Reklamy

Tag: Fukushima

Upadek globalnych systemów i nieuchronny kolaps cywilizacji

Upadek globalnych systemów i nieuchronny kolaps cywilizacji

upadek cywilizacjiWklejam ciekawy artykuł będący tłumaczeniem tekstu Johna Michaela Greer’a wykonanym przez tłumacza wartościowych tekstów, Ex ignoranta. Mówi on, że ludzki postęp i wzrost technologiczny jest totalną fikcją. Fikcją, za którą już teraz płacimy straszliwą cenę. Cena ta to obecnie trwające, bodaj szóste wielkie wymieranie gatunków. Zaczęło się od pomoru pszczół na ogromną skalę (tzw. „apokalipsa pszczół”). Kolaps globalnych ekosystemów idzie jednak dalej. Wielokrotnie na plażach czy w innych środowiskach, znajdywano dziesiątki tysięcy, a nieraz miliony padłych zwierząt. Np krabów, ryb, waleni, fok, ptaków.

Dlaczego tak się dzieje? Musimy sobie uświadomić, że całą Ziemią rządzą kliniczni psychopaci – i to ich najgorszy typ, knujący spiski i zbrodnie przeciwko narodom / ludzkości. Broni ich zarówno prawica (chadecja za granicą, czy faszysta Korwin Mikke w Polsce) jak i lewica (zafascynowane kartelami farmaceutycznymi i wszelkimi innymi racjonalistyczne lewactwo tytułujące się mianem „zwolenników nauki” – w Polsce skupiają ich kanały #ttdkn i #neuropa).

Antropocen czyli epoka globalnej dominacji człowieka może być ostatnią epoką życia na Ziemi. Nie ma już dokąd uciekać, tak, jak to było w przypadku kolapsu poprzednich imperiów, np rzymskiego. Nie mamy „planety B”, którą można by kolonizować i podbijać. Nie mamy „planety B” na której można by generować nieskończony wzrost gospodarczy (odrażający fetysz współczesnych „ekonomiaków”) i na której można by dawać upust żarłocznemu ego tych psychopatów. Wszystko wskazuje na to, że prowadzą oni planetę ku ekonomicznej, a potem biologicznej zagładzie. Orkiestra będzie grała aż do końca, jak na Titanicu. Korki szampanów będą strzelać, a wesołe spazmy z najdroższą odmianą kokainy będą trwały aż do 4 rano. Obudzimy się o tej 7 rano, i dotrze do nas, że nasze państwa zbankrutowały, a ekosystemy są już nieodwracalnie zniszczone.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Technologiczne przesądy: kłamstwa o ludzkim postępie

Cytuję: „Z przyjemnością informuję, że koteria naukowców i pisarzy science-fiction wykombinowała, co jest nie tak z dzisiejszym światem: media popularne prześladuje nadmiar negatywnych wizerunków przyszłości. Ażeby przeciwdziałać temu potopowi nieuzasadnionego pesymizmu, zorganizowali oni grupę o nazwie Projekt Hieroglif i opublikowali antologię nowych, radosnych, pozytywnych opowieści spod znaku naukowej fikcji o cudownych, świeżych technologiach, które mogą stać się rzeczywistością w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat. To powinno niezawodnie uzdrowić naszą sytuację!

Współczesny kryzys społeczeństwa przemysłowego nie jest spowodowany brakiem optymizmu; jego korzenie wbijają się głęboko w twarde podłoże geologicznych i termodynamicznych realiów, sięgają do śmiertelnego niedopasowania fantazji niekończącego się wzrostu gospodarczego i nienaruszalnych granic planety o skończonej biosferze, penetrują mniej śmiertelne w sensie konsekwencji natychmiastowych, ale jeszcze bardziej wszechobecne niedopasowanie fantazji wiecznego postępu technologicznego, a także tę znaną nemezis wszelkiego liniowego myśleniaprawo malejących korzyści [przychodów]. Porażka optymizmu, którą opłakują pisarze jest symptomem, a nie przyczyną i upieranie się, że receptą na nasze problemy jest nakarmienie ludzi optymistycznymi wyobrażeniami przyszłości bardzo przypomina decyzję, iż najlepszym sposobem na to, aby poradzić sobie z migającymi, czerwonymi światełkami ostrzegawczymi na panelu sterowania samolotu jest oklejenie ich małymi kawałkami nieprzezroczystej, zielonej taśmy – i wszystko będzie w porządku.

