemy musieli ją importować.

O anomalnym zjawisku El Nino poczytać możecie w linku poniżej:
NASA ostrzega przed „Godzillą”. Czeka nas anomalna zima

Autor wstępu: Jarek Kefir Czytaj dalej „Susza objęła ponad półtora miliona ha gruntów. Sytuacja jest katastrofalna”

Mitologia kapitalizmu, oszustwo ideologii „wolnego rynku”

Mitologia kapitalizmu, oszustwo ideologii „wolnego rynku”

upadek cywilizacji

Kapitalizm, „wolny rynek” – jeden z najbardziej dehumanizujących i psychopatycznych systemów, został opisany w poniższym artykule, przetłumaczonym przez blogera Ex ignorant’a. Po lekturze tego artykułu powstaje fundamentalne pytanie. To z ludzkiej „złej” natury powstał kapitalizm, czy na odwrót – to zły kapitalizm zniszczył dawną ludzką naturę? Ja dotąd uważałem, że „rdzeń” tkwi nie w kapitalizmie, nie w polityce, nie w szemranych dilach załatwianych w tajemnicy, ale w naturze ziemskiego stworzenia – która jest naturą złą do szpiku kości. Matka natura, ludzie, zwierzęta, i co za tym idzie, tworzone przez nich systemy – mają złą naturę. Oczywiście złą w znaczeniu moralności człowieka XXI wieku, moralności, która ledwie funkcjonuje, i najczęściej jest tylko na pokaz.

Matka natura nie patrzy przez pryzmat moralności, zasad, wrażliwości, empatii, szczęścia – bo takich pojęć nie zna, nie wykształciła ich. Wykształciły je w raczkującej formie, nasze umysły, i od razu te pojęcia zniekształciły. I tak – moralność kojarzy się nam ze społecznie celebrowanym systemem nakazów i zakazów wokół przysłowiowej „dupy Maryni”. Szczęście kojarzy się nam ze stanem hormonalnego odurzenia – alkoholem, narkotykiem, seksem, zakochaniem, sportem itp. To co przedstawia ten artykuł, to jeden z dylematów (oczywiście nierozwiązywalnych, jak większość tutaj) typu: co było pierwsze – jajko czy kura.

Poza tym – artykuł do którego linkuję poniżej, porusza problem którego praktycznie nikt nie zauważa – BRAK ALTERNATYW. Możesz sobie wybrać – lewica, prawica, liberalizm itp. Podobnie możesz dokonać wyboru w kwestii religii – katolicyzm, judaizm, islam, ateizm. Tak samo możesz sobie wybrać model samochodu, telefonu, możesz wybrać jaki alkohol będziesz pić. Ale te wybory są mocno ograniczone. Możesz wybrać sobie w którą odmóżdżającą ideologię / religię będziesz wierzyć, jednocześnie wyklinając na przeciwników. Możesz sobie wybrać jakiego rodzaju błyskotki made in China sobie kupisz. Dobrze, ale co dalej?

Gdzie alternatywa dla systemów: ekonomicznego (mamy dostępny tylko kapitalizm, gdzie liczy się tylko coraz większy i większy zysk), medycznego (brak zgody na podawanie sobie lub dziecku produktów koncernów farmaceutycznych skutkuje sankcjami prawnymi). Gdzie alternatywa dla systemu matrymonialnego (obecnie mamy dostępny wyłącznie monogamiczny patriarchat naznaczony ideologią romantyzmu). Gdzie alternatywa dla całego szeregu systemów społecznych – obecnie jedyna akceptowalna forma realizacji w społeczeństwie to studia i wyszalenie się – kariera – małżeństwo – rodzina.

Co jeszcze warto zwrócić uwagę na poniższym artykule? Kapitalizm implikuje istnienie szeregu innych, destrukcyjnych programów, systemów. Takich jak dehumanizujący istotę człowieczeństwa materializm (zwany np: ateizmem, racjonalizmem, sceptycyzmem, „wiarą w naukę”, atomizmem itp). Takich jak dążenie do coraz większego posiadania i coraz większego władania. Ciekawym jest swoisty paradoks naszej cywilizacji. Otóż powszechnie (np w rozmowach, opowiadanych dowcipach, na FB, portalach z memami, YT) żartujemy z absurdów, irracjonalności i permanentnej schizofrenii, która jak rak toczy naszą cywilizację.

Jednak obowiązujące powszechnie tabu surowo zabrania zagłębiać się bardziej, zabrania dociekać przyczyn tak koszmarnej społecznej paranoi. Z którą spotykamy się na każdym kroku. Działa to na zasadzie, że gdy występujący w TV czy na arenie w Sopocie kabareciarz wykrzyczy, że polityka, ekonomia, cywilizacja to kupa gówna, to wszyscy będą mu bić brawo i w głębi ducha przyznają rację. Ale takie same słowa będą niedopuszczalne w ustach polityka, naukowca, eksperta, lekarza, czy dowolnego innego człowieka.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

„Traktuj Ziemię dobrze. Nie odziedziczyliśmy jej po naszych przodkach. Pożyczyliśmy ją od naszych dzieci.”

„Ludzkość nie utkała sieci życia. Jesteśmy zaledwie jej pojedynczą nicią. Cokolwiek wyrządzamy tej sieci, wyrządzamy to sobie. Wszystko jest ze sobą splecione. Wszystko ze sobą się łączy.”

Cytuję: „Marks twierdził, że „witalność społeczeństw pierwotnych była nieporównywalnie większa od tej, która cechuje nowoczesne społeczeństwa kapitalistyczne.” Argument ten został od tamtej pory potwierdzony przez liczne badania. Zestawiono je starannie w haśle z prestiżowej Encyklopedii łowców i zbieraczy (wydanej przez) Cambridge. Czytamy w nim: „Łowiectwo połączone ze zbieractwem było pierwszą i najbardziej udaną adaptacją ludzkości zajmującą co najmniej 90 procent ludzkiej historii. Jeszcze 12.000 lat temu wszyscy ludzie żyli w ten sposób.”

Ironią nowoczesnego życia jest to, że mimo spektakularnego przyrostu materialnej obfitości i wieków technologicznego postępu, łowcy-zbieracze, ludzie żyjący praktycznie bez dóbr materialnych, prowadzili egzystencję pod wieloma względami równie satysfakcjonującą jak życie na przemysłowej Północy. Wiele społeczeństw łowiecko-zbierackich cieszyło się dostatkiem mierzonym posiadaniem wszystkiego, co było niezbędne. Na przykład etnograficzne opisy Ju/’hoansi z Afryki Południowej pokazują, że członkowie tego społeczeństwa mieli zapewnioną odpowiednią dietę, dostęp do środków utrzymania i mnóstwo wolnego czasu (Lee 1993). Swój wolny czas spędzali jedząc, pijąc, bawiąc się i pielęgnując relacje towarzyskie – słowem robiąc to, co kojarzone jest z dobrobytem. Wiele społeczeństw łowiecko-zbierackich cieszyło się znaczną wolnością osobistą. W społecznościach !Kung i Hadza z Tanzanii przywódcy nie istnieli w ogóle lub pojawiali się tymczasowo, a ich zwierzchnictwo było bardzo mocno ograniczone. Wspólnoty te nie posiadały klas społecznych i dyskryminacji ze względu na płeć. Ich sposoby życia i zbiorowego podejmowania decyzji pozwoliły im przetrwać i rozwijać się w równowadze ze środowiskiem przez dziesiątki tysięcy lat, bez niszczenia zasobów, które stanowiły fundament ich gospodarek.

Im więcej dowiadujemy się o łowcach-zbieraczach, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, że kulturowe przekonania otaczające nowoczesny kapitalizm rynkowy nie odzwierciedlają uniwersalnej „natury ludzkiej.” Założenia dotyczące ludzkich zachowań, które członkowie społeczeństw rynkowych uznają za powszechne – człowiek z natury jest konkurencyjny i zachłanny, a rozwarstwienie społeczne jest czymś naturalnym – nie znajdują swojego odbicia w licznych wspólnotach łowiecko-zbierackich. Dominująca w industrialnym świecie szkoła neoklasycznej teorii ekonomicznej poczytuje te cechy za niezbędne dla gospodarczego postępu i zamożności. Prawdą jest, że społeczności łowiecko-zbierackie demonstrują szeroką gamę wzorów kulturowych; niektóre są mniej egalitarne, a inne mniej „zamożne” zgodnie z definicją Sahlinsa (1972). Jednakże samo istnienie społeczeństw żyjących zadowalająco – a nawet szczęśliwie – bez przemysłu, bez rolnictwa, zaledwie z kilkoma dobrami materialnymi rzuca wyzwanie koncepcji ludzkiej natury, której kurczowo trzyma się gros ekonomistów.

Mitologia rynku

W większości podręczników ekonomia definiowana jest jako „studium alokacji ograniczonych zasobów między alternatywne zastosowania.” Utrzymuje się, iż ludzie mają nieograniczone potrzeby i ograniczone środki, aby je zaspokoić, zatem nieuniknionym rezultatem są niedobory. Nie możemy mieć wszystkiego, czego chcemy, a więc musimy wybrać to, co będziemy posiadać. Każdy akt konsumpcji jest równoczesnym aktem odmowy. Im więcej konsumujemy, tym więcej nam się odbiera. W tym ponurym stanie rzeczy naszym zadaniem – jako istot ekonomicznych – jest spożytkowanie ograniczonych dochodów osobistych w taki sposób, aby uzyskać największe zadowolenie z nielicznych rzeczy, które jesteśmy w stanie zakupić.

