Reklamy

Tag: kryzys

Wielka emigracja Polaków: GUS ukrywa niekorzystny dla PO raport

Liczba emigrantów ciągle rośnie. A GUS opóźnia publikację danych niewygodnych dla Platformy – informuje „Rzeczpospolita”. Na koniec 2012 roku poza Polską było 2,13 mln Polaków. To – jak informuje gazeta – o 70 tys. więcej niż w 2011 r. i 130 tys. więcej niż w 2010 r.

Emigrantów przybywa trzeci rok z rzędu. Polacy zatem – mimo że mieli wracać, a zachód Europy rozwija się wolniej – wciąż uciekają z kraju. Zbliżamy się do rekordowej liczby emigrantów zanotowanej w 2007 r. Wtedy było ich 2,27 mln.
Z informacji „RzP” wynika, że pośród nich jest aż 1,6 mln tak zwanych rezydentów, którzy przebywają za granicą ponad rok.

Z 2 mln Polaków, którzy przebywają za granicą, ponad 1,4 mln ma 39 lat lub mniej, w tym jest 226 tys. dzieci do 15. roku życia.

Najliczniejszą grupę emigrantów stanowią ludzie młodzi.

GUS wyliczył, że najliczniejszą grupą emigrantów są osoby w wieku 25–34 lata. Jest ich 726 tys. Urodzili się w latach, gdy na świat przyszło 6,85 mln dzieci. Wyjechało zatem 10,6 proc. wszystkich urodzonych wtedy osób.

Nowych, aktualnych danych GUS nie publikuje, choć w poprzednich latach ujawniał je nie później niż we wrześniu. Powód opóźnienia, zdaniem gazety, jest tylko jeden.

Z naszych informacji wynika, że GUS dysponował od pewnego czasu liczbą emigrantów, jednak jej nie publikuje ze względu na sytuację polityczną. Chodzi o to, by nie zaszkodzić rządzącej Platformie Obywatelskiej przed mającym się odbyć 13 października referendum w sprawie odwołania prezydent stolicy Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Rzecznik GUS-u zapewni Artur Satora, że 18 października te dane zostaną opublikowane a opóźnienie jest wynikiem trwania jeszcze prac nad spisem powszechnym.

Źródło: Rzeczpospolita / Opr. Jas

Reklamy

Banki łupią nas z pieniędzy!

Żadna inna gałąź gospodarki w naszym kraju nie generuje tak olbrzymich zysków jak sektor bankowy. W ubiegłym roku banki działające w Polsce (w większości należące do zagranicznych właścicieli) zarobiły na czysto kwotę 16,21 mld zł.

Analitycy szacują, że ten rok będzie jeszcze lepszy (w okresie styczeń-lipiec zyski na czysto były wyższe niż w analogicznym czasie przed rokiem). Nie ma się jednak czemu dziwić jeśli uświadomimy sobie jak drogie jest w Polsce korzystanie z “usług bankowych”.

Banki w naszym kraju zarabiają głównie na wysokim oprocentowaniu udzielanych Polakom pożyczek. Co prawda Rada Polityki Pieniężnej w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy stopniowo zmniejszała wysokość stóp procentowych (od których uzależnione jest oprocentowanie zwykłego kredytu w banku), ale i tak są one na o wiele wyższym poziomie niż stopy procentowe w krajach Europy Zachodniej.

Wysokie opłaty i prowizje

Po drugie banki zarabiają potężne pieniądze na różnego rodzaju opłatach i prowizjach. Poniżej przykłady absurdalnie wysokich stawek stosowanych przez poszczególne banki działające na terytorium naszego kraju:

  • Wysyłka monitu przypominającego o spłacie zadłużenia: 28 zł
  • Telefon z banku “przypominający o zaległości na niewypowiedzianym kredycie”: 28 zł
  • Opłata za jednorazowe skorzystanie z bankomatu: 7 zł
  • Comiesięczna opłata za posiadanie karty płatniczej: 10 zł
  • Opłata za zamknięcie rachunku bankowego: 99 zł
  • Zastrzeżenie skradzionej karty: 100 zł
  • Zmiana harmonogramu rat: 100 zł
  • Wydanie zaświadczenia o stanie zadłużenia: 300 zł

By żyło się lepiej… Bankom.

Między innymi dzięki wspomnianym powyżej horrendalnie wysokim opłatom banki generują sobie olbrzymie zyski, zdzierając z Polaków mnóstwo pieniędzy. To pozwoliło od początku 2008 roku zarobić “na czysto” sektorowi bankowemu w Polsce astronomiczną kwotę 75,47 mld zł. W ten sposób hasło wyborcze Platformy Obywatelskiej z 2007 roku zostało zrealizowane. Żyje się lepiej, ale nie zwykłym ludziom, lecz właścicielom Banków.

Na potwierdzenie tych słów warto przypomnieć, że 17/02/2012 partie Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka odrzuciły Sejmie projekt ustawy wprowadzającej tzw. podatek bankowy, który miał być liczony od zysków banków działających w Polsce. Widać, że te partie wolą podnosić podatki własnemu społeczeństwu, aniżeli narażać na mniejsze zyski korporacje i banki mające swoje centrale zagranicą Polski.