To nie jest tak, że w ostatnich latach cierpieliśmy na brak beztrosko optymistycznych wizji gadżetocentrycznej przyszłości. Przyznaję, że najbarwniejsze dzieła wizjonerskiej fikcji, z jakimi zetknęliśmy się w ostatnim czasie zrodziły się w umysłach tych ekonomistów i polityków, którzy niestrudzenie utrzymują, iż jedynym wyjściem z naszej obecnej gospodarczej i społecznej niedyspozycji jest powielenie – w większej ilości – tych samych zabiegów, które ją wywołały. Poza tym każdy z czytelników, który wstąpi do księgarni w poszukiwaniu pozycji o podróżach międzygwiezdnych lub którymkolwiek z pozostałych rytuałów współczesnego kultu postępu nie będzie musiał specjalnie się natrudzić, aby je znaleźć. Doszło raczej do tego, że podobne lektury nie są już tak popularne, jak niegdyś, ponieważ ludziom bardziej przypadły do gustu opowieści o przyszłości ponurej, zamkniętej w parametrach definitywnych ograniczeń.

Należy zapytać, dlaczego tak jest. Z mojego punktu widzenia istnieją co najmniej trzy bardzo dobre powody.

Po pierwsze, ta bardziej ponura przyszłość i jej bezwzględne granice odzwierciedlają realia życia we współczesnej Ameryce. Odstawmy na bok górne dwadzieścia procent populacji pod względem dochodów i okaże się, że Amerykanie od ponad czterech dekad są świadkami miarowego staczania się standardu życia. W 1970 roku – odnotuję tylko jedną miarę tego, jak daleko sprawy zaszły – amerykańska rodzina dysponująca pojedynczą pensją klasy robotniczej mogła sobie pozwolić na zakup domu, terminowe opłacenie wszystkich rachunków, zapewnienie trzech sutych posiłków dziennie i nadal pozostawało jej dość środków na okazjonalne wakacje lub nabycie luksusowego artykułu. A teraz? Pojedyncza pensja rodziny z klasy robotniczej nie wystarcza, aby uniknąć życia na ulicy.

Ta historia nieubłaganego schyłku gospodarczego ma ogromny wpływ na stosunek wobec przyszłości, nauki i postępu technologicznego. W 1969 roku jedynie w gettach, gdzie Ameryka zamknęła swoją miejską biedotę, znacząca liczba ludzi zareagowała na księżycowe lądowanie załogi pojazdu Apollo obrzydzeniem i alienacją, którą w pamiętnej, wściekłej balladzie Białas na Księżycu wyraził Gil Scott-Heron. W dobie obecnej zdecydowanie liczniejsza rzesza Amerykanów – prawdopodobnie większość – postrzega najnowsze, okrzyczane osiągnięcia nauki i techniki jako jeszcze jeden pokaz bezsensownych akrobacji, które nie przyniosą im żadnego pożytku.

Łatwym do sformułowania, acz chybionym byłoby przekonanie, że ocena ta jest mylna. Poza zawężającym się kręgiem dobrze sytuowanych Amerykanów większość populacji poświęca coraz więcej czasu na rozwiązywanie problemów spowodowanych przez technologie, niż na rozkoszowanie się płynącymi z nich korzyściami. Przeważająca część zlikwidowanych przez automatyzację miejsc pracy zapewniała ubogim godziwy zarobek; większość terenów, które służą za wysypisko toksycznych odpadów podobnie zamieszkują osoby z dołu społeczno-gospodarczej piramidy – to początek listy niezamierzonych konsekwencji i technologicznych niewypałów. Korzyści z nowej technologii płyną przede wszystkim w górę drabiny społecznej, natomiast koszty i następstwa w dół; ma to wiele wspólnego z faktem, że wnuki osób, które z pąsowymi rumieńcami śledziły perypetie Jetsonów teraz wolą Igrzyska śmierci.

To pierwszy powód. Drugim jest to, że od dziesiątków lat zdecydowana większość twierdzeń o cudownych nowych technologiach, które miały nieuchronnie stać się częścią naszego życia okazała się być błędna. Od plecaków odrzutowych i latających samochodów, przykrytych kopułą miast i wakacji na Księżycu, przez elektrownie jądrowe, które generują energię elektryczną tak tanią, że nie ma nawet sensu jej mierzyć, aż do podboju ubóstwa, chorób, a nawet śmierci – gros zapowiedzi formułowanych przez propagandystów i publicystów postępu technologicznego nie zmaterializowało się. To zrozumiałe, że kolejne przydziały obietnic robią na ludziach wyraźnie mniejsze wrażenie.

Kiedy byłem dzieckiem – proszę mi pozwolić na osobistą refleksję – jedna z moich ulubionych książek nosiła tytuł Polecisz na Księżyc. Podejrzewam, że spore grono Amerykanów mojego pokolenia pamięta tę pozycję, jakkolwiek słabo, z jej efektownie połyskującą ilustracją podróży kosmicznej w bliskiej przyszłości: wielka stożkowata rakieta z uskrzydlonym górnym modułem, biała stacja w kształcie obwarzanka wirująca na orbicie, plus cała reszta. Naprawdę spodziewałem się, że odbędę kiedyś tę podróż, a w przekonaniu tym utwierdzał mnie chór autorytatywnych głosów, dla których permanentne stacje kosmiczne, bazy na Księżycu i załogowe lądowanie na Marsie były gwarantowane przed rokiem 2000.

