Reklamy

Tag: pszczoły giną

Pszczoły giną masowo, taże w Polsce. Jak temu zapobiegać?

Jak walczyć z tzw „apokalipsą pszczół”?

Pszczoły giną na ogromną skalę od kilkunastu lat. Opinia publiczna ma świadomość tego, że po 2006 roku populacja pszczół zaczęła się masowo zmniejszać. Zostało to nazwane: „apokalipsą pszczół.” Jednak naukowcy rozpoznali to zjawisko już wcześniej. Choroba o nazwie „Colony Collapse Disorder” (CCD), a po polsku: „Zespół masowego ginięcia pszczoły miodnej” znana jest przynajmniej od 2001 roku.

Co się zmieniło od tego czasu? Są rejony we Francji, gdzie w ogóle nie ma pszczół. Straty dla całego kraju ocenia się na 60% w porównaniu z sytuacją pierwotną, z lat ’90 XX wieku. W Chinach na ogromnych obszarach kraju nie ma ich już w ogóle. CCD czyli apokalipsa pszczół ma miejsce także w Polsce. Straty są oceniane różnymi metodami, i w zależności od szacunków opiewają na 10% – 30%.

Dlaczego ginięcie pszczół ma miejsce?

W grę wchodzi kilka czynników. Czytaj dalej „Pszczoły giną masowo, taże w Polsce. Jak temu zapobiegać?”

Reklamy

W POLSCE PSZCZOŁY GINĄ MASOWO, ALE MOŻESZ TEMU ZAPOBIEC!

Pszczoły giną na ogromną skalę także w Polsce. Czy wiedziałeś o tym?!

Pszczoły giną na ogromną skalę od lat. Masowy pomór pszczół nasilił się po 2006 roku. Nazywany jest on także „apokalipsą pszczół”, a przez naukowców „Colony Collapse Disorder” (CCD), czyli „Zespołem masowego ginięcia pszczoły miodnej.” Pszczoły jednego dnia wyfruwają z ula, zostawiając samą królową, która potem ginie. Zupełnie jakby popełniały „zbiorowe samobójstwo”. Pszczelarze narzekają jednak też na inne przypadłości jakie dotykają pszczoły. Są one słabsze, zdeformowane, zdarza się że to królowe opuszczają gniazda, co jest niejako „odwrotnością” CCD.

Każdy rok przynosi alarmujące dane na temat zjawiska ginięcia pszczół. Od kilku lat w wielu regionach Chin, Francji i USA w ogóle nie ma pszczół. W wielu krajach Europy Zachodniej czy Azji jest ich bardzo mało i taka ilość już nie wystarcza do skutecznego zapylania roślin uprawnych. Mniej jest także trzmieli i innych przyjaznych ludziom owadów, np przy zapylaniu roślin. Więcej jest natomiast „pasożytów” (w cudzysłowiu) takich jak osy i szerszenie.

Pomór pszczół dotarł także do Polski. Polscy pszczelarze alarmują o z roku na rok kurczącej się populacji pszczół w naszym kraju. Lokalne gazety jak i lokalne portale internetowe co rusz donoszą o sytuacji, gdy pszczelarze tracili pszczoły z dziesiątek lub nawet setek uli. Niedawno temat był poruszany nawet w jednej z ogólnopolskich telewizji – TVP 1. Głupota ludzka jest nie do wyobrażenia. Ci ludzie zorientują się co robili dopiero wtedy, gdy głód zajrzy im w oczy. Jeden z takich przykładów został przedstawiony na poniższym obrazku:

Możesz przeciwdziałać zjawisku masowego ginięcia pszczół!

Czytaj dalej „W POLSCE PSZCZOŁY GINĄ MASOWO, ALE MOŻESZ TEMU ZAPOBIEC!”

Upadek globalnych ekosystemów trwa. Liczba masowych pomorów zwierząt rośnie – giną miliardy i rodzą pytania

Upadek globalnych ekosystemów trwa. Liczba masowych pomorów zwierząt rośnie – giną miliardy i rodzą pytania

upadek-cywilizacjiCzytelnik mojej strony napisał:

W tym systemie za uczciwość nic nie ma, w tym systemie z uczciwości i prawdy się szydzi i śmieje, traktuje się ja jako niedojrzałość. Ale to nie wszystko, w tym systemie należy też, będąc psychopatą udawać, że wszystko jest świetnie. Ten świat jest już od dawna skończony, ale brakuje kropki nad „i” w postaci globalnej katastrofy.

Kiedyś rozmawiałem z koleżanką na temat sytuacji na świecie. Popełniłem wtedy ten błąd, że uważałem, iż muszę koniecznie ją uświadomić co do prawdy. Ona w pewnym momencie powiedziała, że wie, że cywilizację czeka za ileś tam lat upadek, ale ją to nic nie obchodzi, bo ona żyje teraz i chce się wyszaleć.

