Reklamy

Islandia sądzi premiera za kryzys i bankructwo

Chcemy rewolucji! takiej jak w Islandii

‎”Islandczycy sprawili, że rząd, który aprobował pod dyktando światowej finansjery zubożyć islandzki naród zgodnie ze scenariuszem aktualnie „przerabianym” przez Grecję podał się w komplecie do dymisji! Główne banki w Islandii zostały znacjonalizowane i mieszkańcy zdecydowali jednogłośnie zadeklarować niewypłacalność długu, który został zaciągnięty przez prywatne banki w Wielkiej Brytanii i Holandii. Doprowadzono też do powołania Zgromadzenia Narodowego w celu ponownego spisania konstytucji. I to wszystko w pokojowy sposób. To prawdziwa rewolucja przeciw władzy, która doprowadziła Islandię do aktualnego załamania.

Na pewno zastanawiacie się, dlaczego te wydarzenia nie zostały szeroko nagłośnione?
Odpowiedź na to pytanie prowadzi do kolejnego pytania: Co by się stało, gdyby reszta europejskich narodów wzięła przykład z Islandii? Oto krótka chronologia faktów:
Wrzesień 2008 roku: nacjonalizacja najważniejszego banku w Islandii,Glitnir Banku, w wyniku czego giełda zawiesza swoje działanie i zostaje ogłoszone bankructwo kraju.
Styczeń 2009 roku: protesty mieszkańców przed parlamentem powodują dymisję premiera Geira Haarde oraz całego socjaldemokratycznego rządu,a następnie przedterminowe wybory. Sytuacja ekonomiczna wciąż jest zła i parlament przedstawia ustawę, która ma prywatnym długiem prywatnych banków (wobec brytyjskich i holenderskich banków) wynoszącym 3,5 miliarda euro obarczyć islandzkie rodziny na 15 lat ze stopą procentową 5,5 procent. W odpowiedzi na to następuje drugi etap pokojowej rewolucji.
Początek 2010 roku: mieszkańcy zajmują ponownie place i ulice, żądając ogłoszenia referendum w powyższej sprawie.
Luty 2010 roku: prezydent Olafur Grimsson wetuje proponowaną przez parlament ustawę i ogłasza ogólnonarodowe referendum, w którym 93 procent głosujących opowiada się za niespłacaniem tego długu. W międzyczasie rząd zarządził sądowe dochodzenia mające ustalić winnych doprowadzenia do zaistniałego kryzysu. Zostają wydane pierwsze nakazy aresztowania bankowców, którzy przezornie odpowiednio wcześniej uciekli z Islandii.

W tym kryzysowym momencie zostaje powołane zgromadzenie mające spisać nową konstytucję uwzględniającą nauki z dopiero co „przerobionej lekcji”. W tym celu zostaje wybranych 25 obywateli wolnych od przynależności partyjnej spośród 522, którzy stawili się na głosowanie (kryterium wyboru tej „25%u2033 – poza nieposiadaniem żadnej książeczki partyjnej – była pełnoletniość oraz przedstawienie 30 podpisów popierających ich osób). Ta nowa rada konstytucyjna rozpoczęła w lutym pracę, która ma się zakończyć przedstawieniem i poddaniem pod głosowanie w najbliższych wyborach przygotowanej przez nią „Magna Carty”.

Czy ktoś słyszał o tym wszystkim w europejskich środkach przekazu? Czy widzieliśmy, choćby jedno zdjęcie z tych wydarzeń w którymkolwiek programie telewizyjnym?
Oczywiście – NIE! W ten oto sposób Islandczycy dali lekcję bezpośredniej demokracji oraz niezależności narodowej i monetarnej całej Europie pokojowo sprzeciwiając się Systemowi. Minimum tego, co możemy zrobić, to mieć świadomość tego, co się stało, i uczynić z tego „legendę” przekazywaną z ust do ust. Póki co wciąż mamy możliwość obejścia manipulacji medialno informacyjnej służącej interesom ekonomicznym banków i wielkich ponadnarodowych korporacji. Nie straćmy tej szansy i informujmy o tym innych, aby w przyszłości móc podjąć podobne działania, jeśli zajdzie taka potrzeba.” Niestety nie wiem kto jest autorem ale ciekawie napisał.

W Reykiaviku stanął przed sądem były premier Islandii Geir Haarde. Jest on oskarżony o zaniedbania związane z kryzysem finansowym w 2008 roku.

Analitycy podkreślają, że Haarde jest pierwszym światowym liderem, jakiego postawiono przed sądem w sprawie tak zwanego Globalnego Kryzysu Finansowego. Były premier oskarżany jest o to, że nie zapewnił Islandii odpowiednich mechanizmów finansowego bezpieczeństwa.

W wyniku kryzysu upadły trzy islandzkie banki, poszkodowanych było tysiące ludzi. Jednocześnie Brytyjczycy, którzy inwestowali na Islandii i stracili pieniądze, domagają się odszkodowania. Sprawa nadal nie jest rozwiązana.

Były premier nie przyznaje się do żadnych zarzucanych mu czynów, mówi, że jest ofiarą nagonki politycznej. Islandczycy są podzieleni. Jedni twierdzą, że ówczesny rząd musi ponieść konsekwencje swoich zaniedbań, zdaniem innych – Haarde jest zwykłym kozłem ofiarnym.

IAR, wit

—-

Panie Prezydencie, Panie Premierze jak żyć? – list otwarty z wołaniem o pomoc

Nigdy nie myślałam, że przyjdzie mi w tak pięknej ojczyźnie jaką jest Polska walczyć o resztki godności. Jednak w dniu dzisiejszym przelała się czara goryczy, więc postanowiłam napisać ten list otwarty do Was – Możnowładcy,których wybraliśmy, żebyście zapewnili nam spokojne i właśnie nade wszystko godne życie.

Panie Premierze,

Tak zaczynam od Pana, bo to Pan w trakcie wyborów pokazywał jak ma żyć pewien plantator papryki. Nie. Nie posiadam pola upraw, ale mam swoje 4 ściany, które są moim skromnym domem. Piszę do Pana właśnie siedząc i patrząc jak choroba zabiera mi możliwość sprawnego życia. Choruję na stwardnienie rozsiane ze zmianami w mojej pamięci. Nie wybierałam sobie takiego losu. Co więcej chorując od lat podnosiłam się z każdego ataku choroby i wracałam do pracy łącząc ją z ratowaniem nieuleczalnie chorego syna. Uważałam za swój obowiązek zrobić wszystko, żeby dawać coś dziecku, ale też państwu,żeby nikt nie nazwał mnie darmozjadem. I co z tego mam? NIC. Lekarz stwierdził u mnie całkowitą niezdolność do pracy, bo niestety wiele z moich obecnych dni przypomina bardziej egzystencję niż życie pełną parą. Niestety przepisy ZUS pomimo przepracowania wymaganego okresu czasu na rzecz Polski zabrały mi prawo do renty. Okazało się, że śmiałam chorować w ciągu ostatnich 3 lat ponad rok. I jak to było …. Panie Premierze pytam się – Jak mam żyć? Za co mam kupić leki,które kosztują mnie ponad 500 zł miesięcznie. Mam 40 lat nie kwalifikuję się do programów leczenia, teraz jeszcze mój jedyny lek solumedrol od stycznia nie objęła lista refundacji i też jest w 100 % płatny. Za co się pytam Panie Premierze mam żyć?

Panie Prezydencie,

Wierzę, że wybaczy mi Pan nietakt, że zwracam się do Pana w drugiej kolejności, ale tak mi dyktuje serce. Wiem, że ma Pan dzieci, ma Pan wnuki – Zatem proszę mi powiedzieć, co mam dziś powiedzieć mojemu synowi,którego żywię codziennie 5 razy dziennie dzięki żywieniu pozajelitowym specjalną odżywką, bo właśnie otrzymałam list, że dyrektor naczelny NFZ na Wielkopolskę zerwał umowę z firmą przywożącą nam te leki? Panie Prezydencie 20lat walczę o życie syna. Chłopca, młodego już mężczyzny, który miał pecha i zachorował na tak rzadką chorobę jakim jest Zespół Ehlersa Danlosa typu 6. Tak.Takich chorych na świecie jest około 60. W Polsce jest dwoje. Mój syn ponad 1,5rok temu dzięki tej chorobie został zaatakowany przez zanik mięśni. Nikt nie chciał Go ratować. Każdy się bał trudnego przypadku. Nikt nie chciał pomóc.Krzycząc dosłownie w szpitalu wreszcie się nade mną zlitowano. Umierającemu prawie dziecku, bo dwa razy go wtedy musiałam sama ratować, w końcu lekarze założyli PEG – choć wiem, że ryzykowali, bo stan dziecka był tragiczny, a choroba postępowała w szalonym tempie. Zaufałam im. Oni uwierzyli w moje wołanie o pomoc. Teraz oni mają związane ręce, bo jeden urzędnik przekreślił ich pracę. Przekreślił  ratunek mojego syna, ale też wielu innych tak chorych dzieci i dorosłych. Pytam się zatem – Co mam począć Panie Prezydencie? Mam się poddać jako matka? Mam przekreślić 20 lat walki o dziecko? Mam Mu powiedzieć – umieraj, urzędnik miał takie prawo?

Pani Prezydent,

Pozwalam sobie i do Pani napisać, bo wszakże mężczyźni rządzą nami, ale może szyja, którą tą głową według przysłowia kręci, Pani pomoże mi jak kobieta kobiecie. Jak mam wierzyć, że moje życie w Polsce ma jeszcze sens? Nie potrzebuję jałmużny. Potrzebuję renty, żeby móc zapewnić sobie leczenie, żebym miała siły opiekować się synem, żebym miała siłę uszyć zabawkę dla obcych dzieci i mieć z tego na chleb. Stwardnienie rozsiane jest chorobą, dla której jest ważne, żeby się nie denerwować. Droga Pani Prezydent,ale jak mam tego dokonać? Czy Pani jako matka nie walczyłaby Pani o swoje dziecko do końca, jakikolwiek ten koniec miałby być? Nie. Nie jestem Matką Polką, która ma zamiar dźwigać więcej niż uciągnąć może i stękać, że ma za ciężko. Jestem tylko i wyłącznie kobietą walczącą o prawo do godnego życia. Co mam powiedzieć pozostałej mojej dwójce dzieci? Że mają szybko dorastać i uciekać z Polski, bo to państwo ceni tylko silne jednostki, a reszta jest traktowana jak śmiecie?