Oczywiście w owych czasach Stany Zjednoczone nadal posiadały załogowy program kosmiczny zdolny do odbicia śladów obuwia na powierzchni Księżyca. Pozostał już tylko wspomnieniem. Warto porozmawiać o tym, dlaczego tak się stało, ponieważ ta sama logika dotyczy większości wielkich projektów technologicznych, które nie tak dawno anonsowano jako nieuniknioną drogę ku lśniącej, nowej przyszłości.

Nie mamy już załogowego programu kosmicznego, ponieważ Stany Zjednoczone są bankrutem, oddawszy się w najpospolitszy sposób tej odmianie imperialnego przeszarżowania, którą opisał kronikarz Paul Kennedy w Powstaniu i upadku wielkich mocarstw, i spieniężywszy przyszłość w imię tymczasowego zwierzchnictwa nad większością planety. To przemilczany podtekst stojący za rozpadem infrastruktury Ameryki i środowiska zbudowanego, wypatroszeniem jej niegdyś potężnego przemysłu, a także wspomnianym wcześniej nieprzerwanym spadkiem życiowej stopy. Brytania snuła marzenia o kosmicznej ekspansji, kiedy nadal dzierżyła imperium – Brytyjskie Towarzystwo Międzyplanetarne było jednym z filarów orędownictwa na rzecz podróży kosmicznych w pierwszej połowie XX wieku – realizacji tych marzeń zaniechała bezpowrotnie, kiedy utraciła swoje imperium; Stany Zjednoczone są w trakcie tego samego odwrotu. Mimo to kryje się za tym coś więcej.

Kolejnym powodem braku załogowego programu kosmicznego jest to, że podczas dekad zdominowanych przez podekscytowaną retorykę o Nowym Świecie dla Człowieka nigdy nie zabrano się za przedyskutowanie różnicy między techniczną wykonalnością i ekonomiczną opłacalnością. Promotorzy podróży kosmicznych wpadli w powszechną pułapkę wiary we własną reklamę i przekonali samych siebie, iż orbitalne fabryki, kopalnie na Księżycu i inne podobne przedsięwzięcia z pewnością będą propozycją intratną. Oczywiście zapomnieli o tym, co nazywam dywidendami biosfery: szerokim wachlarzu towarów i usług świadczonych za darmo przez naturalne cykle Ziemi, za które w każdym innym miejscu ludzie musieliby zapłacić. Najbardziej aktualny szacunek tej dywidendy, pochodzący z analizy opublikowanej w 1997 roku na łamach Science – opracowanej przez zespół pod kierownictwem Richarda Constanza – wskazuje wartość trzykrotnie wyższą od łącznej sumy wszystkich dóbr i usług wytworzonych przez ogół ludzkiej populacji.

Innymi słowy, działalność gospodarcza w dowolnym miejscu Układu Słonecznego zgodnie z przybliżoną wyceną będzie blisko cztery razy droższa niż na Ziemi, nawet z pominięciem kosztów transportu, ponieważ darmowe usługi świadczone lokalnie przez biosferę muszą zostać opłacone gdzieś w kosmosie lub na innych światach Układu Słonecznego. To dlatego wszystkie gawędy o przestrzeni kosmicznej jako nowej granicy gospodarczej zaprowadziły donikąd; spróbowano orbitalnej produkcji – program Skylab z lat 1970-tych, program promów kosmicznych i Międzynarodowa Stacja Kosmiczna przeprowadziły pod tym kątem serię eksperymentów – ale skromne korzyści ze swobodnego spadku i łatwy dostęp do próżni nie uczyniły dostatecznej różnicy, aby zrównoważyć koszty. Zatem załogowe podróże kosmiczne wzorem komercyjnych samolotów naddźwiękowych, elektrowni jądrowych i mnóstwa innych niedoszłych rozwiązań przyszłościowych zmieniły się w gigantyczny bibelot, który można utrzymać jedynie dzięki nieprzerwanemu napływowi szczodrych subsydiów rządowych.

Trzeci powód jest mniej namacalny, ale podejrzewam, że daleko bardziej istotny. Można go wytropić biorąc do rąk którąkolwiek ilustrowaną książkę na temat Układu Słonecznego, napisaną zanim tam dotarliśmy, i porównując spodziewany wizerunek kosmosu oraz innych światów z tym, co rzeczywiście czekało na nasze lądowniki i sondy.