Zyski netto sektora bankowego w Polsce w latach 2008-2013:

2008 – 13,65 mld zł
2009 – 8,7 mld zł
2010 – 11,67 mld zł
2011 – 15,7 mld zł
2012 – 16,21 mld zł
2013* – 9,55 mld zł
* dane za: styczeń-lipiec

Łączny zysk netto: 75,47 mld zł

Źródło: http://niewygodne.info.pl

Czy Polska to niewolnicza kolonia?! Kilka logicznych wniosków

Ten krótki artykuł to rozwinięcie mojej myśli, opublikowanej niedawno na facebooku.

Otóż:

Niedługo na nasze tory wyjedzie Deutshe Bahn, zaś PKP jest w stanie ruiny.
Niedługo LOT zostanie przejęty przez Lufthansę i nie minie dużo czasu, a maszyny LOTu zaczną latać w barwach Lufthansy.
Tak samo na polski rynek pocztowy wejdzie niemiecki operator i wkrótce może zawitać do naszego domu listonosz w mundurze Bundespost.
Nie mamy polskiego think-thanku, musimy korzystać z tego co opublikują te zagraniczne.
Zdawałoby się, kluczowa dla istnienia państwa infrastruktura GSM – telefonii komórkowej – niemal w całości należy do operatorów zagranicznych.
Zdarza się, że obce firmy pobierają opłaty za przejazd polskimi autostradami.
Nie ma Zelmera, Zeptera i innych polskich producentów RTV / AGD, których produkty działały nieraz dwie dekady, a niektóre działają do dziś. Jest za to Whirpool, Sony, Panasonic, których produkty działają max 5, 10 lat.
Ze światowego eksportera produktów rolnych staliśmy się importerem (np wieprzowina z Niemiec) a nasze ziemie leżą odłogiem.
Nie mamy przemysłu, ostatnia stocznia w Gdańsku chyli się ku upadłości, kopalnictwo okrojone.
Zamiast kupować czołgi i uzbrojenie polskiego producenta, wolimy kupować np. amerykańskie F-16, które na tamtejszych poligonach robią za ruchomą tarczę i ogólnie są uważane są szmelc

Chciałbym czasami kupować produkty polskich producentów. Ale podajcie mi przykład polskiego producenta. Wedel? Jest japoński. Pudliszki? Sprzedane. Winiary też.

Tak się zastanawiam: po co jeszcze istnieje to beznadziejne państwo pod nazwą III Rzeczpospolita? Skoro NIC nie jest własnością Polaków, NIC! Zrealizowano w białych rękawiczkach hasło „wasze ulice, nasze kamienice”, dokonano rozbioru i podboju państwa bez jednego wystrzału, bez wypowiedzenia wojny! Może zróbmy referendum, i opowiedzmy się za przyłączeniem 16 polskich województw do Bundesrepublik Deutschland? (ironia) A może o to właśnie chodzi elitom?

Epoka, gdy wojny prowadziło się wystawiając milion żołnierzy i atakując wiele krajów na raz minęła bezpowrotnie. Dziś nie wystarczy dać żołnierzowi karabinu, porcji smalcu i kazać mu atakować pozycje wroga na „huuuraaa! ”
Dziś metody podboju planety są inne i twierdzenia, że od 11 września 2001 roku trwa trzecia wojna światowa, wcale nie są przesadzone. Dziś inne państwa podbija się za pomocą waluty, długu i ekonomii, dużo rzadziej prowadzi się chirurgiczne operacje wojskowe, jak ta w Jugosławii, Iraku, Libii, Afganistanie, Syrii..

W latach 90-tych XX wieku przeczytałem jedno zdanie, które już na zawsze utkwiło mi w pamięci:

„Wojny przyszłości będą praktycznie niewidoczne dla zwykłego zjadacza chleba. Jedyną ich namacalną oznaką będzie coraz większa ilość grobów”

Polecam też sentencję męża córki Marii Skłodowskiej-Curie:

„Przyszła wojna będzie wojną niewidzialną. Dopiero, gdy dany kraj zauważy, że jego plony uległy zniszczeniu, jego przemysł jest sparaliżowany, a jego siły zbrojne są niezdolne do działania, zrozumie nagle, że brał udział w wojnie i tę wojnę przegrywa”
Frederic Joliot-Curie

Jarek Kefir

Źródło: http://jarek-kefir.org/

______________________________________________________________________________________________________________________________________________

Wspomóż świadome projekty i inicjatywy Jarka Kefira! 🙂
Link:
http://jarek-kefir.org/wsparcie/

Coraz więcej bezrobotnych, tak źle nie było od 10 lat!

Cyt. ”
Bezrobocie rośnie z roku na rok. Jak podaje  GUS pod koniec stycznia aż 361 zakładów zadeklarowało zwolnienie w najbliższym czasie 29,6 tys. pracowników. A to znaczy, że liczba bezrobotnych może wkrótce przekroczyć 2,4 mln! Przybywa też Polaków żyjących w skrajnej nędzy. „Po okresie spadku w latach 2006-2008, a następnie paroletniej stabilizacji, w 2011 r. odnotowano wzrost poziomu zagrożenia ubóstwem skrajnym w Polsce” – czytamy w raporcie GUS-u. Alarmuje też Bruksela – blisko 30 proc. Polaków zagrożonych jest ubóstwem i wykluczeniem społecznym. Według Brukseli najbiedniejsze kraje unii to Polska, Bułgaria, Rumunia i Grecja.

