Reklamy

Tag: Korwin Mikke

Tajemnice ratowania banków: to przekręt stulecia

Tajemnice ratowania banków: to przekręt stulecia

korporacjeZapraszam do obejrzenia pełnometrażowego filmu dokumentalnego „Tajemnice ratowania banków”. Harald Schumann wyjaśnia krok po kroku, kto tak naprawdę otrzymał te pieniądze. Okazuje się, że nie trafiły one wcale do potrzebujących, ale z powrotem do francuskich czy niemieckich instytucji finansowych, a więc kapitalistycznych spekulantów.

Te instytucje choć źle ulokowały swoje pieniądze, są chronione przez system kapitalistyczny. To tak jak z bankami. Jeśli człowiek źle ulokuje swoje fundusze i zbankrutuje, zostaje zlicytowany i trafia pod most. Zaś jeśli to samo zrobi bank, okazuje się, że nie ponosi on odpowiedzialności, tylko jest ratowany z publicznych pieniędzy. A więc z pieniędzy niezamożnych, nas wszystkich.

Cały kryzys gospodarczy nie jest przypadkiem, ale jest zaplanowaną przez elity operacją drenażu klasy średniej i warstw uboższych. W skrócie, bogactwa w tym systemie mają płynąć w górę, aż do celu ostatecznego, gdy wszelka władza i bogactwa będą skupione w rękach wąskiej grupki ludzi.

Pamiętajmy zawsze o jednym: choć ręka wolnego rynku jest ponoć niewidzialna – to tą ręką zawsze ktoś zakulisowo, w swoich interesach, steruje.

Polecam też film dokumentalny „Zeitgeist: pieniądz rządzi światem” wyjaśniającym wiele na temat dzisiejszej plastykowej ekonomii, dążącej powoli ku katastrofie. Wyjaśnia on, czym jest instytucja kredytu i dlaczego jest tak destrukcyjna dla gospodarki państw. Film ten trwa około dwóch godzin. Poruszona jest także tematyka korporacji i tego, w jaki sposób wpływają na rządy i społeczeństwa.

Polecam też inne wpisy odnośnie nadchodzącego wielkimi krokami kolapsu (peak’ u) cywilizacyjnego. Obecnie funkcjonujące systemy (gospodarcze, polityczne, społeczne, etyczne, religijne, moralne) są straszliwie niewydolne i w bólach odchodzą w przeszłość:
Umierająca przyroda, kapitalizm i opowieści kultury śmierci
Kapitalizm zawsze prowadzi do niewolnictwa, rewolucji i zagłady cywilizacyjnej
Kapitalizm to oszukańczy system, który prowadzi do powszechnej biedy
Kapitalizm: szaleńcza ideologia prowadząca do cywilizacyjnej zagłady
Obłąkańcza kapitalistyczna eksploatacja planety doprowadzi do zagłady biosfery
Producenci AGD i elektroniki tak projektują sprzęt, by szybko się zepsuł! Oto rezultaty „wolnego rynku” czyli kapitalizmu korporacyjnego
Oblicza liberalizmu i wolnego rynku: cywilizacyjny kanibalizm w Grecji [+18]

Autor tekstu: Jarek Kefir
Filmy video: inni autorzy
Proszę o podanie dalej, udostępnienie, itp!

Chcesz wspomóc to co robię i sprawić, by tego typu wpisy pojawiały się z regularną częstotliwością? Aby to zrobić, kliknij tutaj.

 

Reklamy
Reklamy

Czy kapitalizm i „wolny rynek” doprowadzą do III wojny światowej?

Czy kapitalizm i „wolny rynek” doprowadzą do III wojny światowej?

kapitalizmPisałem niedawno o tym, że obecnie następuje, w wielkich bólach, kolaps wszystkich znanych nam systemów, modeli, ustaleń. W świecie XXI wieku, gdzie zmagamy się z coraz większym przeludnieniem, niedoborem wody i żywności, masowym wymieraniem gatunków – są one tragicznie niewydolne. Nie dotyczy to tylko systemów bytowych, ale także tych etycznych, moralnych, duchowych. Są one fałszywe, nie odpowiadają faktom (od dawna, dopiero teraz głośno się o tym mówi), zamiast próbować tłumaczyć świat – robią coś odwrotnego, bo go zafałszowują. Pisałem o tym tutaj (link).