Mam właśnie przed sobą reprodukcję obrazu księżycowej scenerii z albumu opublikowanego w roku moich urodzin. To wspaniały, romantyczny widok. Na pierwszym planie błękit ziemskiego światła zalewa krater; w oddali ostre szczyty gór chwytają słoneczne promienie; niebo wypełniają olśniewające gwiazdy. Szkoda, że nie to ukazało się oczom astronautów misji Apollo po przybyciu na miejsce. Nikt nie rozkazał Księżycowi, aby uczynił zadość ludzkim wyobrażeniom o malowniczym majestacie, a zatem przedstawił gościom widoki monotonnych, szarych pagórków i pustych równin rozciągających się pod płaskim, czarnym firmamentem. Dla każdego z wyjątkiem selenologa jedyną godną uwagi rzeczą w tym posępnym miejscu była świecąca w tle niebieska sfera Ziemi, oddalona o 384 tysiące kilometrów.

Dla jeszcze większego kontrastu wystarczy obejrzeć fotografie przesłane przez pierwszą sondę Viking z powierzchni Marsa w 1976 roku i porównać je z wielobarwnymi pejzażami czwartej planety Słońca, które zaistniały wcześniej w obiegu kultury popularnej. Pamiętam to zdarzenie względnie dobrze, a jednym z najbardziej wyraźnych wspomnień jest dojmujące poczucie rozczarowania – „To wszystko?” – podzielane przez każdego z domowników. Kadry z lądownika nie przypominały Barsoom [Edgara Rice’a Borroughsa], czy jałowej, lecz pięknej scenerii Kronik marsjańskich Raya Bradbury’ego – lub którejkolwiek z pozostałych wizji Marsa, jakie każdy Amerykanin żyjący w lat 70-tych skrywał w swoim umyśle; przypominały nader nieciekawy zakątek stanu Nevada, który jakimś sposobem pozbawiony został powietrza, wody i życia.

Zwolennicy podróży kosmicznych ponownie wpadli tu w pułapkę – dali się uwieść własnej propagandzie i zapomnieli, że fikcja naukowa ma tyle wspólnego z prawdziwą przyszłością, co powieści romantyczne z prawdziwymi związkami uczuciowymi. Tak na marginesie nie jest to krytyka wymierzona w science-fiction, choć podejrzewam, że członkowie Projektu Hieroglif za taką uznają moje słowa. Science-fiction jest literaturą idei, a nie trywialnej rzeczywistości, i wywołuje poczucie zachwytu, swój charakterystyczny efekt literacki, poprzez usunięcie bariery, która oddziela realizm od fantazji. Zbyt często zapomina się jednak, że efekty literackie nie są gwarantem zasadności proroctw – jest o wiele bardziej prawdopodobne, że za mgłą emocji ukrywają uchybienia nierealnych twierdzeń.

Autorzy romansów zdają się nie mieć problemów z przyznaniem, że ich powieści nie odwzorowują realnego świata. Natomiast fikcja naukowa od wielu już lat cierpi na przypadłość nadmiernie rozwiniętego poczucia własnej ważności. Przychodzi mi na myśl typowy esej Isaaca Asimova zawierający opis autorów s-f jako zwiadowców na szpicy ludzkości, która maszeruje w przyszłość. (Proszę zwrócić uwagę na założenia, iż ludzkość dokądś maszeruje, że wszyscy jej reprezentanci spieszą w tym samym kierunku i że miejsce docelowe zdefiniowane zostało akurat przez gusta ekscentrycznej podkategorii literatury popularnej XX wieku.) Tego rodzaju myślenie w trakcie powojennego boomu pozwoliło zbyt wielu osobom zapomnieć, że Wszechświat nie ma obowiązku dopasować się do naszych całkowicie antropocentrycznych pojęć ludzkiego przeznaczenia i zaopatrzyć nas w Nowe Światy dla Człowieka tylko dlatego, że ich pożądamy.

Mutatis mutandis – właśnie to spotkało pozostałe wielkie wizje postępu technologicznego, które z takim entuzjazmem proklamowano w minionym stuleciu. Większość z nich nigdy się nie urzeczywistniła, tymczasem garstka ziszczonych zaprezentowała się jako dużo mniej ekscytująca i bardziej problematyczna niż zakładały to nieustępliwie wstępne szacunki. W obliczu tego powtarzającego się uświadomienia bardzo wielu Amerykanów postanowiło – i nie bez powodu – że kolejne identyczne zapędy nie będą już przedmiotem ich zainteresowania. W ten sposób opinia publiczna odstąpiła od przytulnego optymizmu i zwróciła się ku surowszemu spojrzeniu na naszą przyszłość.

Trzeci czynnik odpowiadający za zmianę preferencji jest być może najważniejszy i uchodzi za jeden z najwszechstronniej unikanych tematów tabu współczesnego życia. Niemal każde zjawisko związane z człowiekiem podlega prawu malejących korzyści; wniosek, którego współczesne społeczeństwa przemysłowe usilnie starają się nie przyswoić mówi, iż postęp technologiczny jest jednym ze zjawisk podlegających temu prawu. Zatem możliwe jest zaistnienie nadmiaru technologii i bardzo silne argumenty przemawiają za tym, że uprzemysłowione kraje świata dawno przekroczyły ten punkt.