Nie. Nie piszę do prezesa ZUS o rentę specjalną, bo nie zmieszczę się w paragrafie – według przepisów, nie umieram jeszcze z głodu,żeby móc zwracać się z taką prośbą. Szkoda mi papieru i czasu na trwające wieki odpowiedzi.

Nie. Nie piszę do NFZ – mój śp. Teść napisał do byłej Pani Minister Zdrowia w sprawie dofinansowania leczenia wady wzroku naszego syna, bo ma – 30 dioptrii i dodatkowo odklejoną siatkówkę oka, która jakimś cudem tylko się trzyma dzięki właśnie składnikom wlewek odżywki. Pani Minister Zdrowia jak zwykle odbiła się przepisami i przy kosztach w tysiącach na leczenie oczu syna,zaproponowała nam wtedy 56 zł dofinansowania. Wątpię, żeby Pan Arłukowicz miał lepsze moce ustawodawcze.

Nie proszę o wiele. Proszę o zwrócenie urzędnikowi w NFZ uwagi, że rozwiązując umowę z firmą odpowiedzialną za odżywki dla naszego syna– skazuje go na śmierć, a w między czasie na utratę wzroku. A ponoć w naszym kraju dbamy o los osób niepełnosprawnych, łamiemy dla nich ponoć bariery. Jak dla mnie dziś złamano moją wiarę, nadzieję i poczucie godności.

Proszę też o rentę, żebym nie musiała sama czekać aż choroba z chodzenia o kuli wrzuci mnie na wózek inwalidzki, a może też niestety przysporzy mi jeszcze większe kłopoty z pamięcią. Nie chcę być warzywem. Jestem istotą ludzką, która chce wierzyć, że determinacja do życia ma sens.

Ten list też kieruję do Wszelkich Pracodawców

Jeśli, gdzieś tam jest ktoś, kto nie boi się zatrudnić kobiety z marną perspektywą, ale z życiowym ADHD to dajcie znać. Mogę pracując w domu oddać się każdemu zajęciu na miarę moich sił. Nie jestem kimś, kto stanie na ulicy, żeby żebrać. Ale wiem, że z jednej pensji męża nie damy radę walczyć z naszymi wiatrakami. Może gdzieś tam wśród Was znajdzie się ktoś kto zaufa takiej kobiecie jak ja, która nie boi się walczyć o godność do końca.

Reklamy

Mądrość polskich przysłów. Część I

„nie wychylaj się przed szereg” – to bardzo mondre przysłowie polskie każe chować dzieci w równym szeregu, jak w wojsku. Głosi ono, że nie należy rozwijać w społeczeństwie, w jednostkach – cech wybitnych, indywidualnych, itp. Nie należy się przecież wyróżniać – nie należy być szczęśliwym, zadowolonym w sferze miłosnej, nie można się rozwijać. Bo a nuż ukuje to w oko zazdrosnego sąsiada, a nuż nie spodoba się księdzu co chodzi po kolędzie, a co dopiero, jak wyklnie taką wyróżniającą się rodzinę katechetka – cnotka na lekcji religii w sąsiedniej szkole. A takie wypadki jeszcze w latach 90-tych XX wieku były nagminne.

Ciemniaki wychowane na tle tej filozofii wiedzą, gdzie ich miejsce – i wiedzą, jak skutecznie obrzydzić życie tym, którzy jednak chcą, na własne ryzyko, się wyróżniać. W końcu tego byli uczeni w swoich domach. Sukces i wolność innych są dla nich solą w oku.

„to, co się dzieje w sąsiednim mieszkaniu, to sprawa sąsiada” – czyli dla przykładu: nie należy się wtrącać w życie sąsiadów, nawet, gdy są patologami, co chleją, a dziecko co noc płacze. Konsekwencją tego jest sielankowe, polskie życie z sąsiedztwem co tydzień w kościele, gdzie przykładni obywatele dają solidny datek na msze pomimo pobierania świadczeń rentowych. A po mszy, naturalnie, rodzinny obiad, rosół i pieczeń, a wieczorem nakarmienie dziecka relanium i włożenie go do niebieskiej beczki.

„Bogu – co boskie, cesarzowi – co cesarskie” – inna wersja tego to: „Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. To wspaniałe przysłowie głosi, że przykładny obywatel powinien klęczeć i całować rączki nie tylko w kościele. Przykładny Kowalski czy stateczny Nowak musi klękać w urzędzie, w ZUSie, w sklepie przed sklepową, itp itd. To jakby uzupełnienie sentencji „nie wychylaj się przed szereg”. Polacy, wychowani w ten sposób, nie zrobią powstania, rewolucji, nie obalą rządu – bo przecież diabłu też trzeba dać ten ogarek. Zauważcie, że rząd PO PSL zesrał się ze strachu dopiero wtedy, jak młodzi ludzie, odrzucający ciemnotę, wyszli na ulice.

„Bez Boga ani do proga” – czyli musisz leżeć krzyżem w kościele, uczestniczyć we mszach, inaczej sąsiad nie dopuści Cię nawet do proga swojego domostwa. Oglądałem kiedyś film o tym, w jaki sposób inkwizycja, czy katolicy traktowali osoby niewierzące w ciemnotę. Nawet muzułmanie żyjący w Europie traktowani byli lepiej. Polityka ówczesnych władców świata była taka, by każdy człowiek żyjący na Ziemi był poddany jakiejś ciemnocie, jakimś kapłanom czy innym krwiopijcom. Wolność, posiadanie innego zdania było niedopuszczalne.

„Co rok – prorok” – wiadomo, antykoncepcja to grzech, poza tym – kto się tam będzie przejmował. Krew nie woda, nie? Kolejna głupia mądrość.

„Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda” – wiadomo, nie należy się przejmować, że dzieci nie mają pracy, ważne, że dwóch członków rodziny pobiera świadczenia emerytalne lub rentowe, to rodzina się wyżywi. A że darowanego koniowi w zęby się nie zagląda – nikt nie wznieci rabanu, że wysokość świadczeń emerytalno rentowych jest zatrważająco niska.

„Dla głupiego każdy dzień święto” – to kolejna pseudo mądrość polskiego pospólstwa. Głosi ona, że nie trzeba dbać o swoje życie, nie można każdego dnia traktować jako wyjątkowego, jako ważnego – dnia, w którym wiele przecież można zmienić.

10 polskich kłamstw gospodarczych i społecznych

Donald Tusk i Bronisław Komorowski

Sytuacja gospodarcza Polski w 2013 / 2014 roku

Z góry mówię – nie trzeba być wcale ekonomistą, by dojść do tak prostych i logicznych wniosków jak przedstawione poniżej. Wystarczy nie być zaczadzonym propagandą III / IV RP, wystarczy odstawić narkotyk o nazwie „telewizja”. Wystarczy tylko chcieć. Ten tekst jest w całości mojego autorstwa. Napisałem go w miarę prostym i zrozumiałym dla każdego językiem.

Mity jakimi jesteśmy karmieni przez media i polityków:

1. „Pensje są w Polsce kilka razy niższe niż na Zachodzie, ponieważ bogactwo narodowe buduje się przez dekady, ponieważ mamy trudny czas transformacji gospodarczej, itp. Także: bo mamy za to niskie ceny, i w ogóle tak być musi”.

odtrutka na to kłamstwo:

-pensje są w Polsce niskie z powodu kilku czynników. Po pierwsze, poprzez celowe zaniżanie wartości polskiej waluty. Po drugie, w czasie tzw „transformacji gospodarczej” dokonano rozmyślnej zagłady polskiej gospodarki. To, co działało, zlikwidowano, lub sprzedano za grosze (tzw „prywatyzacja za złotówkę”). Po trzecie, istnieje przyzwolenie rządu na płacenie głodowych pensji przez pracodawców. Gdyby chciano podnieść dwa, trzy razy pensję minimalną i przyłożono się do ścigania pracodawców zatrudniających za 800 zł, to dałoby to oczywisty efekt. Pracodawca, któremu dwóch robotników przynosi miesięczny dochód 100.000 złotych, nie mógł by im płacić po 1500 zł, a uwierzcie, że takie pensje w małych miastach i miasteczkach to norma. Po czwarte – pensje są niskie, bo istnieje za dużo pracowników przy zbyt małej ilości miejsc pracy (bezrobocie). Więc kandydatów na jedno miejsce pracy jest dużo. Za to przyjrzyjmy się branży budowlanej. Otóż większość robotników spieprzyła z Polski na zachód, i słusznie. Istnieje tam niedobór pracowników przy dużej ilości miejsc pracy. Efekt? Już teraz operator koparki w Polsce zarobi 4000 – 8000 złotych na miesiąc. Można? No kurwa mać, można! I niech różne pseudo ekonomiczne autorytety nie wmawiają Polakom, że: „nie da się bo się nie da, i koniec” – da się! Tylko trzeba się znać nie tylko na ekonometrii, która się nikomu nie przydaje, nie tylko na akademickich regułkach z dupy wziętych, nie mających potwierdzenia w życiu. Pomyślcie sami: mamy mnóstwo ekonomistów z tytułami profesorskimi w rządzie. I co z tego mamy? Mamy pensje po 1317 złotych i kolejne stracone pokolenie, pomimo ich rzekomych „wysiłków”.

