Reklamy

Tag: kryzys

Upadek globalnych ekosystemów trwa. Liczba masowych pomorów zwierząt rośnie – giną miliardy i rodzą pytania

Upadek globalnych ekosystemów trwa. Liczba masowych pomorów zwierząt rośnie – giną miliardy i rodzą pytania

upadek-cywilizacjiCzytelnik mojej strony napisał:

W tym systemie za uczciwość nic nie ma, w tym systemie z uczciwości i prawdy się szydzi i śmieje, traktuje się ja jako niedojrzałość. Ale to nie wszystko, w tym systemie należy też, będąc psychopatą udawać, że wszystko jest świetnie. Ten świat jest już od dawna skończony, ale brakuje kropki nad „i” w postaci globalnej katastrofy.

Kiedyś rozmawiałem z koleżanką na temat sytuacji na świecie. Popełniłem wtedy ten błąd, że uważałem, iż muszę koniecznie ją uświadomić co do prawdy. Ona w pewnym momencie powiedziała, że wie, że cywilizację czeka za ileś tam lat upadek, ale ją to nic nie obchodzi, bo ona żyje teraz i chce się wyszaleć.

Mało uświadomiony człowiek mylnie zakłada, że kolaps cywilizacyjny, czyli globalny upadek systemowy, nastąpi za 100 czy za 1000 lat. W domyśle przesłanie tego typu myślenia jest proste: „mnie już dawno nie będzie na świecie, więc wolę się zająć tym na co mam wpływ – czyli plotkami, oglądaniem seriali, imprezowaniem i spaniem z kim popadnie„.

A co, jeśli stadium straszliwej niewydolności i powolnego upadku globalnych systemów – ekonomicznych, ekologicznych, politycznych, moralnych, religijnych i innych – właśnie trwa? A co, jeśli te wszystkie wydarzenia rozpoczęły się już dawno temu i właśnie wkraczamy w decydującą ich fazę? Obecnie globalne systemy, które sprawdzały się w poprzednich wiekach, są coraz bardziej niewydolne, a to wszystko toczy się już tylko siłą bezwładu i rozpędu. To znaczy, że każdy już wie, że państwa czekają masowe bankructwa a ekosystemy są w fazie postępującego wymierania. Ale nikt z tym nic nie robi, alternatyw nie ma.

Polecam tłumaczenie artykułu na ten temat, w wykonaniu tłumacza podpisującego się pseudonimem Ex ignorant.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Badanie: Rośnie liczba masowych zgonów zwierząt

Cytuję: „Nie mówimy tu o kilkunastu rybach „zaśmiecających” lokalną plażę. Masowe zgony są pojedynczymi zdarzeniami, które jednorazowo zabijają co najmniej miliard osobników, likwidują ponad 90 procent populacji lub niszczą 700 milionów ton zwierząt – równowartość masy około 1.900 gmachów wielkości Empire State Building.

Według najnowszych ustaleń są one coraz częstsze.

Badanie opublikowane w styczniu 2014 przez Proceedings of National Academy of Sciences jest pierwszym, które sprawdza, czy liczba zbiorowych zgonów rośnie wraz z upływem czasu.

Naukowcy przeanalizowali historyczne zapisy 727 zdarzeń nagłego pomoru od 1940 do 2012 roku i okazało się, że stały się one bardziej powszechne wśród ptaków, morskich bezkręgowców i ryb. Ich liczba nie uległa zmianie w przypadku ssaków, natomiast u płazów i gadów odnotowała spadek.

Choroby, zaburzenia wywołane przez człowieka oraz biotoksyny – jak chociażby spowodowane przez glony czerwone przypływy, które pojawiają się regularnie wzdłuż amerykańskich wybrzeży – to główni winowajcy.

Wielkie pomory mogą trwale zmienić łańcuchy pokarmowe. Zagrażają też m.in. rolniczej działalności człowieka poprzez zakłócenie pracy zapylaczy, takich jak pszczoły.

„Tego rodzaju wypadki są w stanie przekształcić ekologiczne i ewolucyjne trajektorie życia na Ziemi,” napisali autorzy pracy badawczej.

Nie jest jasne, co odpowiada za zwiększającą się częstotliwość występowania chorób i czerwonych przypływów. Prawdopodobnymi przyczynami są zmiana klimatu i degradacja środowiska naturalnego.

Badacze nie wiedzą również, dlaczego istnieje różnica tempa masowych zgonów między grupami zwierząt. Część z nich mogła umknąć uwadze naukowców, co stworzyło wrażenie stałej ich redukcji wśród płazów i gadów.

Jest za to oczywiste, iż brak skoordynowanego zainteresowania uczonych stanowi poważny problem, stwierdzają autorzy badania. „Obecnie większość zbiorowych zgonów prezentowana jest na łamach gazet,” dodają.

Musi nastąpić poprawa monitorowania tych zdarzeń, ponieważ jest to jedyny sposób poznania rzeczywistej skali opresji, w jakiej znalazło się ziemskie życie.

Załamanie populacji europejskich ptaków

Naukowcy oszacowali poziom spadku populacji ptaków w oparciu o dane z 25 krajów dotyczące 144 gatunków.

Europa ma około 421 milionów mniej ptaków niż trzy dekady temu, a obecny sposób eksploatacji środowiska naturalnego nie pozwoli przetrwać wielu pospolitym gatunkom, stwierdzili autorzy analizy opublikowanej w wydawnictwie Ecology Letters (listopad 2014).

Katastrofalna redukcja liczebności spowodowana jest przez nowoczesne metody rolnicze oraz utratę i uszkodzenie siedlisk [wskutek ekspansji przemysłu, miast, sieci drogowej i energetycznej].

„Jest to ostrzeżenie od ptaków w całej Europie,” powiedział Richard Gregory z Królewskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków.

Analiza wykazała, że w przypadku najbardziej pospolitych gatunków – szarych kuropatw, skowronków, wróbli i szpaków – populacje zmniejszyły się o około 90 procent.

Jest to niepokojący trend, ponieważ „mamy do czynienia z grupą przynoszącą ludziom największe korzyści,” powiedział badacz Uniwersytetu Exeter [i przedstawiciel gatunku uważającego się za miarę wszystkiego], Richard Inger. „Znacząca utrata ptaków może być bardzo szkodliwa dla ludzkiego społeczeństwa,” dodał.”

Opracował / źródło polskie: exignorant
Źródło: Liczba masowych pomorów zwierząt rośnie – giną miliardy i rodzą pytania

Reklamy

Neoliberalizm i mieszkaniowa katastrofa. „Tu jest gorzej niż w obozie i durniej niż w psychiatryku”

Neoliberalizm i mieszkaniowa katastrofa. „Tu jest gorzej niż w obozie i durniej niż w psychiatryku”

liberalizm janusz korwin mikkeZapraszam do artykułu poruszającego niezwykle ważną kwestię w Polsce – neoliberalizm, wysiedlenia z mieszkań i eksmisje, brak budownictwa społecznego i socjalnego. Artykuł jest pisany na nieco lewicową modłę. Cytat z tytułu jest autorstwa czytelniczki mojej strony, Gai. Co o nim sądzicie?

W Polsce by kupić mieszkanie, należy wziąć kredyt hipoteczny. Gdyż praktycznie nikogo na mieszkanie nie stać. Czy mamy do czynienia ze spiskiem bankierów i deweloperów? Czy ceny mieszkań w Polsce są absolutnie nierynkowe i permanentnie zawyżane przez mafię deweloperską? Wszystko wskazuje, że tak właśnie jest.

W Polsce nie brakuje mieszkań, bo jak zauważył jeden z analityków wprawnie oceniających rzeczywistość – mamy prawie że milion pustostanów (!). W Polsce brakuje tanich mieszkań, a raczej takich, których ceny odpowiadałyby rynkowym realiom.

Warto dodać tutaj, że jest to kolejny argument za tym, że liberalizm gospodarczy i lansowana przez Janusza Korwina Mikke „niewidzialna ręka wolnego rynku” w świecie realnym w ogóle nie działa. Owszem, jest to pewna teoria, jest to pewna utopia, i gdyby i ludzie i system byli idealni, to być może by to działało dobrze. W realiach życia prawdziwego, gdzie jest tak wiele chaotycznych czynników, nie branych pod uwagę przez tę ideologię, prowadzi to do szeregu patologii. M.in. do zmów cenowych, do powstania mafijnych, potężnych karteli, które za nic mają nie tylko ludzką jednostkę, ale także całe państwa.

Gimbusom, licealistom i studenciakom popierającym Korwina, których przed kapitalistycznym upodleniem i dehumanizacją ratują kanapeczki od styranych życiem rodziców, pragnę powiedzieć jedno. Kapitalizm to inaczej system kastowy jeśli chodzi o zarobki: 1% lub mniej ma ogromną większość bogactw. 5% do góra 10% zarabia jako tako, i tu Korwin Wam wmawia, że jak będziecie zdolni i jak będziecie się uczyć, to załapiecie się do tej „elity”. Z tym, że nie mówi on że cała reszta społeczeństwa – 90% – zarabia grosze i cierpi upodlenie.. Bo taka jest natura tego systemu, matematyka nie kłamie, a prawo zachowania energii ma swoje odbicie również w świecie pieniędzy.

Polecam ciekawe artykuły w temacie:
Nie daj sobie wmówić, że kupno mieszkania (na kredyt) jest dobrą inwestycją!
Polska niewolniczą manufakturą. Pracujemy dłużej i ciężej za niższe pensje
Dlaczego pensje w Polsce są tak niskie? O tym jak NBP sztucznie zaniża wartość złotówki
Kapitalizm to oszukańczy system, który prowadzi do powszechnej biedy
10 polskich kłamstw gospodarczych i społecznych
Hipoteczni kredyciarze: najwięksi naiwniacy naszych czasów. Praca na dwa etaty, depresja, sześciopak piwa.. I tak przez 40 lat
Kapitalizm i polityka: systemy stworzone przez psychopatów

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Prawo do miasta i polityka wysiedleń

Cytuję: „Moda na aktywizm miejski często uważana jest za dobry sposób na odnowienie oddolnej demokracji. W rzeczywistości jednak zjawisko to w niewielkim stopniu łączy się z konfliktami społecznymi w polskich miastach. Ogniskują się one wokół kwestii mieszkaniowej.