Mało uświadomiony człowiek mylnie zakłada, że kolaps cywilizacyjny, czyli globalny upadek systemowy, nastąpi za 100 czy za 1000 lat. W domyśle przesłanie tego typu myślenia jest proste: „mnie już dawno nie będzie na świecie, więc wolę się zająć tym na co mam wpływ – czyli plotkami, oglądaniem seriali, imprezowaniem i spaniem z kim popadnie„.

A co, jeśli stadium straszliwej niewydolności i powolnego upadku globalnych systemów – ekonomicznych, ekologicznych, politycznych, moralnych, religijnych i innych – właśnie trwa? A co, jeśli te wszystkie wydarzenia rozpoczęły się już dawno temu i właśnie wkraczamy w decydującą ich fazę? Obecnie globalne systemy, które sprawdzały się w poprzednich wiekach, są coraz bardziej niewydolne, a to wszystko toczy się już tylko siłą bezwładu i rozpędu. To znaczy, że każdy już wie, że państwa czekają masowe bankructwa a ekosystemy są w fazie postępującego wymierania. Ale nikt z tym nic nie robi, alternatyw nie ma.

Polecam tłumaczenie artykułu na ten temat, w wykonaniu tłumacza podpisującego się pseudonimem Ex ignorant.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Badanie: Rośnie liczba masowych zgonów zwierząt

Cytuję: „Nie mówimy tu o kilkunastu rybach „zaśmiecających” lokalną plażę. Masowe zgony są pojedynczymi zdarzeniami, które jednorazowo zabijają co najmniej miliard osobników, likwidują ponad 90 procent populacji lub niszczą 700 milionów ton zwierząt – równowartość masy około 1.900 gmachów wielkości Empire State Building.

Według najnowszych ustaleń są one coraz częstsze.

Badanie opublikowane w styczniu 2014 przez Proceedings of National Academy of Sciences jest pierwszym, które sprawdza, czy liczba zbiorowych zgonów rośnie wraz z upływem czasu.

Naukowcy przeanalizowali historyczne zapisy 727 zdarzeń nagłego pomoru od 1940 do 2012 roku i okazało się, że stały się one bardziej powszechne wśród ptaków, morskich bezkręgowców i ryb. Ich liczba nie uległa zmianie w przypadku ssaków, natomiast u płazów i gadów odnotowała spadek.

Choroby, zaburzenia wywołane przez człowieka oraz biotoksyny – jak chociażby spowodowane przez glony czerwone przypływy, które pojawiają się regularnie wzdłuż amerykańskich wybrzeży – to główni winowajcy.

Wielkie pomory mogą trwale zmienić łańcuchy pokarmowe. Zagrażają też m.in. rolniczej działalności człowieka poprzez zakłócenie pracy zapylaczy, takich jak pszczoły.

„Tego rodzaju wypadki są w stanie przekształcić ekologiczne i ewolucyjne trajektorie życia na Ziemi,” napisali autorzy pracy badawczej.

Nie jest jasne, co odpowiada za zwiększającą się częstotliwość występowania chorób i czerwonych przypływów. Prawdopodobnymi przyczynami są zmiana klimatu i degradacja środowiska naturalnego.

Badacze nie wiedzą również, dlaczego istnieje różnica tempa masowych zgonów między grupami zwierząt. Część z nich mogła umknąć uwadze naukowców, co stworzyło wrażenie stałej ich redukcji wśród płazów i gadów.

Jest za to oczywiste, iż brak skoordynowanego zainteresowania uczonych stanowi poważny problem, stwierdzają autorzy badania. „Obecnie większość zbiorowych zgonów prezentowana jest na łamach gazet,” dodają.

Musi nastąpić poprawa monitorowania tych zdarzeń, ponieważ jest to jedyny sposób poznania rzeczywistej skali opresji, w jakiej znalazło się ziemskie życie.

Załamanie populacji europejskich ptaków

Naukowcy oszacowali poziom spadku populacji ptaków w oparciu o dane z 25 krajów dotyczące 144 gatunków.

Europa ma około 421 milionów mniej ptaków niż trzy dekady temu, a obecny sposób eksploatacji środowiska naturalnego nie pozwoli przetrwać wielu pospolitym gatunkom, stwierdzili autorzy analizy opublikowanej w wydawnictwie Ecology Letters (listopad 2014).

Katastrofalna redukcja liczebności spowodowana jest przez nowoczesne metody rolnicze oraz utratę i uszkodzenie siedlisk [wskutek ekspansji przemysłu, miast, sieci drogowej i energetycznej].

„Jest to ostrzeżenie od ptaków w całej Europie,” powiedział Richard Gregory z Królewskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków.

Analiza wykazała, że w przypadku najbardziej pospolitych gatunków – szarych kuropatw, skowronków, wróbli i szpaków – populacje zmniejszyły się o około 90 procent.