To samo dotyczy kapitalizmu. Obecnie system ten zapętlił się tak bardzo, że niemożliwy jest już dalszy realny wzrost – moment krytyczny został przekroczony. Mamy do czynienia ze specyficzną formą kanibalizmu cywilizacyjnego, gdzie system pożera sam siebie w pewnym miejscu, by wygenerować iluzję wzrostu w innym miejscu.

Kolaps kapitalizmu jest groźny o tyle, że może pociągnąć za sobą zarówno ludzkość, porządek polityczny świata jak i całą biosferę. Która jest już na progu kolejnego masowego wymierania (link). Nie mamy już dokąd uciec, jak to bywało po kolapsach poprzednich, ograniczonych terytorialnie cywilizacji. Obecnie jesteśmy jednym globalnym państwem, podzielonym dla nie poznanki sojuszami (trzy spokrewnione klany kłócą się o prymat władzy) i granicami, z pozorami demokracji i jednym rządem globalnym. O którego obradach informują wszystkie światowe jak i polskie, oficjalne media, plus agencje prasowe – pisałem o tym tutaj (link).

Polecam inne ciekawe artykuły na temat kolapsu kapitalizmu:
Kapitalizm zawsze prowadzi do niewolnictwa, rewolucji i zagłady cywilizacyjnej
Kapitalizm to oszukańczy system, który prowadzi do powszechnej biedy
Kapitalizm: szaleńcza ideologia prowadząca do cywilizacyjnej zagłady
Obłąkańcza kapitalistyczna eksploatacja planety doprowadzi do zagłady biosfery
Producenci AGD i elektroniki tak projektują sprzęt, by szybko się zepsuł! Oto rezultaty „wolnego rynku” czyli kapitalizmu korporacyjnego
Janusz Korwin Mikke popiera faszystowską i ludobójczą ideologię. „To będzie ostateczny koniec dla resztek państwa”
Janusz Korwin Mikke wychowa pokolenie gwałcicieli i psychopatów?
Oblicza liberalizmu i wolnego rynku: cywilizacyjny kanibalizm w Grecji [+18]

Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

__________________________________________________________

Amerykański kapitalizm ponownie w wojennej gorączce

Cytuję: „Gdy kapitalizm jest w kryzysie, zawsze pojawia się bezpośrednie zagrożenie wojną. Historia pokazuje nam, że jest to reguła. Dwa największe pożary w historii, pierwszej i drugiej wojny światowej – które uśmierciły około 80 mln ludzi – były poprzedzone gospodarczą zapaścią w systemie kapitalistycznym.

Ta konstatacja prowadzi do wniosku, że obecna sytuacja w stosunkach międzynarodowych jest bardzo niepokojąca. Amerykańsko centryczny system kapitalistyczny ponownie dławi się z powodu głębokich chorób społecznych jak ubóstwo, bezrobocie, ogromne różnice w dochodach i stagnacja w produkcji.

Ta tendencja, całkiem jak w poprzednich okresach depresji gospodarczej na początku lat 1900 i 1930, zmierza w kierunku wojny jako desperackiego aktu „kreatywnej destrukcji”. Mimo, że racjonalnie i moralnie jest to przewrotne, wojna jednak ma sens logiczny w systemie kapitalistycznym jako sposób na wyzerowanie duszących system sprzeczności. Jest to oczywista deprawacja, z pewnością, ale jest to nieunikniona logika systemu opartego na zysku.

Jak głęboko system kapitalistyczny znowu pogrążył się w kryzysie można wnioskować po liczbie sztucznych miast, które Pentagon buduje w całej Ameryce. Miasta te są wykorzystywane do szkolenia armii USA w technikach walki w warunkach miejskich. Jedno z takich miast było opisywane w mediach jako ostatnio otwarty ośrodek szkoleniowy w stanie Virginia. Ów „Model miasta” był projektowany przez sześć lat, a budowany przez dwa lata, przy całkowitym koszcie 96.000.000 dolarów, według raportu w brytyjskim Daily Telegraph …

Ta placówka Pentagonu, obejmująca 300 hektarów, jest repliką innych miast, które można spotkać w całych Stanach Zjednoczonych. Znajdują się w niej mieszkalne domki z ogrodami, szkoły, miejsca kultu religijnego, stadion sportowy, banki, a nawet pięcio-piętrowa ambasada. Replika miasta została również wyposażona w podziemne metro i dworzec kolejowy, wraz z prawdziwymi, jeżdżącymi pociągami.