Od jakiegoś czasu w centrum debaty publicznej coraz częściej słyszymy sformułowania typu: „ruchy miejskie”, „aktywiści miejscy”, „kongresy miejskie”, „miejskie tezy”, „działania”, „spotkania”, „debaty”, a nawet i „miejskie kampanie wyborcze”. Niestety w większości przypadków w tej modzie na „miejskość” wszelkie kwestie problematyczne dotyczące miast i ich mieszkańców sprowadzają się do galerii handlowych, zieleni, kultury i ewentualnie dróg rowerowych czy deweloperów. Nawet w debacie o czyścicielach kamienic, miejscy aktywiści nie podejmują tematu wysiedleń, zazwyczaj skupiając się tylko i wyłącznie na osądach moralnych zachowań właścicieli. Niczym ksiądz z ambony. W tak postrzeganej „miejskości” pomijana jest analiza kluczowych procesów dla miast i mieszkańców.

Podejmując próbę poszerzenia perspektywy, należy rozpocząć od wskazania, że ogólne zmiany, jakie wystąpiły w Polsce w okresie po transformacji, drastycznie zmieniły zarówno otoczenie ekonomiczne, w którym żyją mieszkańcy miast i działają ruchy społeczne, jak i środowisko polityczne, co wpływa na nowe formy oporu mieszkańców. Aby rozwijać potencjał hasła „prawo do miasta”, jako zawołania użytecznego w działaniu społecznym, nie tylko w budowaniu „miejskiej klasy kreatywnej”, ale jak wskazywał David Harvey – politycznego ideału, musimy najpierw zapytać o to, jakie zmiany są najbardziej kluczowe dla procesów miejskich? I jak one wpłynęły na trajektorię miejskiego oporu? W tym celu niezbędna jest analiza jednego z kluczowych problemów: wysiedleń. Kto za nimi stoi, jaka jest ich skala i co o nich wiemy?

NEOLIBERALNA NARRACJA A WYSIEDLENIA

Neoliberalna polityka zarządzania miastem charakteryzuje się m.in. określoną narracją, której jednym z głównych celów jest utrzymywanie społecznych nastrojów w bezpiecznych ramach. Szczególnie w momentach kryzysowych, czyli wtedy, gdy mieszkańcy coraz bardziej odczuwają negatywne skutki polityk miejskich – np. wskutek wzrostu czynszów, eksmisji czy gentryfikacji. Do uciszania krytyki i oporu skutecznie służy m.in. dyskurs potransformacyjny. Pojawił się zaraz po roku 1989 i nadal jest pielęgnowany. Dzieli on ludzi na ekonomicznie użytecznych i nieużytecznych. A co najważniejsze, tworzy w społecznej świadomości mit, zgodnie z którym gospodarka reguluje się sama, a kryzysy nie występują, lub są czymś wyjątkowym.

Stosownie do tych założeń ci, którym się nie udało, czyli ofiary negatywnych skutków projektu neoliberalnego, są sami sobie winni. Eksmitowani „pasożyci” czyhający na mieszkania socjalne, „nieodpowiedzialne” matki rodzące dzieci mimo ubóstwa, „leniwi” lokatorzy nie płacący czynszu. Ich główny problem, to rzekome niedostosowanie do wymogów transformacji. [1] Ocena i kategoryzowanie ludzi pod kątem przydatności stało się pewnego rodzaju społeczną oczywistością. Kolejnym elementem budowania dyskursu, a co za tym idzie łagodzenia nastrojów krytycznych i dewaluowania głosów oporu, jest brak powszechnej znajomości danych na temat realnych społecznych skutków projektów neoliberalnych. Wysiedlenia nie były jak dotąd tematem jakiejś szczególnej debaty publicznej, oprócz kilku nagłośnionych eksmisji czy przypadków „czyszczenia” kamienic. Jaka jest skala tego zjawiska? Ile wysiedlonych kamienic stoi aktualnie pustych? Te pytania powinny być w centrum uwagi użytecznej społecznie „debaty miejskiej”.

Jeżeli nawet decydenci zdają sobie sprawę z tego, że problem brutalnych i niezgodnych z prawem wysiedleń istnieje i to na dużą skalę, zależy im na tym, by wiedza ta pozostała poza zainteresowaniem opinii publicznej. Mogłoby się bowiem okazać, że przy obecnej strategii władz, nie da się rozwiązać miejskich problemów w perspektywie następnych kilkudziesięciu lat, a sytuacja wymknęła się spod kontroli.

STRATEGIA WYSIEDLEŃ – EKSMISJA I ZASTRASZANIA

Zgodnie z dostępnymi danymi tylko w latach 1995-2012 liczba oficjalnie wniesionych pozwów o opróżnienie lokalu utrzymywała się na mniej więcej stałym poziomie, oscylując pomiędzy 31,2 a 41,2 tys. rocznie. W okresie od 1999-2000 polskie sądy odnotowały najwięcej spraw eksmisyjnych – ponad 40 tys. Według szacunków, ok. 600 tys. pozwów znalazło się w sądach od 1995 r. do dziś. Dotyczyło to przypuszczalnie ok. 1,8 miliona osób. Po wyroku, duża część lokatorów, wyprowadza się sama, jedynie pod presją sądu i procedury administracyjnej. Najbardziej oporni są wysiedlani przymusowo. W omawianym okresie komornicy wykonali ponad 130 tys. eksmisji, z czego w początkowej fazie ok. 70% z nich była wykonywana bez przydziału do lokalu socjalnego. Po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego dot. zakazu eksmisji na bruk, w dalszym ciągu ok. 40% wysiedleń było wykonywanych faktycznie na bruk, czyli do lokali tymczasowych: zdezelowanych hoteli robotniczych, starych baraków, opustoszałych magazynów. Liczba wniesionych pozwów stanowi zatem najbardziej użyteczne źródło wiedzy o wielkości tego zjawiska, gdyż same eksmisje są działaniem ostatecznym.

Dane dotyczące ilości osób wysiedlonych z pominięciem prawa lokatorskiego nie są natomiast ewidencjonowane. Metody te stosują zarówno prywatni właściciele, jak i nawet władze samorządowe. W tym drugim przypadku za przykład może posłużyć Wałbrzych, którego władze odcinały prąd i gaz mieszkańcom. Działanie to miało zmusić lokatorki bloków komunalnych do wyprowadzki. Prywatni właściciele i banki w całej Polsce skorzystali z tej lekcji i poszli śladami co bardziej „nowatorskich” samorządów. Zaczął się rozwijać rynek usług związanych ze skupem roszczeń czynszowych czy zawodowym nękaniem lokatorów. Zastraszani mieszkańcy wyprowadzają się, co odnotowuje się jako tzw. dobrowolne opuszczenie lokalu, choć realnie jest to po prostu wysiedlenie.

BEZ PRAWA DO LOKALU SOCJALNEGO

Asymetria sił pojawia się już w sądzie. Często przeciwko lokatorowi występuje jednym rzędem prywatny właściciel i gmina. Władze lokalne korzystają z tzw. interwencji ubocznej. Podczas rozpraw sądowych o opróżnienie mieszkania, decyduje się często o przydziale bądź nie lokalu socjalnego. Gmina występuje tu w roli strony na prawach tzw. interwenienta ubocznego. Często bez zapoznania się z indywidualną sytuacją osoby czy rodziny, która na drodze sądowej stara się o przydział lokalu socjalnego, składa się po prostu wniosek, by mieszkania tego nie przydzielać. Uzasadnieniem najczęściej bywa brak lokali socjalnych. W wyrokach sądów czytamy wówczas, że gmina lokali nie posiada, więc wnosi o ich nie zasądzanie.

Podejście to ilustruje też wypowiedź Jarosława Pucka, szefa poznańskiego Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych, dla jednego z lokalnych tytułów prasowych: „Korzystamy z tego prawa od około 4 lat, bo nie mamy lokali socjalnych. Robimy tak przy prawie każdej eksmisji, w 99% przypadków stajemy po stronie właścicieli i wnosimy o nieprzyznawanie lokalu socjalnego”. „Pucek dodaje, jak podaje dalej gazeta, że działanie to przynosi realne skutki – jeszcze kilka lat temu prawie przy każdej rozprawie sądy przyznawały prawo do lokalu socjalnego. W tej chwili jest tego dużo mniej”. Zapytany przy okazji innej debaty o skalę zapotrzebowania na mieszkania socjalne w Poznaniu, Pucek stwierdza „jest coraz lepiej, miasto przydziela coraz mniej lokali socjalnych”.

Rzeczywistość zdaje się być zgoła inna, zwłaszcza z perspektywy mieszkańców. Dla przykładu w Poznaniu Urząd Miasta ocenia niedobór mieszkań dla najniżej materialnie sytuowanych rodzin na ok. 2-3 tys. Natomiast zgodnie z danymi szacunkowymi, na które powołuje się Wielkopolskie Stowarzyszenie Lokatorów ta liczba jest o wiele wyższa i może sięgać nawet 10 tys. lokali. Oprócz około 2 tys. rodzin zagrożonych eksmisją i kilkuset osób oczekujących na przydział lokalu, pozostają jeszcze tysiące rodzin mieszkających w przepełnionych substandardowych mieszkaniach. Jednocześnie w Poznaniu połowy lat 90. do 2012 r. wybudowano 832 mieszkania komunalne, co jest kroplą w morzu potrzeb, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt jednoczesnego skurczenia się gminnych zasobów mieszkaniowych o ok. 12 tys. lokali. Bezpośrednią konsekwencją tak prowadzonej polityki miejskiej są kolejne wybuchające konflikty lokatorskie, wzrost czynszów i masowe wysiedlenia.

KTO WYSIEDLA?

Głównymi podmiotami odpowiedzialnymi za wysiedlenia są banki, władze lokalne oraz prywatni właściciele. W Poznaniu kamienica przy ulicy Piaskowej była pierwszym przypadkiem ujawnienia procederu wykupu nieruchomości przez spółki-córki powiązane z NeoBankiem. Opór mieszkańców i zainteresowanie mediów ujawniło skalę zjawiska. Do Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów zaczęli się zgłaszać inni poszkodowani lokatorzy. Już po kilku miesiącach okazało się, że w podobny sposób wysiedlono w Poznaniu kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt kamienic na przestrzeni ostatnich 10 lat. Spekulacje nieruchomościami wytworzyły nowy rynek usług spółek zajmujących się czyszczeniem kamienic. Banki natomiast to finansują.

Kamienica znajdująca się na objętej programem rewitalizacji ulicy Taczaka w Poznaniu, stanowi kolejny przykład wysiedleń, tym razem przez władze lokalne. Budynek opustoszał w efekcie zwyżki czynszów i presji formalnej. Niektórzy z lokatorów mieszkali tam 40 lat. Jedna z kamienic została przejęta przez Urząd Marszałkowski, a lokatorzy otrzymali informację o wypowiedzeniu umów najmu. Ci, którzy mieli lepszą sytuację materialną wyprowadzili się. Zostali najniżej uposażeni: para emerytów i samotna starsza wdowa. Urzędnicy zamiast wsparcia prawnego wybrali inne metody – co jakiś czas dzwonią do lokatorów nakłaniając do dobrowolnego opuszczenia lokalu. Budowanie presji psychicznej, nakłanianie do wyprowadzki w tej sytuacji utożsamiane jest z nękaniem. Urząd Marszałkowski, jako jednostka samorządu terytorialnego chce uniknąć w ten sposób procesu eksmisyjnego, w wyniku którego emeryci mieliby szansę na przydział lokalu socjalnego.