Jest to niepokojący trend, ponieważ „mamy do czynienia z grupą przynoszącą ludziom największe korzyści,” powiedział badacz Uniwersytetu Exeter [i przedstawiciel gatunku uważającego się za miarę wszystkiego], Richard Inger. „Znacząca utrata ptaków może być bardzo szkodliwa dla ludzkiego społeczeństwa,” dodał.”

Opracował / źródło polskie: exignorant
Źródło: Liczba masowych pomorów zwierząt rośnie – giną miliardy i rodzą pytania

Upadek globalnych systemów i nieuchronny kolaps cywilizacji

Upadek globalnych systemów i nieuchronny kolaps cywilizacji

upadek cywilizacjiWklejam ciekawy artykuł będący tłumaczeniem tekstu Johna Michaela Greer’a wykonanym przez tłumacza wartościowych tekstów, Ex ignoranta. Mówi on, że ludzki postęp i wzrost technologiczny jest totalną fikcją. Fikcją, za którą już teraz płacimy straszliwą cenę. Cena ta to obecnie trwające, bodaj szóste wielkie wymieranie gatunków. Zaczęło się od pomoru pszczół na ogromną skalę (tzw. „apokalipsa pszczół”). Kolaps globalnych ekosystemów idzie jednak dalej. Wielokrotnie na plażach czy w innych środowiskach, znajdywano dziesiątki tysięcy, a nieraz miliony padłych zwierząt. Np krabów, ryb, waleni, fok, ptaków.

Dlaczego tak się dzieje? Musimy sobie uświadomić, że całą Ziemią rządzą kliniczni psychopaci – i to ich najgorszy typ, knujący spiski i zbrodnie przeciwko narodom / ludzkości. Broni ich zarówno prawica (chadecja za granicą, czy faszysta Korwin Mikke w Polsce) jak i lewica (zafascynowane kartelami farmaceutycznymi i wszelkimi innymi racjonalistyczne lewactwo tytułujące się mianem „zwolenników nauki” – w Polsce skupiają ich kanały #ttdkn i #neuropa).

Antropocen czyli epoka globalnej dominacji człowieka może być ostatnią epoką życia na Ziemi. Nie ma już dokąd uciekać, tak, jak to było w przypadku kolapsu poprzednich imperiów, np rzymskiego. Nie mamy „planety B”, którą można by kolonizować i podbijać. Nie mamy „planety B” na której można by generować nieskończony wzrost gospodarczy (odrażający fetysz współczesnych „ekonomiaków”) i na której można by dawać upust żarłocznemu ego tych psychopatów. Wszystko wskazuje na to, że prowadzą oni planetę ku ekonomicznej, a potem biologicznej zagładzie. Orkiestra będzie grała aż do końca, jak na Titanicu. Korki szampanów będą strzelać, a wesołe spazmy z najdroższą odmianą kokainy będą trwały aż do 4 rano. Obudzimy się o tej 7 rano, i dotrze do nas, że nasze państwa zbankrutowały, a ekosystemy są już nieodwracalnie zniszczone.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Technologiczne przesądy: kłamstwa o ludzkim postępie

Cytuję: „Z przyjemnością informuję, że koteria naukowców i pisarzy science-fiction wykombinowała, co jest nie tak z dzisiejszym światem: media popularne prześladuje nadmiar negatywnych wizerunków przyszłości. Ażeby przeciwdziałać temu potopowi nieuzasadnionego pesymizmu, zorganizowali oni grupę o nazwie Projekt Hieroglif i opublikowali antologię nowych, radosnych, pozytywnych opowieści spod znaku naukowej fikcji o cudownych, świeżych technologiach, które mogą stać się rzeczywistością w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat. To powinno niezawodnie uzdrowić naszą sytuację!

Współczesny kryzys społeczeństwa przemysłowego nie jest spowodowany brakiem optymizmu; jego korzenie wbijają się głęboko w twarde podłoże geologicznych i termodynamicznych realiów, sięgają do śmiertelnego niedopasowania fantazji niekończącego się wzrostu gospodarczego i nienaruszalnych granic planety o skończonej biosferze, penetrują mniej śmiertelne w sensie konsekwencji natychmiastowych, ale jeszcze bardziej wszechobecne niedopasowanie fantazji wiecznego postępu technologicznego, a także tę znaną nemezis wszelkiego liniowego myśleniaprawo malejących korzyści [przychodów]. Porażka optymizmu, którą opłakują pisarze jest symptomem, a nie przyczyną i upieranie się, że receptą na nasze problemy jest nakarmienie ludzi optymistycznymi wyobrażeniami przyszłości bardzo przypomina decyzję, iż najlepszym sposobem na to, aby poradzić sobie z migającymi, czerwonymi światełkami ostrzegawczymi na panelu sterowania samolotu jest oklejenie ich małymi kawałkami nieprzezroczystej, zielonej taśmy – i wszystko będzie w porządku.