Te kulturowe przekonania podtrzymujące przemysłowy kapitalizm służą uzasadnianiu osobliwej relacji, która rozwinęła się niedawno wśród ludzi, jak również między ludźmi i resztą świata. Najważniejszym pojęciem tego systemu wierzeń jest „człowiek ekonomiczny” – z natury zachłanny, konkurencyjny, racjonalny, wyrachowany i nieustannie szukający sposobów na poprawę materialnego dobrobytu. Dzisiaj ludzie z przemysłowej Północy nie identyfikują idei „człowieka ekonomicznego” jako wierzenia, przeciwnie – widzą w nim uniwersalny fakt, ponieważ trafnie opisuje niemal każdego z nas. Od najmłodszych lat racjonujemy nasz czas, aby poddać się szkoleniu, które jest niezbędne do uzyskania dochodu; starannie alokujemy ten dochód pośród przyprawiającej o zawrót głowy różnorodności towarów i usług dostępnych na rynku. Możemy żartować na temat irracjonalności naszego gatunku, ale w głębi wszyscy wierzymy, iż w decyzjach osobistych jesteśmy względnie racjonalni i konsekwentni. Wierzymy, że pożądanie coraz większej ilości rzeczy jest naturalnym atrybutem człowieka. Jednostkę cenimy wyżej niż społeczeństwo. Konkurencja i ekspansja, a nie współpraca i stabilność, opisują zasady, według których funkcjonuje nasz gospodarczy świat. Wszyscy jesteśmy obecnie „osobami ekonomicznymi.” Mamy ograniczone zasoby (dochody) oraz bardzo długą listę produktów, które chcielibyśmy nabyć.

Neoklasyczna teoria ekonomiczna to więcej niż zbiór wierzeń na temat ludzkiej natury. Jest to także ideologia uzasadniająca istniejącą organizację gospodarczą, eksploatację zasobów i dystrybucję bogactwa (Gowdy i O’Hara 1995). System ten postrzega podziały klasowe jako nieuniknione, a przyrodę jako kolekcję „zasobów naturalnych” wykorzystywanych do napędzania motoru wzrostu gospodarczego i postępu technologicznego. Nierówność podziału towarów w gospodarce kapitalistycznej uzasadniana jest zgodnie z „teorią produkcyjności krańcowej.” Pracownicy wynagradzani są w zależności od ich wkładu w całkowitą produkcję gospodarczą. Na przykład jeśli firma zatrudnia jednego pracownika i wartość jej produkcji wzrasta o 100 dolarów dziennie (z uwzględnieniem zysku ekonomicznego), wynagrodzenie dzienne tego pracownika powinno wynieść 100 dolarów. Ci, którzy dodają więcej do całkowitego produktu gospodarczego społeczeństwa powinni uzyskać większy udział niż ci, którzy dodają mniej. Ekonomiści twierdzą ponadto, iż konkurencja gwarantuje rezultat, w którym płace odpowiadają wartości krańcowego produktu pracy. Ideologiczne implikacje teorii produkcyjności krańcowej są takie, że w gospodarce konkurencyjnej wszyscy pracownicy otrzymują zapłatę, na jaką zasłużyli.

W neoklasycznej, ekonomicznej teorii wymiany rynkowej nie brane są pod uwagę okoliczności historyczne i społeczne, które umożliwiają jednej osobie produkować więcej niż innej osobie. Przykładowo, odziedziczony majątek zapewnia komuś dostęp do większej ilości kapitału, zatem jej/jego produkt krańcowy będzie zazwyczaj wyższy niż osoby urodzonej w mniej uprzywilejowanych warunkach. Ogólnie rzecz biorąc, osoba z wykształceniem – zawdzięczająca je zazwyczaj sytuacji rodzinnej – będzie miała wyższy produkt krańcowy i tym samym wyższe dochody niż osoba mniej wykształcona. Teoria neoklasyczna postrzega ludzi jako oddzielnych konsumentów i oddzielnych producentów towarów rynkowych, konkurujących ze sobą o ograniczone zasoby. Wartość jednostki jest w dużej mierze funkcją sukcesu gospodarczego – gromadzenia (i konsumowania) większej ilości bogactwa niż sąsiad.

Obraz ludzkiej natury wbudowany w neoklasyczną teorię ekonomii jest anomalią wśród kultur człowieczych. W rzeczywistości podstawowa zasada organizacyjna naszej gospodarki rynkowej – mówiąca, że ludzi motywuje chciwość i obietnica, że więcej jest zawsze lepsze niż mniej – stanowi tylko jeden ze sposobów podejścia do ekonomicznego problemu utrzymania. Wiele kultur wykształciło bardzo różne sposoby organizowania produkcji i dystrybucji. Na przykład Hadza mają wyrafinowane zasady, które gwarantują równy podział mięsa. Gromadzenie, a nawet uzyskanie większej porcji jest społecznie nieakceptowane. Poza posiadaniem przedmiotów osobistych, takich jak narzędzia, broń, czy fajki, każdy przejaw gromadzenia dóbr spotyka się z sankcjami. Ponadto przy ciągłej mobilności łowców-zbieraczy dobytek osobisty jest uciążliwy. Według Woodburna (1982) wśród przedstawicieli !Kung i Hadza nie do pomyślenia byłoby gromadzenie żywności, gdyby ktoś inny doświadczał w tym samym czasie głodu. Łowca-zbieracz reprezentuje „człowieka nieekonomicznego” (Sahlins 1972:13).

Łowcy-zbieracze dają nam szansę wejrzenia w ludzką naturę w zupełnie innej postaci, zanim zdążyły nią pokierować relacje rynkowe i współczesne idee indywidualizmu. W obecnej architekturze gospodarki przemysłowej występują skonstruowane społecznie granice współpracy, redukcji konsumpcji i egzystowania w sposób zrównoważony; lecz wiedza o tym, że granice te nie istniały na przestrzeni niemalże całej historii ludzkości nie pozwala stwierdzić, iż są one czymś „naturalnym.” Historia społeczeństw zbieracko-łowieckich – a zwłaszcza ich sukces – dowodzi, że jest wiele bardzo udanych sposobów organizowania produkcji i dystrybucji, które nie wymagają pośrednictwa rynków konkurencyjnych.

Łowcy-zbieracze jako wyzwanie dla ekonomicznej ortodoksji

Oto najważniejsze wyzwania dla ekonomicznej ortodoksji, które pochodzą z opisów życia społeczeństw łowiecko-zbierackich: (1) ekonomiczne pojęcie niedoborów jest konstruktem społecznym, a nie inherentną własnością ludzkiej egzystencji, (2) rozdzielność pracy i życia społecznego niekoniecznie stanowi cechę produkcji gospodarczej, (3) łączenie indywidualnego dobrobytu z indywidualną produkcją niekoniecznie stanowi cechę organizacji gospodarczej, (4) egoizm i zachłanność są aspektami ludzkiej natury, ale niekoniecznie dominują, (5) nierówność oparta na podziale klas i płci niekoniecznie jest cechą ludzkiego społeczeństwa.

Niedobory

Pojęcie niedostatku jest w dużej mierze konstruktem społecznym, nie zaś konieczną cechą ludzkiej egzystencji i ludzkiej natury. Łowcy-zbieracze mogą być uznawani za zamożnych, ponieważ osiągają równowagę między środkami i celami, ponieważ posiadają wszystko, czego potrzebują i nie zabiegają o więcej. Zapytany, dlaczego nie posadził roślin, mężczyzna z ludu !Kung odpowiedział: „Po co mamy je sadzić, gdy na świecie jest tak wiele orzechów mongongo?” (Lee 1968:33). Według pieśni Ju/’hoansi „inni pracują, aby przeżyć – to ich problem!” (Lee 1993: 39). Łowcy-zbieracze mają niewiele dóbr materialnych, ale dużo wolnego czasu i zapewne bogatsze życie towarzyskie niż „majętna,” uprzemysłowiona Północ. W przeciwieństwie do wielu gospodarek łowców-zbieraczy nowoczesny system przemysłowy generuje niedobory poprzez tworzenie nieograniczonych pragnień. Konsumenci są uzależnieni od ciągłego przepływu dóbr konsumpcyjnych i stale towarzyszy im uczucie niedostatku, bowiem ich uzależnienie nie może zostać zaspokojone. W słowach Sahlinów (1972:4) „konsumpcja jest podwójną tragedią: to, co zaczyna się niedowartościowaniem zakończy się niedostatkiem.” Nowoczesne, ogólnoświatowe uzależnienie od bogactwa materialnego zagraża naszemu zdrowiu psychicznemu, a także biologicznym i geofizycznym fundamentom naszego systemu gospodarczego.

Działalność produktywna

Drugi fakt z życia łowców-zbieraczy ujawnia, iż ich praca ma charakter społeczny i opiera się na współdziałaniu. Dysponujący najprostszą technologią łowcy-zbieracze „natychmiastowej wzajemności” (Barnard i Woodburn 1988, Testart 1982, Woodburn 1982), tacy jak Hadza i !Kung, zazwyczaj poświęcają tylko trzy lub cztery godziny dziennie na to, co nazwalibyśmy zajęciami ekonomicznymi. Czynności te obejmują polowanie na liczne gatunki zwierząt oraz zbieranie szerokiej gamy materiału roślinnego. Udana produkcja zależy od szczegółowej wiedzy o właściwościach, a także historii życia gatunków roślin i zwierząt warunkujących przetrwanie, a nie od wyposażenia kapitałowego/środków trwałych. Polowanie i zbieractwo zintegrowane są z rytuałami, socjalizacją i ekspresją artystyczną. Idea, iż zarabianie na życie to harówka, której jedynym celem jest umożliwienie nam prowadzenia „prawdziwego” życia nie występuje w kulturach łowiecko-zbierackich.

Dystrybucja

Trzeci fakt dotyczący gospodarek łowiecko-zbierackich również pozostaje w opozycji do pojęcia „człowieka ekonomicznego” – kluczowego dla nowoczesnej teorii ekonomicznej: nie istnieje żaden konieczny związek między indywidualną produkcją i indywidualną dystrybucją. Ekonomiści twierdzą, że akt dzielenia się ma ekonomicznie racjonalną podstawę (Frank 1994). Osoba, z którą dzielisz się dzisiaj zdobytym przez siebie posiłkiem może nakarmić cię jutro, kiedy nie dopisze ci szczęście lub zawiodą twoje umiejętności. Z tego punktu widzenia dzielenie się jest pewnego rodzaju polisą ubezpieczeniową, która racjonalnie rozkłada ryzyko braku pożywienia. Dzielenie się w kulturach łowiecko-zbierackich ma jednak nieporównanie głębsze znaczenie. W wielu z nich nie ma powiązania między tym, kto produkuje i kto otrzymuje gospodarczy produkt. Na przykład według Woodburna (1982) niektórzy członkowie ludu Hadza nie wykonują żadnej pracy praktycznie przez całe swoje życie. Wielu mężczyzn prowadzi grę przy użyciu grotów włóczni i niechętnie poluje z obawy przed uszkodzeniem tych „żetonów,” mimo to ludzie ci otrzymują pełny przydział upolowanej zwierzyny. Chociaż „pasożytowanie” zawsze stanowi potencjalny problem we wszystkich kulturach, pogarda dla osób, które nie są zaangażowane w produktywne działania jest uczuciem ewidentnie podyktowanym specyfiką danej kultury.