CO DZIEJE SIĘ Z WYSIEDLONYMI?

Nikt w zasadzie nie zajmuje się badaniami na temat tego, jak radzą sobie ze wzrastającą ilością wysiedleń mieszkańcy miast. Z niektórych naszych poznańskich ustaleń wynika, że osoby z wyrokami eksmisyjnymi stanowią prawdopodobnie 1/3 mieszkańców lokali socjalnych. Część w odpowiedzi na wysiedlenia po prostu skłotuje mieszkania, najchętniej należące do gminy, ale bywa, że także lokale prywatne.

Niektórzy korzystają ze wsparcia rodziny, czy znajomych – wynajmując mieszkanie w kilka osób. Tu z kolei dane wydają się wskazywać, iż w przypadku najniżej uposażonych grup, rośnie zatłoczenie. W stolicy Wielkopolski ok. 55 tys. osób (ok. 10% ludności) mieszka w warunkach, gdzie na jedną osobę przypada mniej niż 10 metrów powierzchni użytkowej, przy średniej w Poznaniu 26 metrów kwadratowych, a w miastach europejskich 32 metry kwadratowe.

Na przykładzie Poznania wiadomo też, że wzrasta liczba osób chcących skorzystać z niektórych noclegowni (dziś dysponują one ok. 1500 miejscami). Zgodnie z relacjami pracowników socjalnych, często przyczyną bezdomności jest eksmisja. Wreszcie inni, starzy i schorowani, trafiają do domów pomocy społecznej.

OD DEMONSTRACJI PO SKŁOTOWANIE

Formy oporu przed brutalnymi wysiedleniami są zróżnicowane. Od okupacji urzędów miejskich, barykadowania kamienic, by w ten sposób chronić się przed czyścicielami, przez budowanie wspólnot walki po przejmowanie pustostanów. Oddolnie organizowana pomoc prawna, a także tworzenie koalicji mieszkańców np. ze środowiskami akademickimi i artystycznymi, pozwala pozyskiwać nowe dane, budować narzędzia krytyki niezbędnej do tworzenia alternatywnych narracji i wyjaśnień sytuacji.

W Poznaniu konflikty lokatorskie związane z ujawnieniem procederu „czyszczenia kamienic” stały się przyczynkiem do szerszej diagnozy sytuacji mieszkaniowej. Wiele budynków zostało wysiedlonych przez tzw. czyścicieli. Budynki te mogłyby pełnić funkcje lokali socjalnych, jednak duża część z nich nadal stoi pusta. Konsolidacja mieszkańców podczas organizacji pierwszej demonstracji lokatorskiej, która 20 marca 2012 r. przeszła ulicami Poznania ujawniła skalę tego zjawiska. Co kilkadziesiąt metrów uczestnicy marszu zatrzymywali się pod kolejną wysiedloną kamienicą. Trasa demonstracji wiodła jedną z najbardziej gentryfikowanych i dotkniętych wysiedleniami dzielnicy Poznania – Łazarza.

PO CZYJEJ STRONIE SĄ RUCHY MIEJSKIE?

Opór bezpośredni to także zajmowanie pustych lokali, często motywowane przymusem ekonomicznym. Wyniki badań przeprowadzonych przez grupę badaczy i badaczek związanych z Wielkopolskim Stowarzyszeniem Lokatorów na dwóch osiedlach socjalnych w Poznaniu wskazują, że 1/3 mieszkańców trafiła na osiedle z powodu eksmisji, natomiast co dziesiąty lokator mieszkanie zaskłotował. Najczęściej były to wielodzietne rodziny. Tego typu badania, skupione na wysiedleniach i współtworzone wraz z mieszkańcami ukazują w jaki sposób i ile ludzi jest zmuszonych do zajmowania pustostanów, by zapewnić sobie dach nad głową.

Tym niemniej neoliberalne projekty są nadal ochoczo wdrażane, przy jednoczesnym procesie reform społecznych mających na celu deregulację i zastąpienie systemu opiekuńczego (welfare) systemem zmuszającym do pracy (workfare). Banki nadal dokonują systematycznie masowych przejęć nieruchomości. Nierzadko miejskie programy rewitalizacji, w które wpisuje się też wiele „nowych ruchów miejskich”, sprzyjają spekulacjom cenowym i ostatecznie wysiedleniom. Pojawiają się nie tylko śmieciowe umowy o pracę, ale śmieciowe umowy najmu. Stały się one „śmieciowe” przez brak gwarancji stabilności mieszkaniowej. Jak pokazują opisane przykłady, ochrona praw lokatorskich praktycznie w Polsce nie istnieje, a kolejne grupy są pozbawiane dachu nad głową, a zatem „prawa do miasta”. Mieszkania komunalne zdawały się oferować bardziej stabilne umowy najmu. Jednak resztki zasobów komunalnych prywatyzuje się, co destabilizuje warunki mieszkaniowe. Przybywa więc eksmisji i ludzi realnie bezdomnych, choć niekoniecznie tak ujmowanych w miejskich statystykach.

Koszty śmieciowych umów, zarówno lokatorskich i pracowniczych, ponoszą przeciętnie i najniżej uposażeni, zwłaszcza kobiety, samodzielne matki, osoby starsze, ubogie – to one od lat zajmują pustostany. Całymi rodzinami, bez nazywania swoich działań „projektem miejskim”, odpowiadają w ten sposób na kryzys miast i rosnącą skalę nielegalnych wysiedleń. Temat wysiedleń powinien być w centrum debaty „miejskiej”, a co najmniej nie powinien być w niej pomijany. W innym przypadku tzw. nowe ruchy miejskie i hasło „prawo do miasta” staną się tylko pustymi sloganami, użytecznymi w budowaniu tożsamości przede wszystkim przedstawicieli tzw. klasy kreatywnej i programów wyborczych rządzących.

Autorka: Katarzyna Czarnota
Źródło: Le Monde diplomatique – edycja polska
Za: Wolne Media

PRZYPIS

[1] W tekście pt. „Konstruowanie odmienności klasowej jako urasawianie. Przypadek polski po 1989 roku”, który jest opublikowany na stronie interenetowej „Think Tanku” Feministycznego, Monika Bobako dokonuje wartościowej analizy rasizmu ekonomicznego.

Tajemnice ratowania banków: to przekręt stulecia

Tajemnice ratowania banków: to przekręt stulecia

korporacjeZapraszam do obejrzenia pełnometrażowego filmu dokumentalnego „Tajemnice ratowania banków”. Harald Schumann wyjaśnia krok po kroku, kto tak naprawdę otrzymał te pieniądze. Okazuje się, że nie trafiły one wcale do potrzebujących, ale z powrotem do francuskich czy niemieckich instytucji finansowych, a więc kapitalistycznych spekulantów.

Te instytucje choć źle ulokowały swoje pieniądze, są chronione przez system kapitalistyczny. To tak jak z bankami. Jeśli człowiek źle ulokuje swoje fundusze i zbankrutuje, zostaje zlicytowany i trafia pod most. Zaś jeśli to samo zrobi bank, okazuje się, że nie ponosi on odpowiedzialności, tylko jest ratowany z publicznych pieniędzy. A więc z pieniędzy niezamożnych, nas wszystkich.

Cały kryzys gospodarczy nie jest przypadkiem, ale jest zaplanowaną przez elity operacją drenażu klasy średniej i warstw uboższych. W skrócie, bogactwa w tym systemie mają płynąć w górę, aż do celu ostatecznego, gdy wszelka władza i bogactwa będą skupione w rękach wąskiej grupki ludzi.

Pamiętajmy zawsze o jednym: choć ręka wolnego rynku jest ponoć niewidzialna – to tą ręką zawsze ktoś zakulisowo, w swoich interesach, steruje.

Polecam też film dokumentalny „Zeitgeist: pieniądz rządzi światem” wyjaśniającym wiele na temat dzisiejszej plastykowej ekonomii, dążącej powoli ku katastrofie. Wyjaśnia on, czym jest instytucja kredytu i dlaczego jest tak destrukcyjna dla gospodarki państw. Film ten trwa około dwóch godzin. Poruszona jest także tematyka korporacji i tego, w jaki sposób wpływają na rządy i społeczeństwa.

Polecam też inne wpisy odnośnie nadchodzącego wielkimi krokami kolapsu (peak’ u) cywilizacyjnego. Obecnie funkcjonujące systemy (gospodarcze, polityczne, społeczne, etyczne, religijne, moralne) są straszliwie niewydolne i w bólach odchodzą w przeszłość:
Umierająca przyroda, kapitalizm i opowieści kultury śmierci
Kapitalizm zawsze prowadzi do niewolnictwa, rewolucji i zagłady cywilizacyjnej
Kapitalizm to oszukańczy system, który prowadzi do powszechnej biedy
Kapitalizm: szaleńcza ideologia prowadząca do cywilizacyjnej zagłady
Obłąkańcza kapitalistyczna eksploatacja planety doprowadzi do zagłady biosfery
Producenci AGD i elektroniki tak projektują sprzęt, by szybko się zepsuł! Oto rezultaty „wolnego rynku” czyli kapitalizmu korporacyjnego
Oblicza liberalizmu i wolnego rynku: cywilizacyjny kanibalizm w Grecji [+18]

Autor tekstu: Jarek Kefir
Filmy video: inni autorzy
Proszę o podanie dalej, udostępnienie, itp!

Chcesz wspomóc to co robię i sprawić, by tego typu wpisy pojawiały się z regularną częstotliwością? Aby to zrobić, kliknij tutaj.

 

Czy kapitalizm i „wolny rynek” doprowadzą do III wojny światowej?

Czy kapitalizm i „wolny rynek” doprowadzą do III wojny światowej?

kapitalizmPisałem niedawno o tym, że obecnie następuje, w wielkich bólach, kolaps wszystkich znanych nam systemów, modeli, ustaleń. W świecie XXI wieku, gdzie zmagamy się z coraz większym przeludnieniem, niedoborem wody i żywności, masowym wymieraniem gatunków – są one tragicznie niewydolne. Nie dotyczy to tylko systemów bytowych, ale także tych etycznych, moralnych, duchowych. Są one fałszywe, nie odpowiadają faktom (od dawna, dopiero teraz głośno się o tym mówi), zamiast próbować tłumaczyć świat – robią coś odwrotnego, bo go zafałszowują. Pisałem o tym tutaj (link).