Istoty ludzkie są jedyną rzeczą, jakiej w nim brakuje. Nikt faktycznie nie mieszka w tym wojskowym modelu miasteczka w Wirginii, jak i w innych, rozproszonych po całych USA. Te fałszywe ośrodki miejskie mają być używane wyłącznie przez Pentagon do szkolenia piechoty i ćwiczenia ataków śmigłowców w różnych zabudowaniach.

Niektórzy wnikliwi obserwatorzy spekulowali w kierunku bardziej złowrogiego wniosku: amerykańska klasa rządząca przewiduje wstrząsy społeczne, a nawet rewolucję w najbliższych latach, a więc „wojna miejska” jest ćwiczona przez siły zbrojne w związku z awaryjnym planowaniem rządu względem własnych obywateli. W tym scenariuszu, wojska amerykańskie są przygotowane do ataku i zabijania własnych obywateli, a nie domniemanych „terrorystów” w jakimś obcym kraju.

Amerykańska klasa rządząca ma prawo obawiać się potencjalnego buntu wewnętrznego. Nawet oficjalne statystyki nie ukrywają rażącego upadku współczesnego społeczeństwa amerykańskiego. Jak na ironię, sztuczne miasta Pentagonu są budowane lepiej i lepiej obsługiwane niż wiele amerykańskich społeczności w prawdziwym życiu. Pogorszenie podstawowej amerykańskiej infrastruktury społecznej, tj. dróg, mostów, szkół, szpitali, idzie w parze z przewlekłym bezrobociem, biedą i przestępczością.

Amerykanie, nawet wielu z tych zatrudnionych w pełnym wymiarze czasu pracy, coraz bardziej wpadają w biedę, podczas gdy pięć procent ludności gromadzi coraz bardziej obsceniczne bogactwo. Obecnie 46,5 mln Amerykanów z łącznej populacji 311 milionów jest zaliczanych do biedoty. Instytut Polityki Gospodarczej odnotował w ubiegłym roku, że „trendy dochodów i ubóstwa malują ponury obraz” z medianą zarobków amerykańskich pracowników, która spadła o prawie 12 procent w latach 2000 i 2012 na przykładzie pracowników w restauracjach byle jakiego żywienia. Według wyliczeń, połowa wszystkich pracowników w tym sektorze żyje poniżej oficjalnego progu ubóstwa, w wyniku obniżenia płac.

To samo można powiedzieć o innych krajach zachodnich. Wielka Brytania, dla przykładu, została niedawno wymieniona jako największe skupisko miliarderów, z Londynem w którym zamieszkuje więcej bardzo zamożnych osób (rzędu 300 ) niż jakikolwiek innym mieście na świecie. Jednak, podobnie jak w USA, brytyjskie dane dotyczące ubóstwa są na rekordowym poziomie. Jadłodajnie i banki żywności trudno sobie radzą z rosnącymi potrzebami w tej stolicy, w której mieszka największa liczba światowych miliarderów.

Wracając do USA, jest tam ponoć 600.000 osób bezdomnych – podczas, gdy przemysł budowlany jest w stagnacji a całe obszary miast są niezamieszkałe, bo nikt nie może sobie pozwolić na zakup lub wynajem nieruchomości. Amnesty International obliczył, że liczba wolnych domów w USA jest pięć razy większa od liczby osób bezdomnych. Jest to iście mamucia niewydolność kapitalizmu w równoważeniu podaży i popytu.

Spośród bezdomnych w USA, jakieś 60.000, czyli 10 procent wszystkich tych, którzy żyją na ulicach, to weterani wojskowi. Po wykorzystaniu w boju w amerykańskich agresywnych wojnach w Afganistanie, Iraku i gdzie indziej, wielu weteranów powróciło do cywilnego życia jako bezrobotni, wyobcowani z rodziny, psychicznie załamani i uzależnieni od narkotyków, bez dachu nad głową.

A jednak ten sam kompleks wojskowy buduje „modele” miast i miasteczek w całej Ameryce nie po to, aby dać ludziom dach nad głową, ale aby trenować innych w zabijaniu. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyszłym celem mogą być zwykli Amerykanie, w tym weterani, którzy nie mogą dłużej tolerować groteskowej, absurdalnej grabieży społeczeństwa przez władców.