Dystrybucja mięsa wśród współplemieńców Ju/’hoansi jest poważnym wydarzeniem społecznym. Musi być zapewniona wielka dbałość, aby przeprowadzono ją bardzo dokładnie. Lee (1993:50) pisze: „Dystrybucja odbywa się z niesłychaną starannością, zgodnie ze zbiorem zasad; porcje szykuje się układając i przekładając je nawet przez godzinę, ażeby każdy odbiorca otrzymał właściwą ilość. Udane dystrybucje wspominane są mile przez kilka tygodni, natomiast dystrybucje nieudane mogą być przyczyną zaciekłych sporów między bliskimi krewnymi.” Z kolei system rynkowy opierając dystrybucję na oddzielnej produktywności każdej osoby, wzbrania społecznego charakteru produkcji i jednocześnie powoduje fragmentację więzi społecznych, które pomagają w spajaniu innych społeczeństw.

Własność i kapitał

Relacje pierwszych europejskich odkrywców i antropologów wskazują, że praktyka dzielenia się oraz ignorowanie własności dóbr osobistych są cechami wspólnymi łowców-zbieraczy. W szeregach Hadza brak prywatnej własności odnosi się zarówno do rzeczy, jak i zasobów (Woodburn 1968). Próby scharakteryzowania stosunku niektórych łowców-zbieraczy do ziemi jako „własności” są raczej przykładem narzucania zachodniej koncepcji wspólnotom, które mają bardzo odmienne poglądy na temat relacji między ludźmi, a także między ludźmi a przyrodą. Riches (1995) argumentuje, że termin „własność” powinien być stosowany jedynie w przypadkach, w których zaobserwowano, iż ludzie odmawiają innym prawa do korzystania z określonych zasobów. Samo zapytanie o pozwolenie może być jedynie społeczną konwencją wyrażającą przyjazny zamiar i nie musi wskazywać na „prawną” kontrolę nad zasobem.

Swoje codzienne wyżywienie wielu łowców-zbieraczy „natychmiastowej wzajemności” pozyskuje polegając wyłącznie na swoich ciałach i inteligencji. Mobilność jest najważniejsza, a kapitał fizyczny z konieczności rudymentarny. Kapitał w świecie łowcy-zbieracza nie jest przedmiotem fizycznym poddającym się manipulacji i kontroli, lecz wiedzą, która jest wspólna i dostępna dla wszystkich (dyskusja Veblena 1907). Dzięki tej wiedzy łowcy-zbieracze są w stanie szybko skonstruować swoją materialną kulturę. Turnbull (1965:19) pisze o Pigmejach z Afryki Środkowej: „Materiały do wykonania schronienia, ubrań i wszystkich innych niezbędnych przedmiotów kultury materialnej są zawsze w zasięgu ręki.” W przeciwieństwie do wyprodukowanego kapitału społeczeństwa przemysłowego zapasem kapitałowym łowców-zbieraczy jest przekazywana dobrowolnie wiedza, której na można kontrolować dla indywidualnej korzyści. Ponadto brak zainteresowania zabieganiem o dobra materialne daje łowcom-zbieraczom swobodę cieszenia się życiem. Większości swojej egzystencji nie spędzają w miejscu pracy, z dala od rodziny i przyjaciół, ale upływa im ona na rozmowach, odpoczynku, dzieleniu się i świętowaniu; w skrócie – na byciu człowiekiem. Jest to ideał nowoczesnego społeczeństwa zachodniego, wyrażany przez główne religie i kulturę popularną, ale w dużej mierze niezrealizowany.

Nierówność

Nierówność nie jest naturalną cechą ludzkich społeczeństw. Społeczeństwa łowiecko-zbierackie „natychmiastowej wzajemności” były „agresywnie egalitarne” (Woodburn 1982). Wspólnoty te funkcjonowały efektywnie dzięki – a nie wbrew – temu, że władza trzymana była w ryzach. Nierówność będąca wynikiem ludzkiej natury jest drugą stroną kulturowego mitu człowieka ekonomicznego. Logika ekonomicznej racjonalności usprawiedliwia różnice w dochodach w oparciu o klasę, rasę czy płeć uznając je za nieuniknione. Usprawiedliwienie to czasem bywa jawne, ale zazwyczaj (i bardziej podstępnie) działa poprzez odwołania do ekonomicznej wydajności. Kompromis między wzrostem gospodarczym a sprawiedliwością omawiany jest w większości podręczników wprowadzających. Gdyby nasze społeczeństwo przesadnie dążyło do sprawiedliwości (jak głosi opowiastka), utracona zostałaby zachęta do pracy, spadłaby produkcja i nawet tymczasowym beneficjentom większej równości dochodów powodziłoby się gorzej niż dotychczas.

Literatura o łowcach-zbieraczach demonstruje, iż „ekonomiczna racjonalność” jest cechą kapitalizmu i stanowi wbudowany zestaw przekonań kulturowych, a nie obiektywne, powszechne prawo natury. Istnieje wiele innych, równie racjonalnych sposobów zachowania, które nie są zgodne z prawami wymiany rynkowej. Mit człowieka ekonomicznego wyjaśnia zasadę organizującą współczesnego kapitalizmu, to wszystko (Heilbroner 1993). Nie jest on bardziej racjonalny, niż mity, które kierują społeczeństwami Hadza, Aborygenów czy !Kung. Jednak w społeczeństwach przemysłowych mit człowieka ekonomicznego uzasadnia zawłaszczenie ludzkiej, wyewoluowanej na przestrzeni tysiącleci kultury materialnej przez nieliczną grupę osób, a także zawłaszczenie i zniszczenie fizycznych oraz biologicznych zasobów świata (Gowdy 1997).

Łowcy-zbieracze i świat nowoczesny

Łowcy-zbieracze ulegali tym samym słabościom, co wszyscy ludzie: agresji, zazdrości i chciwości. Wiele grup łowców-zbieraczy podobnie wywarło znaczny wpływ na środowisko naturalne, co czyni zresztą każdy duży gatunek (Flannery 1994, Gamble 1993). Niemniej jednak społeczeństwa te osiągnęły ekologiczną i społeczną harmonię w stopniu będącym poza zasięgiem społeczeństw przemysłowych. Fakt ten sam w sobie jest pouczający, gdyż ludzie egzystowali jako łowcy-zbieracze prawie przez cały czas swego istnienia na tej planecie. Pouczający jest również związek między egalitaryzmem społecznym i równowagą środowiskową. Te same cechy, które sprzyjały egalitarnej strukturze społecznej – dzielenie się, zbiorowe podejmowanie decyzji i gospodarka oparta na wiedzy – sprzyjały też środowiskowej harmonii. Łowcy-zbieracze nie pielęgnowali rozmyślnie wyższej świadomości etycznej; ich wzorce zachowań osadzone były w materialnych właściwościach ich gospodarek.

Równość płci

Mimo iż rozróżnienie kobieta-zbieracz / mężczyzna-myśliwy najwyraźniej nie jest już tak oczywiste, jak twierdzono (K. L. Endicott), kobiety w wielu społeczeństwach łowców-zbieraczy, poza klimatem tropikalnym i umiarkowanym, dostarczały żywność przede wszystkim poprzez zbieranie, choć pojawiały się wyjątki od tej reguły, zwłaszcza w kulturach przystosowanych do bytowania w wyższych szerokościach geograficznych, gdzie pokarmy roślinne występują względnie rzadko. Zależność od zbieractwa z pewnością przysłużyła się równości płci obecnej w większości wspólnot łowiecko-zbierackich. W wielu przypadkach status kobiet uległ w ostatnim czasie gwałtownej degradacji. Występująca w dużej liczbie krajów niska pozycja społeczna kobiet cytowana jest często jako główny czynnik eksplozji demograficznej (Jacobson 1987). Nawet w społeczeństwach rolniczych kobiety odgrywały dominującą rolę w pielęgnowaniu różnorodności i równowagi systemów ekologicznych. Niektórym z najważniejszych ruchów eko-politycznych, jak chociażby Chipko w Himalajach Garhwalu, przewodzą kobiety (Norberg-Hodge 1991; Shiva 1993).

Wspólne podejmowanie decyzji

Opisy społeczeństw zbieracko-łowieckich unaoczniają znaczenie konsensusu i zbiorowego podejmowania decyzji będącego w opozycji do indywidualizmu społeczeństwa rynkowego (Lee 1979, Marshall 1976, Turnbull 1965, Woodburn 1982). Społeczności te dysponowały mechanizmami pozwalającymi dokonać najlepszego wyboru z punktu widzenia długoterminowego dobra grupy.

Z kolei strategia publiczna w społeczeństwach przemysłowych w coraz większym stopniu bazuje na podejściu rynkowym lub pseudo-rynkowym, takim jak chociażby analiza kosztów i korzyści. Rynkowe rezultaty opierają się na decyzjach podejmowanych przez osoby odizolowane od reszty społeczeństwa. To, co jest korzystne dla osoby odizolowanej, funkcjonującej w bezosobowym rynku może nie być korzystne dla społeczeństwa jako całości. Z perspektywy ogółu społeczeństwa niewielki sens ma lekceważenie społecznej lub biologicznej wagi ekosystemów, jakie przejawia działająca w pojedynkę osoba twierdząc, że w przyszłości ich wartość będzie niższa. Z punktu widzenia społeczeństwa bezsensownym jest założenie, iż wartość nadającego się do oddychania powietrza, wody pitnej lub stabilnego klimatu będzie dramatycznie spadać. Decyzje rynkowe odzwierciedlają interesy pojedynczych osób, niekoniecznie społeczności, a z pewnością nie mają na względzie dobrobytu reszty świata przyrody. Jako jednostki dokonujemy innych wyborów niż jako członkowie rodzin, społeczności i narodów, a nawet jako obywatele świata.