To samo dotyczy kapitalizmu. Obecnie system ten zapętlił się tak bardzo, że niemożliwy jest już dalszy realny wzrost – moment krytyczny został przekroczony. Mamy do czynienia ze specyficzną formą kanibalizmu cywilizacyjnego, gdzie system pożera sam siebie w pewnym miejscu, by wygenerować iluzję wzrostu w innym miejscu.

Kolaps kapitalizmu jest groźny o tyle, że może pociągnąć za sobą zarówno ludzkość, porządek polityczny świata jak i całą biosferę. Która jest już na progu kolejnego masowego wymierania (link). Nie mamy już dokąd uciec, jak to bywało po kolapsach poprzednich, ograniczonych terytorialnie cywilizacji. Obecnie jesteśmy jednym globalnym państwem, podzielonym dla nie poznanki sojuszami (trzy spokrewnione klany kłócą się o prymat władzy) i granicami, z pozorami demokracji i jednym rządem globalnym. O którego obradach informują wszystkie światowe jak i polskie, oficjalne media, plus agencje prasowe – pisałem o tym tutaj (link).

Polecam inne ciekawe artykuły na temat kolapsu kapitalizmu:
Kapitalizm zawsze prowadzi do niewolnictwa, rewolucji i zagłady cywilizacyjnej
Kapitalizm to oszukańczy system, który prowadzi do powszechnej biedy
Kapitalizm: szaleńcza ideologia prowadząca do cywilizacyjnej zagłady
Obłąkańcza kapitalistyczna eksploatacja planety doprowadzi do zagłady biosfery
Producenci AGD i elektroniki tak projektują sprzęt, by szybko się zepsuł! Oto rezultaty „wolnego rynku” czyli kapitalizmu korporacyjnego
Janusz Korwin Mikke popiera faszystowską i ludobójczą ideologię. „To będzie ostateczny koniec dla resztek państwa”
Janusz Korwin Mikke wychowa pokolenie gwałcicieli i psychopatów?
Oblicza liberalizmu i wolnego rynku: cywilizacyjny kanibalizm w Grecji [+18]

Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

__________________________________________________________

Amerykański kapitalizm ponownie w wojennej gorączce

Cytuję: „Gdy kapitalizm jest w kryzysie, zawsze pojawia się bezpośrednie zagrożenie wojną. Historia pokazuje nam, że jest to reguła. Dwa największe pożary w historii, pierwszej i drugiej wojny światowej – które uśmierciły około 80 mln ludzi – były poprzedzone gospodarczą zapaścią w systemie kapitalistycznym.

Ta konstatacja prowadzi do wniosku, że obecna sytuacja w stosunkach międzynarodowych jest bardzo niepokojąca. Amerykańsko centryczny system kapitalistyczny ponownie dławi się z powodu głębokich chorób społecznych jak ubóstwo, bezrobocie, ogromne różnice w dochodach i stagnacja w produkcji.

Ta tendencja, całkiem jak w poprzednich okresach depresji gospodarczej na początku lat 1900 i 1930, zmierza w kierunku wojny jako desperackiego aktu „kreatywnej destrukcji”. Mimo, że racjonalnie i moralnie jest to przewrotne, wojna jednak ma sens logiczny w systemie kapitalistycznym jako sposób na wyzerowanie duszących system sprzeczności. Jest to oczywista deprawacja, z pewnością, ale jest to nieunikniona logika systemu opartego na zysku.

Jak głęboko system kapitalistyczny znowu pogrążył się w kryzysie można wnioskować po liczbie sztucznych miast, które Pentagon buduje w całej Ameryce. Miasta te są wykorzystywane do szkolenia armii USA w technikach walki w warunkach miejskich. Jedno z takich miast było opisywane w mediach jako ostatnio otwarty ośrodek szkoleniowy w stanie Virginia. Ów „Model miasta” był projektowany przez sześć lat, a budowany przez dwa lata, przy całkowitym koszcie 96.000.000 dolarów, według raportu w brytyjskim Daily Telegraph …

Ta placówka Pentagonu, obejmująca 300 hektarów, jest repliką innych miast, które można spotkać w całych Stanach Zjednoczonych. Znajdują się w niej mieszkalne domki z ogrodami, szkoły, miejsca kultu religijnego, stadion sportowy, banki, a nawet pięcio-piętrowa ambasada. Replika miasta została również wyposażona w podziemne metro i dworzec kolejowy, wraz z prawdziwymi, jeżdżącymi pociągami.

Istoty ludzkie są jedyną rzeczą, jakiej w nim brakuje. Nikt faktycznie nie mieszka w tym wojskowym modelu miasteczka w Wirginii, jak i w innych, rozproszonych po całych USA. Te fałszywe ośrodki miejskie mają być używane wyłącznie przez Pentagon do szkolenia piechoty i ćwiczenia ataków śmigłowców w różnych zabudowaniach.

Niektórzy wnikliwi obserwatorzy spekulowali w kierunku bardziej złowrogiego wniosku: amerykańska klasa rządząca przewiduje wstrząsy społeczne, a nawet rewolucję w najbliższych latach, a więc „wojna miejska” jest ćwiczona przez siły zbrojne w związku z awaryjnym planowaniem rządu względem własnych obywateli. W tym scenariuszu, wojska amerykańskie są przygotowane do ataku i zabijania własnych obywateli, a nie domniemanych „terrorystów” w jakimś obcym kraju.

Amerykańska klasa rządząca ma prawo obawiać się potencjalnego buntu wewnętrznego. Nawet oficjalne statystyki nie ukrywają rażącego upadku współczesnego społeczeństwa amerykańskiego. Jak na ironię, sztuczne miasta Pentagonu są budowane lepiej i lepiej obsługiwane niż wiele amerykańskich społeczności w prawdziwym życiu. Pogorszenie podstawowej amerykańskiej infrastruktury społecznej, tj. dróg, mostów, szkół, szpitali, idzie w parze z przewlekłym bezrobociem, biedą i przestępczością.

Amerykanie, nawet wielu z tych zatrudnionych w pełnym wymiarze czasu pracy, coraz bardziej wpadają w biedę, podczas gdy pięć procent ludności gromadzi coraz bardziej obsceniczne bogactwo. Obecnie 46,5 mln Amerykanów z łącznej populacji 311 milionów jest zaliczanych do biedoty. Instytut Polityki Gospodarczej odnotował w ubiegłym roku, że „trendy dochodów i ubóstwa malują ponury obraz” z medianą zarobków amerykańskich pracowników, która spadła o prawie 12 procent w latach 2000 i 2012 na przykładzie pracowników w restauracjach byle jakiego żywienia. Według wyliczeń, połowa wszystkich pracowników w tym sektorze żyje poniżej oficjalnego progu ubóstwa, w wyniku obniżenia płac.

To samo można powiedzieć o innych krajach zachodnich. Wielka Brytania, dla przykładu, została niedawno wymieniona jako największe skupisko miliarderów, z Londynem w którym zamieszkuje więcej bardzo zamożnych osób (rzędu 300 ) niż jakikolwiek innym mieście na świecie. Jednak, podobnie jak w USA, brytyjskie dane dotyczące ubóstwa są na rekordowym poziomie. Jadłodajnie i banki żywności trudno sobie radzą z rosnącymi potrzebami w tej stolicy, w której mieszka największa liczba światowych miliarderów.

Wracając do USA, jest tam ponoć 600.000 osób bezdomnych – podczas, gdy przemysł budowlany jest w stagnacji a całe obszary miast są niezamieszkałe, bo nikt nie może sobie pozwolić na zakup lub wynajem nieruchomości. Amnesty International obliczył, że liczba wolnych domów w USA jest pięć razy większa od liczby osób bezdomnych. Jest to iście mamucia niewydolność kapitalizmu w równoważeniu podaży i popytu.

Spośród bezdomnych w USA, jakieś 60.000, czyli 10 procent wszystkich tych, którzy żyją na ulicach, to weterani wojskowi. Po wykorzystaniu w boju w amerykańskich agresywnych wojnach w Afganistanie, Iraku i gdzie indziej, wielu weteranów powróciło do cywilnego życia jako bezrobotni, wyobcowani z rodziny, psychicznie załamani i uzależnieni od narkotyków, bez dachu nad głową.

A jednak ten sam kompleks wojskowy buduje „modele” miast i miasteczek w całej Ameryce nie po to, aby dać ludziom dach nad głową, ale aby trenować innych w zabijaniu. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyszłym celem mogą być zwykli Amerykanie, w tym weterani, którzy nie mogą dłużej tolerować groteskowej, absurdalnej grabieży społeczeństwa przez władców.

Budowa domów, kościołów, szkół i szpitali jako wojskowych celów do zniszczenia w trakcie ćwiczeń w zestawieniu z tak wielkimi zaniedbaniami w zaspokajaniu ludzkich potrzeb jest z pewnością odrażającym symbolem niepewnych czasów. Kapitalizm, system, który jednoznacznie działa wyłącznie w celu mnożenia prywatnego zysku finansowego, objawia niezdolność do działania i jest zbędny jako organizator życia społecznego. To jest ewidentnie, że nieodwracalnie utknął w martwym historycznie punkcie. Te jest koniec.

Jedynym wyjściem dla ślepej uliczki kapitalizmu jest wybuchowa siła wojny. To właśnie jest przesłanką do oceny kierowanej przez USA zachodniej agresji wobec Rosji, zapoczątkowanej sfabrykowanym kryzysem na Ukrainie, jako alarmująco niepokojących działań, jak również prowokowanie przez USA Chin i ich azjatyckich sąsiadów do sporów terytorialnych, które nie powinny wchodzić w zakres zainteresować i działań Waszyngtonu. System osiągnął więc swój historyczny kres, w którym wojna jest lekkomyślnie brana pod uwagę jako ewentualność. Ale jeśli wybuchnie wojna światowa, tym razem, prawdopodobnie nie zostanie na świecie nic do odbudowy. To jest szaleństwo kapitalizmu i tych, którzy nim kierują – amerykańskiej elity rządzącej.

O ile, oczywiście, ludzie mogą nie przeciwstawią się tej destrukcji poprzez zastąpienie kapitalizmu demokracją, rozsądną i zrównoważoną alternatywą. Socjalizm? Dlaczego nie? Obecnie świat stoi w krytycznym momencie historii.

Cytując niemieckiego dramatopisarza Bertholta Brechta: „Wojna jest skurwysyństwem, ale suka, która ją rodzi, jest znów rozpalona.”