-kłamstwem jest, że bogactwo narodowe buduje się przez nie wiadomo ile setek lat. W ten sposób będzie można przez dowolny czas usprawiedliwiać upadek gospodarczy i społeczny III RP. Bogactwo narodowe można było zbudować przez te dwie dekady „transformacji gospodarczej”. Przykład – II RP z okresu międzywojnia którą budowano przecież od zera. Jednak warto tutaj dodać, że obecną, przenajświętszą III i IV RP budowano na konkretnych podstawach, czyli na tym co wybudowały powojenne pokolenia w czasach PRL. Zaś „budowanie” czasów III RP polegało na niszczeniu całych sektorów gospodarki, na zamykaniu zakładów, zwalnianiu ludzi, płaceniu im grosze, i na sprzedaży tych zakładów w obce ręce. To, co zbudowano przez pół wieku PRLu, zniszczono w ciągu mniej niż dekady rzekomo wolnej, przenajświętszej III RP.
Mitem jest, że w czasie PRLu nic nie budowano. Otóż w czasie PRLu wykształcono wiejską i miejską ciemnotę – niech za przykład posłuży fakt, że na polskiej wsi, jak była elektryfikacja – siłowano się z prądem elektrycznym, i stawiano zakłady, kto przeżyje większe uderzenie prądu.
Za czasów PRL wybudowano miliony mieszkań, odbudowano Polskę po wojnie, stworzono system opieki zdrowotnej, socjalnej i emerytalnej. Za czasów Gierka i pierwszej industrializacji rozbudowano przemysł ciężki / maszynowy, który dawał zatrudnienie milionom ludzi. Dziś przemysłu już nie ma, pozostały nieliczne zakłady przemysłowe, w obcych rękach. Zaś ich pracownicy wyjechali do innych krajów, by budować ich dobrobyt, zamiast polskiego.

-transformacja ustrojowa to dobre wytłumaczenie dla różnego rodzaju nierobów, łotrów i złodziei, w celu wytłumaczenia ich politycznych poczynań. Ile jeszcze będą się tłumaczyć tą cholerną transformacją ustrojową? Przez kolejne dwadzieścia lat, czy wymyślą inne kłamstwo, by dobić resztki narodu? Zresztą, z każdą dekadą politycy zasiadający na stołkach mają inne wytłumaczenie omawianego tutaj stanu rzeczy, czasami wzajemnie się wykluczające.
Nie, nie musi być tak, że przy zarobkach Bangladeszu, mamy ceny większe niż w USA. Uważnie przeczytajcie to zdanie i zapamiętajcie:
Zarobki Polaków byłyby na poziomie np Grecji a kilka lat później – Wielkiej Brytanii, gdyby tylko istniała taka polityczna wola, gdyby tylko Polska miała niepodległościowych liderów. Obecny status quo jest utrzymywany sztucznie, jest to stan wirtualny. Nawet organizacje kojarzone z globalizmem i mafią bankierską (Heritage Fundation) biją na alarm, że Polska jest u progu gospodarczej i społecznej zagłady.


2. „ceny mieszkań muszą być wysokie, bo tak dyktuje rynek. I nic nie możemy na to poradzić, tak być musi i koniec”.

Odtrutka na to kłamstwo:

-w Polsce brakuje ponad trzech milionów mieszkań. A że dostęp do kredytów hipotecznych został ułatwiony, wielu Polaków rzuciło się na głęboką wodę, i wzięło po 300 – 400.000 złotych kredytu za dwupokojowe mieszkanie. Z tego powodu deweloperzy zaczęli wymyślać sobie wirtualne ceny, nie mające potwierdzenia w tzw wolnym rynku. Ceny rosły, bo pomimo łatwiejszego dostępu do kredytów hipotecznych, rynek nie był nasycony. Zresztą, deweloperom wcale nie opłaca się budować np cztery razy więcej mieszkań, choć chciałby tego rynek. Dlaczego? Ponieważ wtedy ceny by spadły. Wolą wybudować te trzy miliony mieszkań np w 10 – 20 lat, zamiast wybudować je w ciągu pięciu lat. Raz wywindowano ceny, i przez te 20 lat budowy tych trzech milionów izb mieszkalnych, będą się tłumaczyć: „są wysokie ceny, bo rynek tak dyktuje, i koniec”. Typowe „ekonomiactwo” – jak ja to nazywam.

-jak rozwiązać ten problem? W normalnym państwie ludzi stać na mieszkania kosztujące te 300 – 400 tysięcy złotych. A gdy społeczeństwo jest niebogate, powinna być tutaj rola państwa, by dopomóc tych biednych deweloperów – przecież oni muszą sprzedawać swoje ciasne klitki po pół miliona złotych! Zaraz podniesie się gazeto-wyborczy kwik, że to przecież interwencja państwa w wolny rynek, że to socjalizm. A przepraszam bardzo. Państwo to MY, ZWYKLI LUDZIE. Państwo nie jest własnością budowniczych mieszkań, ani bankierów, ani polityków. Państwo to naród, przynajmniej w teorii. Mamy prawo się domagać interwencji państwa w „wolny rynek”, mamy prawo się domagać nawet odrobiny socjalizmu – jak to nazywa tuba propagandowa michnika i inne tego typu gazety dla. Przecież to deweloperzy łamią te zasady wolnego rynku, będąc w zmowie cenowej, co do której nie powinno być żądnych wątpliwości. Gdyż żaden mechanizm rynkowy, poza rynkową spekulacją, nie usprawiedliwia wysokich cen mieszkań. A „ekonomiacy tacy jak Balcerowicz, którrzy realizując plany Amerykanów, zniszczyli Polskę – w ogóle nie powinny się wypowiadać w tej kwestii.


3. „cena benzyny / ropy jest wysoka, bo ceny ropy wzrastają, poza tym i tak jest tania w porównaniu do innych krajów”

Odtrutka na to kłamstwo:

-Przepraszam, o jakich krajach my mówimy? W USA benzyna kosztuje nieco ponad dwa złote. W Niemczech cena jest zbliżona lub nieco wyższa w przeliczeniu na złotówki. Ale tam zarabiają pięć razy więcej niż my, no i sama benzyna jest lepszej jakości, bez domieszek i poprodukcyjnych pozostałości, które niszczą silnik.

Obecna cena ropy to nie tylko efekt złych sojuszy z największymi światowymi łotrami i zbrodniarzami wojennymi, ale także efekt polityki wewnętrznej państwa. Podatki nakładane na paliwo należą w Polsce do najwyższych. Przy czym obecnie panujący w III RP nauczyli się tak nakładać podatki, by dotyczyły tego, czego nie można uniknąć. Wiadomo, że nawet 500% podatku na książki nie ma sensu, bo ludziom wystarczy kryminał, telenowela, mecz bądź inny mózgojeb. Za to sens mają podatki nakładane na benzynę, na węgiel, gaz, prąd elektryczny, telekomunikację i tego typu sektory gospodarki. Z benzyny korzystamy wszyscy, ze źródeł energii też. Z książek – nieliczni. Sens ma też tzw podatek dochodowy, bo każdy musi się z czegoś utrzymać.


4. „panuje u nas wzrost gospodarczy, Polska jest zieloną wyspą, przed nami wiele perspektyw”
Odtrutka na to kłamstwo:

-Zaraz, jaki wzrost gospodarczy? Czy wzrost gospodarczy nieco ponad zero procent to wzrost gospodarczy? Dla wielu – tak. Usprawiedliwiają się tym, że w krajach starej UE wzrost jest ujemny. Z tym, że jest to bardzo naciągane. Wzrost gospodarczy wzrostowi nierówny. Otóż Niemiec przy wzroście gospodarczym ujemnym ma zajebistą pensję, zajebisty socjal i pomoc państwa m.in. dla rodziny, a także lepsze warunki pracy niż Polak. A co ma Polak przy wzroście gospodarczym dodatnim? Ma 1317 złotych pensji, umowy śmieciowe, bezpłatne urlopy i zero socjalu. I oni chcą, by Polacy wracali z zagranicy do takiego kraju?
-Czy naprawdę III RP jest zieloną wyspą szczęścia i dobrobytu? Skąd wynika dodatni wzrost gospodarczy na tle oceanu kryzysu? Gospodarka danego państwa rośnie, gdy w danym państwie buduje się zakłady przemysłowe, gdy inwestuje się w gospodarkę, gdy naród jest zamożny. Czy możemy tego doświadczyć w III RP? Otóż nie, nie możemy. W Polsce te składniki rozwoju gospodarczego są nieobecne, nie ma ich. Co wytłumaczyłem wcześniej. Zresztą trzeba być ślepym, żeby tego nie widzieć. Jednak wielu ludzi nurtuje ten wzrost gospodarczy, ta cholerna zielona wyspa na oceanie czerwoności, kryzysu gospodarczego. Czy w wirtualnym państwie, którego nie ma, z wirtualnym narodem, który wyjechał na zmywak, ten wzrost gospodarczy nie jest aby też wirtualny? Owszem, jest.

-Ten wirtualny wzrost gospodarczy wynika z tego, że miliony Polaków, którzy wyjechali na obczyznę, przysyła do Polski oficjalnie 25 miliardów euro rocznie. Nieoficjalnie może to być 50 – 60 miliardów euro rocznie. Taka rzeka żywej gotówki, dewiz których Polakom brakuje, generuje wirtualny i nie potwierdzony żadnym ekonomicznym konstruktem wzrost gospodarczy. Ten wzrost gospodarczy to czysta konsumpcja, przeżeranie. Polski „wzrost gospodarczy” nie generuje wzrostu gospodarki, gdyż nic z tych pieniędzy nie powstaje, te pieniądze nie są inwestowane. Ba. Większość z tych pieniędzy trafia z powrotem do portugalskiej Biedronki, do niemieckiego Lidla, do francuskiego Geanta itp. Zapytacie zapewne, co jest złego w instytucji np hipermarketu, którego siedziba może być nawet w Zanzibarze, byle tylko było tanio. Przecież tak głoszą gazety dla młodych, wykształconych neoliberałów bądź dla bogoojczyźnianych antysocjalistów. Otóż hipermarkety nie płacą w ogóle podatków państwu, co zadaje kłam gazetowym teoriom. Odcinają one konsumenta od producenta żywności. Sprzedają odpady poprodukcyjne z krajów Zachodu, które normalnie trafiłyby do utylizatorów bądź na olbrzymie przyzakładowe hałdy poprodukcyjne.