Zdolność trwania w równowadze ze środowiskiem

Jako że łowcy-zbieracze „natychmiastowej wzajemności” w przeważającej części wykorzystywali bezpośredni przepływ dóbr z natury, zakłócenie biegu tych usług stawało się od razu widoczne. Zdolność zachowania egzystencji była równoznaczna z podtrzymaniem zdolności przyrody do zapewnienia niezbędnych środków do życia. Łowcy-zbieracze wykazywali się umiejętnością zastąpienia pewnych zasobów naturalnych wieloma innymi, ale dbano o utrzymanie przepływu obfitości natury (Woodburn 1980:101).

Substytucja jest również jedną z podstawowych sił napędowych gospodarki rynkowej, ale przyjmuje skrajnie odmienną, i wirulentną, postać. Substytut danego zasobu pojawia się na rynkach gospodarczych, o ile jego cena jest odpowiednia. Jednak kiedy ostateczna miara wartości rynkowej jest monetarna, wszystkie rzeczy sprowadzone są do pojedynczego wspólnego mianownika – pieniędzy. Zamiana opiera się na wartościach pieniężnych, które mogą ignorować podstawowe cechy nie związane z bezpośrednimi funkcjami rynkowymi. Zgodnie z kryteriami ekonomicznymi gospodarka jest zrównoważona wówczas, gdy zachowana zostaje jej zdolność do generowania dochodów, tzn. jeśli wartość pieniężna jej środków produkcji nie maleje (Pearce i Atkinson 1993). Według tego kryterium za „zrównoważone” uznaje się przykładowo wycięcie lasu deszczowego (ekonomiści uznają go za formę „kapitału naturalnego”), jeśli zyski pieniężne netto z wycinki inwestowane są z myślą o przyszłych pokoleniach. Rodzaj tych inwestycji nie ma znaczenia. Może to być kolejny las, fabryka samochodów, a nawet inwestycja finansowa. Kapitał naturalny i kapitał wyprodukowany są substytutami, a zatem wszystko można wymienić, wszystko można zastąpić czymś innym. Ten sposób patrzenia na świat maskuje fakt, iż w imię efemerycznych ekonomicznych zysków poświęcamy wydolność zasobów, od których zależy nasza gatunkowa egzystencja.

Kulturowe i ekologiczne zróżnicowanie oparte na bioregionalizmie

Łowcy i zbieracze zamieszkiwali cały obszar Ziemi zajmowany aktualnie przez ludzi współczesnych i w większości przypadków czynili to posiłkując się zrównoważonymi technologiami. Innuici z wysuniętych najdalej na północ terenów Ameryki Północnej oraz Aborygeni z australijskich pustyń potrafili żyć w sposób zrównoważony w warunkach klimatycznych, w których przedstawiciele społeczeństw przemysłowych nie przetrwaliby bez stałego napływu zasobów z zewnątrz. Model życia łowców-zbieraczy reprezentował zdumiewającą i urozmaiconą reakcję na odmienne warunki środowiskowe. Na przestrzeni ponad 2 milionów lat ludzkiej egzystencji, w ekosystemach tak różnych, jak pustynie, tundra i las tropikalny powstał szeroki wachlarz stylów życia i ekonomicznych podstaw. Taka różnorodność jest niezmiernie istotna dla ochrony systemów przyrody. Vandana Shiva (1993:65) pisze:

Różnorodność jest cechą charakterystyczną przyrody i fundamentem stabilności ekologicznej. Różnorodne ekosystemy dają początek różnorodnym formom życia i różnorodnym kulturom. Ko-ewolucja kultur, form życia i siedlisk zachowała biologiczną różnorodność na tej planecie. Różnorodność kulturowa i różnorodność biologiczna idą ręka w rękę.

Różnorodność stylów życia daje gatunkowi ludzkiemu większą szansę na przetrzymanie wszelkich wstrząsów. Dasgupta (1995), Hern (1990), Homer-Dixon (1993) i wielu innych ostrzega, że nowoczesna, homogeniczna gospodarka światowa jest szczególnie podatna na zaburzenia środowiskowe i społeczne.

Epokę współczesną w coraz większym stopniu charakteryzuje rozpacz. Współczesne społeczeństwo zdaje się być na krawędzi licznych, nieodwracalnych katastrof. Splecione ze sobą problemy zmiany klimatu, utraty różnorodności biologicznej, przeludnienia i niepokojów społecznych zagrażają istnieniu cywilizacji, którą większość ludzi z uprzemysłowionej Północy uważa za lepszą od kultur wyposażonych w prostsze technologie.

Opierając się atakowi globalnej kultury, łowcy-zbieracze i pozostali rdzenni mieszkańcy wciąż istnieją i oferują alternatywę dla zaborczego indywidualizmu światowego kapitalizmu (Lee 1993, Sahlins 1993). W wielu częściach świata są oni na pierwszej linii walki o godność człowieka i ocalenie środowiska Ziemi (Nash 1994).

Trwa planetarne wymieranie. To my jesteśmy niszczycielską asteroidą. Gdyby ktoś mógł nas zobaczyć z przestrzeni kosmicznej, byłby oszołomiony. Istnieją ludzie, którzy usiłują powstrzymać globalną katastrofę. Inni próbują ją przyspieszyć. Przyjrzyjmy się, kim są. Tych, którzy chcą jej zapobiec nazywamy zacofanymi populacjami tubylczymi – Rdzenne Ludy Kanady, Aborygeni w Australii, plemiona w Indiach i Ameryce Południowej. A kto ją przyspiesza? Najbardziej uprzywilejowane, zaawansowane i wyedukowane populacje świata.” Noam Chomsky

Przypisy

Źródło: Fragmenty eseju Johna Gowdy’ego z 2 listopada 2011 roku.
Tłumaczenie:
exignorant
Link: https://exignorant.wordpress.com/2015/03/07/lowcy-zbieracze-i-mitologia-rynku/

Upadek globalnych ekosystemów trwa. Liczba masowych pomorów zwierząt rośnie – giną miliardy i rodzą pytania

Upadek globalnych ekosystemów trwa. Liczba masowych pomorów zwierząt rośnie – giną miliardy i rodzą pytania

upadek-cywilizacjiCzytelnik mojej strony napisał:

W tym systemie za uczciwość nic nie ma, w tym systemie z uczciwości i prawdy się szydzi i śmieje, traktuje się ja jako niedojrzałość. Ale to nie wszystko, w tym systemie należy też, będąc psychopatą udawać, że wszystko jest świetnie. Ten świat jest już od dawna skończony, ale brakuje kropki nad „i” w postaci globalnej katastrofy.

Kiedyś rozmawiałem z koleżanką na temat sytuacji na świecie. Popełniłem wtedy ten błąd, że uważałem, iż muszę koniecznie ją uświadomić co do prawdy. Ona w pewnym momencie powiedziała, że wie, że cywilizację czeka za ileś tam lat upadek, ale ją to nic nie obchodzi, bo ona żyje teraz i chce się wyszaleć.

Mało uświadomiony człowiek mylnie zakłada, że kolaps cywilizacyjny, czyli globalny upadek systemowy, nastąpi za 100 czy za 1000 lat. W domyśle przesłanie tego typu myślenia jest proste: „mnie już dawno nie będzie na świecie, więc wolę się zająć tym na co mam wpływ – czyli plotkami, oglądaniem seriali, imprezowaniem i spaniem z kim popadnie„.

A co, jeśli stadium straszliwej niewydolności i powolnego upadku globalnych systemów – ekonomicznych, ekologicznych, politycznych, moralnych, religijnych i innych – właśnie trwa? A co, jeśli te wszystkie wydarzenia rozpoczęły się już dawno temu i właśnie wkraczamy w decydującą ich fazę? Obecnie globalne systemy, które sprawdzały się w poprzednich wiekach, są coraz bardziej niewydolne, a to wszystko toczy się już tylko siłą bezwładu i rozpędu. To znaczy, że każdy już wie, że państwa czekają masowe bankructwa a ekosystemy są w fazie postępującego wymierania. Ale nikt z tym nic nie robi, alternatyw nie ma.

Polecam tłumaczenie artykułu na ten temat, w wykonaniu tłumacza podpisującego się pseudonimem Ex ignorant.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Badanie: Rośnie liczba masowych zgonów zwierząt

Cytuję: „Nie mówimy tu o kilkunastu rybach „zaśmiecających” lokalną plażę. Masowe zgony są pojedynczymi zdarzeniami, które jednorazowo zabijają co najmniej miliard osobników, likwidują ponad 90 procent populacji lub niszczą 700 milionów ton zwierząt – równowartość masy około 1.900 gmachów wielkości Empire State Building.

Według najnowszych ustaleń są one coraz częstsze.

Badanie opublikowane w styczniu 2014 przez Proceedings of National Academy of Sciences jest pierwszym, które sprawdza, czy liczba zbiorowych zgonów rośnie wraz z upływem czasu.

Naukowcy przeanalizowali historyczne zapisy 727 zdarzeń nagłego pomoru od 1940 do 2012 roku i okazało się, że stały się one bardziej powszechne wśród ptaków, morskich bezkręgowców i ryb. Ich liczba nie uległa zmianie w przypadku ssaków, natomiast u płazów i gadów odnotowała spadek.

Choroby, zaburzenia wywołane przez człowieka oraz biotoksyny – jak chociażby spowodowane przez glony czerwone przypływy, które pojawiają się regularnie wzdłuż amerykańskich wybrzeży – to główni winowajcy.

Wielkie pomory mogą trwale zmienić łańcuchy pokarmowe. Zagrażają też m.in. rolniczej działalności człowieka poprzez zakłócenie pracy zapylaczy, takich jak pszczoły.

„Tego rodzaju wypadki są w stanie przekształcić ekologiczne i ewolucyjne trajektorie życia na Ziemi,” napisali autorzy pracy badawczej.

Nie jest jasne, co odpowiada za zwiększającą się częstotliwość występowania chorób i czerwonych przypływów. Prawdopodobnymi przyczynami są zmiana klimatu i degradacja środowiska naturalnego.

Badacze nie wiedzą również, dlaczego istnieje różnica tempa masowych zgonów między grupami zwierząt. Część z nich mogła umknąć uwadze naukowców, co stworzyło wrażenie stałej ich redukcji wśród płazów i gadów.