W swoim zwyczajowo przekonywującym artykule ekonomista Herman Daly dzieli nasze prawo malejących korzyści na trzy wzajemnie oddziałujące procesy. Pierwszy to malejąca użyteczność krańcowa – im więcej czegoś posiadasz, każdy dodatkowy przyrost tej rzeczy w coraz mniejszym stopniu wpływa na twój dobrobyt. Jeśli jesteś głodny, jedna kanapka to świetna rzecz; dwie są przyjemnością; trzy to luksus; lecz gdzieś poza tą granicą – kiedy rozdasz już kanapki wszystkim swoim współpracownikom, lokalnym mieszkańcom i każdej spotkanej przez siebie osobie – dodatkowe kanapki przestaną być użyteczne. Gdy większa ilość czegokolwiek nie przynosi już żadnych dodatkowych korzyści, osiągasz punkt daremności, w którym dalsze przyrosty są stratą czasu i zasobów.

Na długo zanim to nastąpi swoją rolę zaczynają odgrywać dwa inne czynniki. Po pierwsze, koszt uporania się z jedną kanapką jest znikomy i wzrasta nieznacznie przy dwóch lub trzech sztukach. Następnie pojawia się konieczność inwestowania czasu i prawdopodobnie surowców niezbędnych do poradzenia sobie ze wszystkimi kanapkami, a każda dodatkowa porcja dokłada się do obciążenia całkowitego. Ekonomiści nazywają to rosnącą nieużytecznością krańcową – im więcej czegoś masz, tym więcej kosztować będzie, w taki czy inny sposób, każdy dodatkowy przyrost tej rzeczy. Gdzieś po drodze pojawia się również wpływ, jaki uporanie się z kanapkami wywiera na twoją zdolność radzenia sobie z innych rzeczami, które musisz zrobić; to natomiast zwiększa ryzyko zakłócenia całego systemu – im więcej czegoś masz, tym większe jest prawdopodobieństwo, iż dodatkowy przyrost tej rzeczy zakłóci szerszy system, w ramach którego egzystujesz.

Praktycznie nikt nie chce rozmawiać o tym, jak postęp technologiczny przekroczył punkt malejących korzyści: użyteczność krańcowa każdej nowej porcji technologii spada gwałtownie, marginalna nieużyteczność rośnie przynajmniej równie szybko, a zakłócenia całego systemu zasilane przez technologię są już obecne w codziennym życiu. Mimo to doszedłem do wniosku, że niewygodna świadomość tego faktu staje się coraz bardziej powszechna, jakkolwiek podprogowy może być jej charakter, i zaczyna przenikać między innymi kulturę popularną. Jeśli znajdujesz się w głębokim dole – jak mówi przysłowie – musisz w pierwszej kolejności zaprzestać dalszego kopania; jeżeli duża i stale powiększająca się część problemów twojego społeczeństwa spowodowana jest przez nadmiar technologii stosowanej z niedostateczną ostrożnością, wówczas niezbyt pomocne jest upieranie się, iż więcej technologii wdrażanej z jeszcze mniejszym sceptycyzmem wobec potencjalnych konsekwencji to jedyna możliwa odpowiedź na te problemy.

Istnieje użyteczne słowo określające coś, co pozostaje niezmiennie przytwierdzone do kultury po odejściu warunków, które kiedyś uczyniły to istotnym; tym słowem jest „przesąd”. Chciałbym zasugerować, że oparte na wierze twierdzenia – więcej technologii jest zawsze lepsze niż mniej technologii, każdy problem musi mieć antidotum technologiczne, technologia zawsze rozwiązuje więcej problemów, niż tworzy – należą do najbardziej powszechnych przesądów naszych czasów. Chciałbym również podpowiedzieć, że chociaż pocieszające i uspokajające miewają właściwości, najwyższa już pora, by z tych przesądów wyrosnąć i stawić czoła światu, jakim faktycznie jest – światu, w którym kolejna dawka optymizmu opartego na wierze jest daleka od pożytecznej.

Tłumaczenie: exignorant (link)

Autor: John Michael Greer (wersja oryginalna)

Data publikacji: 10 września 2014

Reklamy
Reklamy

Do 2048 roku wyginą wszystkie gatunki morskie. „Zagłada postępuje bardzo szybko”

 Do 2048 roku wyginą wszystkie gatunki morskie. „Zagłada postępuje bardzo szybko”

ekologiaArtykuł o ekologii. Od jakiegoś już czasu obserwujemy wielkie wymieranie gatunków, w szczególności pszczół i gatunków morskich. Zwierzęta umierają całymi grupami, milionami, i dotyczy to najróżniejszych gatunków: krewetek, krabów, ryb, delfinów.