5. „owszem, jest ciężko, ale poziom życia Polaków się poprawia”

Odtrutka na to kłamstwo:

-Poprawia się nieznacznie, ale chyba tylko dla koryciarzy z Warszawy i innych dużych metropolii. Nie można w tym wypadku mówić o mniejszych ośrodkach metropolitalnych takich jak: Kielce, Rzeszów, Białystok, Olsztyn, Szczecin, Gorzów, Zielona Góra. W tych mniejszych metropoliach jest prawie tak samo tragicznie, jak np na wsi.

-Bagno III RP to:
-5 do 7 milionów wygnanych za chlebem, na obczyznę;
-pensja minimalna 300 euro i praca często za mniejsze kwoty, na czarno;
-najdłuższy w Europie czas pracy, największa wydajność, najmniej dni wolnych, najkrótsze urlopy;
-według szacunków organizacji pozarządowych, Polsce grozi kataklizm humanitarny:
-1/3 dzieci niedożywionych, korzysta z programów żywieniowych w szkołach;
-około 1/4 Polaków żyje poniżej minimum biologicznego ustanowionego przez ONZ, jako 1 – 2 dolary na osobę na dobę;
-dalsza 1/4 Polaków żyje w nędzy, biedzie;
-według szacunków rządu w przypadku dużej części Polaków, ich pensja nie wystarcza nawet na podstawowe opłaty – rachunki, żywność, itp.
-350.000 bezdomnych na początku 2011 roku, liczba ta wzrosła;
-katastrofalny wskaźnik samobójstw, można go porównywać jedynie z obszarami postradzieckimi. Dane te są ściśle strzeżone przez władze III RP;
-w latach 90 tych XX wieku obserwowano niewiarygodny SPADEK standardu życia obywateli w Polsce, porównywalny jedynie do państwa afrykańskich, w których trwa klęska głodu bądź wojny. Z tego powodu, w latach 90 tych kilkadziesiąt tysięcy ludzi odebrało sobie życie, uciekając przed biedą, głodem, komornikiem, kredytami itp.
-wzrasta liczba nie tylko biernych, ale czynnych analfabetów;
-czas oczekiwania na operacje, na leczenie refundowane wydłuża się, z tego powodu wielu ludzi nie dożyje momentu planowanego leczenia;

-Warto tutaj zauważyć, że już naszym pradziadkom wmawiano, że jest ciężko, ale idzie ku lepszemu. Po II Wojnie Światowej tłumaczono ludziom, że życie jest ciężkie, ale po odbudowie Ojczyzny nasze dzieci i wnuki będą miały lepiej.
W czasach industrializacji za Gomułki i potem Gierka wmawiano ludziom to samo. Ten sam chwyt wykorzystała solidarność. I teraz mi, młodemu pokoleniu się wmawia, że mamy tyrać na tych nierobów, bo koryto musi być pełne, i może kiedyś, w przyszłości, nasze prawnuki z skorzystają wreszcie coś z tego wspólnego koryta. Tego za wiele! Mam nadzieję, że moje pokolenie nie da się nabrać na tę gadkę.


6. „Polska jest nowoczesnym państwem krajów Zachodu, o ugruntowanej demokracji”.

Odtrutka na to kłamstwo:

-W państwach zachodu istnieje inny standard życia, inne poszanowanie prawa, i w końcu – inne prawo, nie powodujące aż tak znacznego gniewu obywateli. A pomimo tego tamci obywatele się buntują bardziej, niż my. Państwa Zachodu śmieją się z traktowania obywateli i z prawa w III RP. Z tego powodu nie jesteśmy dopuszczani do obrad w Parlamencie europejskim na temat pakietu pomocowego dla Grecji. Przewidujący Niemcy i Francuzi nie chcą, by z ich sal konferencyjnych znowu polscy wysłannicy kradli długopisy czy inne przedmioty. Dlatego Tusk jak murzyński lokaj, stał przed drzwiami, podczas gdy za tymi drzwiami rozgrywała się polityka. Realna polityka, a nie wirtualna.
III RP, ze swoimi standardami, jest raczej bliższa Afryce czy Azji. Tam w podobny sposób traktuje się narody. Można jeszcze się zadowolić tym, że przecież mamy demokrację. Że wystarczy tylko zmobilizować ludzi, to zmienimy system w sposób pokojowy, przy urnie. To także jest nieprawdą.

-Po pierwsze: w III RP partie polityczne wywodzą się z jednego środowiska. Jedna jest prawicowa, druga lewicowa, trzecia neoliberalna, czwarta jest bogoojczyźniana. Ale głosując na jakąkolwiek z tych partii, popierasz jedno środowisko, wywodzące się z aparatu PRL i z Solidarności. Popierasz system czy tego chcesz, czy nie. Partie mniejsze, niezależne – nie mają dostępu do mediów, więc nigdy nie zaistnieją. A nawet jakby, to wybory zostaną sfałszowane, na korzyść systemu. Maszyny / komputery do liczenia głosów są koniec końców – w łapskach systemu, a nie samarytan wrażliwych na losy narodu. Jaki polityk nie skusiłby się, żeby te systemy informatyczne i maszyny do liczenia głosów wykorzystać dla dobra reżimu?
Spójrzcie w wolnej chwili na listę osób zamordowanych bądź zmarłych w tajemniczych okolicznościach. Ireneusz Sekuła, Barbara Blida, Andrzej Lepper, Marek Papała, Jeremiasz Barański, Krzysztof Olewnik, katastrofa CASY i TU-154, i tysiące innych.


7. „Polacy nie muszą się niczego bać, żyjemy w erze pokoju”.

Odtrutka na to kłamstwo:

-kto Wam powiedział, że wojny w Polsce, w tym wojny atomowej, nie będzie w ogóle? To, że cały świat żyje w strachu przez nuklearną zagładą, nie oznacza, że elity tego świata nie będą chciały takiej wojny wywołać.
-plany wykradzione jeszcze za czasów istnienia związku radzieckiego zakładają prewencyjną detonację kilkudziesięciu bomb atomowych o sile od 10 kiloton do 1000 kiloton. Według tych planów ma zostać zgładzone 80% mieszkańców Polski – w wyniku samych detonacji, jak i w wyniku opadu radioaktywnego.
– nie mamy armii, została de facto zlikwidowana. 100.000 żołnierzy miała Republika Weimarska po I Wojnie Światowej.


8. „Nie możemy być drugą Japonią, bo nie mamy takiego potencjału”

Odtrutka na to kłamstwo:

-O tym, że Polska może być drugą Japonią, mówił Lech Bolek Wałęsa jeszcze przed transformacją ustrojową. Choć mówił to w przenośni, miał rację. Wygadał się.
Polska miała potencjał, by stać się gospodarczą potęgą. Choć podczas stanu wojennego emigrowało milion ludzi, wciąż byli w kraju ludzie, którzy mogliby podołać zadaniu budowy silnego państwa. Jednak zamiast to zrobić, poczyniono kroki odwrotne. Dziś Polska jest pozbawioną armii i przemysłu strefą buforową między Rosją a Niemcami.
Dziś gdyby nie emigrowało kilka milionów ludzi za chlebem, gdyby udało się ten plan wcielić w życie – byłoby nas w Polsce 45 – 50 milionów. A tak jest nas 35 milionów, pozbawionych w wielu wypadkach woli do walki.
Mamy wszelkie bogactwa naturalne, których Japonia nie posiada. Ropa naftowa się kończy i w 2025 roku kluczowym paliwem znów stanie się węgiel kamienny i brunatny. Jednak w polskie kopalnie zalano wodą, sprzedano Czechom lub po prostu zamknięto. W innych zredukowano wydobycie, bo podobno „nie opłaca się”. podobnie poczyniono z prawie każdą dziedziną gospodarki. Tak samo zrobiono z naszą armią – dziś nasi żołnierze służą wyłącznie jako najemnicy przy mordowaniu narodów nieprzychylnych USA i Izraelowi.
Poza tym: skoro mamy dodatni wzrost gospodarczy, skoro nasza gospodarka się wspaniałomyślnie rozwija, to dlaczego mamy nie mieć potencjału do stania się silnym gospodarczo państwem?


9. „obecne plagi gospodarcze są wynikiem kryzysu gospodarczego. Niby robimy co możemy, staramy się, ale tak być po prostu musi, bo jest kryzys i koniec”.

Odtrutka na to kłamstwo:

-Najpierw przypomnijmy czym jest kryzys gospodarczy i dlaczego został wykreowany. Żadne wydarzenie na globalną skalę nie może się dziać ot tak, „bo stało się, jest kryzys i nic nie poradzimy” – otóż gówno prawda! Obecny kryzys gospodarczy został zaplanowany jeszcze w latach 90-tych XX wieku. Pierwsze impulsy i kroki ku wykreowaniu tej sytuacji poczyniono właśnie pod koniec XX wieku. Poza tym: z tym całym kryzysem gospodarczy jest tak, jak z transformacją ustrojową. Jest to wygodny sposób do usprawiedliwiania złodziejstw rządu i grupy obywateli przy państwowym korycie. Oni chyba będą się tym kryzysem do końca tego stulecia usprawiedliwiać!