Źródła:

http://www.strategic-culture.org/news/2014/06/09/us-capitalism-on-heat-again-for-war.html
http://interesariusz.neon24.pl

Kult niewidzialnej ręki wolnego rynku to patologia

Wolny rynek – jedyna recepta na rozwój gospodarczy czy groźna utopia?

wolny rynek i neoliberalizm

Utopia o tyle groźna, że czołowi ideologowie wolnego rynku, nie biorą pod uwagę jednego ważnego czynnika. Tym czynnikiem jest psychologia szeroko rozumiana.

Teoria wolnego rynku zakłada, iż producenci sami będą dbać o jakość produktów, bo produktów złej jakości nikt nie kupi. Tymczasem można wyliczyć wiele przesłanek ku temu, że produkty złej jakości, wadliwe, szkodliwe, mogą mieć miliony nabywców.

1. ludzka głupota. Ludziom nie chce się sprawdzać, czytać, kontrolować na przykład tego, co jedzą. Ważne by produkt był smaczny i dobrze reklamowany, to się sprzeda, nawet jeśli jest toksyczny.

2. podatność na reklamę. Każdy mówi że nie jest podatny na kampanie reklamowe, ale gdyby tak było, to korporacje nie wydawałyby setek milionów dolarów na marketing. Reklama to nic innego jak skojarzenie kupienia produktu z pozytywną emocją, bądź skojarzenie nie kupienia produktu z negatywną emocją. A emocje są hałaśliwe i często wybierają pierwsze.

3. pensje. Gdy na danym neokolonialnym obszarze prywaciarze dogadają się z rządem, że mogą płacić swoim niewolnikom grosze, to siłą rzeczy nie będzie ich stać na jakościowe produkty.

4. zmowy cenowe i monopole. Pamiętajmy, że wolny rynek zawsze jest etapem przejściowym. Tym razem etapem do całkowitej monopolizacji i globalizacji rynków zbytu, gdzie kilka, kilkanaście powiązanych ze sobą korporacji, będzie kontrolowało np. większość produkowanej i sprzedawanej żywności.

Autor powyższego wstępu: Jarek Kefir

Portal Jarka Kefira na facebooku:

_____________________________________________________

A teraz artykuł właściwy:

Kult wolnego rynku to patologia

Cytuję: „Będzie pan przepraszał za Ronalda Reagana i jego reaganomikę?

Nie. Ale jest mi wstyd z powodu tego, co wydarzyło się potem.

To znaczy?

Wstyd mi za neoliberalizm. Ten patologiczny kult wolnego rynku, który wprowadził zachodnie gospodarki, w tym USA, na ścieżkę samozniszczenia.

Chwileczkę! Przecież to nie kto inny, tylko Ronald Reagan był ojcem neoliberalizmu! Pan jako jeden z jego najbliższych współpracowników powinien to chyba wiedzieć najlepiej.

Ronald Reagan był ojcem reaganomiki. Była ona dokładnym przeciwieństwem reform neoliberalnych.

To musi pan sam wyjaśnić, bo nikt mi nie uwierzy, jak zacznę opowiadać, co usłyszałem z ust architekta reaganomiki.

My, reaganowcy, przejmowaliśmy władzę na przełomie lat 70. i 80. Był to moment, w którym przestała działać stosowana od lat 30. keynesowska polityka pobudzania popytu. Ekonomiści i politycy działali dotąd według prostego schematu: gdy gospodarka zwalniała i pojawiały się problemy z bezrobociem, to oni zajmowali się pobudzaniem popytu. Starali się, by konsumenci znowu mieli trochę więcej pieniędzy i stymulowali gospodarkę swoimi wydatkami. A gdy ta przyspieszała, powodując ryzyko inflacji, ograniczali popyt.

Aż do momentu, gdy pojawiła się stagflacja. Czyli zabójcza mieszanka recesji, bezrobocia i wysokiej inflacji.

Ten problem trawił Amerykę i Europę przez całe lata 70. Nawet najbardziej zatwardziali keynesiści czuli, że walą głową w mur. Coś musiało się zmienić. A my wymyśliliśmy, na czym ta zmiana ma polegać. To była tzw. rewolucja podażowa.

Czyli?

Już w czasie kampanii wyborczej Reagan powiedział, że problem polega na tym, iż zbyt wiele dolarów goni za zbyt małą ilością dóbr. I to było celne stwierdzenie. Bo pokazywało nasz cel. To znaczy: dość manipulowania przy popycie. Czas zająć się zwiększaniem podaży.

Co konkretnie zrobiliście?

Zaczęliśmy od podatków osobistych oraz od zysków kapitałowych. Obniżyliśmy wszystkie stawki. Tu nie chodzi tylko o to, by ludzie w sumie płacili mniej. Naszym celem było stworzenie takiej sytuacji, w której opłaca się pracować i produkować więcej niż dotychczas. Bo dotąd każdy dodatkowy dolar był opodatkowany na tyle wysoko, że nie warto było pracować więcej. A jak nie pracowano więcej, to było mniej oszczędności i mniej pieniędzy na inwestycje. Logiczny wniosek, że taki system promował bierność zamiast pracy i konsumpcję zamiast inwestycji. Więc myśmy tę sytuację odwrócili. Niższe podatki od wyższych dochodów sprawiały, że brak pracy i konsumpcja stały się nagle bardziej kosztowne. A inwestycje bardziej opłacalne. Keynesistom się to nie podobało, ale gdy zobaczyli, że nasza recepta działa, musieli złożyć broń. Bo nagle amerykańska gospodarka ruszyła z miejsca. Pojawiła się też praca. Dobra, solidna praca dla zwyczajnych Amerykanów. A stagflację udało się w końcu przełamać. I to było nasze wielkie zwycięstwo.

Jak dotąd wszystko było, jak rozumiem, w porządku. A czy pamięta pan moment, w którym zauważył pan, że rewolucja podażowa skręca w niewłaściwym kierunku?

Kłopoty zaczęły się w momencie upadku Związku Radzieckiego. To była kompletna katastrofa dla amerykańskiej gospodarki.

Nie wierzę. Reaganowiec żałuje zwycięstwa w zimnej wojnie.

Kiedy to prawda! Wraz z upadkiem ZSRR dotychczasowe reguły gry wywróciły się do góry nogami. I nie mówię tu tylko o sytuacji geopolitycznej. Chodzi przede wszystkim o gospodarkę. Chcąc nie chcąc, reszta świata musiała bowiem ugiąć kark przed zwycięzcą. I otworzyć się na zachodni kapitał, udostępniając mu ogromne zasoby swojej niesamowicie taniej siły roboczej. Choćby w komunistycznych Chinach czy socjalistycznych Indiach. Towarzyszyło temu powtarzane jak mantra przekonanie, że nie ma alternatywy dla zachodniego kapitalizmu. Amerykańskie korporacje musiały z tej okazji skorzystać. Szybko zauważyły, że neoliberalizm daje im niesamowite możliwości maksymalizacji zysków. Czyli również maksymalizacji premii dla najwyższej kadry menedżerskiej. To był bezlitosny proces, bo nawet gdyby amerykański biznes nie chciał uciekać z kraju, to i tak zostałby do tego… zmuszony.

Zmuszony? Przez kogo?

Przez Wall Street. Bo inwestorzy powiedzieli do firm: zobaczcie, tam są niesamowite szanse na krociowe zyski. Nadal ich nie widzicie? To my zaraz pójdziemy do waszych konkurentów i sfinansujemy im przejęcia waszego biznesu. Więc i tak wasze firmy trafią do Chin. Ale już niestety bez was na pokładzie. Więc lepiej zróbcie to, co wam mówimy! Ta presja działała również w branżach, które z pozoru nie podlegają outsourcingowi. Weźmy sieci handlowe takie jak Wall Mart. One mogły postawić swoich dostawców przed dosadnym ultimatum. Stawki w Chinach są takie i takie. Chcecie, żebyśmy zostali z wami? To zbliżcie się do ich poziomu! W ten sposób nakręcał się ten piekielny wyścig do samego dna.

Zaraz, przecież to powinno pana cieszyć! Czy reaganowcy nie twierdzili, że rynek najlepiej alokuje zasoby?

To nie tak. Dla nas rynek nigdy nie był celem samym w sobie. On miał być drogą do osiągnięcia pewnych celów. Już panu mówiłem, że w naszym wypadku tym celem było odtworzenie amerykańskich miejsc pracy, które zabijała stagflacja. Chcieliśmy wprowadzić do gospodarki zasadę, że firmy walczą o uzyskanie przewagi konkurencyjnej. A nie przewagi absolutnej. Powtarzam, to nie miał być wyścig do samego dna!

Jaki był skutek tego wyścigu?

Pamiętam, że przyglądałem się wtedy regularnie miesięcznym statystykom dotyczącym amerykańskiego rynku pracy. I patrzyłem ze zgrozą, jak na moich oczach znikają solidne miejsca pracy w sektorze produkcji, potem w usługach biznesowych, projektowaniu, logistyce, badaniach. Czyli wszystkich tych dziedzinach, w których pracę znajdowali kiedyś absolwenci amerykańskiego systemu edukacyjnego. To przecież były dokładnie te miejsca pracy, o których stworzenie walczyła reaganomika! I to przez nie wiodły tradycyjne ścieżki awansu społecznego w amerykańskim społeczeństwie. A więc to, z czego Ameryka była przez dziesiątki lat taka dumna i na czym opierał się ten słynny „amerykański sen”. Bez nich USA nie są już krajem obietnicy wielkich nieograniczonych możliwości. To się skończyło. Globalizacja i niczym nieograniczona swoboda kapitału prowadzą więc w prostej konsekwencji do skostnienia relacji społecznych. W praktyce dobrą pracę mogą więc dostać tylko ci, którzy wywodzą się z dobrych rodzin. Natomiast ci na dole z coraz większym prawdopodobieństwem na tym dole pozostaną. Podobnie jak ich potomkowie. Smutne, ale prawdziwe.

A nie jest tak, jak przekonują zwolennicy wolnego rynku? Że globalizacja, owszem, niszczy stary porządek, ale w jego miejsce buduje nowy i lepszy.