Mówi się, że morza są barometrami stanu ziemskiej biosfery. Morza zaczynają właśnie reagować. To w nich wszelkie zanieczyszczenia kumulują się bardziej, niż np w powietrzu.

W Bałtyku sytuacja już jest dramatyczna. Od dekad rybacy raportują o wyławianiu ryb bytujących przy dnie – fląder – z całymi poparzonymi brzuchami. Dodajmy – poparzonymi od gazów bojowych zatopionych po zakończeniu II wojny światowej. Beczki z tymi gazami rozszczelniają się i pękają już od dawna. Jeśli kraje basenu morza bałtyckiego nic nie zrobią, w ciągu kilku dekad morze to będzie toksyczną kałużą pozbawioną życia biologicznego.

Już teraz ogromne obszary dna na środku Bałtyku są pozbawione życia biologicznego. Czytałem o tym jeszcze „za gówniarza”, w książce od geografii w latach 90-tych. Niestety, zmieniły się rządy, ale nie zmieniło się nic w sprawie zanieczyszczenia tego akwenu.

Powagi sytuacji dodaje fakt skażenia z Fukushimy. Jest ono nieporównywalne z niczym innym. Pluton i neptun wydobywające się z 3 uszkodzonych reaktorów, są jednymi z najbardziej toksycznych substancji na Ziemi. Ta awaria nie miała wcześniej precedensu, ocenia się, że co 9 dni idzie tam emisja równa całkowitej emisji z Czarnobyla. Skażenie oceanu zanotowano już w Kanadzie i USA (prądy morskie), a agendy rządowe USA prowadzą intensywne badania w tym kierunku.

Nietrudno się dziwić, że prawda wychodzi na jaw, skoro teraz każdy może kupić sobie licznik Geigera lub inne urządzenie pomiarowe, wyjść na kalifornijską plażę i dokonać pomiarów. Pisałem o tym, jak uczennica College’ u robiąca projekt z biologii, przez przypadek odkryła przekroczenie norm skażenia radioaktywnego na kalifornijskiej plaży. Gdzie były w tym czasie służby ochrony radiologicznej i czemu nie ostrzegły ludzi? To pytanie jest oczywiście nierozwiązywalną zagadką. Ale inaczej na nią spojrzymy, gdy zdamy sobie sprawę, że lobby atomistów jest nie mniej wpływowe, niż lobby farmaceutyczne..

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Cytuję: „Analiza z roku 2006. Od tamtego czasu nie wprowadzono żadnych systemowych zmian mitygujących, naprawczych. Nadmierne połowy, zanieczyszczenie, zakwaszenie, skażenie radioaktywne i ocieplenie globalnego oceanu wręcz galopują. Objęty ochroną obszar wód morskich wynosi niecałe 2%. Ustalony przez badaczy, „optymistyczny” termin można uznać za nieaktualny.

Zagłada morskiego życia ma swoją datę: 2048.

Właśnie wtedy oceany świata opustoszeją z ryb, przewiduje międzynarodowy zespół ekologów i ekonomistów. Przyczyna: wymarcie gatunków z powodu nadmiernych połowów, zanieczyszczenia, utraty siedlisk i zmiany klimatu.

Badanie przeprowadzone przez dr Borisa Worma z Uniwersytetu Dalhousie w Halifax [Nowa Szkocja] – wraz z kolegami z Wielkiej Brytanii, USA, Szwecji i Panamy – było próbą zrozumienia, co wyniszczenie gatunków morskich może oznaczać dla świata.

Badacze zanalizowali kilka rodzajów danych. Nawet dla naukowców zorientowanych ekologicznie wyniki były nieprzyjemnym zaskoczeniem.

„Byłem zszokowany i zaniepokojony konsekwencją istniejących trendów – wykroczyła poza nasze najbardziej pesymistyczne podejrzenia,” mówi Worm w komunikacie prasowym.

„To nie jest prognoza wydarzeń. To dzieje się teraz,” mówi dr Nicola Beaumont z Laboratorium Morskiego w Plymouth [Wielka Brytania]. „Jeśli różnorodność biologiczna nadal będzie zanikać, środowisko morskie nie tylko nie utrzyma naszego stylu życia, lecz faktycznie nie zdoła utrzymać naszego życia,” dodaje Beaumont.

Już dzisiaj 29% jadalnych gatunków ryb i owoców morza odnotowało 90% spadek – co oznacza załamanie tych łowisk.

Ale kwestią kluczową nie jest brak owoców morza na naszych talerzach. Gatunki oceaniczne filtrują wodę z toksyn. Chronią linie brzegowe. Zmniejszają ryzyko eksplozji rozkwitu alg, takich jak czerwona fala.