-Jaki cel ma zadłużanie się całych państw? Przede wszystkim ten, u kogo jesteś zadłużony, ma nad Tobą władzę. Małe 40 – milionowe państwo zadłużone u międzynarodowej lichwy jest od tej lichwy zależne. Poza tym obecny system bankowo – kredytowy to gigantyczny odkurzacz, który zasysa bogactwa raz zadłużonych krajów. Na czym to polega? Polega to na tym, że bank pożycza państwu pieniądze, których w istocie nie posiada (tworzy wirtualny pieniądz). Natomiast ten sam bank żąda oddania długu w fizycznych dobrach wyprodukowanych w realnej, a nie wirtualnej gospodarce. Czyli np w pieniądzach pochodzących z podatków, dywidend, prywatyzacji po zaniżonych kosztach czy w końcu w postaci ziemi, hipotek. Co więcej – żeby spłacić obecny dług, często stosowaną taktyką jest tzw rolowanie długu, czyli najpierw spłata wcześniejszych zobowiązań, by zaraz potem… wziąć jeszcze większy dług! W taką pułapkę zadłużania się bez końca wpadła większość państw na świecie.

Dzięki takim praktykom Gracja została właśnie wystawiona na międzynarodową licytację. Licytowany jest nie tylko majątek ruchomy jak i hipoteki, ale także całe wyspy, zabytki, ziemie, porty, autostrady.

-Kolejną kwestią jest prywatyzacja, a właściwie – kryminalna prywatyzacja. Polega ona na tym, że państwo wyprzedaje swoje dobra międzynarodowym korporacjom za śmiesznie niskie ceny. No powiedzcie mi, dlaczego kluczowe dla gospodarki byty nie mogą być państwowe? Dlaczego muszą być koniecznie prywatne, z prywaciarzem który ma różne widzimisię? Swego czasu globalne koncerny piwowarskie kupowały mały browary z tradycjami tylko po to, aby je natychmiast zamykać. Oczywiście, ze szkodą dla piwoszy i browarnictwa, za to ze wzbogaceniem się wielkich koncernów.

-Kolejne zagadnienie to zagadnienie to kryzysy gospodarcze wywoływane celowo przez wielką lichwę, czyli bankierów. Służą one:
-destabilizacji sytuacji na świecie;
-są rajem dla spekulantów; możliwe klęski głodu wywołane przez kryminalnych spekulantów w stylu Goldman Sachs czy Morgan Stanley
-służą transferowi hipotek i bogactw do bankierów;
-no i przy okazji można wywołać kilka wojenek, dać lekką rękę biliony dolarów instytucjom bankowym by je “ratować”;
-kryzysy gospodarcze oznaczają także likwidację klasy średniej. A jak wiadomo, tylko sojusz klasy średniej i robotników jest zdolny sprzeciwić się NWO i wywołać światowe odrodzenie.
-kryzysy gospodarcze to także wywłaszczanie narodów z hipotek, które przechodzą na stronę bankierów – np domów, mieszkań, ziemi, lasów, gruntów ornych, i innych.

-Afera kryzysu gospodarczego. Geneza tej afery tkwi w pewnym planie globalistów. Plan ten zakładał umyślne wykreowanie światowego kryzysu ekonomicznego. Wszelkie kryzysy zdarzające się dziś, w globalnej wiosce, są planowane wcześniej, przygotowywane z premedytacją. Kryzys próbowano wywołać kilka razy za pomocą tzw baniek spekulacyjnych. Polegają one na masowym wykupie akcji różnych firm i fikcyjnych zamówień, dzięki czemu ceny dóbr i usług produkowanych przez te firmy masowo rosną. Jest to czysta forma spekulacji. Na rynku jest za dużo papierów / zamówień bez pokrycia i w końcu następuje wielki krach i spadek cen. Ludzie zostają wtedy na lodzie z niczym, a wielcy i możni, którzy wcześniej taką bańkę drobiazgowo zaplanowali, bogacą się ponad miarę. Tak było ze spółkami internetowymi w USA. Bańka pękła, i żartowano wtedy: ‘jak mam zarobić milion dolarów na spółce internetowej? -Zainwestuj pięć milionów!’
Potem były bańki spekulacyjne związane z surowcami naturalnymi, głównie ropą naftową, jak i związane z zbożami, produktami rolnymi. Ale największy skutek odniosła bańka spekulacyjna związana z rynkiem nieruchomości w USA. Bańka ta miała genezę w decyzji administracji Billa Clintona. Oni doskonale wiedzieli, co robią i naiwny musi być ten, kto szczerze myśli, że stało się to ‘ot tak’.

-Decyzja ta zezwoliła kartelom bankowym na łączenie działalności kredytowej i inwestycyjnej. Na czym to polegało? Banki udzielały wielu ryzykownych kredytów. Ale to nie wszystko, gdyż zysk z tych kredytów, nieraz rozciągnięty na 20, czy nawet więcej lat, był księgowany jako bieżąca inwestycja. W taki oto sposób spekulowano papierami banków, a ilość nieprawidłowych kredytów rosła w ogromnym tempie. W końcu i to uległo załamaniu, bo taki system też ma swój kres. Kryzys z rynku nieruchomości w USA rozlał się po całym świecie.
Ogólnie rzecz biorąc kryzys został zaplanowany po to, aby ludzie bogaci byli bogatsi, a biedni biedniejsi. Fala zwolnień i bezrobocia związana z kryzysem spowodowała albo zahamowanie wzrostu wynagrodzeń, albo wręcz ich spadek. Zaś średni czas pracy uległ wydłużeniu, a ilość obowiązków powiększeniu, gdyż obowiązki zwolnionych ludzi przejęli Ci, którzy szczęśliwie pozostali na swoich stanowiskach. Kryzys gospodarczy to sprytna zagrywka, na której zyskają przede wszystkim bogaci.


10. „system jaki mamy obecnie jest niedoskonały, ale i tak nikt nic lepszego nie wymyślił, dlatego system ten będzie trwał i trwał”.

Odtrutka na to fundamentalne kłamstwo:

-Otóż ludzkość ciągle się rozwija. Nikt nie powiedział, że nie dojdzie do kolejnej wojny, rewolucji, powstania narodów przeciwko uciskowi. Nikt nie powiedział, że ludzkość całe tysiąclecia będzie żyła w ciemnocie. Już teraz masa krytyczna ludzkiej świadomości została przekroczona. To o krok od wyzwolenia narodów. Czego nam, i mieszkańcom reszty świata życzę.

Autor, poza wyraźnie zaznaczonymi cytatami: Jarek Kefir

Możesz mnie wspomóc. Pomoc Was, Czytelników jest kluczowa jeśli chodzi o niezależność stron takich jak moja.

Dotacje są całkowicie dobrowolne i nieobowiązkowe, w przeciwieństwie do różnych “gazetoidów” typu GW czy Rzeczpospolita, gdzie za dostęp do artykułów w internecie trzeba wykupić abonament lub wysłać SMSa.
Szczegóły podałem poniżej, w linku zaznaczonym na niebiesko. Serdeczne dzięki!

http://jarek-kefir.org/wsparcie/

Portal Jarka Kefira na facebooku:

Dlaczego Polska jest pariasem Europy? Skala niewolnictwa w Polsce

Jak już mówiłem, obcy nie odpowiadają za los Polski. Oni odpowiadają za swoje państwa i narody. Za los Polski jesteśmy odpowiedzialni my sami. To w Polakach tkwi źródło obecnego stanu rzeczy. Popatrzcie na Greków. Jeden z kabareciarzy powiedział, że Grecy dopiero kilka dni mieli takie szambo, z jakim my mamy do czynienia całe życie. I od razu zaprotestowali. Nie bali się wyjść na ulicę i zawalczyć.

W Polsce także są protesty, z tym, że u nas protestują przede wszystkim młodzi ludzie. Ludzie starsi siedzą pozamykani w swoich domach, bojąc się wziąć udziału w demonstracjach, w Polskim Przedwiośniu. Ci starsi ludzie przeważnie czekają emerytury wynoszącej maksimum 1200 złotych, albo patrzą, jakby tu uszczknąć z koryta coś dla siebie.

Skąd się bierze takie rozwarstwienie? Przede wszystkim, starsi ludzie są po praniu mózgu. Byli oni wychowywani w uległości wobec wszystkiego, czołobitności wszystkiemu i pokorze wobec wszystkiego.

Czy jednak to jest usprawiedliwieniem dla tchórzostwa?Moje pokolenie także miało robione to specyficzne pranie mózgu. Jednak w moim pokoleniu obserwujemy zmierzch średniowiecznego katolicyzmu i katolickiego modelu wychowania. Co pozostaje w zamian? Przecież życie nie znosi próżni.

I tak: rolę księdza przejął ekspert z TV, lekarz, itp
Rolę spowiedzi przejęła psychoanaliza, której podstawy wymyślił psychopata i sekciarz, Freud.
Zaś jeśli chodzi o katolickie wychowanie, i katolicki model ciemnoty, przejęło ją przeświadczenie, że na nic nie mamy wpływu. Ludzie tacy, wychowani w ciemnocie i zabobonie, trącą tym przez całe życie. Mówią, że wolą się zająć sprawami, na które mają rzeczywisty wpływ, że nie obchodzi ich to, że ideami rachunków nie opłacą. Jak słusznie zauważył mój znajomy na jednym z portali: są to na ogół kobiety, i zrzędzą o różne rzeczy – o bezrobocie, o wredne koleżanki z pracy, o zwalnianie pracowników i zamykanie przedsiębiorstw.

I na takich bezproduktywnych rozważaniach upływa bardzo dużo czasu wolnego, którego oni podobno nie mają. Do tego doliczmy czas na oglądanie seriali, telenowel, dzienników, teleturniejów, kryminałów, i innych tego typu odmóżdżających gniotów z TV.