Jest za to oczywiste, iż brak skoordynowanego zainteresowania uczonych stanowi poważny problem, stwierdzają autorzy badania. „Obecnie większość zbiorowych zgonów prezentowana jest na łamach gazet,” dodają.

Musi nastąpić poprawa monitorowania tych zdarzeń, ponieważ jest to jedyny sposób poznania rzeczywistej skali opresji, w jakiej znalazło się ziemskie życie.

Załamanie populacji europejskich ptaków

Naukowcy oszacowali poziom spadku populacji ptaków w oparciu o dane z 25 krajów dotyczące 144 gatunków.

Europa ma około 421 milionów mniej ptaków niż trzy dekady temu, a obecny sposób eksploatacji środowiska naturalnego nie pozwoli przetrwać wielu pospolitym gatunkom, stwierdzili autorzy analizy opublikowanej w wydawnictwie Ecology Letters (listopad 2014).

Katastrofalna redukcja liczebności spowodowana jest przez nowoczesne metody rolnicze oraz utratę i uszkodzenie siedlisk [wskutek ekspansji przemysłu, miast, sieci drogowej i energetycznej].

„Jest to ostrzeżenie od ptaków w całej Europie,” powiedział Richard Gregory z Królewskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków.

Analiza wykazała, że w przypadku najbardziej pospolitych gatunków – szarych kuropatw, skowronków, wróbli i szpaków – populacje zmniejszyły się o około 90 procent.

Jest to niepokojący trend, ponieważ „mamy do czynienia z grupą przynoszącą ludziom największe korzyści,” powiedział badacz Uniwersytetu Exeter [i przedstawiciel gatunku uważającego się za miarę wszystkiego], Richard Inger. „Znacząca utrata ptaków może być bardzo szkodliwa dla ludzkiego społeczeństwa,” dodał.”

Opracował / źródło polskie: exignorant
Źródło: Liczba masowych pomorów zwierząt rośnie – giną miliardy i rodzą pytania

Upadek globalnych systemów i nieuchronny kolaps cywilizacji

Upadek globalnych systemów i nieuchronny kolaps cywilizacji

upadek cywilizacjiWklejam ciekawy artykuł będący tłumaczeniem tekstu Johna Michaela Greer’a wykonanym przez tłumacza wartościowych tekstów, Ex ignoranta. Mówi on, że ludzki postęp i wzrost technologiczny jest totalną fikcją. Fikcją, za którą już teraz płacimy straszliwą cenę. Cena ta to obecnie trwające, bodaj szóste wielkie wymieranie gatunków. Zaczęło się od pomoru pszczół na ogromną skalę (tzw. „apokalipsa pszczół”). Kolaps globalnych ekosystemów idzie jednak dalej. Wielokrotnie na plażach czy w innych środowiskach, znajdywano dziesiątki tysięcy, a nieraz miliony padłych zwierząt. Np krabów, ryb, waleni, fok, ptaków.

Dlaczego tak się dzieje? Musimy sobie uświadomić, że całą Ziemią rządzą kliniczni psychopaci – i to ich najgorszy typ, knujący spiski i zbrodnie przeciwko narodom / ludzkości. Broni ich zarówno prawica (chadecja za granicą, czy faszysta Korwin Mikke w Polsce) jak i lewica (zafascynowane kartelami farmaceutycznymi i wszelkimi innymi racjonalistyczne lewactwo tytułujące się mianem „zwolenników nauki” – w Polsce skupiają ich kanały #ttdkn i #neuropa).

Antropocen czyli epoka globalnej dominacji człowieka może być ostatnią epoką życia na Ziemi. Nie ma już dokąd uciekać, tak, jak to było w przypadku kolapsu poprzednich imperiów, np rzymskiego. Nie mamy „planety B”, którą można by kolonizować i podbijać. Nie mamy „planety B” na której można by generować nieskończony wzrost gospodarczy (odrażający fetysz współczesnych „ekonomiaków”) i na której można by dawać upust żarłocznemu ego tych psychopatów. Wszystko wskazuje na to, że prowadzą oni planetę ku ekonomicznej, a potem biologicznej zagładzie. Orkiestra będzie grała aż do końca, jak na Titanicu. Korki szampanów będą strzelać, a wesołe spazmy z najdroższą odmianą kokainy będą trwały aż do 4 rano. Obudzimy się o tej 7 rano, i dotrze do nas, że nasze państwa zbankrutowały, a ekosystemy są już nieodwracalnie zniszczone.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Technologiczne przesądy: kłamstwa o ludzkim postępie

Cytuję: „Z przyjemnością informuję, że koteria naukowców i pisarzy science-fiction wykombinowała, co jest nie tak z dzisiejszym światem: media popularne prześladuje nadmiar negatywnych wizerunków przyszłości. Ażeby przeciwdziałać temu potopowi nieuzasadnionego pesymizmu, zorganizowali oni grupę o nazwie Projekt Hieroglif i opublikowali antologię nowych, radosnych, pozytywnych opowieści spod znaku naukowej fikcji o cudownych, świeżych technologiach, które mogą stać się rzeczywistością w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat. To powinno niezawodnie uzdrowić naszą sytuację!

Współczesny kryzys społeczeństwa przemysłowego nie jest spowodowany brakiem optymizmu; jego korzenie wbijają się głęboko w twarde podłoże geologicznych i termodynamicznych realiów, sięgają do śmiertelnego niedopasowania fantazji niekończącego się wzrostu gospodarczego i nienaruszalnych granic planety o skończonej biosferze, penetrują mniej śmiertelne w sensie konsekwencji natychmiastowych, ale jeszcze bardziej wszechobecne niedopasowanie fantazji wiecznego postępu technologicznego, a także tę znaną nemezis wszelkiego liniowego myśleniaprawo malejących korzyści [przychodów]. Porażka optymizmu, którą opłakują pisarze jest symptomem, a nie przyczyną i upieranie się, że receptą na nasze problemy jest nakarmienie ludzi optymistycznymi wyobrażeniami przyszłości bardzo przypomina decyzję, iż najlepszym sposobem na to, aby poradzić sobie z migającymi, czerwonymi światełkami ostrzegawczymi na panelu sterowania samolotu jest oklejenie ich małymi kawałkami nieprzezroczystej, zielonej taśmy – i wszystko będzie w porządku.

To nie jest tak, że w ostatnich latach cierpieliśmy na brak beztrosko optymistycznych wizji gadżetocentrycznej przyszłości. Przyznaję, że najbarwniejsze dzieła wizjonerskiej fikcji, z jakimi zetknęliśmy się w ostatnim czasie zrodziły się w umysłach tych ekonomistów i polityków, którzy niestrudzenie utrzymują, iż jedynym wyjściem z naszej obecnej gospodarczej i społecznej niedyspozycji jest powielenie – w większej ilości – tych samych zabiegów, które ją wywołały. Poza tym każdy z czytelników, który wstąpi do księgarni w poszukiwaniu pozycji o podróżach międzygwiezdnych lub którymkolwiek z pozostałych rytuałów współczesnego kultu postępu nie będzie musiał specjalnie się natrudzić, aby je znaleźć. Doszło raczej do tego, że podobne lektury nie są już tak popularne, jak niegdyś, ponieważ ludziom bardziej przypadły do gustu opowieści o przyszłości ponurej, zamkniętej w parametrach definitywnych ograniczeń.

Należy zapytać, dlaczego tak jest. Z mojego punktu widzenia istnieją co najmniej trzy bardzo dobre powody.

Po pierwsze, ta bardziej ponura przyszłość i jej bezwzględne granice odzwierciedlają realia życia we współczesnej Ameryce. Odstawmy na bok górne dwadzieścia procent populacji pod względem dochodów i okaże się, że Amerykanie od ponad czterech dekad są świadkami miarowego staczania się standardu życia. W 1970 roku – odnotuję tylko jedną miarę tego, jak daleko sprawy zaszły – amerykańska rodzina dysponująca pojedynczą pensją klasy robotniczej mogła sobie pozwolić na zakup domu, terminowe opłacenie wszystkich rachunków, zapewnienie trzech sutych posiłków dziennie i nadal pozostawało jej dość środków na okazjonalne wakacje lub nabycie luksusowego artykułu. A teraz? Pojedyncza pensja rodziny z klasy robotniczej nie wystarcza, aby uniknąć życia na ulicy.

Ta historia nieubłaganego schyłku gospodarczego ma ogromny wpływ na stosunek wobec przyszłości, nauki i postępu technologicznego. W 1969 roku jedynie w gettach, gdzie Ameryka zamknęła swoją miejską biedotę, znacząca liczba ludzi zareagowała na księżycowe lądowanie załogi pojazdu Apollo obrzydzeniem i alienacją, którą w pamiętnej, wściekłej balladzie Białas na Księżycu wyraził Gil Scott-Heron. W dobie obecnej zdecydowanie liczniejsza rzesza Amerykanów – prawdopodobnie większość – postrzega najnowsze, okrzyczane osiągnięcia nauki i techniki jako jeszcze jeden pokaz bezsensownych akrobacji, które nie przyniosą im żadnego pożytku.

Łatwym do sformułowania, acz chybionym byłoby przekonanie, że ocena ta jest mylna. Poza zawężającym się kręgiem dobrze sytuowanych Amerykanów większość populacji poświęca coraz więcej czasu na rozwiązywanie problemów spowodowanych przez technologie, niż na rozkoszowanie się płynącymi z nich korzyściami. Przeważająca część zlikwidowanych przez automatyzację miejsc pracy zapewniała ubogim godziwy zarobek; większość terenów, które służą za wysypisko toksycznych odpadów podobnie zamieszkują osoby z dołu społeczno-gospodarczej piramidy – to początek listy niezamierzonych konsekwencji i technologicznych niewypałów. Korzyści z nowej technologii płyną przede wszystkim w górę drabiny społecznej, natomiast koszty i następstwa w dół; ma to wiele wspólnego z faktem, że wnuki osób, które z pąsowymi rumieńcami śledziły perypetie Jetsonów teraz wolą Igrzyska śmierci.