Budowa domów, kościołów, szkół i szpitali jako wojskowych celów do zniszczenia w trakcie ćwiczeń w zestawieniu z tak wielkimi zaniedbaniami w zaspokajaniu ludzkich potrzeb jest z pewnością odrażającym symbolem niepewnych czasów. Kapitalizm, system, który jednoznacznie działa wyłącznie w celu mnożenia prywatnego zysku finansowego, objawia niezdolność do działania i jest zbędny jako organizator życia społecznego. To jest ewidentnie, że nieodwracalnie utknął w martwym historycznie punkcie. Te jest koniec.

Jedynym wyjściem dla ślepej uliczki kapitalizmu jest wybuchowa siła wojny. To właśnie jest przesłanką do oceny kierowanej przez USA zachodniej agresji wobec Rosji, zapoczątkowanej sfabrykowanym kryzysem na Ukrainie, jako alarmująco niepokojących działań, jak również prowokowanie przez USA Chin i ich azjatyckich sąsiadów do sporów terytorialnych, które nie powinny wchodzić w zakres zainteresować i działań Waszyngtonu. System osiągnął więc swój historyczny kres, w którym wojna jest lekkomyślnie brana pod uwagę jako ewentualność. Ale jeśli wybuchnie wojna światowa, tym razem, prawdopodobnie nie zostanie na świecie nic do odbudowy. To jest szaleństwo kapitalizmu i tych, którzy nim kierują – amerykańskiej elity rządzącej.

O ile, oczywiście, ludzie mogą nie przeciwstawią się tej destrukcji poprzez zastąpienie kapitalizmu demokracją, rozsądną i zrównoważoną alternatywą. Socjalizm? Dlaczego nie? Obecnie świat stoi w krytycznym momencie historii.

Cytując niemieckiego dramatopisarza Bertholta Brechta: „Wojna jest skurwysyństwem, ale suka, która ją rodzi, jest znów rozpalona.”

Źródła:

http://www.strategic-culture.org/news/2014/06/09/us-capitalism-on-heat-again-for-war.html
http://interesariusz.neon24.pl

Niska wydajność pracy Polaków to mit! Pracujemy ciężej, dłużej i za mniejsze pieniądze niż większość Europejczyków

Prawdziwa wydajność pracy Polaków jest na wysokim poziomie!

Cyt. „Niemiec pracujący w fabryce akcesoriów biurowych pod Hamburgiem wyprodukuje w ciągu godziny 100 długopisów. Polak, pracujący w należącej do tego samego właściciela fabryce akcesoriów biurowych pod Warszawą, wyprodukuje w ciągu godziny 200 długopisów. Zgadnij czyja praca jest bardziej “wydajna”?

ekonomia gospodarka pracaSurowe statystyki mówią, że wydajność pracy w Polsce mierzona wartością PKB w cenach stałych na przepracowaną godzinę w 2012 roku była aż o 67,7 proc. niższa niż średnia dla Unii Europejskiej. W tym miejscu należy jednak wyraźnie podkreślić – nie oznacza to wcale, że Polacy są leniwi lub wkładają w pracę mniej wysiłku, jak sugerują co niektórzy publicyści mediów establishmentowych.

Słynną “wydajność” pracy mierzy się bowiem przez pryzmat wartości pieniężnej danej czynności czy usługi, która zasili PKB danego kraju. Odwołując się do przykładu – wspomniany Niemiec z fabryki pod Hamburgiem wyprodukuje w ciągu godziny 100 długopisów. Każdy z nich jest w Niemczech warty 1 euro, tj. równowartość około 4,20 zł. To znaczy, że w ciągu tylko jednej godziny pracy niemiecki robotnik jest w stanie powiększyć PKB swojego kraju o 100 euro (tj. ok. 420 zł). Polski robotnik spod Warszawy jest w tym samym czasie wyprodukować, aż 200 długopisów. Problem w tym, że każdy z nich jest w naszym kraju warty tylko 0,80 zł, a to oznacza, że jego “wydajność” pracy mierzona wartością dodaną PKB wnosi tylko 160 zł na godzinę.

Na pierwszy rzut oka wydawało się, że bardziej produktywny jest Polak spod Warszawy. Wszak jest w stanie wyprodukować, aż 200 długopisów na godzinę. I to jest prawda – pracownik fabryki w Polsce wyprodukuje więcej, ale to pracownik fabryki za naszą zachodnią granicą będzie uznany w oficjalnych statystykach ekonomicznych jako ten bardziej “wydajny”, mimo że w rzeczywistości potrafi wyprodukować w ciągu godziny dwa razy mniej niż Polak.