Podsumowując: ciemnota jaka była, taka została. Jednak trzeba przyznać, że za czasów komunizmu, za czasów nieociosanego bogoojczyźnianego katolicyzmu, społeczeństwo polskie było społeczeństwem idei, społeczeństwem walki. Wiele razy wychodziliśmy na ulicę, z otwartą przyłbicą. Nie było takiej demoralizacji i powszechnego zezwierzęcenia jaka jest teraz. To już nie jest zwykły marazm spowodowany jakimś tam „kryzysem”, który jest tylko wymysłem bankierów i rządzących. Można i trzeba mówić już o totalnym zezwierzęceniu naszego narodu, gdzie zaczyna być to niebezpieczne dla tegoż narodu. Dzięki filozofii ciemnoty typu: „pokorne cielę dwie matki ssie” czy: „jak sobie pościelesz tak się wyśpisz” – tłumiony w zarodku jest nasz opór.

Zawsze podejmowany jest krzyk, że państwo ingeruje w wychowanie dzieci i że jest to karygodne. Zgadzam się z tym. Jednak prawie nikt nie drze szat, że kościół katolicki i ogólnie dulszczyzna także mają niemały wpływ na wychowanie młodego pokolenia.

Zauważcie jedno: nikt nie uczy dzieci następujących rzeczy:
-„jesteś wartościowym człowiekiem, znaj swoją wartość”;
-„nie bój się walczyć, nie bój się żyć, nie bój się sięgać gwiazd”;
-„sam wytaczaj sobie szlaki, nie bądź poddanym żadnego człowieka”;

Zamiast tego wciska się nam bogoojczyźnianą ciemnotę o pokornym cielęciu, o potrzebie posłuszeństwa i nie wychylania się przed szereg. No normalnie filozofia wprost do powstania nowych obozów koncentracyjnych, dla tego typu odmóżdżonych owieczek.

Wstęp: Jarek Kefir, rok 2012

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

Cytuję: „Według badań opublikowanych ostatnio przez różne instytucje międzynarodowe Polska jest krajem o wysokim stopniu ubóstwa i wielkich ograniczeniach wolności gospodarczej. Wbrew jednak lansowanej przez elity tezie o tym, że zawdzięczamy to wyłącznie mizerii intelektualnej obywateli, okazuje się że nasza produktywność jest na najwyższym światowym poziomie. Oto kilka niezaprzeczalnych faktów:

Według OECD co piąte polskie dziecko jest ubogie! W porównaniu do innych krajów OECD Polska wypada najgorzej pod względem sytuacji materialnej i mieszkaniowej. Jak wynika z raportu, przeciętny dochód rodziny w Polsce należy do najniższych wśród krajów OECD, a ponad 21 proc. polskich dzieci żyje poniżej granicy ubóstwa (przy średniej wynoszącej ok. 12 proc.). Polska wydaje też mało na dzieci – średnio 43,7 tys. dolarów w ciągu całego dzieciństwa, podczas gdy Norwegia, która najwyżej uplasowała się w tym rankingu, wydaje 204,2 tys. dolarów. Gorzej jest tylko w Meksyku.

Dość niewolnictwa!

OECD podkreśla, że poziom dzietności w Polsce jest dość niski i nie podnosi się w ostatnich latach – całkowity wskaźnik dzietności w 2008 r. wyniósł 1,39 (liczba dzieci przypadająca na jedną kobietę) – przy średniej 1,71, podczas gdy wskaźnik zapewniający zastępowalność pokoleń wynosi 2,1.
Polska jest sklasyfikowana na 71 miejscu na świecie pod względem wolności gospodarczej – odnotowuje „Puls Biznesu”, powołując się na najnowszy ranking Heritage Foundation na 2010 r. Gazeta zauważa, że kraj rządzony przez liberalną Platformę Obywatelską jest daleko w tyle nawet za takimi „potęgami” gospodarczymi, jak Gruzja, Botswana, Urugwaj, Peru czy Kostaryka. Obiecywano nam drugą Irlandię, a ledwo wyprzedzamy Ugandę, Namibię, Kirgizję czy Paragwaj.

Dlaczego zatem jest tak, że mimo ogromnej społecznej aktywności, mimo operatywności i chęci do pracy, mimo 20 lat kapitalistycznej transformacji pozostajemy ekonomicznymi rozbitkami europy, dryfującymi w zalewie nędzy wraz z krajami, które sami uważamy za siedlisko lenistwa i indolencji. Odpowiedź jest prosta i zna ją każdy emigrant. Normalni ludzie starają się zarabiać tam gdzie płace są wysokie, a wydawać tam gdzie ceny są niskie (lub przynajmniej adekwatne do zarobków). Taki komfort mogą zapewnić swoim rodzinom właśnie emigranci, ale jest to okupione wieloma wyrzeczeniami. Tymczasem większa część naszego społeczeństwa zmuszona jest pracować tam, czy raczej tu gdzie płacą mało (średnio pięciokrotnie mniej), a wydawać tam gdzie jest potwornie drogo, bo ceny w Polsce nie odbiegają od cen Zachodnich (a nawet je przewyższają). Trzeba mieć zaiste ułańską fantazję, żeby kupować produkty na Zachodzie, zarabiając jak na Wschodzie.

Wyobraźmy sobie na przykład, że oferujemy jakiemuś Niemcowi benzynę po 4 Euro, a podrzędnej marki samochód za 50 tys. Euro (tak, Euro, nie złotówek) – pewnie ze zdumienia nie byłby w stanie popukać się w głowę. Dla odmiany, żeby uzmysłowić sobie poziom cen, jakie Niemiec widzi w swoim sklepie, wyobraźmy sobie, że przy naszych obecnych zarobkach (liczonych w złotych) wchodzimy do sklepu i widzimy, że masło kosztuje 50 groszy, kilogram szynki 6 złotych, a telewizor LCD 42” jest w cenie 700 zł. Do tego możemy zaplanować kupno nowego Opla za 10 tys. zł, a benzyna do niego będzie kosztowała zaledwie 1,2 zł. Miło? Dlaczego zatem tak nie jest? Dlaczego zmusza się nas do niewolniczej pracy za miskę zupy? Bo jak inaczej ocenić fakt, że 70% naszych dochodów wydajemy na żywność?

Odpowiedź na te pytania jest złożona, ale na poziomie państwa i polityki daje się streścić w jednym zdaniu: Przyczyną jest to, że rządzące nami przez 20 lat elity, mniej lub bardziej świadomie dopuściły do tego, żeby dzisiejszy kurs wymiany walut oscylował w okolicy 4 zł za 1 Euro.

Dzisiaj każdy „myślący” człowiek powie, że kurs naszej waluty jest przecież płynny i ustala się w wyniku wolnej gry rynkowej, a NBP nie musi nawet interweniować w obronie wyznaczonego parytetu (swoją drogą wyznaczonego metodą decyzji Prezesa, a nie rynku). To bezsprzecznie prawda, ale kurs nie został wyznaczony wczoraj, ani przedwczoraj, ale kształtował się od początku lat dziewięćdziesiątych – tyle że przez pierwszą dekadę nie miało to nic wspólnego z wolną grą rynkową. Początkowo bowiem, kurs wyznaczony był arbitralnie przez Leszka Balcerowicza na poziomie 9.500 starych złotych za dolara (dzisiejsze 95 groszy), jako kurs sztywny, który później stopniowo uelastyczniano (przy jednoczesnej błyskawicznej deprecjacji spowodowanej inflacją, której przyczyną był nadmierny dodruk pieniądza). Owa elastyczność nie miała jednak nic wspólnego wolnym rynkiem walutowym. Było to nadal ręczne sterowanie mające zapewnić finansową wydolność budżetu, atrakcyjność obligacji, spłatę zadłużenia zagranicznego i płynną wyprzedaż firm państwowych. Mimo, że wiele z tych celów miało swoje realne uzasadnienie – taka nierynkowa polityka kursowa prowadzona w niby rynkowej gospodarce spowodowała, że w ciągu dekady powstała sieć powiązań ekonomicznych, które utrwaliły psychologiczny kurs złotówki na dzisiejszym poziomie (osiągnęliśmy go już w roku 1995) i jego stopniowe uwalnianie od roku 1998 nie mogło już niczego zmienić, bez naruszenia interesów międzynarodowych instytucji walutowych – dla nich bowiem zachowanie status quo było najlepsze.

I tu dotykamy najistotniejszej kwestii – dla kogo obecny kurs jest dobry? Można zapewne wskazać wielu beneficjentów (pierwsi to eksporterzy), z cała pewnością nie jest nim jednak polski pracownik, który za przepracowane tak samo jak Niemiec, czy Francuz 8 godzin, otrzymuje nie 20% mniej, nie połowę, ale zaledwie 1/5 ich wynagrodzenia. To właśnie jest realny obraz stwierdzenia, że za transformację najwięcej zapłacili pracownicy. A będą płacić jeszcze ich dzieci i wnuki.”

cyt. „Niedawno minęła któraśtam rocznica czegoś, co w powszechnej świadomości funkcjonuje pod nazwą „Planu Balcerowicza”.
Mieliśmy pominąć to litościwym milczeniem, ale kwik oficjalnych mediów sprawia, że uznaliśmy iż warto zabrać głos, mając nadzieję na pobudzenie do myślenia niektórych przynajmniej czcicieli tzw. transformacji ustrojowej. Tak się bowiem dziwnie składa, że wszyscy niemal dziennikarze i ekonomiści (dopuszczeni do głosu) pieją z zachwytu nad tytaniczną pracą wyprofesorowanego Leszka Balcerowicza, nie wykraczając jednak poza utarte slogany o konieczności terapii szokowej i sukcesu jakim było przejście z gospodarki socjalistycznej do gospodarki rynkowej. Dopuszcza się oczywiście głosy przeciwne, ale artykułowane jedynie przez okrzykniętych uprzednio oszołomami ludźmi pokroju Andrzeja Leppera („Balcerowicz musi odejść”), albo przez przedstawicieli ortodoksyjnej lewicy („nie zadbano o najuboższych”). Prawica może wypowiadać się negatywnie o Planie Balcerowicza tylko gdy jest skrajna, albo gdy ma inny dyskredytujący ją atrybut  (np. jest pisowska). Rzeczowa dyskusja, a szczególnie rzeczowe argumenty są niedopuszczalne. Balcerowicz powinien przecież dostać Nobla… co patrząc na ostatnie wybryki Komitetu, nie jest wykluczone.