To nie jest tak, że w ostatnich latach cierpieliśmy na brak beztrosko optymistycznych wizji gadżetocentrycznej przyszłości. Przyznaję, że najbarwniejsze dzieła wizjonerskiej fikcji, z jakimi zetknęliśmy się w ostatnim czasie zrodziły się w umysłach tych ekonomistów i polityków, którzy niestrudzenie utrzymują, iż jedynym wyjściem z naszej obecnej gospodarczej i społecznej niedyspozycji jest powielenie – w większej ilości – tych samych zabiegów, które ją wywołały. Poza tym każdy z czytelników, który wstąpi do księgarni w poszukiwaniu pozycji o podróżach międzygwiezdnych lub którymkolwiek z pozostałych rytuałów współczesnego kultu postępu nie będzie musiał specjalnie się natrudzić, aby je znaleźć. Doszło raczej do tego, że podobne lektury nie są już tak popularne, jak niegdyś, ponieważ ludziom bardziej przypadły do gustu opowieści o przyszłości ponurej, zamkniętej w parametrach definitywnych ograniczeń.

Należy zapytać, dlaczego tak jest. Z mojego punktu widzenia istnieją co najmniej trzy bardzo dobre powody.

Po pierwsze, ta bardziej ponura przyszłość i jej bezwzględne granice odzwierciedlają realia życia we współczesnej Ameryce. Odstawmy na bok górne dwadzieścia procent populacji pod względem dochodów i okaże się, że Amerykanie od ponad czterech dekad są świadkami miarowego staczania się standardu życia. W 1970 roku – odnotuję tylko jedną miarę tego, jak daleko sprawy zaszły – amerykańska rodzina dysponująca pojedynczą pensją klasy robotniczej mogła sobie pozwolić na zakup domu, terminowe opłacenie wszystkich rachunków, zapewnienie trzech sutych posiłków dziennie i nadal pozostawało jej dość środków na okazjonalne wakacje lub nabycie luksusowego artykułu. A teraz? Pojedyncza pensja rodziny z klasy robotniczej nie wystarcza, aby uniknąć życia na ulicy.

Ta historia nieubłaganego schyłku gospodarczego ma ogromny wpływ na stosunek wobec przyszłości, nauki i postępu technologicznego. W 1969 roku jedynie w gettach, gdzie Ameryka zamknęła swoją miejską biedotę, znacząca liczba ludzi zareagowała na księżycowe lądowanie załogi pojazdu Apollo obrzydzeniem i alienacją, którą w pamiętnej, wściekłej balladzie Białas na Księżycu wyraził Gil Scott-Heron. W dobie obecnej zdecydowanie liczniejsza rzesza Amerykanów – prawdopodobnie większość – postrzega najnowsze, okrzyczane osiągnięcia nauki i techniki jako jeszcze jeden pokaz bezsensownych akrobacji, które nie przyniosą im żadnego pożytku.

Łatwym do sformułowania, acz chybionym byłoby przekonanie, że ocena ta jest mylna. Poza zawężającym się kręgiem dobrze sytuowanych Amerykanów większość populacji poświęca coraz więcej czasu na rozwiązywanie problemów spowodowanych przez technologie, niż na rozkoszowanie się płynącymi z nich korzyściami. Przeważająca część zlikwidowanych przez automatyzację miejsc pracy zapewniała ubogim godziwy zarobek; większość terenów, które służą za wysypisko toksycznych odpadów podobnie zamieszkują osoby z dołu społeczno-gospodarczej piramidy – to początek listy niezamierzonych konsekwencji i technologicznych niewypałów. Korzyści z nowej technologii płyną przede wszystkim w górę drabiny społecznej, natomiast koszty i następstwa w dół; ma to wiele wspólnego z faktem, że wnuki osób, które z pąsowymi rumieńcami śledziły perypetie Jetsonów teraz wolą Igrzyska śmierci.

To pierwszy powód. Drugim jest to, że od dziesiątków lat zdecydowana większość twierdzeń o cudownych nowych technologiach, które miały nieuchronnie stać się częścią naszego życia okazała się być błędna. Od plecaków odrzutowych i latających samochodów, przykrytych kopułą miast i wakacji na Księżycu, przez elektrownie jądrowe, które generują energię elektryczną tak tanią, że nie ma nawet sensu jej mierzyć, aż do podboju ubóstwa, chorób, a nawet śmierci – gros zapowiedzi formułowanych przez propagandystów i publicystów postępu technologicznego nie zmaterializowało się. To zrozumiałe, że kolejne przydziały obietnic robią na ludziach wyraźnie mniejsze wrażenie.