To pierwszy powód. Drugim jest to, że od dziesiątków lat zdecydowana większość twierdzeń o cudownych nowych technologiach, które miały nieuchronnie stać się częścią naszego życia okazała się być błędna. Od plecaków odrzutowych i latających samochodów, przykrytych kopułą miast i wakacji na Księżycu, przez elektrownie jądrowe, które generują energię elektryczną tak tanią, że nie ma nawet sensu jej mierzyć, aż do podboju ubóstwa, chorób, a nawet śmierci – gros zapowiedzi formułowanych przez propagandystów i publicystów postępu technologicznego nie zmaterializowało się. To zrozumiałe, że kolejne przydziały obietnic robią na ludziach wyraźnie mniejsze wrażenie.

Kiedy byłem dzieckiem – proszę mi pozwolić na osobistą refleksję – jedna z moich ulubionych książek nosiła tytuł Polecisz na Księżyc. Podejrzewam, że spore grono Amerykanów mojego pokolenia pamięta tę pozycję, jakkolwiek słabo, z jej efektownie połyskującą ilustracją podróży kosmicznej w bliskiej przyszłości: wielka stożkowata rakieta z uskrzydlonym górnym modułem, biała stacja w kształcie obwarzanka wirująca na orbicie, plus cała reszta. Naprawdę spodziewałem się, że odbędę kiedyś tę podróż, a w przekonaniu tym utwierdzał mnie chór autorytatywnych głosów, dla których permanentne stacje kosmiczne, bazy na Księżycu i załogowe lądowanie na Marsie były gwarantowane przed rokiem 2000.

Oczywiście w owych czasach Stany Zjednoczone nadal posiadały załogowy program kosmiczny zdolny do odbicia śladów obuwia na powierzchni Księżyca. Pozostał już tylko wspomnieniem. Warto porozmawiać o tym, dlaczego tak się stało, ponieważ ta sama logika dotyczy większości wielkich projektów technologicznych, które nie tak dawno anonsowano jako nieuniknioną drogę ku lśniącej, nowej przyszłości.

Nie mamy już załogowego programu kosmicznego, ponieważ Stany Zjednoczone są bankrutem, oddawszy się w najpospolitszy sposób tej odmianie imperialnego przeszarżowania, którą opisał kronikarz Paul Kennedy w Powstaniu i upadku wielkich mocarstw, i spieniężywszy przyszłość w imię tymczasowego zwierzchnictwa nad większością planety. To przemilczany podtekst stojący za rozpadem infrastruktury Ameryki i środowiska zbudowanego, wypatroszeniem jej niegdyś potężnego przemysłu, a także wspomnianym wcześniej nieprzerwanym spadkiem życiowej stopy. Brytania snuła marzenia o kosmicznej ekspansji, kiedy nadal dzierżyła imperium – Brytyjskie Towarzystwo Międzyplanetarne było jednym z filarów orędownictwa na rzecz podróży kosmicznych w pierwszej połowie XX wieku – realizacji tych marzeń zaniechała bezpowrotnie, kiedy utraciła swoje imperium; Stany Zjednoczone są w trakcie tego samego odwrotu. Mimo to kryje się za tym coś więcej.

Kolejnym powodem braku załogowego programu kosmicznego jest to, że podczas dekad zdominowanych przez podekscytowaną retorykę o Nowym Świecie dla Człowieka nigdy nie zabrano się za przedyskutowanie różnicy między techniczną wykonalnością i ekonomiczną opłacalnością. Promotorzy podróży kosmicznych wpadli w powszechną pułapkę wiary we własną reklamę i przekonali samych siebie, iż orbitalne fabryki, kopalnie na Księżycu i inne podobne przedsięwzięcia z pewnością będą propozycją intratną. Oczywiście zapomnieli o tym, co nazywam dywidendami biosfery: szerokim wachlarzu towarów i usług świadczonych za darmo przez naturalne cykle Ziemi, za które w każdym innym miejscu ludzie musieliby zapłacić. Najbardziej aktualny szacunek tej dywidendy, pochodzący z analizy opublikowanej w 1997 roku na łamach Science – opracowanej przez zespół pod kierownictwem Richarda Constanza – wskazuje wartość trzykrotnie wyższą od łącznej sumy wszystkich dóbr i usług wytworzonych przez ogół ludzkiej populacji.

Innymi słowy, działalność gospodarcza w dowolnym miejscu Układu Słonecznego zgodnie z przybliżoną wyceną będzie blisko cztery razy droższa niż na Ziemi, nawet z pominięciem kosztów transportu, ponieważ darmowe usługi świadczone lokalnie przez biosferę muszą zostać opłacone gdzieś w kosmosie lub na innych światach Układu Słonecznego. To dlatego wszystkie gawędy o przestrzeni kosmicznej jako nowej granicy gospodarczej zaprowadziły donikąd; spróbowano orbitalnej produkcji – program Skylab z lat 1970-tych, program promów kosmicznych i Międzynarodowa Stacja Kosmiczna przeprowadziły pod tym kątem serię eksperymentów – ale skromne korzyści ze swobodnego spadku i łatwy dostęp do próżni nie uczyniły dostatecznej różnicy, aby zrównoważyć koszty. Zatem załogowe podróże kosmiczne wzorem komercyjnych samolotów naddźwiękowych, elektrowni jądrowych i mnóstwa innych niedoszłych rozwiązań przyszłościowych zmieniły się w gigantyczny bibelot, który można utrzymać jedynie dzięki nieprzerwanemu napływowi szczodrych subsydiów rządowych.

Trzeci powód jest mniej namacalny, ale podejrzewam, że daleko bardziej istotny. Można go wytropić biorąc do rąk którąkolwiek ilustrowaną książkę na temat Układu Słonecznego, napisaną zanim tam dotarliśmy, i porównując spodziewany wizerunek kosmosu oraz innych światów z tym, co rzeczywiście czekało na nasze lądowniki i sondy.

Mam właśnie przed sobą reprodukcję obrazu księżycowej scenerii z albumu opublikowanego w roku moich urodzin. To wspaniały, romantyczny widok. Na pierwszym planie błękit ziemskiego światła zalewa krater; w oddali ostre szczyty gór chwytają słoneczne promienie; niebo wypełniają olśniewające gwiazdy. Szkoda, że nie to ukazało się oczom astronautów misji Apollo po przybyciu na miejsce. Nikt nie rozkazał Księżycowi, aby uczynił zadość ludzkim wyobrażeniom o malowniczym majestacie, a zatem przedstawił gościom widoki monotonnych, szarych pagórków i pustych równin rozciągających się pod płaskim, czarnym firmamentem. Dla każdego z wyjątkiem selenologa jedyną godną uwagi rzeczą w tym posępnym miejscu była świecąca w tle niebieska sfera Ziemi, oddalona o 384 tysiące kilometrów.

Dla jeszcze większego kontrastu wystarczy obejrzeć fotografie przesłane przez pierwszą sondę Viking z powierzchni Marsa w 1976 roku i porównać je z wielobarwnymi pejzażami czwartej planety Słońca, które zaistniały wcześniej w obiegu kultury popularnej. Pamiętam to zdarzenie względnie dobrze, a jednym z najbardziej wyraźnych wspomnień jest dojmujące poczucie rozczarowania – „To wszystko?” – podzielane przez każdego z domowników. Kadry z lądownika nie przypominały Barsoom [Edgara Rice’a Borroughsa], czy jałowej, lecz pięknej scenerii Kronik marsjańskich Raya Bradbury’ego – lub którejkolwiek z pozostałych wizji Marsa, jakie każdy Amerykanin żyjący w lat 70-tych skrywał w swoim umyśle; przypominały nader nieciekawy zakątek stanu Nevada, który jakimś sposobem pozbawiony został powietrza, wody i życia.

Zwolennicy podróży kosmicznych ponownie wpadli tu w pułapkę – dali się uwieść własnej propagandzie i zapomnieli, że fikcja naukowa ma tyle wspólnego z prawdziwą przyszłością, co powieści romantyczne z prawdziwymi związkami uczuciowymi. Tak na marginesie nie jest to krytyka wymierzona w science-fiction, choć podejrzewam, że członkowie Projektu Hieroglif za taką uznają moje słowa. Science-fiction jest literaturą idei, a nie trywialnej rzeczywistości, i wywołuje poczucie zachwytu, swój charakterystyczny efekt literacki, poprzez usunięcie bariery, która oddziela realizm od fantazji. Zbyt często zapomina się jednak, że efekty literackie nie są gwarantem zasadności proroctw – jest o wiele bardziej prawdopodobne, że za mgłą emocji ukrywają uchybienia nierealnych twierdzeń.

Autorzy romansów zdają się nie mieć problemów z przyznaniem, że ich powieści nie odwzorowują realnego świata. Natomiast fikcja naukowa od wielu już lat cierpi na przypadłość nadmiernie rozwiniętego poczucia własnej ważności. Przychodzi mi na myśl typowy esej Isaaca Asimova zawierający opis autorów s-f jako zwiadowców na szpicy ludzkości, która maszeruje w przyszłość. (Proszę zwrócić uwagę na założenia, iż ludzkość dokądś maszeruje, że wszyscy jej reprezentanci spieszą w tym samym kierunku i że miejsce docelowe zdefiniowane zostało akurat przez gusta ekscentrycznej podkategorii literatury popularnej XX wieku.) Tego rodzaju myślenie w trakcie powojennego boomu pozwoliło zbyt wielu osobom zapomnieć, że Wszechświat nie ma obowiązku dopasować się do naszych całkowicie antropocentrycznych pojęć ludzkiego przeznaczenia i zaopatrzyć nas w Nowe Światy dla Człowieka tylko dlatego, że ich pożądamy.

Mutatis mutandis – właśnie to spotkało pozostałe wielkie wizje postępu technologicznego, które z takim entuzjazmem proklamowano w minionym stuleciu. Większość z nich nigdy się nie urzeczywistniła, tymczasem garstka ziszczonych zaprezentowała się jako dużo mniej ekscytująca i bardziej problematyczna niż zakładały to nieustępliwie wstępne szacunki. W obliczu tego powtarzającego się uświadomienia bardzo wielu Amerykanów postanowiło – i nie bez powodu – że kolejne identyczne zapędy nie będą już przedmiotem ich zainteresowania. W ten sposób opinia publiczna odstąpiła od przytulnego optymizmu i zwróciła się ku surowszemu spojrzeniu na naszą przyszłość.