Bzdura. Wystarczy rzut oka na statystyki. Owszem, w ciągu ostatnich dwudziestu lat w USA pojawiły się nowe stanowiska pracy. Ale głównie w najsłabiej płatnym segmencie usług. Wśród kelnerów, sprzedawców, barmanów albo sprzątaczek. I owszem, profity z globalizacji też się pojawiły. Ale zgarnął je wielki biznes. A rachunek został wystawiony i przesłany rodzimej sile roboczej. I dlatego wszędzie zasada jest taka sama. Im bardziej neoliberalna gospodarka, tym wyższy poziom bezrobocia. Według najnowszych statystyk 40 proc. amerykańskiej populacji zarabia mniej niż 40 tys. dol. rocznie. A granica biedy w tym kraju to jakieś 24 tys. 3 proc. populacji w ogóle nie ma pieniędzy na żadne wydatki prócz pokrycia najbardziej podstawowych potrzeb. Oni właściwie nie uczestniczą w obrocie gospodarczym i są na dodatek potężnie zadłużeni. Rosną tylko dochody absolutnie najbogatszych. Tego symbolicznego już jednego procentu. Tylko czy to jest powód do radości w rzekomo najbogatszym i najpotężniejszym gospodarczo kraju na ziemi? Przecież w tej sytuacji nie ma absolutnie żadnych szans na ożywienie gospodarcze. Bo skąd ono ma się wziąć?

Ale tak z ręką na sercu. Kiedy zaczął pan dostrzegać te wszystkie procesy? Jeszcze przed wybuchem obecnego kryzysu czy już po nim?

Pisałem o tym już w latach 90. Kiedy zacząłem dowodzić, że outsourcing to przekleństwo, pierwszą reakcją były zaprzeczenia. Mówiono, że tak wygląda przyszłość, że trzeba się dostosować i że nie ma alternatywy. Niestety, obecny kryzys tylko potwierdził te czarne scenariusze. USA mają dziś najwyższe od lat bezrobocie. A i tak te statystyki są mylące, ponieważ nie biorą pod uwagę ludzi, którzy porzucili poszukiwanie stałej pracy, chwytając się prac dorywczych, niedających im żadnego bezpieczeństwa.

Pytam o kryzys, bo jak się szuka praprzyczyn jego wybuchu, to można znaleźć wiele tropów prowadzących do was, reaganowców. To wy jako pierwsi rzuciliście przecież hasło, że gospodarkę trzeba deregulować.

To, co mieliśmy na myśli, mówiąc o deregulacji, z dzisiejszej perspektywy wydaje się trudne do uwierzenia. Nam chodziło raczej o eliminację tej całej niepotrzebnej papierkowej roboty dla biznesu. Zwłaszcza dla przedsiębiorców drobnych i średnich. Zapewniam pana, że absolutnie ostatnią rzeczą, jakiej chcieliśmy, była deregulacja systemu finansowego. Nie przypominam sobie ani jednej rozmowy na ten temat z czasów, gdy pracowałem w Departamencie Skarbu. Ani jednej! Owszem, były pewne kosmetyczne zmiany (czasowa zmiana regulacji Q – red.). Ale jedynie jako reakcja na politykę monetarną szefa Fed Paula Volckera. Jeśli szukać autorów liberalizacji amerykańskiego sektora finansowego, to trop wiedzie tutaj wprost do dwóch nazwisk.

Po pierwsze, demokrata Bill Clinton.

Tak jest! Weźmy słynną ustawę Glassa-Steagalla z lat 30., którą uchwalono po to, żeby ukrócić poziom spekulacji i pokusę nadużycia na rynkach finansowych. W 1999 r. za czasów Clintona to prawo zostało ostatecznie zmienione. Od tamtej pory każdy bank mógł zacząć działać w branży inwestycyjnej i używać depozytów swoich klientów do finansowania nawet bardzo ryzykownej działalności.

A potem nastał republikanin George W. Bush.

I deregulacyjne szaleństwo ruszyło pełną parą. Już na samym początku jego administracja zniosła regulacje derywatów (czyli instrumentów pochodnych, np. kontraktów terminowych albo swapów – red.) znajdujących się w obrocie pozagiełdowym. Potem bushowcy zdecydowali, że w ogóle nie interesuje ich ograniczanie działalności spekulacyjnej. I tak zmienił się świat finansów. Bo jeszcze w latach 80. operacje o charakterze czysto spekulacyjnym szacowane były na jakieś 15 proc. rynku. A dziś w wielu dziedzinach dominują. Kulminacją tej orgii zniszczenia było zniesienie wszelkich ograniczeń dotyczących relacji długu do kapitału. Banki mogły więc lewarować jeszcze bardziej niż dotychczas.

Trudno mi uwierzyć w to, co słyszę. Głównie dlatego, że bushowcy chętnie i często odwoływali się do dziedzictwa Reagana.

Nazywanie polityki bushowskiej kontynuacją reaganomiki to wielkie i nieuprawnione nadużycie. Po pierwsze, bushowcy dopuścili do tego, że z Ameryki uciekły najlepsze miejsca pracy dla klasy średniej, a wszystkie zyski z tego tytułu trafiły do najbogatszych korporacji. W tej sytuacji nie zadziałają już żadne obniżki podatków czy ułatwienia dla przedsiębiorców. I ta banda chciwych republikanów to wiedziała! Po drugie, nawet ich reformy podatkowe były sprzeczne z duchem reaganomiki. Bo oni podatki obniżyli. Ale tylko dla najbogatszych. Twierdząc na dodatek, że to jest ekonomia strony podażowej. Nonsens! Ale największą zbrodnią tamtej administracji była ich durna imperialna polityka zagraniczna.

Sądziłem, że to by się Reaganowi spodobało. Wojna z terroryzmem jako kontynuacja wojny z radzieckim imperium zła.

Dokładnie odwrotnie! Uważam, że nie tylko w gospodarce upadek ZSRR okazał się dla naszego kraju kompletną katastrofą. Brak przeciwwagi doprowadził do tego, że amerykańskie elity polityczne poczuły się po prostu bezkarne. Zaczął się etap hegemonicznej dominacji Stanów Zjednoczonych. Na jej potrzeby wymyślono sobie papierowego wroga w postaci rzekomego terroryzmu islamskiego. Rozdmuchano jego znaczenie, by uzasadnić wiele haniebnych posunięć. To był dramat nie tylko dla nas, ale i dla całego świata. Również dla kilku dużych krajów muzułmańskich. Taka inwazja na Irak nigdy nie miałaby miejsca, gdyby istniał Związek Radziecki.

Wróćmy do gospodarki. Mówi pan o zwycięstwie ideologii wolnorynkowej. Dlaczego właściwie ona wygrała? Dlaczego amerykańskie elity i społeczeństwo uwierzyły, że rynki same się uregulują?

Przyczyna jest prozaiczna. Wielki kapitał, a zwłaszcza sektor finansowy, zainwestował wiele w to, by do globalizacji dorobić opowieść pod tytułem „To jest w interesie każdego z nas. Nikt na niej nie straci, a wszyscy zyskają”.

Jak to zrobili?

Pieniędzmi. Wielki kapitał po prostu kupił sobie amerykańską klasę ekonomiczną. Uczynił z niej swoich lobbystów. Stworzył sieć grantów badawczych, think tanków. Niektórzy ekonomiści przechodzili wręcz do biznesu, zasiadając w zarządach spółek finansowych. Ekonomia w latach 90. i na początku XXI wieku przestała być nauką. Stała się propagandą.

Brzmi to jak jakaś teoria spiskowa.

To nie ma nic wspólnego ze spiskiem. To przejaw degeneracji amerykańskiego życia publicznego. Ameryka stała się państwem lobbingowym.

Lobbing to część demokracji.

Tak. Ale może też przemienić się w jej śmiertelne zagrożenie. W USA kampanie wyborcze są finansowane z datków prywatnych. Kilka lat temu Sąd Najwyższy tylko to utwierdził, uznając, że prawo do wspierania kampanii wyborczych przez korporacje nie może być ograniczone. Bo byłoby to – uwaga, uwaga – naruszenie ich „prawa do wolności wypowiedzi”. W efekcie nie mamy więc dziś żadnych ograniczeń na tym polu. I efekt jest taki, że korporacje w majestacie prawa mogą kupować sobie wybory oraz rządy.

Bez przesady.

Mówię to poważnie jako emerytowany waszyngtoński insider. W Stanach niezależnie od politycznego rozdania rządzi więc kilka potężnych organizacji lobbystycznych. Najważniejsza z nich to Wall Street, a więc banki i instytucje finansowe. Drugą jest sektor militarny oraz bezpieczeństwa. Wyjątkowo groźny dla reszty świata, co pokazały wypadki sprzed dekady. Trzeci blok to potężne lobby izraelskie. Potem jeszcze lobby górniczo-naftowe. Szczególnie wpływowe od czasów George’a W. Busha, który postawił wielu nafciarzy na czele powiązanych z rządem ogranizacji zajmujących się środowiskiem. Na tym przykładzie dobrze widać, jak działa ta „neoliberalna deregulacja”. To znaczy nafciarze w imieniu rządu regulują swój własny sektor. I niech pan zgadnie, w którym kierunku to regulują! Oczywiście robią to w taki sposób, żeby większa część kosztów ich działalności została przerzucona na innych. W tym przypadku na środowisko.

W ten sposób ich produkty mogą być śmiesznie tanie. A sektor bankowy? Dokładnie ta sama historia. Pozwolono bankom w imię wolności rosnąć do rozmiarów, gdy stały się zbyt duże, by upaść. I teraz rząd musi je ratować za każdym razem, gdy wpadną w kłopoty. I to nie tylko poprzez bailouty. O wiele częściej odbywa się to w sposób dużo bardziej zakamuflowany. Przez dłuższy czas Fed musiał wpuszczać w gospodarkę ciężkie miliardy dodatkowych dolarów. W efekcie na Wall Street panuje niespotykana hossa. A realna gospodarka jak tkwiła, tak tkwi w kłopotach. Na rynek wewnętrzny to się w ogóle nie przekłada. To nie jest żadna deregulacja. To jest samoregulacja.

Gdy się tego słucha, to aż trudno uwierzyć, że Amerykanie nie wyszli jeszcze masowo na ulice.

Szczerze? Bo nie ma w tym kraju żadnych wolnych mediów.

Aż tak?

Rynek medialny to również rynek. I jego nie ominęły wielkie procesy konsolidacji kapitału z ostatnich dwóch dekad. Mieliśmy kiedyś w Ameryce tysiące niezależnych od siebie tytułów. Wzajemnie się uzupełniających i niezależnych. I to był prawdziwy pluralizm. Dziś całe amerykańskie media są skoncentrowane w mniej więcej pięciu kluczowych megakoncernach. Wiem, co mówię, bo współpracowałem kiedyś blisko z „Wall Street Journal”. Dziś ten szacowny tytuł należy do… megakoncernu Ruperta Murdocha. Tymi tytułami nie rządzą już dziennikarze, tylko specjaliści od marketingu i reklamy. Zniknął też słynny mur oddzielający pion biznesowy od merytorycznego. Rząd zaś zabezpiecza się przed nadmierną krytyką ze strony tych tytułów, kontrolując system licencji na nadawanie. Jeśli pan nie wierzy, mogę dać przykład.

