Reklamy

Kategoria: Polityka i społeczeństwo

Get in bank oszukał klientów: wytoczyli mu proces

Getin bank pozwany

„Ponieważ wiele osób w odpowiedzi na moje wezwanie deklaruje że chce się przyłączyć do mojego zawiadomienia o przestępstwie dokonanym przez Getinbank i skierowuje do mnie szereg zapytań, uporządkuję moje wyjaśnienia.

1/ Jeżeli chce się przyłączyć do dowolnego postępowania przeciw komukolwiek, trzeba wiedzieć co się chce i jakiej sytuacji dotyczy postępowanie.

2/ Mój zarzut wobec Getinbanku polega na tym że bank za zawarte aneksy na częściowe
zmniejszenie wielkości części procentowej raty i przesuniecie jej spłaty na dalszy okres pobrał zbyt duże opłaty, większe niż przewidywała umowa o kredyt.
/Wyjaśnienie miesięczna rata spłaty kredytu składa się z dwóch części, części spłaty kapitału i części spłaty rocznego oprocentowania/
Pobierając zawyżone oprocentowanie Getinbank naruszył 304 art. kodeksu karnego, a wprowadzając do umowy podstępne zapisy i naciskając na ich przyjęcie naruszył 286 art.. kodeksu karnego oraz szereg obowiązujących zasad.
/Nieco szerzej omawia te sprawy niżej załączone pismo do mediów/.

3/By przyłączyć do moich roszczeń przyłączająca osoba musi być pokrzywdzona przez pobranie zawyżonej opłaty za zawarte aneksy przez Getinbank a nie inny bank, lub pobranie opłat większych niż przewidywał załącznik do umowy o kredyt.

4/Przyłączenie dokonuję się przez wysłanie pisma na adres: Prokuratura rejonowa Wrocław Fabryczna 50- 046 Wrocław ul. Sądowa 2, fax:71-3718140,
podając koniecznie sygnaturę akt:- 1 Ds. 70/12/ Sp(c)
W piśmie o przystąpieniu tak jak w normalnym pozwie cywilnym należy podać szczegółowy opis szkody, jaki poniósł przystępujący do procesu i z jakiego powodu ona powstała.
Bez spełnienia powyższych niezbędnych warunków zarówno prokuratura czy sąd, mogą odrzucić przystąpienie do wytoczonego przez zemnie procesu.
Przyłączenie ma dużą wagę bo osoba przyłączająca unika kosztów, szybciej osiąga swój cel i zwiększa rangę postępowania.
Niżej pismo do mediów dla ostrzeżenia innych:
Dotyczy braku reakcji na łamanie prawa.
Proszę o zamieszczenie powyższego artykułu i ewentualnie pisma otwartego do ministra sprawiedliwości. Gardzący prawem nie lubią jak się o tum pisze a artykuł uświadomi Polakom ułomność stosowanych praw i stopień ich łamania.
Sprawa dotyczy postępowania banków oszukujących kredytobiorców, oszukiwanych i wykorzystywanych z błogosławieństwem prawa.
Długa tolerancja prawa wobec Amber Gold nie jest czymś wyjątkowym. Wiele banków może na nią liczyć i korzysta z niej w różnym stopniu. Jeden z lepszych banków ofiaruje podwyższone oprocentowaniu, pisząc drobnym druczkiem na kolorowym tle niewidoczną uwagę, że taki wkład nie podlega gwarancji NBP. Dodatkowo załączam niedostarczony Ministrowi przez urzędników list otwarty do ministra sprawiedliwości, który wyjaśnia też niektóre szczegóły.
Omówione poniżej najbardziej jaskrawe lekceważenie prawa dotyczy Getin- Noble banku.
W hipotecznych umowach kredytowych Getinbank ustala, szczegółowo opłaty za wszystkie czynności związane z kredytem. Bank podaje w umowach, że każda zmiana wymaga obustronnej pisemnej zgody stron i zaznacza, że maksymalne opłaty za zawarcie aneksów nie mogą przekraczać 1000zł.
Bank jednak samowolnie ciągle przesyła zawiadomienia, że wstecz zmienia wielkość tych opłat, potrącając wstecz coraz większe kwoty za wszelkie czynności..
Na protesty, że prawo nie działa wstecz bank powołuje się na ukryty w gąszczach umowy zapisy dotyczące, kiedy może wprowadzić zmiany opłat do zawartych już umów.
Cytuję paragrafy umowy kredytowej: –