„Znaczny i stale rosnący odsetek ludzkiej populacji zamieszkuje obszary w pobliżu wybrzeża, dlatego utrata usług, takich jak ochrona przeciwpowodziowa i detoksykacja odpadów, może mieć katastrofalne skutki,” mówi Worm.

Naukowcy przeanalizowali dane z 32 eksperymentów przeprowadzonych na różnych środowiskach morskich.

Następnie przestudiowali wnikliwie 1000-letnią historię 12 regionów przybrzeżnych na całym świecie, w tym zatoki San Francisco i Chesapeake w Stanach Zjednoczonych, Adriatyku, Bałtyku i Morza Północnego w Europie.

Po czym zbadali dane łowisk z 64 dużych ekosystemów morskich.

I na koniec przyjrzeli się rekonwalescencji 48 chronionych obszarów morskich.

Ich konkluzja: Wszystko, co żyje w oceanie jest bardzo ważne. Różnorodność morskiego życia jest kluczem do jego przetrwania. Obszary oceanu o największym zróżnicowaniu życia są najzdrowsze.

Jednakże utrata gatunków nie jest procesem stopniowym. Zachodzi bardzo szybko – i przyspiesza, twierdzą naukowcy. […]

Swoje ustalenia badacze przedstawili na łamach Science.

2 listopada 2006

Źródło: CBS News

Tłumaczenie: exignorant

Wpisy powiązane tematycznie na stronie ExIgnorant: „Dziennik pokładowy: Ocean umiera”, „Dramatyczny Raport o Stanie Oceanów”

Niebezpieczeństwa energetyki atomowej (od strony gospodarczej)

Niebezpieczeństwa energetyki atomowej: gospodarka

Cytuję: „W kwietniu 1986 r. nastąpił wybuch czwartego reaktora w rosyjskiej elektrowni atomowej w Czarnobylu. Reaktor nie posiadał zewnętrznej obudowy bezpieczeństwa i wielka ilość radioaktywnych materiałów została wyrzucona do atmosfery i rozproszona na rozległe tereny Ukrainy, Rosji, Białorusi, a częściowo Polski i innych krajów. Pełna ocena straszliwych skutków katastrofy jest przedmiotem sporów zwolenników i przeciwników energetyki jądrowej [27, 28].

Kofi Annan, były sekretarz generalny ONZ, w 2001 r. stwierdził w sprawie Czarnobyla [29]: „Z dwu powodów nie wolno nam przestać mieć na uwadze tej tragedii. Po pierwsze, zapomnienie o Czarnobylu to ryzyko pojawienia się podobnych katastrof przemysłowych i ekologicznych. Niestety jesteśmy bezbronni, gdy takie zdarzenia mają miejsce. Ale możemy przynajmniej im zapobiegać. Drugi powód jest taki: więcej niż 7 mln ludzi nie może zapomnieć. Oni nadal, każdego dnia, ponoszą konsekwencje tego, co zdarzyło się 15 lat temu. Tak naprawdę dziedzictwo Czarnobyla nie przestało nas prześladować, nas i naszych potomków jeszcze prze wiele następnych pokoleń”.

W elektrowniach atomowych stosuje się i buduje nadal reaktory uranowe chłodzone w pierwotnym obiegu zamkniętym wodą pod dużym ciśnieniem. Posiadają one skuteczną regulację i zabezpieczenia przed wybuchem jądrowym reaktora. Do takiego wybuchu jeszcze nigdy nie doszło. W Czarnobylu wybuchła w reaktorze para wodna i wodór, co doprowadziło do jego rozsadzenia i uwolnienia silnie radioaktywnych izotopów. Zwolennicy energetyki atomowej wykluczają jednak taką możliwość w przyszłości i przyjmują, że nowy reaktor jest urządzeniem całkowicie pewnym wewnętrznie. Ponadto przed awaryjnym uwolnieniem radioaktywnych izotopów do otoczenia chroni reaktor zachodni pojedyncza, a w nowszych reaktorach podwójna obudowa bezpieczeństwa ze sprężonego betonu. Stanowi też ona stosunkowo skuteczne zabezpieczenie reaktora przed uderzeniami i próbami uszkodzenia z zewnątrz. Wytrzymuje m.in. uderzenie lekkiego samolotu.

Nie sprawdzono jednak eksperymentalnie, czy taka obudowa rzeczywiście wytrzyma wybuch w reaktorze. Nie ma też pewności, że w każdych warunkach tak wielka i ciężka obudowa z czasem nie popęka pod wpływem własnego ciężaru i podłoża, jak np. pękł parometrowej grubości fundament rozpoczętej przed laty budowy elektrowni atomowej w Żarnowcu, za Gdynią [28]. (Szczęśliwie, zrezygnowano z kontynuowania tej budowy.)
Żadna obudowa nie ochroni reaktora przed możliwością zbombardowania i to się już zdarzyło; przed laty Izrael skutecznie zbombardował reaktor atomowy w Iraku, jeszcze przed podjęciem jego pracy. Ostatnio Stany Zjednoczone zagroziły Iranowi atakiem na jego urządzenia jądrowe i to z pomocą strategicznej broni atomowej. Nie są to czcze groźby. Elektrownia atomowa stanowi realny, szczególnie atrakcyjny obiekt wrogiego ataku, sabotażu i szantażu. Powoduje więc zagrożenie bezpieczeństwa kraju.