Kiedy byłem dzieckiem – proszę mi pozwolić na osobistą refleksję – jedna z moich ulubionych książek nosiła tytuł Polecisz na Księżyc. Podejrzewam, że spore grono Amerykanów mojego pokolenia pamięta tę pozycję, jakkolwiek słabo, z jej efektownie połyskującą ilustracją podróży kosmicznej w bliskiej przyszłości: wielka stożkowata rakieta z uskrzydlonym górnym modułem, biała stacja w kształcie obwarzanka wirująca na orbicie, plus cała reszta. Naprawdę spodziewałem się, że odbędę kiedyś tę podróż, a w przekonaniu tym utwierdzał mnie chór autorytatywnych głosów, dla których permanentne stacje kosmiczne, bazy na Księżycu i załogowe lądowanie na Marsie były gwarantowane przed rokiem 2000.

Oczywiście w owych czasach Stany Zjednoczone nadal posiadały załogowy program kosmiczny zdolny do odbicia śladów obuwia na powierzchni Księżyca. Pozostał już tylko wspomnieniem. Warto porozmawiać o tym, dlaczego tak się stało, ponieważ ta sama logika dotyczy większości wielkich projektów technologicznych, które nie tak dawno anonsowano jako nieuniknioną drogę ku lśniącej, nowej przyszłości.

Nie mamy już załogowego programu kosmicznego, ponieważ Stany Zjednoczone są bankrutem, oddawszy się w najpospolitszy sposób tej odmianie imperialnego przeszarżowania, którą opisał kronikarz Paul Kennedy w Powstaniu i upadku wielkich mocarstw, i spieniężywszy przyszłość w imię tymczasowego zwierzchnictwa nad większością planety. To przemilczany podtekst stojący za rozpadem infrastruktury Ameryki i środowiska zbudowanego, wypatroszeniem jej niegdyś potężnego przemysłu, a także wspomnianym wcześniej nieprzerwanym spadkiem życiowej stopy. Brytania snuła marzenia o kosmicznej ekspansji, kiedy nadal dzierżyła imperium – Brytyjskie Towarzystwo Międzyplanetarne było jednym z filarów orędownictwa na rzecz podróży kosmicznych w pierwszej połowie XX wieku – realizacji tych marzeń zaniechała bezpowrotnie, kiedy utraciła swoje imperium; Stany Zjednoczone są w trakcie tego samego odwrotu. Mimo to kryje się za tym coś więcej.

Kolejnym powodem braku załogowego programu kosmicznego jest to, że podczas dekad zdominowanych przez podekscytowaną retorykę o Nowym Świecie dla Człowieka nigdy nie zabrano się za przedyskutowanie różnicy między techniczną wykonalnością i ekonomiczną opłacalnością. Promotorzy podróży kosmicznych wpadli w powszechną pułapkę wiary we własną reklamę i przekonali samych siebie, iż orbitalne fabryki, kopalnie na Księżycu i inne podobne przedsięwzięcia z pewnością będą propozycją intratną. Oczywiście zapomnieli o tym, co nazywam dywidendami biosfery: szerokim wachlarzu towarów i usług świadczonych za darmo przez naturalne cykle Ziemi, za które w każdym innym miejscu ludzie musieliby zapłacić. Najbardziej aktualny szacunek tej dywidendy, pochodzący z analizy opublikowanej w 1997 roku na łamach Science – opracowanej przez zespół pod kierownictwem Richarda Constanza – wskazuje wartość trzykrotnie wyższą od łącznej sumy wszystkich dóbr i usług wytworzonych przez ogół ludzkiej populacji.

Innymi słowy, działalność gospodarcza w dowolnym miejscu Układu Słonecznego zgodnie z przybliżoną wyceną będzie blisko cztery razy droższa niż na Ziemi, nawet z pominięciem kosztów transportu, ponieważ darmowe usługi świadczone lokalnie przez biosferę muszą zostać opłacone gdzieś w kosmosie lub na innych światach Układu Słonecznego. To dlatego wszystkie gawędy o przestrzeni kosmicznej jako nowej granicy gospodarczej zaprowadziły donikąd; spróbowano orbitalnej produkcji – program Skylab z lat 1970-tych, program promów kosmicznych i Międzynarodowa Stacja Kosmiczna przeprowadziły pod tym kątem serię eksperymentów – ale skromne korzyści ze swobodnego spadku i łatwy dostęp do próżni nie uczyniły dostatecznej różnicy, aby zrównoważyć koszty. Zatem załogowe podróże kosmiczne wzorem komercyjnych samolotów naddźwiękowych, elektrowni jądrowych i mnóstwa innych niedoszłych rozwiązań przyszłościowych zmieniły się w gigantyczny bibelot, który można utrzymać jedynie dzięki nieprzerwanemu napływowi szczodrych subsydiów rządowych.

Trzeci powód jest mniej namacalny, ale podejrzewam, że daleko bardziej istotny. Można go wytropić biorąc do rąk którąkolwiek ilustrowaną książkę na temat Układu Słonecznego, napisaną zanim tam dotarliśmy, i porównując spodziewany wizerunek kosmosu oraz innych światów z tym, co rzeczywiście czekało na nasze lądowniki i sondy.