Rząd zafundował nam nędzę, głód i upokorzenie. Kiedyś pod moim artykułem o kobiecie utrzymującej rodzinę ze śmietników, pojawił się komentarz – „niech Pani nie pisze takich smutnych tekstów”. Myślicie, że jest mi przyjemnie, kiedy wchodzę do domu, w którym choroby i głód wyniszczają rodzinę, a zwłaszcza małe dzieci? Lepiej przymknąć oko na to co się dzieje? Ktoś musi zareagować. Gminy mówią jedno – nie możemy pomóc więcej, bo nie pozwalają na to przepisy. Za komuny kupowało się pasztetówkę dla psa, mimo, że trzeba było stać w kolejkach, jedzenia nikomu nie brakowało. W mojej rodzinie pracował tylko ojciec, w fabryce, za zarobione tam pieniądze kupił jeden dom, wybudował drugi i jeszcze odłożył. On nie wie, tak jak ja, co znaczą kredyty. Przykład komuny stąd, że jest ona dla wielu przykładem skrajnej paranoi, więc współczesny raj można do niej porównać.

Dziś nie ma kolejek w sklepach, ale są w ośrodkach pomocy, po zasiłki, po pieniądze na książki, na lekarstwa…

Ostatnio byłam w rodzinie, w której jest czworo niepełnosprawnych dzieci, a ojciec choruje na stwardnienie rozsiane. Rozmawiałam z ich wójtem, powiedział, że do biedy i zimna w mieszkaniu można się przyzwyczaić, tak jak można się przyzwyczaić do bogactwa i komfortu. Wielokrotnie matka tych dzieci prosiła go, by ich odwiedził. Nie zrobił tego. Trudno tym wszystkim, którym się powodzi zrozumieć biednych. Gardzą nimi i brzydzą się nimi.

W żadnym kraju nie ma też tyle zagranicznych sklepów co w Polsce! Inne Państwa dbają o swoich kupców i swoją gospodarkę, nie chcą, by pieniądze były wywożone z kraju. A u nas? W samych Gorlicach – 28 tys. mieście są trzy Biedronki, Rossman, Lidl i dwa markety chińskie. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że robiąc zakupy w tych sklepach, pozwalają, by ich pieniądze zostały wywiezione z kraju. Nasze władze samorządowe wydając zgodę na kolejną biedronkę, czy inne badziewie, wydają wyrok na swoich kupców i polską gospodarkę. Upokarzają ludzi, którzy muszą się godzić pracować tam za 4,5 zł, jak np. w nowo otwartym w Tarnowie niemieckim markecie Real. Gdzie tu logika?

Co to za rząd, który działa na szkodę państwa i obywateli? Za rządów PO wytworzył się wyraźny podział na lepszych i gorszych. Ci co mają władzę mają też kasę i tylko oni się liczą. Reszta jest nieważna. Czy o taką Polskę nam chodziło?

Źródło: http://interia360.pl/polska/

Spełniły się „przepowiednie” futurologów: pracujemy za dużo, głównie w sektorach które są niepotrzebne gospodarce

Cyt. ”
W 1930 r. John Maynard Keynes przewidywał, że do końca wieku technologia rozwinie się na tyle, że w krajach takich jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone nie będzie pracowało się więcej niż 15 godzin tygodniowo. Nie ma podstaw, aby uważać, że Keynes się mylił. Biorąc pod uwagę dostępne technologie, opisana sytuacja jest możliwa; nie ma jednak miejsca, wręcz przeciwnie – „usprawnienia” mają służyć temu, żebyśmy pracowali jeszcze dłużej. Aby to osiągnąć, powstająca w ten sposób praca do wykonania powinna być, i faktycznie jest, bez sensu. Ogromne rzesze ludzi, zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej, spędzają całe swoje pracownicze życie wykonując zadania, które, jak sami po cichu przyznają, nie muszą tak naprawdę być wykonane. Moralne i duchowe zniszczenia wywoływane przez taką pracę są większe, niż mogłoby się wydawać i, choć praktycznie nikt o tym głośno nie mówi, zostawiają bliznę na naszym zbiorowym jestestwie.

Dlaczego przewidziana przez Keynesa utopia – niecierpliwie wyczekiwana jeszcze w latach 1960. – nie stała się rzeczywistością? Powszechnie przyjęta wersja jest taka, że nie wziął on pod uwagę ogromnego wzrostu siły konsumpcjonizmu. Mając możliwość wyboru pomiędzy mniejszą liczbą godzin pracy a większą liczbą przedmiotów i przyjemności, zgodnie wybraliśmy to drugie. To zgrabny moralitet, ale wystarczy chwila zastanowienia aby dojść do wniosku, że zawarty w nim obraz nie może być prawdziwy. Od lat 1920. jesteśmy świadkami niewyczerpanej pomysłowości w tworzeniu nowych gałęzi gospodarki i przypisanych do nich etatów, lecz tylko nieliczne z nich mają cokolwiek wspólnego z produkcją czy dystrybucją sushi, iPhone’ów czy modnych butów.