Trzeci czynnik odpowiadający za zmianę preferencji jest być może najważniejszy i uchodzi za jeden z najwszechstronniej unikanych tematów tabu współczesnego życia. Niemal każde zjawisko związane z człowiekiem podlega prawu malejących korzyści; wniosek, którego współczesne społeczeństwa przemysłowe usilnie starają się nie przyswoić mówi, iż postęp technologiczny jest jednym ze zjawisk podlegających temu prawu. Zatem możliwe jest zaistnienie nadmiaru technologii i bardzo silne argumenty przemawiają za tym, że uprzemysłowione kraje świata dawno przekroczyły ten punkt.

W swoim zwyczajowo przekonywującym artykule ekonomista Herman Daly dzieli nasze prawo malejących korzyści na trzy wzajemnie oddziałujące procesy. Pierwszy to malejąca użyteczność krańcowa – im więcej czegoś posiadasz, każdy dodatkowy przyrost tej rzeczy w coraz mniejszym stopniu wpływa na twój dobrobyt. Jeśli jesteś głodny, jedna kanapka to świetna rzecz; dwie są przyjemnością; trzy to luksus; lecz gdzieś poza tą granicą – kiedy rozdasz już kanapki wszystkim swoim współpracownikom, lokalnym mieszkańcom i każdej spotkanej przez siebie osobie – dodatkowe kanapki przestaną być użyteczne. Gdy większa ilość czegokolwiek nie przynosi już żadnych dodatkowych korzyści, osiągasz punkt daremności, w którym dalsze przyrosty są stratą czasu i zasobów.

Na długo zanim to nastąpi swoją rolę zaczynają odgrywać dwa inne czynniki. Po pierwsze, koszt uporania się z jedną kanapką jest znikomy i wzrasta nieznacznie przy dwóch lub trzech sztukach. Następnie pojawia się konieczność inwestowania czasu i prawdopodobnie surowców niezbędnych do poradzenia sobie ze wszystkimi kanapkami, a każda dodatkowa porcja dokłada się do obciążenia całkowitego. Ekonomiści nazywają to rosnącą nieużytecznością krańcową – im więcej czegoś masz, tym więcej kosztować będzie, w taki czy inny sposób, każdy dodatkowy przyrost tej rzeczy. Gdzieś po drodze pojawia się również wpływ, jaki uporanie się z kanapkami wywiera na twoją zdolność radzenia sobie z innych rzeczami, które musisz zrobić; to natomiast zwiększa ryzyko zakłócenia całego systemu – im więcej czegoś masz, tym większe jest prawdopodobieństwo, iż dodatkowy przyrost tej rzeczy zakłóci szerszy system, w ramach którego egzystujesz.

Praktycznie nikt nie chce rozmawiać o tym, jak postęp technologiczny przekroczył punkt malejących korzyści: użyteczność krańcowa każdej nowej porcji technologii spada gwałtownie, marginalna nieużyteczność rośnie przynajmniej równie szybko, a zakłócenia całego systemu zasilane przez technologię są już obecne w codziennym życiu. Mimo to doszedłem do wniosku, że niewygodna świadomość tego faktu staje się coraz bardziej powszechna, jakkolwiek podprogowy może być jej charakter, i zaczyna przenikać między innymi kulturę popularną. Jeśli znajdujesz się w głębokim dole – jak mówi przysłowie – musisz w pierwszej kolejności zaprzestać dalszego kopania; jeżeli duża i stale powiększająca się część problemów twojego społeczeństwa spowodowana jest przez nadmiar technologii stosowanej z niedostateczną ostrożnością, wówczas niezbyt pomocne jest upieranie się, iż więcej technologii wdrażanej z jeszcze mniejszym sceptycyzmem wobec potencjalnych konsekwencji to jedyna możliwa odpowiedź na te problemy.

Istnieje użyteczne słowo określające coś, co pozostaje niezmiennie przytwierdzone do kultury po odejściu warunków, które kiedyś uczyniły to istotnym; tym słowem jest „przesąd”. Chciałbym zasugerować, że oparte na wierze twierdzenia – więcej technologii jest zawsze lepsze niż mniej technologii, każdy problem musi mieć antidotum technologiczne, technologia zawsze rozwiązuje więcej problemów, niż tworzy – należą do najbardziej powszechnych przesądów naszych czasów. Chciałbym również podpowiedzieć, że chociaż pocieszające i uspokajające miewają właściwości, najwyższa już pora, by z tych przesądów wyrosnąć i stawić czoła światu, jakim faktycznie jest – światu, w którym kolejna dawka optymizmu opartego na wierze jest daleka od pożytecznej.

Tłumaczenie: exignorant (link)

Autor: John Michael Greer (wersja oryginalna)

Data publikacji: 10 września 2014

Zróbmy coś zanim przeklną nas nasze dzieci

Zróbmy coś zanim przeklną nas nasze dzieci

ochrona srodowiska i ekologiaArtykuł, krótki, z blogu Ex ignorant. Opowiada on o tym, że czasy cywilizacyjnej prosperity dobiegają końca, a zarówno nasze, jak i przyszłe pokolenia zapłacą straszliwą cenę za obecne życie na ekonomiczny i ekologiczny kredyt.

Pomijam tutaj kwestie sporne takie jak globalne ocieplenie, czy raczej: zmiany klimatu, które do mnie bardziej przemawiają. Chodzi o to, że pewnych faktów nie da się już ignorować. A że banda kapitalistów popierana przez agendy ONZ, postanowiła zbić na ekologii kolejny biznes, typu handel limitami CO2? To już nie ma znaczenia, świadczy to jedynie o tym, jak nisko upadła nasza cywilizacja. W obliczu zagłady już nie tylko cywilizacyjnej, jak to było wiele razy, np Imperium Rzymskie, ale także biologicznej – oni wzięli się za robienie na tym biznesów.

Przyroda nie podoła takiemu trybowi życia współczesnego człowieka. Gdy wszelkie patenty na technologie nie szkodzące środowisku są blokowane. Popatrzmy na to od strony praktycznej. Od początku XXI wieku jest patent na baterię do telefonów komórkowych, która swoim zaawansowaniem o lata świetlne wyprzedza przestarzałe i szkodliwe dla środowiska baterie litowe. Jednak żadna korporacja produkująca telefony / smartfony nie chce tego patentu wprowadzić w życie, bo to zaprzeczałoby ich polityce wymieniania telefonu na nowy co 2, 3 lata. A takich przykładów jest znacznie więcej..

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Na koszt naszych dzieci

Cytuję: „Czy chciałbyś wiedzieć, jak dalece zbankrutowane są nasze społeczeństwa? Finansowo i moralnie. Zanim odpowiesz twierdząco, przyznaj proszę, że masz swój udział w tym bankructwie. Nawet jeśli dysponujesz środkami, nie jesteś zadłużony lub nie przekroczyłeś 25 roku życia, pozwalasz, aby postępowało. Możesz mieć całe mnóstwo powodów i usprawiedliwień, lecz nadal na to pozwalasz.

Nasze bankructwo finansowe i moralne prawdopodobnie najlepiej demonstruje sposób, w jaki traktujemy swoje dzieci. Moją ulubioną kwestią jest to, że każdy zapytany rodzic powie – klnąc się na wyznawane przez siebie bóstwo – że kocha swoje dzieci nad życie, ale fakty mówią inaczej. Miłość ta nie wykracza poza czubki naszych nosów lub poza najbliższy krawężnik.

Podczas gdy przysięgamy na groby swoich matek, że tak bezgranicznie je miłujemy, wprowadzamy je w świat, który utracił połowę dzikiej przyrody w ciągu 40 lat; którego obszary przybrzeżne staną się niemożliwe do zamieszkania za ich życia – świat tonący w długach, abyśmy mogli trzymać się kurczowo naszych marzeń o willach, samochodach i gadżetach; aby im pozostały jedynie koszmary.

„Ale ja zawsze chciałem tego, co dla nich najlepsze!” Tak, cóż, zawsze wybierałeś [rodzicu] brak zainteresowania tym, co się dzieje, wolałeś tyrać w znienawidzonej pracy, aby dotrzymać kroku Kowalskim i wmawiałeś sobie, że i tak nic na to nie poradzisz, zatem ograniczałeś się do corocznego datku na cele dobroczynne, przekazanego popularnym organizacjom charytatywnym spółkującym z korporacjami. (Nie wiedziałeś? A próbowałeś się dowiedzieć?)

Wybierałeś przywódców, którzy obiecywali, że pozwolą Ci zachować to, co masz i zaserwują dokładkę. Głosowałeś na osoby, które obiecywały Ci wzrost, ale nigdy nie kwestionowałeś tej obietnicy. Nigdy nie zastanawiałeś się – siedząc w swoim domu, którego gabaryty zaledwie 100 lat temu wprawiłyby w kompleksy arystokrację – jaką cenę przyjdzie zapłacić za Twoją zamożność.

I z pewnością nigdy nie zadałeś sobie pytania, czy to przypadkiem nie Twoje własne dzieci zapłacą tę cenę. Cóż, deklaracja Ich hab es nicht gewüsst od czasu procesów norymberskich nie jest uznawana za obronę uzasadnioną; wspominam na wypadek, gdybyś po nią sięgnął.

Faktem jest, że kontynuujemy nasz styl życia – z całych sił – ponieważ możemy zmusić nasze dzieci do uregulowania rachunku. Możemy sobie pozwolić na dalsze zabijanie gatunków – lokalnie, a przede wszystkim za granicą – bo i tak nie mamy kontaktu z żadnym z nich. Poza komarami, które likwidujemy pacnięciem. Możemy prowadzić nasze 3 rodzinne auta, gdyż topniejący lód Arktyki oglądamy wyłącznie w telewizji.

Pozwalamy sobie, i naszym rządom, codziennie zwiększać zadłużenie, ponieważ powiedziano nam, że bez stale i zawsze rosnącego długu wszyscy poumieramy; że dług to życiodajna krew naszej egzystencji. Nie rozumiemy, co oznacza wzrost poziomu zadłużenia o miliardy i biliony rocznie, i nie chcemy się dowiedzieć.