W tym kontekście chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na dwie inne statystyki, po części związane z kwestią “wydajności” pracy.

Pierwsza z nich mówi o udziale płac otrzymywanych przez Polaków w relacji do PKB wytwarzanego przez nasz kraj. Wskaźnik ten pokazuje, jaka część wytworzonego PKB została przeznaczona na potrzeby ludzi w formie wynagrodzeń za pracę, składek emerytalno-rentowych i zdrowotnych oraz podatków na sfinansowanie tzw. konsumpcji zbiorowej, np. szkolnictwa i transportu publicznego, przychodni i szpitali itp. Generalnie zasada jest prosta: im wyższy udział kosztów związanych z zatrudnieniem w relacji do PKB danego kraju, tym większy panuje dobrobyt.

Okazuje się, że wskaźnik ‘płace do PKB’ w naszym kraju jest na dramatycznie niskim poziomie. W Szwajcarii do pracowniczych kieszeni i fiskusa trafia prawie 60 proc. PKB. W USA – ponad 55 proc. PKB, w Niemczech i większości państw Europy Zachodniej od 42 do 55 proc. PKB. W Polsce w 2008 r. wskaźnik ten wynosił 37,1 proc., a w ciągu kolejnych kilku lat obniżył się do zaledwie 36 procent, co daje nam zaszczytne przedostatnie miejsce w Unii Europejskiej. Tak niski poziom wskaźnika oznacza, że ogromna część owoców wzrostu gospodarczego z ostatnich lat w ogóle nie trafia do portfeli Polaków.

Z uwagi na niskie płace oraz słabą “wydajność” pracy mierzoną wartością wytworzonego PKB, Polacy – aby wiązać koniec z końcem – muszą pracować o wiele dłużej i intensywniej niż inne nacje w Europie.

W tym miejscu należy odwołać się do drugiej statystyki autorstwa OECD, która mierzy liczbę godzin spędzonych w pracy przez obywateli poszczególnych państw. Okazuje się, że Polacy w tym zestawieniu są wice-liderami Unii Europejskiej. W 2012 roku statystyczny Polak spędził w pracy 1929 godzin. Dla porównania – statystyczny Brytyjczyk w pracy spędził 1654 godziny, Francuz – 1479 godzin, Niemiec – 1397 godzin, a Holender jedynie 1381 godzin.

Czytaj więcej:
Polacy przepracowanym narodem (Niewygodne.info.pl)
Naczelna zasada kolonializmu XXI wieku: drenować ile się da kapitał państw podległych (Niewygodne.info.pl)

http://niewygodne.info.pl

____________________________________________________________________________________________

Polacy otrzymują za niskie wynagrodzenia. W relacji ‘suma płac do PKB’ zajmujemy przedostatnie miejsce w UE.

Udział płac otrzymywanych przez Polaków w relacji do PKB wytwarzanego przez nasz kraj należy obecnie do jednego najniższych w Unii Europejskiej. Co gorsza – współczynnik ten ten zamiast rosnąć, w ciągu ostatnich lat zaczął spadać.

Wskaźnik ‘płace do PKB’ pokazuje, jaka część wytworzonego PKB została przeznaczona na potrzeby ludzi w formie wynagrodzeń za pracę, składek emerytalno-rentowych i zdrowotnych oraz podatków na sfinansowanie tzw. konsumpcji zbiorowej, np. szkolnictwa i transportu publicznego, przychodni i szpitali itp.

Generalnie zasada jest prosta: im wyższy udział kosztów związanych z zatrudnieniem w relacji do PKB danego kraju, tym większy panuje dobrobyt. W Szwajcarii do pracowniczych kieszeni i fiskusa trafia prawie 60 proc. PKB. W USA – ponad 55 proc. PKB, w Niemczech i większości państw Europy Zachodniej od 42 do 55 proc. PKB. Jak ten wskaźnik wygląda w Polsce? W 2008 r. wynosił 37,1 proc., a w ciągu kolejnych kilku lat obniżył się do zaledwie 36 procent (przedostatnie miejsce w Europie).

Czytaj więcej:

http://niewygodne.info.pl/

____________________________________________________________________________________________

nowa prawica JKM

wynagrodzenia pensje praca

tadeusz mazowiecki nie zyje

janusz korwin mikke

praca pensje ekonomia

Neoliberalizm czyli globalna zbrodnia w białych rękawiczkach

Rządy państw powinny realizować strategie gospodarcze, które wspierałyby rozwój całości krajowej gospodarki i prowadziły do zwiększania się dochodu narodowego.