Czym wobec tego są te nowe miejsca pracy? Niedawny raport porównujący zatrudnienie w USA pomiędzy 1910 a 2000 rokiem daje dość jasną odpowiedź na to pytanie (a zarazem na bliźniacze pytanie dotyczące Wielkiej Brytanii). Wraz z mijającym czasem liczba zatrudnionych w przemyśle, na roli, czy jako służba domowa, gwałtownie malała. W tym samym czasie liczba pracowników na stanowiskach specjalistycznych, menedżerskich, biurowych, sprzedażowych i usługowych wzrosła trzykrotnie, zwiększając swój udział z jednej czwartej do trzech czwartych całkowitego zatrudnienia. Innymi słowy, etaty produkcyjne, dokładnie tak jak przewidywano, zostały w dużym stopniu zastąpione pracą maszyn. Liczba tego rodzaju etatów nie stanowi już tak poważnego procentu w skali świata jak kiedyś, nawet jeśli uwzględnić eksploatowane ponad miarę masy w Indiach i Chinach.

Zamiast jednak dopuścić do tego, by czas pracy diametralnie się zmniejszył i uwolnił drzemiący w ludziach potencjał, umożliwiając im realizację własnych projektów, przyjemności, pomysłów i wizji, byliśmy świadkami rozdymania się nie tyle nawet sektora usług, co sektora administracyjnego, włącznie z powstawaniem coraz to nowych dziedzin gospodarki, jak usługi finansowe czy telemarketing, oraz bezprecedensową ekspansją branż takich jak prawo korporacyjne, zarządzanie edukacją, ochroną zdrowia oraz zasobami ludzkimi, public relations. Wspomniane wcześniej liczby nie uwzględniają wszystkich ludzi, których praca polega na zapewnieniu bezpieczeństwa, pomocy administracyjnej bądź technicznej dla wymienionych gałęzi gospodarki, tak samo jak całej masy zawodów pomocniczych (psi fryzjerzy, całonocni dostawcy pizzy), które istnieją tylko dlatego, że wszyscy inni są tak bardzo zajęci jakąś inną pracą.

To są właśnie zawody, które proponuję nazywać gówno wartymi.

Tak jakby ktoś wymyślał bezsensowne zadania tylko po to, aby każdy z nas miał się czym zająć. I właśnie tu pojawia się zagadka: oto ma miejsce dokładnie taka sytuacja, jaka w kapitalizmie nie powinna się wydarzyć. W niewydolnych krajach realnego socjalizmu, gdzie zatrudnienie traktowane było zarówno jako prawo, jak i święty obowiązek, system tworzył tak wiele etatów, jak tylko musiał (to dlatego w ZSRR potrzeba było trzech sprzedawców, aby sprzedać kawałek mięsa). Jest to jednak ten rodzaj problemu, który konkurencja rynkowa powinna była rozwiązać. Zgodnie z teorią ekonomii, ostatnią rzeczą, jaką nastawione na zysk przedsiębiorstwo będzie robić, jest wydawanie pieniędzy na pracowników, których tak naprawdę nie potrzebuje. A jednak, w jakiś dziwny sposób, dzieje się tak cały czas.

Gdy korporacje uruchamiają coraz to nowsze programy bezwzględnych i masowych zwolnień, dotykają one zawsze grupy, które faktycznie odpowiedzialne są za wytwarzanie, przemieszczanie, naprawianie czy choćby podtrzymywanie rzeczy w ruchu. Wskutek tajemniczej alchemii, której nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, w tym samym czasie rośnie liczba ludzi opłacanych jedynie za przekładanie papierów; coraz więcej tego typu zatrudnionych, podobnie jak w Związku Radzieckim, formalnie pracuje 40 czy nawet 50 godzin tygodniowo, jednak efektywny czas ich pracy równa się co najwyżej 15 godzinom, dokładnie tak, jak przepowiedział to Keynes. Resztę ich czasu pochłania natomiast uczęszczanie bądź organizowanie seminariów motywacyjnych, aktualizacja profili na Facebooku czy ściąganie seriali.

Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (przypomnijcie sobie tylko, do czego doprowadziło zbliżenie się do takiego stanu rzeczy w latach 1960.). Z drugiej strony, poczucie, że praca jest wartością moralną samą w sobie i że każdy, kto nie chce przez większość czasu być podporządkowanym jakiemuś rodzajowi związanego z nią rygoru, nie zasługuje na cokolwiek – jest wyjątkowo dla owej klasy wygodne.