Ponadto pozostaną w kraju groźne odpady radioaktywne oraz kłopoty i koszty ich składowania na praktycznie nieskończenie długi okres czasu. Dziś doraźnie zabezpieczone i ukryte mogą po latach powodować wielkie problemy. Składowiska broni chemicznej i innych toksycznych materiałów, zatopione na dnie Bałtyku po pierwszej i drugiej Wojnie Światowej, już dzisiaj są dużym i groźnym problemem.

Incydenty nuklearne o małej skali są bardzo częste

Obok wielkich, mało prawdopodobnych katastrof, praca elektrowni atomowych łączy się z powstawaniem znacznie częstszych, mniejszych zakłóceń i awarii, skutkujących radioaktywnymi wyciekami i uwolnieniem ograniczonej ilości izotopów. Na tą ewentualność musi być przygotowana ludność zamieszkująca w okolicy elektrowni, co wymaga odpowiedniego jej poinformowania i przeszkolenia w próbnych alarmach. Nie jest to przyjemne, a indywidualnie może być i niebezpiecznie, np. dla chorych na serce.

Z żadnym z wymienionych powyżej zagrożeń nie mieliśmy dotychczas do czynienia w Polsce, budując i eksploatując od lat elektrownie węglowe. Zaopatrywane są one z wielu krajowych, niezależnie pracujących kopalni i zasobnych pokładów, a paliwo jest łatwo składowane przy elektrowniach na sezon zimowy, czas strajków i okres, gdy mogą powstać zakłócenia w jego transporcie. Podawane stwierdzenia, że budowa elektrowni atomowej, zamiast węglowej, prowadzi do zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego kraju [2, 30] pozbawione są racjonalnej argumentacji. Stanowią przykład niekompetentnego i niebezpiecznego zastępowania ogólnymi hasłami poważnej analizy strategicznej. Bezpieczeństwo energetyczne jest ważnym, ale i trudnym problemem [31], wymagającym kompetencji i rozwagi.

Można wierzyć w niezawodność współczesnej techniki, szczególnie zachodnioeuropejskiej i amerykańskiej. Cóż jednak powiedzieć, gdy supernowoczesne samoloty F-16, kosztujące więcej złota niż same ważą, przeznaczone do zadań globalnych, mają trudność z przelotem z USA do Polski. Człowiek tworzy i wykorzystuje nowoczesną technikę, a człowiek jest zawodny nawet wtedy, gdy jest w pełni kompetentny i pozytywnie zaangażowany. Gorzej, jeśli nie jest dostatecznie kompetentny, świadomy i do końca uczciwy, a tak się też zdarza. Choćby katastrofa hali wystawowej w Katowicach pokazała z jaką karygodną beztroską odnoszą się zagraniczni menadżerowie i ich polscy współpracownicy do bezpieczeństwa publicznego. Niestety, nie jest to przykład odosobniony.

Skąd weźmiemy paliwo? Import uranu

Inną ważną sprawą jest uzależnienie polityczne i bezpieczeństwo energetyczne elektrowni atomowej. Elektrownia potrzebuje do pracy importowanego paliwa uranowego i ewentualnie gwarancji jego odbioru, a jest to produkt strategiczny, uwarunkowany politycznie, istotnie uzależniający nas od dostawcy. Przy najlepszych stosunkach, takie uzależnienie nie jest bezpieczne. Ponadto praca elektrowni atomowej i obrót paliwem poddany jest specjalnej kontroli międzynarodowej, co nie zawsze jest przyjemne i bezkonfliktowe.
Druga sprawa związana jest z właścicielskim dysponowaniem ruchem elektrowni i sprzedażą wytwarzanej energii. Jeśli Skarb Państwa nie będzie dysponował większościowym udziałem kapitałowym w tak kosztownym obiekcie, a na to na razie Skarbu nie stać, to w praktyce będzie to zagraniczna elektrownia w Polsce, ze wszystkimi negatywnymi tego skutkami dla polskiego bezpieczeństwa energetycznego. Wystarczy przypomnieć wieloletnie konflikty miasta Warszawy z francuską elektrownią na Powiślu, która przez prawie 40 lat od początku XX wieku utrudniała elektryfikację miasta i okolicy [32].

Autor: Wspieramy Polską Gospodarkę na FB