Poprzednio zwróciłem uwagę na fakt, iż pewne neoliberalne „reformy strukturalne”, czy też rozwiązania legislacyjne, wcale nie są zalecane w celu „zwiększenia zasilania” rynku, do czego oryginalnie powinna dążyć ekonomia neoklasyczna. Ich przyjęcie może służyć bardzo konkretnym interesom, dlatego zawsze przy ich ocenie zalecana jest dalekowzroczność. Sztandarowym przykładem jest polityka deregulacji, która pozwoliła prywatnym firmom oraz inwestorom rozszerzenie swoich działań na obszar tzw. służby publicznej. Zjawisko to określa się mianem „rent seeking” – „pogoń za zyskiem”.

Odnosząc się do powyższego zjawiska neoliberałowie tłumaczą, że: „usługi publiczne rządu są nieefektywne, słabej jakości i obarczone wysokimi kosztami. Dlatego działaniem jak najbardziej właściwym jest przeniesienie tych usług do sektora prywatnego, aby były bardziej efektywne”.

Owszem, wprowadźmy globalnych akcjonariuszy do szpitali, wówczas ich dyrektorzy będą zobowiązani do wypracowania zysku. Jak szpital może osiągnąć zysk? Jak każda inna firma: minimalizując koszty (w tym przypadku koszty leczenia) i maksymalizując dochody (leczyć tylko te choroby, które są dobrze wyceniane przez NFZ). A z drugiej strony, jakże komfortowa jest sytuacja inwestorów – państwo gwarantuje sprzedaż ich usług. Zysk jest gwarantowany! Dalej, całkowicie sprywatyzujmy straż pożarną, policję, szkoły… Inwestorzy zagraniczni tylko czekają  na taką gratkę. W obszarze usług publicznych zbyt jest pewny. Płatnik też pewny – budżet państwa. A wielkość wypracowanego zysku właściwie zależy głównie od skali wprowadzanych oszczędności. Owszem, można zaoszczędzić poprawiając organizację danej instytucji. Jednak tylko do pewnego stopnia, potem oszczędności odbijają się na poziomie świadczenia usług. A wypracowany zysk wypływa z kraju do globalnych akcjonariuszy… Czyli opieka zdrowotna coraz gorsza i kraj coraz biedniejszy.

Koronnym argumentem neoliberałów jest teoria „trickle down”. Według niej kiedy bogate i duże przedsiębiorstwa wypracowują coraz większy zysk, to inwestują go w tworzenie nowych fabryk, nowych miejsc pracy. Dzięki czemu ludzie dotychczas bezrobotni, mogą uzyskać dochód i w ten sposób każdy staje się bogatszy. Innymi słowy, w myśl teorii neoliberalnej: pieniądze mają „spływać” szerokim strumieniem od najbogatszych do biedniejszych, co generalnie powinno poprawić ogólny stan społecznego dobrobytu.

A jak dzieje się naprawdę? Wystarczy prześledzić zmiany w USA od momentu wprowadzenia polityki „Reganomics”, do czasów współczesnych…

Efekt „trickle down” po prostu nie zachodzi.

Oczywiście moja krytyka założeń neoliberalizmu, wcale nie oznacza, że jestem socjalistą. Chcę natomiast wyraźnie podkreślić, że rządy państw powinny realizować strategie gospodarcze, które wspierałyby rozwój całości krajowej gospodarki i prowadziły do zwiększania się dochodu narodowego. Nie istnieje jedna strategia, która zawsze jest właściwa. Ale niestety jest często spotykane manipulowanie społeczeństwem, kiedy pod hasłem wspierania reform i deregulacji, wystawia się je na ofiarę dla globalnego kapitału.