Gdy zastanawiałem się nad wyraźnie niekończącym się wzrostem liczby obowiązków administracyjnych w brytyjskiej edukacji wyższej, dotarło do mnie, że to może być jedna z urzeczywistnionych wersji piekła. Piekło jako zbiór jednostek, które spędzają większą część swojego czasu w pracy, na zadaniach, które ani lubią, ani są w nich dobre. Powiedzmy, że zostały zatrudnione, bo były świetnymi stolarzami, a po jakimś czasie odkryły, że oczekuje się od nich, aby przez większość czasu smażyły ryby. W dodatku zadanie, którym się zajmują, tak naprawdę nie musi być wykonywane – ostatecznie dość ograniczona liczba ryb musi zostać usmażona. Mimo to, wszyscy ci stolarze zostają tak mocno opętani przez podejrzenie, że niektórzy ich koledzy mogą spędzać trochę więcej czasu na stolarce, zamiast sumiennie obsmażać swój przydział, że zanim ktokolwiek się obejrzy, mamy warsztat wypełniony po brzegi źle przyrządzonymi rybami, ponieważ smażenie ryb to jedyne, czym wszyscy faktycznie się zajmują.

Sądzę, że to całkiem trafny opis dynamiki wartości moralnych w ramach współczesnej gospodarki.

Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że podobne opinie szybko napotkają obiekcje w rodzaju: „A kim Ty niby jesteś, by mówić, które zawody czy miejsca pracy są naprawdę potrzebne? Co to w ogóle jest „potrzeba”? Jesteś profesorem antropologii kultury, to ma być potrzebny zawód?” I z pewnością wielu czytelników tabloidów uzna etat, który zajmuję, za klasyczny przykład marnowania publicznych pieniędzy. I na pewnym poziomie będą to jak najbardziej trafne spostrzeżenia. Nie istnieje coś takiego, jak obiektywna miara społecznej przydatności.

Nigdy nie ośmieliłbym się powiedzieć komuś przekonanemu, że to, co robi, wnosi do świata istotną wartość, że tak naprawdę wcale tak nie jest. Ale co z ludźmi, którzy sami przekonani są o tym, że ich praca jest pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia? Nie tak dawno temu rozmawiałem z przyjacielem z czasów szkolnych, którego nie widziałem, odkąd skończyliśmy 12 lat. Byłem zdumiony dowiedziawszy się, że w międzyczasie został on wpierw poetą, a potem frontmanem rockowej kapeli. Słyszałem nawet kilkakrotnie jego piosenki w radio, nie mając świadomości, że śpiewa je ktoś, kogo znam. Facet był świetny, a do tego pomysłowy i oryginalny. Jego twórczość niewątpliwie wzbogacała i inspirowała wiele ludzkich istnień na całym świecie. Jednak po kilku gorzej sprzedających się albumach kontrakt został zerwany, a on sam, obciążony zobowiązaniami finansowymi i małym dzieckiem, dokonał jak sam to ujął, wyboru niemal domyślnego dla ludzi żyjących bez celu: zaczął studiować prawo. Dziś jest prawnikiem w jednej z czołowych nowojorskich firm i nie miał najmniejszych oporów, by oświadczyć mi, że uważa swoją pracę za kompletnie bez znaczenia, nie wnoszącą absolutnie niczego oraz że jego zawód tak naprawdę w ogóle nie powinien istnieć.

Jest wiele pytań, które można zadać w takiej sytuacji, zaczynając od tego, co mówi o naszym społeczeństwie fakt, że generuje ono wybitnie niskie zapotrzebowanie na utalentowanych poetów i muzyków, ale za to nieskończone na prawników korporacyjnych? (Odpowiedź: gdy 1% populacji rozporządza większością bogactwa, to co nazywamy „rynkiem” odzwierciedla to, co ów 1%, i nikt inny, uzna za potrzebne czy ważne.) Co więcej, pokazuje nam to, że większość ludzi wykonujących podobne prace jest świadoma ich bezsensowności. To by się zgadzało: nie jestem pewien, czy kiedykolwiek poznałem prawnika korporacyjnego, który nie uważałby swojej pracy za idiotyzm. To samo odnosi się praktycznie do wszystkich wspominanych wcześniej gałęzi gospodarki. Mamy całą klasę opłacanych specjalistów, którzy, jeśli spotkasz ich na przyjęciu i zwierzysz się z wykonywania jakiegoś zawodu, który może uchodzić za interesujący (jak antropolog kultury, dajmy na to) – nie będą chcieli powiedzieć nawet słowa o własnej pracy. Daj im trochę wypić, a dodatkowo zaczną wygłaszać tyrady na temat tego, jak głupi i bez sensu jest w istocie ich zawód.

Mamy tutaj do czynienia z przemocą psychologiczną o głębokich skutkach. Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia? Swoisty geniusz naszego społeczeństwa polega między innymi na tym, że jego władcy zorientowali się, że owe negatywne emocje należy odpowiednio ukierunkować. Tak, jak miało to miejsce w przypadku smażących ryby stolarzy, najlepiej wycelować go w ludzi, którzy usiłują wykonywać faktycznie coś znaczącą pracę. Na przykład: panuje generalna zasada, że im bardziej, obiektywnie patrząc, jakaś praca jest pożyteczna dla ogółu, tym mniej należy za nią płacić. Obiektywna miara jest raczej trudna do określenia, lecz dość prostym sposobem na ustalenie, czy dana profesja jest pożyteczna, jest zadanie sobie pytania: co by się stało, gdyby wszyscy ludzie wykonujący dany zawód po prostu zniknęli? Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, śmieciarzach czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne. Świat bez nauczycieli czy magazynierów miałby nie lada kłopoty i nawet bez pisarzy science fiction czy muzyków ska byłby zwyczajnie mniej wartościowym miejscem. Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni (wielu podejrzewa, że stan rzecz znacząco by się wówczas poprawił). Mimo tego, nie licząc garstki wyjątków, jak lekarze – cieszący się dobrą opinią, a jednocześnie wysoko wynagradzani – wspomniana zasada ma się zaskakująco dobrze.