Mam właśnie przed sobą reprodukcję obrazu księżycowej scenerii z albumu opublikowanego w roku moich urodzin. To wspaniały, romantyczny widok. Na pierwszym planie błękit ziemskiego światła zalewa krater; w oddali ostre szczyty gór chwytają słoneczne promienie; niebo wypełniają olśniewające gwiazdy. Szkoda, że nie to ukazało się oczom astronautów misji Apollo po przybyciu na miejsce. Nikt nie rozkazał Księżycowi, aby uczynił zadość ludzkim wyobrażeniom o malowniczym majestacie, a zatem przedstawił gościom widoki monotonnych, szarych pagórków i pustych równin rozciągających się pod płaskim, czarnym firmamentem. Dla każdego z wyjątkiem selenologa jedyną godną uwagi rzeczą w tym posępnym miejscu była świecąca w tle niebieska sfera Ziemi, oddalona o 384 tysiące kilometrów.

Dla jeszcze większego kontrastu wystarczy obejrzeć fotografie przesłane przez pierwszą sondę Viking z powierzchni Marsa w 1976 roku i porównać je z wielobarwnymi pejzażami czwartej planety Słońca, które zaistniały wcześniej w obiegu kultury popularnej. Pamiętam to zdarzenie względnie dobrze, a jednym z najbardziej wyraźnych wspomnień jest dojmujące poczucie rozczarowania – „To wszystko?” – podzielane przez każdego z domowników. Kadry z lądownika nie przypominały Barsoom [Edgara Rice’a Borroughsa], czy jałowej, lecz pięknej scenerii Kronik marsjańskich Raya Bradbury’ego – lub którejkolwiek z pozostałych wizji Marsa, jakie każdy Amerykanin żyjący w lat 70-tych skrywał w swoim umyśle; przypominały nader nieciekawy zakątek stanu Nevada, który jakimś sposobem pozbawiony został powietrza, wody i życia.

Zwolennicy podróży kosmicznych ponownie wpadli tu w pułapkę – dali się uwieść własnej propagandzie i zapomnieli, że fikcja naukowa ma tyle wspólnego z prawdziwą przyszłością, co powieści romantyczne z prawdziwymi związkami uczuciowymi. Tak na marginesie nie jest to krytyka wymierzona w science-fiction, choć podejrzewam, że członkowie Projektu Hieroglif za taką uznają moje słowa. Science-fiction jest literaturą idei, a nie trywialnej rzeczywistości, i wywołuje poczucie zachwytu, swój charakterystyczny efekt literacki, poprzez usunięcie bariery, która oddziela realizm od fantazji. Zbyt często zapomina się jednak, że efekty literackie nie są gwarantem zasadności proroctw – jest o wiele bardziej prawdopodobne, że za mgłą emocji ukrywają uchybienia nierealnych twierdzeń.

Autorzy romansów zdają się nie mieć problemów z przyznaniem, że ich powieści nie odwzorowują realnego świata. Natomiast fikcja naukowa od wielu już lat cierpi na przypadłość nadmiernie rozwiniętego poczucia własnej ważności. Przychodzi mi na myśl typowy esej Isaaca Asimova zawierający opis autorów s-f jako zwiadowców na szpicy ludzkości, która maszeruje w przyszłość. (Proszę zwrócić uwagę na założenia, iż ludzkość dokądś maszeruje, że wszyscy jej reprezentanci spieszą w tym samym kierunku i że miejsce docelowe zdefiniowane zostało akurat przez gusta ekscentrycznej podkategorii literatury popularnej XX wieku.) Tego rodzaju myślenie w trakcie powojennego boomu pozwoliło zbyt wielu osobom zapomnieć, że Wszechświat nie ma obowiązku dopasować się do naszych całkowicie antropocentrycznych pojęć ludzkiego przeznaczenia i zaopatrzyć nas w Nowe Światy dla Człowieka tylko dlatego, że ich pożądamy.

Mutatis mutandis – właśnie to spotkało pozostałe wielkie wizje postępu technologicznego, które z takim entuzjazmem proklamowano w minionym stuleciu. Większość z nich nigdy się nie urzeczywistniła, tymczasem garstka ziszczonych zaprezentowała się jako dużo mniej ekscytująca i bardziej problematyczna niż zakładały to nieustępliwie wstępne szacunki. W obliczu tego powtarzającego się uświadomienia bardzo wielu Amerykanów postanowiło – i nie bez powodu – że kolejne identyczne zapędy nie będą już przedmiotem ich zainteresowania. W ten sposób opinia publiczna odstąpiła od przytulnego optymizmu i zwróciła się ku surowszemu spojrzeniu na naszą przyszłość.