Całościowe ujęcie tematu wymagałoby oczywiście wielostronicowego opracowania, skupimy się zatem na kilku przemilczanych, lub zafałszowanych kwestiach. Postawimy też kilka niewygodnych pytań, na które czytelnik może spróbować znaleźć samodzielną odpowiedź. Aby to było możliwe nie należy zapominać o najprostszym fakcie, a mianowicie że wolny rynek jest naturalną emanacją działalności człowieka i w niemal każdej sytuacji tworzy się samoistnie. Zacznijmy więc od początku.

Co to jest inflacja?
Podobno wie to każde dziecko, mamy jednak wątpliwość czy jest to wiedza dostępna profesorom. Początkowo bowiem Leszek Balcerowicz (fakt, był wtedy tylko adiunktem)  tłumaczył społeczeństwu, że inflacja powstaje gdy na rynku są niedobory produktów i producenci mogą podnosić ich ceny. Niby prawda, ale już po dziesięciu latach ten sam Leszek Balcerowicz (fakt, już jako profesor) tłumaczył, że inflacja powstaje gdy na rynku jest za dużo pieniędzy i konsumenci mogą płacić więcej za produkty, których wprawdzie nie brakuje, ale producenci znowu mogą podnosić ich ceny (zwłaszcza gdy nie mają konkurencji). Niby też prawda, bo obie definicje są jakby dwiema stronami tego samego problemu i nie mogą działać w odosobnieniu.

Pojawia się jednak drobne pytanie: skąd u licha na rynku brały się nieprzebrane ilości pieniędzy w początkach transformacji (rosły bowiem nie tylko ceny, ale i wynagrodzenia), gdy napływ kapitału zagranicznego był praktycznie zerowy? Czyżby jednak działała tylko druga część definicji? Czyżby nadmiar pieniądza był generowany celowo przez NBP i rząd?  Powie ktoś, że Balcerowicz właśnie zaczął dusić inflację. Trudno jednak uznać za sukces obniżenie jej do kilkudziesięciu procent rocznie. Wygląda raczej na to, że uznano ją za zjawisko pożyteczne dla wielu, o ile pozostaje w przewidywalnych ryzach, a Plan Balcerowicza dawał takie gwarancje. Czemu to miało służyć? No cóż, przy wysokiej inflacji wysokie jest też oprocentowanie depozytów i kredytów, a to daje szerokie pole do kręcenia lodów..

Bony, dolary, kupię!
Każda wolnorynkowa gospodarka ma wymienialną walutę. Za komuny mieliśmy kurs oficjalny (nie mający nic wspólnego z wartością złotówki) i kurs czarnorynkowy (substytut wolnorynkowego).  W czerwcu 1989 roku kurs czarnorynkowy dolara oscylował w okolicy 1800 starych złotych (miesięczne wynagrodzenie wynosiło w przeliczeniu ok. 25 dolarów). Potem zaczęło się istne szaleństwo. Dość powiedzieć, że sięgnęliśmy kursu w okolicach 4-7 tys. starych złotych, który został przez Leszka Balcerowicza dodatkowo zdewaluowany do 9500 zł i uznany za sztywny (!) kurs oficjalny. Jeśli ktoś myśli, że osiągnęliśmy w ten sposób wymienialność złotówki, to się niestety myli. Wielu odczuło to bardzo dotkliwie.

Złotówka nie mogła być wymieniona za granicą, a jedynie w NBP. Kurs był ustalany arbitralnie w odniesieniu do jakiegoś koszyka walut i taka sytuacja trwała do roku 2001, a w pewnym sensie trwa do dziś (wymienialność złotówki jest raczej kwestią umowy między NBP i EBC). I tu ocieramy się o odpowiedź na postawione wcześniej pytanie, skąd u licha te nieprzebrane ilości pieniędzy generujących inflację w gospodarce niedoboru? Jeśli bowiem NBP w początkowej fazie płaciło zagranicznym spekulantom walutowym niebotyczne ceny za jednego dolara, to wystarczyło niewiele owych dolarów żeby zalać rynek coraz mniej wartymi złotówkami.  Skupmy się jednak na naszym bohaterze. Mocą swojego nazwiska udaje mu się utrzymać niemal stały kurs dolara i marki niemieckiej przez całą dekadę (po okresie krótkotrwałej hiperinflacji za jedną markę niemiecką płaciło się z drobnymi wahaniami ok. 2 nowych złotych, a zarobki oscylują w okolicy 200 DM miesięcznie). Jego liberalizm nie sięga jednak tak daleko aby uwolnić rynek walut, pytanie drugie narzuca się zatem samo: Jak nasz niedoszły jeszcze profesor obliczył wyżej wymieniony kurs wymiany i czy się przy tych wyliczeniach nie kopnął?

Ponieważ pomysłowość polaków nie zna granic, do końca lat dziewięćdziesiątych obywatele polscy mają zakaz zakładania rachunków bankowych za granicą, zakaz przywożenia do kraju większej ilości dewiz i zakaz brania kredytów walutowych! Mogą brać kredyty w złotówkach… oprocentowane na ok. 45% w skali roku (stopę ustala podobnie jak dziś NBP, wówczas pod wodzą naszego dzielnego profesora i znanej skądinąd wybitnej ekonomistki Hanny Gronkiewicz-Waltz).

Oczywiście depozyty i obligacje rządowe też są sowicie oprocentowane, na ok. 30-40%, co jest zrozumiałe przy szalejącej inflacji (walka trwa, krew się leje, ale hydra nie ustępuje)… a jeszcze bardziej zrozumiałe, gdy zestawimy to z niemal stałym kursem niemieckiej marki i prostym faktem, że za naszą zachodnią granicą hiperinflacja jest zjawiskiem nieznanym, a kredyty dostaje się od ręki na 3-6% w skali roku..

Mechanizm nr 1 – złoty depozyt.
Kto może (i jest nie tylko pomysłowy, ale nie boi się być gospodarczym przestępcą lub jest znajomym królika) przywozi do Polski dewizy pożyczone nielegalnie na zachodzie (na 6%), zamienia na złotówki, zakłada lokatę (na 40%) i po roku inkasuje czysty zysk na poziomie 30% (po zaokrągleniu z powodu niewielkich wahań kursowych i kosztów manipulacyjnych). Oczywiście nikt nie może mieć pewności, że kurs waluty będzie stabilny.

No może prawie nikt, a jak wiadomo „prawie” czyni wielką różnicę. Jak grzyby po deszczu wyrastają w Polsce przedstawicielstwa zagranicznych banków, które są, a jakoby ich wcale nie było. Niby mają siedziby, szyldy i kadrę zarządzającą (nie trzeba dodawać skąd biorą się ci „fachowcy”), tylko jakoś „ludności” nie obsługują. Zajmują się tylko zamianą swoich dewiz (pożyczonych na pewnie mniej niż 6%) na złotówki i pożyczaniem tych złotówek polskiemu rządowi na 40%. Leszek Balcerowicz gwarantuje, że nasza gospodarka jest stabilna… czyli kurs walut prawie stały i inflacja też… tyle że wysoka. I o to w tym biznesie chodzi!

Mechanizm nr 2 – prywatyzacja za złotówkę.
Jeśli nie jesteś Polakiem i już założyłeś w Polsce bank, to pożyczone na zachodzie dewizy, możesz bez ryzyka wymienić na złotówki i pożyczyć je jakiejś fajnej fabryce (np. chemii gospodarczej, typu „Pollena”) na 45% rocznie. Takie fabryki mają w latach 90-tych ciągłe problemy z powodu przerostów zatrudnienia i gigantycznych zobowiązań podatkowych (m.in. z powodu wprowadzonego przez naszego bohatera „popiwku”), mają też wielki potencjał z uwagi na zwykle monopolistyczną pozycję na rynku. Tu warianty są dwa.

Jeśli zakład spłaca swój kredyt, zarabiamy tylko tyle co w mechaniźmie nr 1. Możemy jednak zarobić znacznie więcej, jeżeli nasz kredytobiorca (choć zabrzmi to absurdalnie) jest nierzetelny i z powodu problemów nie oddaje nam pieniędzy. Teraz bowiem, jako dobry wujek możemy kupić całą tę fabrykę za 1 zł razem z jego (naszymi) długami, a potem dogadać się sami ze sobą co do sposobu spłaty.

Oczywiście przed przejęciem majątek fabryki wyceni się na jakieś marne grosze (w końcu jest nierentowna), a potem dziwnym trafem okaże się, że sama działka, albo biurowiec są warte fortunę. Może być też tak (jeśli mamy dobry biznesplan), że zakład produkuje chodliwy towar, a wywalenie połowy załogi na zbitą mordę zagwarantuje rentowność przedsięwzięcia, w które nie włożyliśmy ani grosza (dlaczego ani grosza – bo np. przez pierwsze trzy lata kredytowania zakład wywiązywał się z płacenia odsetek, czyli oddał nam 120% włożonego kapitału).

Mechanizm nr 3 – zwolnienie z myślenia.
Jeśli nadal nie jesteś Polakiem, ale stosując poprzednie mechanizmy sprywatyzowałeś sobie jakiś przyjemny zakładzik, to dostajesz dodatkowy bonus – trzyletnie wakacje podatkowe. Masz pewność, że żaden polski przedsiębiorca, a tym bardziej zakład państwowy, którego jeszcze nie przechwyciłeś, nie da rady konkurować z tobą cenami, bo będzie musiał płacić podatek dochodowy (od osób prawnych ponad 32%), a ty nie! W ten sposób możesz przejąć kolejne państwowe zakłady, zaskarbiając sobie wdzięczność kolejnych polskich rządów, którym tak zależy na prywatyzacji. Oczywiście po trzech latach nadal nie musisz wcale płacić podatków. Wystarczy, że zmienisz nazwę firmy, albo zamienisz się z kolegą, który ten sam numer zrobił w innej branży. Możliwości jest wiele, bo w Polsce pieniądze leżą na ulicy.