Proszę.

Jeszcze w latach 70. media były w stanie zmusić do rezygnacji prezydenta Richarda Nixona. I to za co? Bo kręcił, w którym właściwie momencie dowiedział się o mało istotnym włamaniu do siedziby partii demokratycznej. Z którym – dodajmy – nie miał nic wspólnego. Trzy dekady później prezydent George Bush rozpoczyna wojnę, opierając się na kłamstwie dotyczącym broni masowego rażenia. Dość szybko wszyscy się orientują, że on kłamie. W Iraku nie ma żadnej broni. I co się dzieje? Nic. Absolutnie nic. Podobnie jest teraz. Amerykańskie służby naruszają własne prawa, a nawet łamią konstytucję USA, stosując tortury i podsłuchując całą resztę świata. I znów nikomu nawet włos z głowy nie spada. Przecież Obama powinien być za to wszystko pociągnięty do odpowiedzialności. Jest chyba tylko jedno przestępstwo, które może w tym kraju złamać karierę polityka.

Chyba się domyślam…

Oczywiście skandal seksualny. Jeśli masz żonę i idziesz do łóżka z inną kobietą, to wypadasz z gry. W innym wypadku potężne siły nie dadzą ci zginąć. Oczywiście dopóki robisz to, co ci każą.

Paul Craig Roberts, amerykański ekonomista uważany za jednego z twórców reaganomiki, w latach 1981–1982 zastępca sekretarza skarbu USA. Wykładał później na wielu czołowych amerykańskich uczelniach. Ceniony również jako publicysta i autor kilkunastu książek, m.in. słynnej „The Supply Side Revolution: An Insider’s Account of Policymaking in Washington” („Rewolucja podażowa. Wspomnienia waszyngtońskiego insidera”) z roku 1984. Jego ostatnia książka to „The Failure of Laissez Faire Capitalism and Economic Dissolution of the West” („Upadek kapitalizmu leseferystycznego i ekonomiczna dezintegracja Zachodu”).”

Źródło:

Rafał Woś

gazeta prawna.pl

Kult wolnego rynku to patologia. Neoliberalizm prowadzi do samozniszczenia – wywiad z Paulem Craigiem Robertsem, 31 stycznia 2014

http://pracownia4.wordpress.com/2014/02/07/kult-wolnego-rynku-to-patologia/#more-8132

Największa fala kryzysu wciąż przed nami! „Nastąpi całkowita zmiana systemu monetarnego”

Kryzys gospodarczy na świecie dopiero będzie!

Polecam też inne wpisy odnośnie ekonomii i gospodarki na blogu Jarka Kefira:
III RP upada kawałek po kawałku? Komornik zajął całą gminę
Europa wchodzi w najpotężniejszy od ponad prawie 60 lat kryzys
Co dało Grecji członkostwo w tzw. zjednoczonej Europie?
UE do Tuska: gigantyczny skok na OFE nic nie da, deficyt i tak nastąpi
Opodatkowanie pracy w Polsce to aż 69%. Gdzie się podziewają te pieniądze?

Fan Page mojego bloga na FB:

Kryzys to dopiero będzie!

kryzys gospodarczy banki

Cyt. „Wszystko wskazuje na to, że do 2020 roku będziemy mogli obserwować powstanie nowego systemu monetarnego. Zmiana takiego systemu następuje najczęściej co 3, 4 dekady. Poprzednia odbyła się w 1971 roku, kiedy ówczesny prezydent USA zniósł parytet złota. Jeśliby po kryzysie gospodarczym roku 2008 zniesiono obecny system, to powyższa norma statystyczna zostałaby zachowana. Jednak stało się coś niespodziewanego – system ten został sztucznie i wbrew logice, reanimowany ogromnymi ilościami zamrożonych transferów, i obecnie rozkłada się na naszych oczach..

Każda taka zmiana rodzi niesamowite konsekwencje, tak dla poszczególnych indywidualności, jak i dla całych narodów. Jednam zmiany mają to do siebie, że dla ludzi niekumatych „następują”, zaś dla ludzi obeznanych z zakulisowymi grami – „zachodzą”. Większość społeczeństwa żyje z dnia na dzień. W realiach, gdy wczorajszy komentarz na facebooku to wręcz „prehistoria”, a ludzie są podenerwowani gdy kilka chwil nie odpisujesz na wiadomość SMS, naprawdę niewielu podejmuje się trudu poszukiwania w historii. A to w tej dziedzinie wiedzy najszybciej można znaleźć wyjaśnienie tego, co zachodzi w dzisiejszym świecie.

Wiadomo, że zmiana tego systemu monetarnego, to nie kwestia zadania sobie pytania: „czy to nastąpi?” ale: „kiedy to nastąpi”. Ta zmiana wykaże duży wpływ na Twoją codzienność, i to obojętnie czy Ci się to podoba czy nie (mniemam, że nie..) i czy interesujesz się sprawami ekonomii i gospodarki, czy nie. Jeśli chcemy zrozumieć skalę przemian i ich następstwa, musimy sięgnąć do wieków minionych, do historii. I to bardzo daleko, bo aż tysiące lat temu..

Wszystko zaczęło się w latach 680-630 p.n.e. w Lidii, historycznej krainie w Azji Mniejszej. Wtedy to po raz pierwszy pieniądz (złoto) zyskał jedną z najważniejszych cech waluty, czyli zamienność (więcej o tym: http://thespinningtopblogger.wordpress.com/2013/11/10/waluta-a-pieniadz/). Mieszkańcy Lidii wpadli na genialny w swej prostocie pomysł, na który nie zdołali wpaść Egipcjanie. Z grudek złota, które miały różny rozmiar i wagę, co utrudniało handel, zaczęli bić monety o tej samej wadze i rozmiarach. Pomysł chwycił, a gospodarka Lidii rozkwitła.

Złote monety bardzo szybko dotarły do Aten. Dzięki nim Ateńczycy stali się pierwszym społeczeństwem z w pełni funkcjonalnym systemem podatkowym i wolnym rynkiem. Pociągnęło to za sobą bezprecedensowy dobrobyt, dynamiczny rozwój gospodarczy i kulturowy oraz ekspansję militarną. Gdyby nie ten prosty pomysł, być może nie uczylibyśmy się dziś w szkołach o Atenach jako kolebce filozofów i demokracji.

Dlaczego zatem tak piękny okres w historii ludzkości zakończył się upadkiem społeczeństwa, które stawiamy sobie za wzór i które stworzyło podwaliny naszego obecnego systemu? Stało się tak głównie przez chciwość i wojnę. W pewnym momencie Ateńczycy wdali się w konflikt ze Spartą. W trakcie tego konfliktu stracili dostęp do swoich kopalni złota, a musieli płacić żołnierzom walczącym daleko poza granicami kraju. Przez to liczba monet w obiegu w samych Atenach sukcesywnie się zmniejszała, co powodowało deflację. Aby zrekompensować niedobór monet w obiegu, około roku 434 p.n.e. Ateńczycy zaczęli dewaluować złote monety, dodając do nich miedź. Wystarczyło je przetopić i dodać powiedzmy 50% miedzi. Wtedy z 1000 monet robiło się 2000. Procent miedzi w złotych monetach bitych przez Ateńczyków oczywiście stopniowo się zwiększał…

Początkowo ludzie nie zauważali różnicy. Moneta to przecież moneta. Dziś też większość z nas nie zastanawia się, co jest np. w kurczakach z KFC – kurczak to kurczak. Ale z czasem Ateńczycy zorientowali się, że część monet ma niższą wartość. Zaczęli zatrzymywać te najcenniejsze dla siebie, a wydawać miedziaki. Zadziałało Prawo Greshama (gorszy pieniądz wypiera lepszy). W latach 431-404 p.n.e. monety ze 100% zawartością złota stopniowo wychodziły z obiegu. Nagle okazało się, że za jedną złotą monetę trzeba było dać kilkanaście miedziaków. Wtedy to złoto po raz pierwszy miało swoją cenę. Jak to się skończyło? Pierwszą w historii hiperinflacją, która sprawiła, że w 404 r.p.n.e. Ateny poddały się Sparcie…

W takich momentach najbardziej lubię pytania w stylu: „Ale co mnie to obchodzi?” :-) . Ano powinno, bo dziś robimy dokładnie to samo, co Ateńczycy tysiące lat temu, tyle że w nieco innej formie. Prawo Greshama działa i jest bodaj bardziej aktualne niż kiedykolwiek wcześniej. Ludzie dziś chętnie płacą zdewaluowaną walutą, ale uciekają w dobra o realnej wartości. Czy zastanawiałeś się, dlaczego ceny aktywów, takich jak metale szlachetne, Bitcoin, nieruchomości, grunty, czy dzieła sztuki, biją kolejne rekordy? No właśnie.

Zdaję sobie sprawę, że tak odległa historia może nie do wszystkich przemawiać. Cofnijmy się więc nieco bliżej i do bardziej znanych nam realiów, czyli realiów tzw. świata zachodniego. W latach 1873-1918 Niemcy miały klasyczny standard złota (100%). Oznaczało to, że mogłeś pójść do każdego banku i w kasie wymienić swoją walutę na jej równowartość w złocie – coś jak z kwitkiem na koszulę w pralni. Ale w okresie międzywojennym ten parytet wynosił już tylko 40%. Dziś parytetu nie ma wcale…

Zanim jednak zniesiono parytet złota, wydarzyło się sporo ciekawych rzeczy. Na przykład zrodziła się potęga Stanów Zjednoczonych. W jaki sposób? Otóż zupełnie przypadkiem. Kraj ten miał farta, bo Europa uwikłała się w dwie wojny, w które USA włączały się dopiero w końcówkach. W Europie fabryki zmieniono w jedną wielką machinę wojenną, przez co nie było komu produkować artykułów powszechnego użytku. Tę lukę wypełnili Amerykanie. Zapłata? Oczywiście w złocie. Mówią, że wojna napędza gospodarkę. Tak, ale tylko tych krajów, które w niej nie uczestniczą.

kryzys gospodarczy USAPo drugiej wojnie USA miały 2/3 światowego złota monetarnego, pozostałe regiony łącznie 1/3, a Europa nic. Po ustanowieniu systemu z Bretton Woods Amerykanie zaczęli pożyczać Europie dolary na odbudowę. Dolar był postrzegany jako solidna waluta, bo przecież Stany miały mnóstwo złota, by ją poprzeć. Dzięki temu po wojnie handel międzynarodowy rozkwitł, a świat dynamicznie się rozwijał.