Trzeci czynnik odpowiadający za zmianę preferencji jest być może najważniejszy i uchodzi za jeden z najwszechstronniej unikanych tematów tabu współczesnego życia. Niemal każde zjawisko związane z człowiekiem podlega prawu malejących korzyści; wniosek, którego współczesne społeczeństwa przemysłowe usilnie starają się nie przyswoić mówi, iż postęp technologiczny jest jednym ze zjawisk podlegających temu prawu. Zatem możliwe jest zaistnienie nadmiaru technologii i bardzo silne argumenty przemawiają za tym, że uprzemysłowione kraje świata dawno przekroczyły ten punkt.

W swoim zwyczajowo przekonywującym artykule ekonomista Herman Daly dzieli nasze prawo malejących korzyści na trzy wzajemnie oddziałujące procesy. Pierwszy to malejąca użyteczność krańcowa – im więcej czegoś posiadasz, każdy dodatkowy przyrost tej rzeczy w coraz mniejszym stopniu wpływa na twój dobrobyt. Jeśli jesteś głodny, jedna kanapka to świetna rzecz; dwie są przyjemnością; trzy to luksus; lecz gdzieś poza tą granicą – kiedy rozdasz już kanapki wszystkim swoim współpracownikom, lokalnym mieszkańcom i każdej spotkanej przez siebie osobie – dodatkowe kanapki przestaną być użyteczne. Gdy większa ilość czegokolwiek nie przynosi już żadnych dodatkowych korzyści, osiągasz punkt daremności, w którym dalsze przyrosty są stratą czasu i zasobów.

Na długo zanim to nastąpi swoją rolę zaczynają odgrywać dwa inne czynniki. Po pierwsze, koszt uporania się z jedną kanapką jest znikomy i wzrasta nieznacznie przy dwóch lub trzech sztukach. Następnie pojawia się konieczność inwestowania czasu i prawdopodobnie surowców niezbędnych do poradzenia sobie ze wszystkimi kanapkami, a każda dodatkowa porcja dokłada się do obciążenia całkowitego. Ekonomiści nazywają to rosnącą nieużytecznością krańcową – im więcej czegoś masz, tym więcej kosztować będzie, w taki czy inny sposób, każdy dodatkowy przyrost tej rzeczy. Gdzieś po drodze pojawia się również wpływ, jaki uporanie się z kanapkami wywiera na twoją zdolność radzenia sobie z innych rzeczami, które musisz zrobić; to natomiast zwiększa ryzyko zakłócenia całego systemu – im więcej czegoś masz, tym większe jest prawdopodobieństwo, iż dodatkowy przyrost tej rzeczy zakłóci szerszy system, w ramach którego egzystujesz.

Praktycznie nikt nie chce rozmawiać o tym, jak postęp technologiczny przekroczył punkt malejących korzyści: użyteczność krańcowa każdej nowej porcji technologii spada gwałtownie, marginalna nieużyteczność rośnie przynajmniej równie szybko, a zakłócenia całego systemu zasilane przez technologię są już obecne w codziennym życiu. Mimo to doszedłem do wniosku, że niewygodna świadomość tego faktu staje się coraz bardziej powszechna, jakkolwiek podprogowy może być jej charakter, i zaczyna przenikać między innymi kulturę popularną. Jeśli znajdujesz się w głębokim dole – jak mówi przysłowie – musisz w pierwszej kolejności zaprzestać dalszego kopania; jeżeli duża i stale powiększająca się część problemów twojego społeczeństwa spowodowana jest przez nadmiar technologii stosowanej z niedostateczną ostrożnością, wówczas niezbyt pomocne jest upieranie się, iż więcej technologii wdrażanej z jeszcze mniejszym sceptycyzmem wobec potencjalnych konsekwencji to jedyna możliwa odpowiedź na te problemy.

Istnieje użyteczne słowo określające coś, co pozostaje niezmiennie przytwierdzone do kultury po odejściu warunków, które kiedyś uczyniły to istotnym; tym słowem jest „przesąd”. Chciałbym zasugerować, że oparte na wierze twierdzenia – więcej technologii jest zawsze lepsze niż mniej technologii, każdy problem musi mieć antidotum technologiczne, technologia zawsze rozwiązuje więcej problemów, niż tworzy – należą do najbardziej powszechnych przesądów naszych czasów. Chciałbym również podpowiedzieć, że chociaż pocieszające i uspokajające miewają właściwości, najwyższa już pora, by z tych przesądów wyrosnąć i stawić czoła światu, jakim faktycznie jest – światu, w którym kolejna dawka optymizmu opartego na wierze jest daleka od pożytecznej.

Tłumaczenie: exignorant (link)

Autor: John Michael Greer (wersja oryginalna)

Data publikacji: 10 września 2014

Szokujące i nieznane fakty o elektrosmogu! „To zabija pszczoły jak i nas, ale na raty..”