Jeszcze bardziej przewrotny wydaje się fakt, że w mniemaniu ogółu najwyraźniej wszystko jest tak, jak być powinno. To jeden z sekretów sukcesu prawicowego populizmu. Możecie to zobaczyć na własne oczy, kiedy tabloidy szczują społeczeństwo na pracowników metra za paraliż Londynu podczas negocjacji płacowych. Fakt, że pracownicy metra mogą sparaliżować miasto, pokazuje wyraźnie, jak bardzo ich praca jest ważna i potrzebna – i właśnie to tak bardzo denerwuje ludzi. Jeszcze wyraźniej widać to w USA, kiedy Republikanie osiągnęli znaczący sukces w upowszechnianiu niechęci wobec nauczycieli i pracowników fabryk motoryzacyjnych (zamiast, co znamienne, administracji oświatowej czy menedżerów przemysłu samochodowego, winnych problemom), jako posiadających rzekomo rozdęte przywileje i płace. To tak, jakby mówiono im: „Ale wy uczycie dzieci! Albo robicie auta! Macie PRAWDZIWĄ pracę! I macie jeszcze czelność oczekiwać emerytur czy opieki zdrowotnej na poziomie klasy średniej?!”

Jeśli ktoś będzie planował podział pracy idealnie podtrzymujący władzę kapitału finansowego, ciężko mu będzie wymyślić coś jeszcze lepszego. Prawdziwi pracownicy, którzy wytwarzają realne produkty i usługi, są bezlitośnie eksploatowani i uciskani. Reszta natomiast jest podzielona pomiędzy sterroryzowaną warstwę powszechnie wykpiwanych bezrobotnych oraz większą od niej grupę, która zasadniczo otrzymuje wynagrodzenie za nierobienie niczego – na stanowiskach zaprojektowanych w taki sposób, by zajmujące je osoby identyfikowały się z punktem widzenia i wartościami klasy rządzącej (menedżerów, administracji etc.), a zwłaszcza jej emanacji z sektora finansowego, jednocześnie czule pielęgnując niechęć wobec każdego, z którego pracy płyną jasne i niezaprzeczalne korzyści dla społeczeństwa. Oczywistym jest, że system nie został nigdy świadomie zaprojektowany, lecz ukształtował się w ciągu wieku licznych prób i błędów. I to jest jedyne wytłumaczenie, dlaczego – mimo dostępnych możliwości technologicznych – wszyscy nie pracujemy po 3-4 godziny dziennie.

Autor: David Graeber
Tłumaczenie: Michał Michalski
Źródło oryginalne: „Strike!” (lato 2013)
Źródło polskie: Nowy Obywatel
Za: Wolne Media

O AUTORZE

David Rolfe Graeber (ur. 1961) – amerykański antropolog, publicysta i aktywista obywatelski. Obecnie związany z London School of Economics, wcześniej m.in. wieloletni pracownik Yale University (nieprzedłużenie z nim umowy, mimo znaczącego dorobku, stało się to przyczyną międzynarodowych protestów; podejrzewa się polityczny kontekst decyzji). Naukowo zajmuje się m.in. teoriami wartości, jako działacz obywatelski angażował się w protesty przeciwko światowym szczytom ekonomicznym, był też jednym z ważnych inicjatorów ruchu Occupy Wall Street (współorganizował pierwsze protesty w Nowym Jorku, a ponadto, zdaniem magazynu „Rolling Stone”, jest autorem sloganu „Jesteśmy 99%”). Pochodzi z zaangażowanej politycznie rodziny robotniczej, określa się jako anarchista, należy do radykalnej organizacji syndykalistycznej Industrial Workers of the World. Autor m.in. następujących książek: „Toward an Anthropological Theory of Value: The False Coin of Our Own Dreams” (2001), „Fragments of an Anarchist Anthropology” (2004), „Possibilities: Essays on Hierarchy, Rebellion, and Desire” (2007), „Direct Action: An Ethnography” (2009), „Debt: The First 5000 Years” (2011), „Revolutions in Reverse: Essays on Politics, Violence, Art, and Imagination” (2011), „The Democracy Project: A History, a Crisis, a Movement” (2013).

Detroit umiera, zobacz szokujące zdjęcia [FOTO] Miasto wygląda jak po wybuchu bomby atomowej..

Upadek Detroit, mekki amerykańskich liberałów

Amerykańskie miasto Detroit umiera i rozpada się w oczach, i to dosłownie, nie w przenośni. Setki tysięcy ludzi straciły pracę w wyniku upadku przemysłu motoryzacyjnego.