W Polsce „obowiązujący” i wpierany medialnie nurt ekonomiczny głosi piękne hasła, przekonujące, że: „wolny handel zawsze ma rację”, „interwencje rządowe na rynku sa zawsze złe”, „inwestycje publiczne – to strata pieniędzy”, „deregulacja jest zawsze właściwa”, itd. itd. Analogicznie, panuje powszechne przekonanie, że polityka oszczędności budżetowych (zmniejszenie wydatków rządowych + wzrost podatków) może doprowadzić do poprawy sytuacji fiskalnej kraju. I jedno i drugie przekonanie jest błędem! W gospodarce nie istnieją się dogmaty, nie ma prawd absolutnych. Tak jak w medycynie nie ma doskonałego lekarstwa na wszystkie choroby. Czy choremu z biegunką pomoże lek przeczyszczający? Analogicznie: dla gospodarki w stanie luki podażowej – właściwe są rozwiązania liberalizujące rynek, a dla gospodarki z luką popytową – polityka bardziej przypominająca rozwiązania keynesowskie. Współczesna Japonia zmaga się z groźnym zjawiskiem „szczeliny deflacyjnej”, czyli sytuacją nadmiernej podaży w stosunku do popytu(popyt < podaż). Stąd właściwym wydaje się zastosowanie strategii gospodarczej zmierzającej do stymulacji popytu. Czyli zbliżamy się do polityki keynesowskiej.

Polityka liberalna jest bardzo korzystna dla gospodarki w sytuacji luki inflacyjnej, gdy popyt < podaż, gdy brakuje towarów na rynku. Wtedy owszem, jest pora na osławione „reformy strukturalne”, a rolą rządu jest liberalizacja i deregulacja rynku.

Na jaką chorobę teraz cierpi Europa? Co dzieje się w Polsce?A tymczasem w Europie… mimo znacznego spadku popytu – nadal stymuluje się podaż! Bo przecież liberalizm jest zawsze właściwy, a keynesizm, to obrzydły socjalizm i w ogóle samo zło.

Zastanówmy się, jakie efekty, w obecnej sytuacji gospodarczej przynosi realizacja recept neoliberalnych. Jeśli teraz zrealizujemy postulaty obniżek podatkowych dla korporacji, dla najbogatszych oraz stłumimy emisję obligacji państwowych, co skutkuje obniżkami wydatków socjalnych, to do czego dojdziemy? Bogate firmy i ich akcjonariusze powiększą swój majątek, a dochód ubogich – zmaleje.

Nie wierzę, aby to było celem wszystkich zwolenników neoliberalizmu.

Czy ktoś przypadkiem nie daje się oszukiwać?

Źródło: http://ja.samuraj.neon24.pl/post/99658,neoliberalizm-lekiem-na-cale-zlo

Czy „wolny rynek” wprowadzono w interesie Polski i Polaków? Odpowiedź: nie!

„Polska, jako jeden z największych krajów Europy, stanowi bardzo atrakcyjny rynek zbytu dla dużych firm. Jeżeli Polacy nadal będą realizować swój popyt w oparciu o dobra importowane, to pozostaną biednym społeczeństwem.

Japonia jest krajem o ogromnym potencjale zasilania. Jej potencjał produkcyjny zdecydowanie przewyższa popyt krajowy. Dlatego też aktywnie eksportuje swoje wyroby do innych krajów. Jednak popyt światowy od kilku lat maleje. Dlatego ani w kraju, ani za granicą, przedsiębiorstwa japońskie nie mogą znaleźć zbytu w takiej skali, jaka pozwoliłaby na pełne wykorzystanie potencjalnej zdolności zasilania japońskiego przemysłu. Dlategojapoński rząd koncentruje się obecnie na rynku wewnętrznym i stara się tworzyć popyt krajowy. Po prostu realizuje strategię tworzenia efektywnego popytu poprzez falę inwestycji publicznych. Co ważne i odmienne od Polski –inwestycji, które mają wpływ na PKB Japonii.

W dużym kontraście pozostaje polityka Niemiec wobec Unii Europejskiej. Niemcy w stopniu nieporównywalnie większym niż Japonia uzależnieni są od eksportu swoich towarów. A kiedy popyt np. greckich konsumentów na towary niemieckie spada – to kanclerz Angela Merkel wymaga od rządu Grecji oszczędności w… sektorze publicznym. Kto wobec tego ma wygenerować impuls stymulujący grecką gospodarkę? Gospodarstwa domowe zagrożone bezrobociem? Emeryci dostający coraz niższe emerytury?