Sprawą zajmie się następne pokolenie; nam wystarczą multi-calowe, płaskie ekrany TV, centralne ogrzewanie zasilane węglem i cała reszta. Powodzi nam się lepiej niż naszym rodzicom. Czy nie takie powinno być życie?

Tak oto powróciliśmy do tematu naszych dzieci. Nie, życie nie musi takie być. Nie każdemu pokoleniu może powodzić się lepiej niż poprzednikom. W rzeczywistości jesteśmy ostatnią generacją, która tego doświadcza. Był to krótki rozbłysk w historii ludzkości, tym bardziej w historii Ziemi, a teraz wygasa. I musisz wykombinować, co masz zamiar w związku z tym zrobić, wiedząc, że bierność uczyni niewesołą już przyszłość Twoich synów i córek jeszcze bardziej ponurą.”

Autor: Raúl Ilargi Meijer (wersja oryginalna)
Data publikacji: 8 października 2014
Tłumaczenie: exignorant

Upadek ziemskiego ekosystemu i dramatyczna utrata biosfery

Upadek ziemskiego ekosystemu i dramatyczna utrata biosfery

ekologiaZapraszam na artykuł przetłumaczony przez Ex ignorant’a, autorstwa dr Glenn Barry’ego. Czasy obecne to czasy bezprecedensowego upadku ziemskich ekosystemów. Straty jakie powoduje rabunkowa, kapitalistyczna gospodarka, są widoczne gołym okiem i nie można ich już kwestionować.

Żyjemy w epoce, gdzie wszystkie dotychczasowe rozwiązania – technologiczne, ekonomiczne, społeczne, polityczne, religijne, moralne – stają się straszliwie niewydolne. Jest to bez wątpienia czas przełomu, konkretnie – stadium globalnego upadku systemowego. Dalsze istnienie tych systemów w niezmienionej formie jest zagrożeniem dla całej planety.

Doszło tutaj do swoistego paradoksu. Z jednej strony, technologia umożliwia to, co nie było dotąd możliwe nigdy – studiowanie wiedzy, zarówno tej naukowej jak i tajemnej. Z drugiej strony, poprzez chroniczny brak innowacji nie szkodzących przyrodzie, poprzez celową politykę wielkich karteli i rządów – doprowadzamy planetę na skraj ekologicznej zagłady. Z jednej strony, dostaliśmy wreszcie szansę na zmianę – na zmianę barbarzyńskich i okrutnych wzorców, jakie panowały przez setki tysięcy lat, a które wyłaniają się jeszcze z naszych zwierzęcych pradziejów. Z drugiej strony, zamiast to robić – wolimy skupiać się na konsumpcji, i kapitalistyczny zysk ustawiliśmy w roli psychopatycznego bożka.

Gdy powiesz to przeciętnemu człowiekowi – stwierdzi on coś w rodzaju: „no dobrze, Jarek, ja wiem, że cywilizacja i biosfera kiedyś upadnie, ale co mnie to obchodzi„. Wyuczona bierność to coś, co dostajemy w spadku – najczęściej, niestety, razem z pakietem konserwatywno-religijnym. Wyuczona bierność mas, owieczek, pozwala bandzie kapitalistycznych psychopatów na rabunkową eksploatację planety, i wyzyskiwanie wszystkich, co są niżej w drabinie społecznej.

Obecnie wkroczyliśmy w fazę kolejnego wielkiego wymierania. Epoka antropocenu zapoczątkowana około 200.000 lat temu, może się skończyć równie szybko. Nie będzie więc wojny nuklearnej, nie będzie globalnego islamskiego kalifatu, ani tym bardziej globalnej świadomości zapowiadanej przez new age’owców. Możliwe, że będzie powolna agonia ziemskich ekosystemów, i wraz z nimi – nas samych..

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Raport o stanie planety: Od 1970 roku skonsumowaliśmy połowę ziemskiego życia

Cytuję: „Epidemia wirusa Ebola, bezprecedensowa susza w Kalifornii i konflikty społeczne na Bliskim Wschodzie demonstrują, co się dzieje, kiedy ekologiczne granice planety są nieuznawane i przekraczane.” Dr Glen Barry, autor badania „Utrata ziemskiego ekosystemu i upadek biosfery”

Świat utracił 52% swojej biologicznej różnorodności od 1970 roku – ogłosiła organizacja World Wildlife Fund w opublikowanym przed kilkoma dniami badaniu o stanie planety.

Stworzenia na lądzie, w rzekach i morzach są dziesiątkowane, ponieważ ludzie zabijają je w celach handlowo-żywieniowych w niezrównoważonej ilości, zanieczyszczają lub niszczą ich siedliska, stwierdziła analiza przeprowadzona przez naukowców z WWF i Londyńskiego Towarzystwa Zoologicznego.

Według raportu Living Planet 2014, „Liczba ssaków, ptaków, gadów, płazów i ryb na całym świecie jest średnio o połowę mniejsza niż 40 lat temu. Spadek ten znacznie przekracza dotychczasowe szacunki – tym razem wykorzystano nową metodologię, która jest bardziej reprezentatywną dla globalnej bioróżnorodności.”

„Gdyby w przyszłym tygodniu w londyńskim zoo uśmiercono połowę zwierząt, informacja ta trafiłaby na pierwsze strony gazet,” powiedział profesor Ken Norris, dyrektor naukowy LTZ. „Ale dzieje się to w rozległym plenerze… Szkody te są następstwem wybranego przez nas sposobu życia.”

„Wszyscy słyszeliśmy o giełdowym indeksie FTSE 100, ale przeoczyliśmy najważniejszy wskaźnik – spadkową tendencję wśród gatunków i ekosystemów Ziemi,” powiedział profesor Jonathan Baillie, dyrektor ochrony przyrody LTZ. „Nadużywanie surowców ostatecznie doprowadzi do konfliktów,” dodał.

Naukowcy zbadali trendy wśród ponad 10.000 populacji 3.038 ssaków, ptaków, gadów, płazów i ryb, a następnie obliczyli Living Planet Index (LPI), który określa stan zdrowia gatunków w różnych środowiskach i regionach. Podczas gdy LPI w rejonach o klimacie umiarkowanym spadł w latach 1970-2010 o niepokojące 36%, to w tropikach redukcja indeksu wyniosła 56%. W skali globu największe straty odnotowała biologiczna różnorodność w Ameryce Łacińskiej – uległa gwałtownemu zmniejszeniu aż o 83%.

Jon Hoekstra, główny naukowiec WWF, przedstawił to w inny sposób: „Zniknęło 39% naziemnej dzikiej przyrody, zniknęło 39% fauny morskiej, zniknęło 76% procent fauny słodkowodnej – wszystko w ciągu ostatnich 40 lat.”

„Rzeki są na dnie systemu,” powiedział Dave Tickner, główny doradca słodkowodny WWF. „Cokolwiek dzieje się na lądzie, ostatecznie trafia do rzek. Na przykład każdego roku do Gangesu wlewa się dziesiątki miliardów ton ścieków.”

Poza zanieczyszczeniem destrukcyjny wpływ na systemy słodkowodne mają tamy i rosnący pobór wody. Na całym świecie jest ponad 45.000 dużych tam o wysokości przekraczającej 15 metrów. „Tną one rzeki na tysiące kawałków,” powiedział Tickner, „co uniemożliwia zdrowy przepływ wody.” Podczas gdy liczba ludności wzrosła w ciągu ostatniego stulecia czterokrotnie, zużycie wody odnotowało wzrost siedmiokrotny. „Prowadzimy coraz bardziej spragnione życie,” dodał.

Drugi indeks ujęty w nowym raporcie Living Planet oblicza „ślad ekologiczny” ludzkości, czyli skalę zużycia zasobów naturalnych. Obecnie globalna populacja wycina drzewa szybciej od tempa ponownego ich wyrastania, prowadzi połowy ryb szybciej od zdolności oceanów do odbudowy ich zapasów, pompuje wodę z rzek i warstw wodonośnych szybciej od poziomu uzupełniających je opadów, emituje ocieplający klimat dwutlenek węgla w ilości przekraczającej pojemność absorpcyjną oceanów i lasów.

WWF podaje, że apetyt ludzkości już teraz wykracza poza wydajność biologiczną planety, czyli ilość produktywnych pod względem biologicznym obszarów lądowych i morskich, które są dostępne, aby zapewnić nam surowce spożywcze, paliwowe, budowlane i inne. Rzeczywiście, zaspokojenie naszych bieżących potrzeb wymagałoby ekwiwalentu 1.5 ziemskiej wydajności biologicznej, czytamy w raporcie.

„Gdyby wszyscy ludzie na tej planecie pozostawiali ślad ekologiczny przeciętnego mieszkańca Kataru, potrzebowalibyśmy 4.8 planety,” stwierdza raport. „Gdybyśmy przyjęli styl życia typowego obywatela USA, potrzebowalibyśmy 3.9 planety.”

Na całym świecie nasz ślad ekologiczny spadł o 3% w latach 2008 i 2009 [Początek „globalnego kryzysu finansowego”, przyp. tłum.], głównie z powodu niższego popytu na paliwa kopalne. Jednak najnowsze dane dostępne od 2010 roku pokazują, że ślad wznowił swą tendencję wzrostową.

„Kraje o wysokich dochodach wykorzystują pięć razy więcej zasobów naturalnych niż państwa o dochodach niskich, ale to właśnie te ostatnie doświadczają największej utraty ekosystemu,” powiedziała w komunikacie prasowym Keya Chatterjee, starszy dyrektor WWF ds. ekologicznego śladu.

Importując żywność i inne towary wytwarzane dzięki destrukcji siedlisk w krajach rozwijających się, państwa bogate de facto dokonują „outsourcingu” schyłku dzikiej przyrody. Przykładowo w latach 1990-2008 jedną trzecią wszystkich [globalnych] produktów wylesiania, takich jak drewno, wołowina i soja wyeksportowano do Unii Europejskiej.

A jak plasują się w rankingu konsumentów planety Polacy? „Jeśli wszyscy ludzie konsumowaliby dzisiaj tyle, co przeciętny mieszkaniec Polski, potrzebowalibyśmy dwóch i pół planet takich samych jak Ziemia.”

Opracował: exignorant
Data publikacji: 30 września 2014