Z miasta wyjechało 1,3 miliona ludzi, obecnie 80% ludności stanowią czarni. 70% morderstw pozostaje niewykryte, zaś na przyjazd policji trzeba czekać minimum godzinę. Wskaźnik przestępstw jest tak wielki, że FBI nazwało miasto „najbardziej niebezpiecznym miejscem w USA”.

Obecnie do Detroit tłumnie napływają Polacy i inni ludzie pochodzący z krajów Bloku Wschodniego, gdyż tam dom można kupić za zaledwie kilka tysięcy dolarów.

detroit 32

detroit 33

US-POPULATION-DETROIT DECAY

Fate Of Detroit's Auto Manufacturers In Question, As Bailout Hangs In Limbo

Detroit Area Economy Worsens As Big Three Automakers Face Dire Crisis

detroit

detroit 2

detroit 3

detroit 4

detroit 5

detroit 6

detroit 7

detroit 8

detroit 9

detroit 10

detroit 11

detroit 12

detroit 13

detroit 14

detroit 15

detroit 16

detroit 17

detroit 18

detroit 19

detroit 20

detroit 21

detroit 22

detroit 23

detroit 24

detroit 25

detroit 26

detroit 27

detroit 28

detroit 29

detroit 30

Modlitwa chłopo-robotnika z dużego miasta XXI wieku

Młodzi, wykształceni, z wielkich miast

„Panie Waldku, jaka jest ta Polska chłopo-robotnicza, tej bandyckiej postkomuny III RP w XXI wieku? Czy coś się zmieniło w mentalności polskiego chłopa przez te minione wieki?

Chłopstwem polskim znowu czas się zająć, gdyż wszystko co nam z 1000-letniej Rzeczypospolitej zostało to sól tej ziemi, czyli chłopstwo pospolite. Na tej notce oczywiście tematu nie sposób zakończyć, a i z nadzieją patrzę w stronę innych blogerów, że do tematu tego się włączą, abyśmy pod różnymi kątami tego zwierza ująć tu mogli.

Na pierwszy ogień reminiscencje z literatury naszej pięknej temat ten rozpoczną. Józef Ślimak, jak niestety tylko niektórzy pamiętają, jest głównym bohaterem powieści Bolesława Prusa, “Placówka”. Był to chłop średniozamożny, posiadał niewielkie gospodarstwo i dziesięć morgów ziemi, które znajdowały się we wsi nad doliną rzeki Białka. Miał on żonę Jagnę i dwóch synów: Jędrka i Staśka. „Był to chłop średniego wzrostu, z szeroką piersią i potężnymi ramionami. Miał twarz spokojną, wąsy krótko podcięte, na czole grzywkę, a z tyłu długie włosy spadające aż na kark. Bardzo lubił palić fajkę” – tak właśnie wyglądał Józef Ślimak. Bohater ten był prostym, zacofanym chłopem, który wierzył w zabobony. Wszystko złe, co spotykało ludzi na ich drodze, odczytywał jako boskie karanie niewiernych. Nie zmieniał swojego zdania na ten temat nawet wtedy, kiedy krzywda spotykała jego, choć miał się za pobożnego. Swój kawałek ziemi uprawiał tak jak jego przodkowie i był przekonany, że to najlepsza metoda.

Nigdy nie starał się wybić ponad społeczność, w której żył, uważał bowiem, że skoro jedni są wójtami i bogaczami, to właśnie tego chce Bóg i nie należy niczego zmieniać. Okazywał więc szacunek stojącym wyżej od niego, ale i tym mniejszym nie dawał się wyprzedzić.

Nazwisko, jakie nosił, doskonale oddawało jego temperament. Nigdy się nie spieszył, jakoś pracował i było dobrze. Potrafił jednak wpadać także w gniew, a wtedy był po prostu nieobliczalny. Potrafił wtedy przeklinać i rzucać, co miał pod ręką – zdarzało mu się także pobić parobka. Jednak tak naprawdę nie był złym człowiekiem i dbał o powodzenie swojej rodziny, kochał żonę oraz synów, chciał niby dla nich jak najlepiej, ale po nim to choćby potop, niech się już synowie dalej martwią. Nigdy nie gardził groszem, imał się różnych prac, byle tylko trochę zwiększyć swoje zapasy finansowe. Nie bał się żadnej roboty i również za to go ceniono. Nigdy nie przehulał zarobku, ale skrzętnie składał i chował „w skarpetę” wszystko, co udało mu się zarobić.

Wierny tradycji nie wzgardził człowiekiem, który przekroczył jego próg. Miał dla takiego zawsze dobre słowo, strawę i miejsce przy piecu. Nie rozróżniał wtedy hierarchii i częstował wszystkich po równo. Prawdziwie kochał ziemię i nie wyobrażał sobie życia innego, niż praca na roli. Walczył o swój dobytek z niespotykaną u niego w innych sprawach zawziętością. I chociaż wokół niego piętrzyły się problemy i narastały trudności, nie zdecydował się na sprzedaż gospodarstwa. Nie cierpiał Niemców, którzy wykupywali pobliskie pola od innych rolników i nie poszedł z nimi na żadne układy. Tego prostego chłopa można byłoby porównać z bohaterem powieści Henryka Sienkiewicza „Szkice węglem”- Rzepą. Ci dwaj chłopi mają wiele wspólnego, gdyż są typowymi przykładami ludzi niewykształconych i zacofanych: „Osiadły z dala od miasta, zapracowany, nie mający czasu na książkę czy gazetę”. To znaczy, że zwykły chłop, mający kawał ziemi i na nim pracujący, po prostu nie miał ani czasu, ani możliwości, by się kształcić i najważniejszym jego problemem był dobry wypoczynek po trudnej pracy.