Prywatyzacyjne sukcesy.
Trzeba przyznać, że dekada Leszka Balcerowicza obfitowała w prywatyzacyjne sukcesy. Na przykład wielkim sukcesem prywatyzacji było na pewno sprzedanie telekomunikacyjnego monopolisty TP SA państwowemu monopoliście francuskiemu France Telecom. Zaiste prywatyzacja przez upaństwowienie, w której wielki biznesowy talent objawił niejaki Kulczyk Jan, bowiem posiadając zaledwie 5% udziałów obsadzał najważniejsze stanowiska w zarządzie firmy. Wielki ten biznesmen jakoś nie jest doceniany na Zachodzie, widocznie z powodu żarliwego patriotyzmu interesy wychodzą mu tylko w Polsce.  Następnym sukcesem była sprzedaż legendarnej firmy „E. Wedel” za 30 mln dolarów łaskawcom z Pepsi.

Po trzech latach zwolnienia podatkowego (wartego znacznie więcej niż 30 mln. dolarów) okazało się, że firma jest warta dla Cadbury prawie dziesięciokrotnie więcej. No cóż, państwowy właściciel to nawet porządnie sprzedać nie umie (a może raczej nie umi, bo jest ze WSI). Sprzedano jednak jeszcze wiele zakładów (takich jak Huta Warszawa, Walcownia Norblin, WZT Polkolor), które przechodząc kilkakrotnie z rąk do rąk, wdeptały w ziemię kilkadziesiąt tysięcy pracowników, by w końcu udowodnić, że największą wartość stanowiła ziemia, na której stały – sprzedaż firmy tzw. inwestorowi strategicznemu okazywała się bowiem prawie zawsze wrogim przejęciem przez konkurencję.

Terapia szokowa.
Niektórzy są w szoku do dziś. I nie chodzi tu o porównywanie czasów obecnych z PRL-em. Żaden element komunistycznej gospodarki nie był w stanie przeżyć swoich czasów. Junta „generała” Jaruzelskiego staczała się bezpowrotnie do rynsztoka, ale to nie Leszek profesor Balcerowicz dokonał transformacji ustrojowej. On tylko próbował ręcznie sterować nieodwracalnym samoistnym procesem, co przyniosło jedynie niesprawiedliwy podział majątku narodowego, który zapewne został uzgodniony w Magdalence.

Transformacji dokonaliśmy sami, stając z łóżkami polowymi na bazarach, przewożąc przez granice magnetowidy i komputery, zakładając tysiące małych rodzinnych firm i cicho klnąc, uciekając w szarą strefę przed totalnie niemoralnym fiskusem. Gdybyśmy, zamiast ulegać namowom naszego bohatera do transformacji ustrojowej, zaczęli wszystko budować od zera, w zupełnie wolnorynkowym żywiole (jak np. RFN po II Wojnie Światowej) – bylibyśmy dziś dużo dalej. Tego procesu nie możliwe było zatrzymać, bo nie da się zatrzymać lawiny, a to nie Balcerowicz ją wywołał. Niestety jego sprytny plan zapewnił „biznesmenom” z WSI, Żemkom i innym Gawronikom nieproporcjonalny udział w prywatyzacyjnych konfiturach i za to powinni oni ufundować mu co najmniej kilka nagród Nobla.

Transformacja Leszka Balcerowicza
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych stało się jasne, że dalsze dojenie polskiej gospodarki opisanymi mechanizmami przestaje mieć sens i staje się nazbyt widoczne. Wówczas nasz bohater przypomina sobie, że jest liberałem. Z wtorku na piątek (gdzieś tak w roku 2001) pozwala narodowi zaciągać kredyty walutowe, siłą rzeczy oprocentowane, jak wszędzie na świecie, na ok. 6% rocznie. Pociąga to za sobą konieczność obniżenia stopy refinansowej na narodowej walucie do ok. 13%. I nagle okazuje się, że również inflacja przestaje dokuczać polskiemu rynkowi. Jest prawie normalnie… ale prawie czyni wielką różnicę.

Nie zmieniono bowiem jednego – nadal nie mamy wolnego rynku walutowego. Możemy wprawdzie wymienić złotówki w zagranicznych bankach, ale nie oznacza to, że zmieniono mechanizm ustalania kursu. Nadal jest on sztuczny i nie mający odniesienia do rynku (zachodnie banki zwracają polskie złotówki do NBP). Dowody na to są aż nadto widoczne. Po pierwsze, kurs Euro od prawie dziesięciu lat nie zmienił się (ok. 4,20 zł), a podobno nasza gospodarka rozwija się szybciej niż inne gospodarki europejskie. Powie ktoś, że jednak były wahania, zwłaszcza w roku 2007 i 2008. Tylko, że te wahania dowodzą właśnie braku rynku.

Wystarczył bowiem napływ kilku miliardów Euro, aby złotówka umocniła się o 20% (do 3,3 zł) na przestrzeni kilku zaledwie miesięcy. Aby tego uniknąć należałoby dodrukować trochę banknotów… jednak lata dziewięćdziesiąte minęły i obowiązują nas normalne unijne standardy. O ile jednak co do kursu można dogadać się z EBC, o tyle fundusze spekulacyjne mają w nosie takie ustalenia i kierują się jedynie zyskiem… ale to już zupełnie inna historia.
prof. dr Andrzej Fidelis”
Źródło: prawica.com

Archiwum trybunału w Norymberdze przeciwko mafii farmaceutyczno – naftowej poszukuje tłumaczy

Archiwum Trybunału Norymberskiego dokumenty

Serdecznie witamy w online Archiwum Trybunału Norymberskiego przeciw kartelowi naftowemu i farmaceutycznemu. Strony te stanowią źródło informacji, edukacji i przekazu dla każdego mieszkańca Ziemi.

Koncern IG Farben, Bayer i Basf Chemicals

Po 60 latach milczenia dostępne są wreszcie materiały Trybunału Norymberskiego, dotyczące oskarżeń przeciw koncernowi IG Farben – największemu międzynarodowemu przedsiębiorstwu chemiczno-farmaceutycznemu.

Ponieważ przedstawiona dokumentacja jest w języku angielskim, poza niemieckimi wyjątkami, zwracamy się do Państwa z prośbą o pomoc w tłumaczeniu polski zainteresowanych prosimy o kontakt contact@profit-over-life.org

Krótkie wprowadzenie do tego archiwum

Trybunał Wojenny w Norymberdze był częścią wspólnych wysiłków rządów Stanów Zjednoczonych i innych krajów alianckich, mających na celu określić, kto odpowiada za drugą wojnę światową i zażądać wyjaśnień od tych, którzy popełnili zbrodnie przeciwko ludzkości.

W latach 1945 i 1948 w niemieckiej Norymberdze, w tamtejszym Pałacu Sprawiedliwości, odbyło się kilkanaście rozpraw sądowych – stąd nazwa Trybunału.

Zbrodniarze wojenni sądzeni w Norymberdze

Trybunał przeprowadził łącznie 13 procesów. Pierwszy z nich, przeciwko „głównym zbrodniarzom wojennym”, nosił nazwę: „USA, Francja, Zjednoczone Królestwo i ZSRR przeciw Hermannowi Goeringowi i innym”. Proces ten odbywał się w latach 1945—1946 i zakończył się karami długoletniego więzienia lub śmierci wobec większości sprawców.

Co ciekawe, był to pierwszy proces przeciwko politycznym i wojskowym figurantom reżimu nazistowskiego, który został ogólnie opisywamy jako „Trybunał Norymberski”. Jest to jednak historycznie nieścisłe. Co więcej, odwróciło to uwagę od prawdziwych zbrodniarzy wojennych, którzy – dzięki swojej potędze ekonomicznej – sfinansowali powstanie nazistów i przygotowania do drugiej wojny światowej.

niesławni dyrektorzy IG Farben

Proces przeciwko IG Farben

„Farben było Hitlerem i Hitler był IG Farben”

Amerykański Senator Homer T. Bone do Komisji Senatorów do Spraw Wojskowych 4 czerwca 1943 r.

Z powodu nadrzędnej roli IG Farben w finansowaniu powstawania nazistów i przygotowywaniu drugiej wojny światowej jako podboju światowych rynków, udokumentowany na tej stronie internetowej proces przeciwko IG Farben jest najważniejszym spośród wszystkich trzynastu procesów, jakie odbyły się w ramach Trybunału do Ścigania Zbrodni Wojennych w Norymberdze.

Amerykańscy oskarżyciele podczas obrad Trybunału do Ścigania Zbrodni Wojennych w Norymberdze wyraźnie dali do zrozumienia, że ani powstanie nazistów, ani druga wojna światowa, ani holokaust nie byłyby możliwe bez finansowego i logistycznego wsparcia ze strony IG Farben.

Tajemnice historyczne II Wojny Światowej

Dzisiaj, ponad 60 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej, ludzkość nadal stoi przed zagadką: jak doszło do tego, że żadna organizacja międzynarodowa, która postanowiła ocalić pamięć o wojnie i holokauście, nie wskazała tych faktów historycznych?

Po dziś dzień organizacje te nie opublikowały ani ważnych sprawozdań z kluczowych procesów norymberskich przeciwko IG Farben, ani dziesiątków tysięcy stron dowodów sądowych łączących kartel chemiczno-farmaceutyczny ze zbrodniami przeciwko ludzkości.

błędy historyczne

Do dziś żyjący ocalały z Holocausty Polaków i Żydów mówi o inicjatywie ujawnienia zbrodni kartelu farmaceutycznego