Szokujące i nieznane fakty o elektrosmogu! „To zabija pszczoły jak i nas, ale na raty..”

beesPrzedstawiam Wam dziś nagranie z kanału Heil Magazin, przetłumaczone na kanale YT „Ulotne Myśli 1”. Nagranie to traktuje o tzw elektrosmogu – generowanym przez urządzenia elektryczne.

Szczególnie groźne jest promieniowanie, jakie emitują urządzenia telefonii komórkowej GSM. Zostało ono opisane w poniższym artykule na eioba.pl:

-Dowody na śmiertelną szkodliwość telefonii komórkowej SĄ!
http://www.eioba.pl/a/2tol/dowody-na-smiertelna-szkodliwosc-telefonii-komorkowej-sa

Jednak jest rada na to wszystko. Zarówno elektrosmog, promieniowanie z masztów GSM jak i nawet radiacja, są skutecznie neutralizowane przez energię o nazwie orgon. Orgon jest nieuznawaną przez fizykę energią (a jakże!) generowaną przez minerał kryształ górski. Jest on używany w orgonitach, odpromiennikach, chembusterach, busterach, i innych tego typu urządzeniach. Zarówno kryształy górskie do samodzielnej budowy, jak i gotowe urządzenia można kupić w internecie, do czego zachęcam.

Promieniowanie elektromagnetyczne i GSM zabija pszczoły w bardzo szybkim tempie. Owady są zwierzętami najsilniej odczuwającymi zmiany elektromagnetyczne. Mniej jest też m.in. trzmieli. Obecnie toczy się batalia o zwiększenie mocy promieniowania z nadajników GSM na terenie Polski. Po zmianach, promieniowanie to może być nawet 45 razy większe. W USA promieniowanie z tych nadajników jest aż 1000 razy większe niż w Australii. Zachęcam więc do budowania chembusterów, albo chociaż zakopywania odpromienników orgonitowych, jeśli macie w okolicy stację bazową telefonii komórkowej. Najlepiej zakopać odpromiennik orgonitowy jak najbliżej stacji, pod osłoną nocy.

Maszty telekomów będą silniej promieniować: Oznacza to lepszy zasięg i falę protestów:

Cytuję: „Operatorzy komórkowi chcą złagodzenia norm promieniowania pochodzącego z nadajników. Popiera ich Ministertwo Administracji i Cyfryzacji. Przyznaje ono, że obecnie obowiązujące u nas przepisy są jednymi z najostrzejszych na świecie – promieniowanie nie może przekraczać 0,1 W na 1 mkw. Po zmianach mogłoby to być nawet 4,5 W, czyli aż 45-krotnie więcej. Inicjatywę podwyższenia limitów popiera również Urząd Komunikacji Elektronicznej.

Zwraca on uwagę, że w większości krajów unijnych przepisy w tym zakresie są znacznie łagodniejsze. W niektórych przypadkach dozwolona moc anten wynosi nawet 10 W na metr, czyli jest stukrotnie wyższa niż w Polsce. Na drugim biegunie znajduje się Szwajcaria, jeszcze bardziej restrykcyjna niż my: tam maksymalna moc nadajników w przypadku częstotliwości 900 MHz używanych w telefonii komórkowej to jedynie 0,04 W.”

Dalsza część:
http://serwisy.gazetaprawna.pl/telekomunikacja/artykuly/827306,maszty-telekomow-beda-silniej-promieniowac-oznacza-to-lepszy-zasieg-i-fale-protestow.html

Film video: Szokujące i nieznane fakty o elektrosmogu! Globalny eksperyment na ludzkości:

Jeśli wymieranie pszczół będzie się utrzymywało dalej, nie przetrwamy nawet najbliższej dekady

Dlaczego pszczoły giną? Film dokumentalny

Twórcy dokumentu zajmują się niepokojącym zjawiskiem: z niewiadomych powodów 80 procent populacji pszczół miodnych zamieszkujących tereny Ameryki Północnej wyginęło.

Naukowcy obawiają się, że zagrożone są nie tylko amerykańskie gatunki, lecz także europejskie i azjatyckie, a wymarcie pszczół z terenów USA jest tylko zapowiedzią tej zbliżającej się katastrofy.

W programie przyrodnicy opowiedzą o prawdopodobnych przyczynach i skutkach tego zjawiska.

.

Witaj! Jeśli zależy Ci na przekazywaniu dalej niezależnych i nie ocenzurowanych informacji, możesz dołożyć swoją cegiełkę. Dzięki darowiznom jestem niezależny od partii, ideologii, religii, koncernów itp i mogę ujawniać Tobie to, co jest przemilczane i ukrywane. Moja działalność zależy m.in. od Twojego wsparcia.

Na konto bankowe – kliknij na obrazek poniżej:

paypal_donate

Na Pay Pal – kliknij na obrazek poniżej:

paypal