Największymi wadami Ślimaka było zacofanie oraz brak samodzielności myślenia: “Dziwny był chłop ten Ślimak. NA WSZYSTKIM SIĘ ROZUMIAŁ, nawet na żniwiarce: wszystko zrobił, nawet naprawił młocarnię we dworze; wszystko sobie w głowie ułożył, nawet przejście do płodozmianu na swoich gruntach, ale niczego sam nie ośmielił się wykonać, dopóki go kto gwałtem nie napędził. Jego duszy brakło tej cienkiej nitki, co łączy projekt z wykonaniem, ale za to istniał bardzo gruby nerw posłuszeństwa: dziedzic, proboszcz, wójt, żona – wszyscy oni zesłani byli od Boga po to, ażeby Ślimakowi wydawać dyspozycje, których sam, sobie wydać nie umiał. Był on rozsądny i nawet przemyślny, ale samodzielności bał się gorzej niż psa wściekłego. Miał nawet przysłowie, że: „chłopska rzecz – robić, a pańska – bawić się i rozkazywać innym”. Ten cytat wiele mówi o postaci Ślimaka i o jego poglądach, przedstawia go jako człowieka zupełnie niegłupiego, a nawet zdolnego, ale bardzo niesamodzielnego. Akurat z powodu jego niesamodzielności o ważnych sprawach w rodzinie decydowała jego żona, której Ślimak ślepo ufał, czuł obowiązek spełniania jej woli i na nic się nie odważył bez jej narady. To udowodniła sytuacja, która wydarzyła się, gdy Józef poszedł prosić dziedzica o łąkę, a dziedzic widząc niesamodzielność chłopa, proponuje mu kupienie łąki za szczególnie niską cenę, ale pod warunkiem, że zdecyduje się on natychmiast, nie radząc się z żoną. Ślimak widział w tym jakiś podstęp i nie zgodził się, argumentując swoją decyzję słowami: “- Kiej kupować bez żony, jaśnie panie – to nieładnie…”.

Stosunek Józefa Ślimaka do otoczenia:” Ślimak, który ma silne poczucie własnego interesu i interesu swojej rodziny, NIE CZUJE WIĘZI Z NAJBLIŻSZYM SOBIE ORGANIZMEM SPOŁECZNYM, ze wsią. Żyje właściwie poza nią, OBOJĘTNY NA WSZYSTKO, CO GO BEZPOŚREDNIO NIE DOTYCZY”. Nie ufał on dziedzicowi, chociaż go szanował: „Ale co innego uczcić jaśnie pana, a co innego ufać mu”. Ślimak nie wierzy dworowi z zasady, podejrzewa każdy krok dziedzica, wszędzie dopatrzy jakiejś zasadzki. Był także podejrzliwy wobec kolonistów, ale podziwiał ich umiejętności, sprawność i organizację.

Prus po prostu przedstawia go jako prostego chłopa, zacofanego, stawiającego przed sobą naprawdę nieduże cele i bohatera, który sam tego nie rozumiejąc stawia opór kolonizatorom niemieckim.

Od czasów Bolesława Prusa w mentalności chłopskiej tak niewiele się zmieniło, duża część z nich została musowo przesiedlona do miast, gdzie ktoś musiał przecież obsadzić wakujące miejsca po wytrzebionym przez Hitlera i Stalina mieszczaństwie i inteligencji polskiej. I tak z chłopa, mamy chłopo-robotnika, co to na 300% normy PRL budował, mamy nawet pseudointeligenta, co to reżimowi na uniwersytetach, w sądach i prokuraturach wiernie służył, a dziś jego dzieci, te wykształciuchy wielkomiejskie bez wiedzy, dalej nie mające więzi z najbliższą sobie społecznością, i dalej obojętni na wszystko, co ich bezpośrednio nie dotyczy, znaleźli sobie przewodnika, co to ma za nich IV RP budować. Jak to chcieli zrobić? Ano tak jak w tej ich modlitwie poniżej:

  Modlitwa chłopo-katolika z dużego miasta

Zatem w mentalności panie Waldku, nic się u polskiego chłopa nie zmieniło, chłopu tylko zmieniono środowisko życia, zamiast pracować na roli, siedzi teraz w mieście betonowych blokowisk udając inżyniera, inteligenta, menedżera, polityka, męża stanu, dyrektora, katolika, kosmopolitę, itd.

Nota z 17.10.2011r. Zauważyłem, iż prof. Jaroszewicz odniósł się do tego tematu również

Źródło: http://www.blog.pl/blog-socjologiakrytyczna_blog_onet_pl/2011/02/20/modlitwa-polskiego-chlopo-katolika-z-duzego-miasta/