Ale USA zaczęły nadużywać przywileju, jaki dał im los, czyli posiadania waluty rezerwowej świata. Kolejne kosztowne wojny (Korea, Wietnam) i programy socjalne (The Great Society) sprawiły, że maszynki drukarskie pracowały na pełnych obrotach. W 1959 r. prezydent Charles de Gaulle stracił cierpliwość i publicznie zarzucił Amerykanom, że nie mają wystarczająco dużo złota, by pokryć swoją walutę. W efekcie Francja zażądała zwrotu swojego złota. Inne kraje się wystraszyły i zrobiły to samo. Dolary zaczęły wracać do USA, a złoto do Europy (parytet wynosił wtedy 35 USD/1 oz złota). W latach 1959-1971 około 50% złota przywędrowało z powrotem do Europy, bo świat zorientował się, że dolar to nie to samo co złoto. Ich ilość dwunastokrotnie przewyższała ilość złota, dlatego prezydent Nixon nie miał wyboru i w 1971 r. zniósł parytet. Od tego momentu złoto stało się towarem, państwa i ich obywatele zaczęły życie na kredycie, a waluty przestały mieć oparcie w jakimkolwiek dobru materialnym. I tu dochodzimy do czasów współczesnych…

Aktualnie dolar ma oparcie jedynie w…wojsku. Amerykanie wykorzystali przywilej posiadania waluty rezerwowej świata do ekspansji militarnej (podobnie jak Ateny). Było to możliwe, bo każdy chciał dolary. Dziś to się zmienia, a USA najeżdżają kolejne kraje, które nie chcą przyjmować bezwartościowej waluty za realne dobra. Wbrew temu, co mówią media i wszechwiedzący Internet, w Iraku czy Libii nigdy nie chodziło ani o wyzwolenie ludzi z rąk dyktatorów, ani o ropę. Chodziło o to, że Husajn i Kaddafi wypięli się na dolary – pierwszy wybrał euro, a drugi zaczął przebąkiwać coś o złotym dinarze. Obaj skończyli tak samo.

Ale sprawy zaczynają przybierać dla Amerykanów bardzo niekorzystny obrót. Kolejne kraje albo już odzyskały swoje złoto przechowywane przez Bank Rezerw Federalnych, albo domagają się jego zwrotu (m.in. Wenezuela, Szwajcaria, Niemcy, Holandia, Austria). Kraje BRICS zakładają wspólny bank, coś na wzór Banku Światowego zdominowanego przez USA. Chiny pozbywają się dolarów i kupują każdą uncję złota, która jest na sprzedaż, a całą swoją produkcję (w tej chwili Chiny to największy producent złota na świecie) zatrzymują w kraju. Plus wiele innych wydarzeń, mniejszych lub większych, które dla uważnych obserwatorów układają się w jedną całość…

W jaką? Niestety tego nie wiadomo. Jest kilka scenariuszy. Trudno powiedzieć, który się ziści. Wiadomo natomiast, że w momencie upadku dolara w pierwszej kolejności ucierpią kraje, w których obywatele znaczną część swoich dochodów wydają na jedzenie, energię czy transport (mocno podrożeją wszystkie towary notowane w dolarach). Dużo stracą też te kraje, które do końca będą utrzymywać sporą część swoich rezerw w dolarach. Samych Amerykanów upadek obecnego systemu dotknie dopiero na końcu, bo ponad połowa dolarów znajduje się poza granicami ich kraju. Gdy zaczną wracać, bo nikt ich nie będzie chcieć, będą biednieć w oczach.

A oto możliwe scenariusze:

  1. Koszyk walut rezerwowych – czyli wersja podobna do obecnej, tyle że walut ma być kilka, a nie jedna; tak jak teraz będą mieć wartość jedynie względem siebie nawzajem, bez oparcia w żadnym dobru materialnym.
  2. SDR (ang. Special Drawing Rights) – waluta Międzynarodowego Funduszu Walutowego; waluty krajowe byłyby wymienialne na SDR i przeliczane według różnych kryteriów (udział w handlu międzynarodowym, stan zadłużenia itd.); w tym wariancie również nie ma oparcia w żadnym dobru materialnym.
  3. Standard złota – niekoniecznie 100%; oczywiście cena musiałaby odpowiednio wzrosnąć, żeby ograniczona ilość złota w obiegu nie stanowiła bariery dla handlu międzynarodowego oraz odzwierciedlała dodruk waluty co najmniej od 1971 r.
  4. Waluty cyfrowe – szerzej o tym: http://thespinningtopblogger.wordpress.com/2013/11/28/viva-la-revolution/.
  5. Chaos – czyli każdy kraj idzie w swoją stronę; oficjele obrzucają się winą za zaistniałą sytuację, nie siadają przy stole i nie podejmują wspólnej decyzji; w najlepszym wypadku kończy się to brakiem zaufania, politycznym napięciem i barierami w handlu międzynarodowym, w najgorszym – wojną, paniką i społecznym rozkładem.

kryzys bankowy Polska

Mam swoje typy, ale to czysta bukmacherka, więc nie pokuszę się o prognozę, który z tych wariantów się ziści. Pewne są natomiast dewaluacje. Ta sielanka i tak trwa już za długo. Kraje, które od 1971 roku nadmiernie się zadłużyły, będą zmuszone zdewaluować swoje waluty. Czy powinno cię to obchodzić? Dowiesz się przy kasie.

Źródło polskie: http://www.the-spinning-top-blog.mpolska24.pl/

Zobacz też: http://thespinningtopblogger.wordpress.com/

Opodatkowanie pracy w Polsce to aż 69%. Gdzie się podziewają te pieniądze?

Opodatkowanie pracy w Polsce to aż 69%

Poczytaj na tematy ekonomii i kryzysu gospodarczego na stronie Jarka Kefira:
Polska bankrutuje po kawałku? Komornik zajął.. gminę Rewal. Ostatni zgasi światło?
Europa wpada w najgorszy od 60 lat kryzys
Co przyniosło Grecji członkostwo we wspólnocie europejskiej?
Unia Europejska do rządu III RP: skok na składki z OFE nic nie da
Jasnowidz z Kairu ujawnia zaskakujące przepowiednie na 2014 rok
Świat za 100 lat: szokujące oblicze upadku cywilizacji..

Mój blog na portalu facebooku:

wysokie koszta pracy liberalizm

Cyt. „Podatek dochodowy i składki ZUS wynoszą aż 70% wartości wynagrodzenia netto.  Tak poważne opodatkowanie pracy wybija Polakom z głowy chęć podjęcia legalnej pracy na umowę.

Zwykły polski pracownik, pobierając pensję netto, raczej nie wie, jaka byłaby kwota tej pensji, jeśliby nie została zmniejszona o podatki. A wyliczenia wskazują, że wynosiłaby ona 69% więcej. Dużą część naszych zarobków bowiem odbiera budżet państwa w postaci obowiązkowych podatków.

Jak to jest, że nie odczuwamy realnie tak wielkiego ubytku naszych zarobków? Dzieje się tak, ponieważ polski system fiskalny jest bardzo specyficzny. Większość podatków jest bowiem pobierana jeszcze przed wypłatą pensji. Powoduje to tak zwany efekt znieczulenia podatkowego. Pomimo tego że daniny na rzecz państwa są bardzo wysokie, to nie wiemy o tym.

Sporo mówi nam już samo przyjrzenie się wynagrodzeniu w kwocie brutto, które okazuje się być aż o 40% wyższe od pensji, którą otrzymujemy do ręki. To jednak nie wszystko. Znaczna część danin bowiem została przed nami sprytnie ukryta pod postacią „składek po stronie pracodawcy”. Stanowią one kolejne 29% pensji. Formalnie nie stanowią one składowej części wynagrodzenia brutto. Faktycznie jednak stanowią koszt pracodawcy związany z zatrudnieniem pracownika, który w rezultacie otrzymuje wypłatę pomniejszoną również i o te składki. Łącznie więc wszystkie daniny obciążające pensję polskiego pracownika stanowią aż 69% pensji netto. Postaramy się to zobrazować na przykładzie przeciętnej polskiej pensji.

Zgodnie z danymi GUS, przeciętne wynagrodzenie brutto w III kwartale 2013 roku wynosiło 3651,72 zł. Pracownik otrzymuje do ręki kwotę znacznie niższą, gdyż pomniejszana jest ona o następujące daniny na rzecz państwa:

Podatek dochodowy 257,00 zł
Składka zdrowotna (NFZ) 283,58 zł
Składka emerytalna 356,41 zł
Składka rentowa 54,78 zł
Składka chorobowa 89,47 zł
ŁĄCZNIE 1 041,26 zł

Z kwoty wynagrodzenia brutto państwo zabiera 1041,26 zł. Pensja netto, jaką pracownik otrzymuje do ręki wynosi więc:

 3651,72 – 1041,26 = 2 610,46 zł

Nie są to jednak wszystkie daniny, jakimi państwo opodatkowuje naszą pracę. Od każdej przeciętnej pensji pracodawca musi zapłacić jeszcze dodatkowe składki (tzw. „składki po stronie pracodawcy”) w następującej wysokości:

Fundusz Pracy 89,47 zł
Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych 3,65 zł
Składka wypadkowa 70,48 zł
Składka rentowa II 237,36 zł
Składka emerytalna II 356,41 zł
ŁĄCZNIE 757,37 zł

Łączne daniny pobrane przez państwo od przeciętnej pensji wynoszą więc:

 1041,26 + 757,37 = 1 798,63 zł

Łączny koszt pracodawcy związany z zatrudnieniem pracownika to suma kwoty netto oraz danin płaconych na rzecz państwa:

2 610,46 + 1 798,63 zł = 4 409,09 zł

Łączny koszt pracodawcy związany z zatrudnieniem pracownika wynosi więc 4409,09 zł. Na tyle wyceniana jest praca przeciętnego pracownika w Polsce. Ta kwota dzielona jest na dwie pule. Jedna trafia do państwa, które zabiera 1798,63 zł. Pozostałe 2610,46 zł otrzymuje ten, który pracę rzeczywiście wykonał.

Obliczmy jeszcze jaką część pensji netto stanowią państwowe daniny:

1798,63 / 2610,46 zł = 69%

Obowiązkowe daniny pobierane przez państwo stanowią aż 69% wypłacanej pracownikowi pensji netto. O tyle byłaby wyższa pensja polskiego pracownika, gdyby państwo nie konsumowało efektów jego pracy.

podatki w Polsce zus

Polski pracownik etatowy płaci więc słono za to, że podejmuje się pracy zarobkowej. Czy w takiej sytuacji może dziwić fakt, iż legalna praca na etacie coraz częściej staje się działaniem nieopłacalnym?

Źródło: http://www.zus.pox.pl/