A co z Polską? Polska wśród państw Europy jest krajem stosunkowo dużym i posiadającym (jeszcze) dość liczną populację. A tam, gdzie mieszka dużo ludzi, jest zwykle duży popyt. Faktem jest, że Polska stanowi w Europie bardzo atrakcyjny rynek. Jednakże, jeśli zaspokojenie popytu krajowego opiera się w dużej części na towarach importowanych, to potencjalna zdolność zasilania Polski nie ulegnie poprawie. Innymi słowy, gdy będziemy nadal dużo importować, to bogactwo narodowe nie wzrośnie. A czy wyjściem jest tak polecana przez neoliberałów specjalizacja? (Liberałowie twierdzą, że każdy kraj powinien specjalizować się w produkcji, tego co potrafi najlepiej, a resztę importować.) No cóż, czy społeczeństwo polskie ma szansę na dobrobyt specjalizując się, jak to się do tej pory dzieje, w prostych, nisko płatnych pracach? W XIX wieku kolonie zamorskie też miały swoje specjalizacje (produkcja bananów, cukru, herbaty…) – czy taka polityka zapewniła im rozwój i dobrobyt społeczeństwa?

W czyim interesie działa „wolny rynek”? Dlaczego opinia publiczna tak usilnie przekonywana jest o wyższości gospodarki liberalnej i globalnej nad gospodarka narodową? Otóż we współczesnej rzeczywistości gospodarczej popyt światowy jest niższy od podaży. Wewnętrzne zapotrzebowanie na produkty w krajach wysokorozwiniętych jest niewystarczające, wobec istniejącego w tych krajach potencjału produkcyjnego. Dlatego próbują one „ukraść” część zapotrzebowania z rynków innych krajów. Dlatego tak bardzo promowana jest koncepcja wspólnego, wolnego rynku. Warto jednak nie być naiwnym i mieć świadomość, że ten „wolny rynek” tworzony jest w interesie krajów o wysokiej produktywności. Po prostu rozwiniętym korporacjom, globalnym przedsiębiorstwom, wygodniej i łatwiej jest zwiększać sprzedaż swoich produktów, jeżeli nie istnieją bariery handlowe.

Oczywiście, całkowite zamknięcie kraju na wzór na przykład Korei Północnej jest bezwzględnie szkodliwe. Dlatego warto także mieć świadomość, iż: wolny handel, globalizacja, rezygnacja z taryf, deregulacja, liberalizacja ruchu towarów, ludzi i pieniędzy są niezbędne dla prawidłowego rozwoju kraju, pod warunkiem, że stosuje się je „w pewnym stopniu”.

Jednak wciąż wściekle promuje się te pomysły szerokiej „opinii publicznej”. A przecież wystarczy odrobina rozsądku i logicznego myślenia: jeżeli firmy zagraniczne będą wygrywać przetargi na realizację zamówień publicznych, to w końcu spowoduje to bankructwo i likwidację przemysłu krajowego. Jeżeli pójdzie tak dalej, to niedługo w Polsce zniknie na przykład cała gałąź przemysłu specjalizująca się w budowaniu dróg i autostrad. Taki sam mechanizm wykorzystują firmy o bogatym, zagranicznym zapleczu finansowym, które próbują złamać krajowe przedsiębiorstwa rolnicze i przetwórstwa żywności, rybołówcze, ochrony zdrowia, energetyczne, itd. Czyli wszystkie te gałęzie, które są podstawą przemysłu państwa. Ta aktywność globalnych korporacji uzyskała już specyficzną nazwę: „rent seeking”, co w wolnym tłumaczeniu na polski oznacza „pogoń za zyskiem”.

Liberałowie na wszystko mają jedno wytłumaczenie: „instytucje lub przedsiębiorstwa państwowe są nieefektywne, dlatego wszystko powinno być powierzone sektorowi prywatnemu”. I większość ludzi, łatwo przyjmuje tę argumentację. Tym bardziej, że niestety działalność polskich, państwowych instytucji pozostawia wiele do życzenia. Jednak konsekwencją takiej logiki jest sytuacja, gdzie fundamenty państwa zależą do kapitału zagranicznego. A to już stanowi niebezpieczeństwo dla jego istnienia. Czy Polska przez bezmyślność, krótkowzroczność i egoizm neoliberalnych „elit” politycznych znowu ma zniknąć z mapy Europy? Co bardziej się opłaca: poprawić nieskuteczną działalność rządu, usprawnić polskie przedsiębiorstwa działające w obszarach strategicznych, czy też lekką ręką sprzedać je kupcom zagranicznym i chwalić się przed wyborcami sukcesami w prywatyzacji? ”

Źródło: http://ja.samuraj.neon24.pl/post/100743,czy-wolny-rynek-wprowadzono-w-interesie-polski