„ 5.1 zmiany regulaminu z przyczyn ważnych. Za ważne uznaje się w szczególności: zmiany informacyjne obowiązujące w banku.
5.2 a/Zmiany parametrów rynkowych, środowiska bankowego i środowiska konkurencji, przepisów prawa, szczególności przepisów podatkowych innych bankowych stosowanych w sektorze bankowym.
b/ Zmiany poziomu inflacji lub innych warunków makro ekonomicznych
c/Zmiana zakresu i/ lub formy reakcji określonych czynności i usług ponoszonych przez bank oraz zmiany organizacyjne i technologiczne banku.
d/ Dostosowanie się do najlepszych krajowych i międzynarodowych praktyk bankowych.
Taki zapis oznacza, że bank drwiąc ze swoich ustaleń siebie, kredytobiorców i prawa może zawsze na swoje widzimisie doliczyć do kredytu wstecz dowolne kwoty.
Różnica między wielkością opłat za zawarcie aneksu o częściową karencję procentowej wielkości części raty, przewidywaną w umowie a potrąconą jest olbrzymia dla większych kredytów zwłaszcza zawartych w frankach. /np. przy kredycie 430.000zł może w przeliczeniu wg. obecnego kursu wynosić 72.000zl zamiast ustalonych w umowie 1.000zł.

Kredytobiorca jest przymuszany do zawarcia takich aneksów ciągłym bombardowaniem przez bank przypominaniem, że w przypadku miesięcznej wpłaty nieco mniejszej niż ustalono bank cofnie kredyt, co oznacza, że zażąda natychmiastowej spłaty kredytu.
Takie postępowanie banku nie tylko łamie zasadę nie działania prawa w wstecz, ale jest przestępstwem z art. 286 i 304 kodeksu karnego oraz niezgodne z kodeksem cywilnym określającym, że postanowienia, nie uzgodnione indywidualnie z konsumentem nie wiążą konsumenta, jeżeli kształtują jego prawa i obowiązki w sposób sprzeczny z dobrymi obyczajami i rażąco naruszający jego interesy. Zakaz umieszczania takiej klauzuli znajduje się w rejestrze klauzul niedozwolonych przez organ ochrony konkurencji i konsumentów. Do rejestru niezgodnych z prawem są wpisywane m.in. postanowienia uznane za nie dopuszczalne prawomocnym wyrokiem Sądu Najwyższego z 13 lipca 2006 r. (sygn. III SZP 3/2006). Sąd precyzuje w niej, że praktyka naruszającą zbiorowe interesy konsumentów jest niedopuszczalna.
Praktyka taka jest też nie zgodna z przyzwoitością i zasadami współżycia i jest możliwa tylko wobec braku reakcji prokuratury na zawiadomienia o przestępstwie a nawet przyzwolenia na nie podobnie jak ma to miejsce Gold Amber.

Kredytobiorca jest bezradny. W przypadku skargi do Urzędu Kontroli Konkurencji, Urząd odpowiada, że nie zajmuje się indywidualnymi przypadkami. Mimo że Getinbank w swoim piśmie przyznaje otwarcie, że ciągle stosuje ww. metody. Również dla prokuratury przyznanie banku do ciągłego łamania prawa nie ma znaczenia.
Zachodzi wiec pytanie czy żyjemy w państwie prawa, czy bezprawia i czy III Rzeczpospolita nierządem stoi jak w końcowym okresie I Rzeczpospolitej gdzie silny drwił z sądów i praw..
Czy bank stoi nad prawem i ma inne prawo niż obywatel?
Podobne jest postępowanie banku dotyczące zmienności oprocentowania.
Inna sprawa, że sądy niechętnie wyrokują w sprawach bankowych i spółdzielczości mieszkaniowej. Obie te instytucje przy pomocy lobii i pieniędzy walczą skutecznie nawet z ustawami państwa a pracownicy prawa nie chcąc tracić czasu na zapoznanie się z odrębnymi aktami prawnymi dotyczącymi tych instytucji /tj. prawem spółdzielczym i bankowym/ boją się wydania wyroków, które mogą być kwestionowane i większego nakładu pracy do rozpoznania spraw.

Może rozsądne by było i najwyższy czas anulować paragrafy ustaw z praw bankowych spółdzielczych a mające sens ustalenia włączyć do kodeksów cywilnych i karnych.
Nastąpiłaby większa przejrzystość prawa i łatwiejsze i bardziej sprawne postępowanie.
W powyższej sprawie przekazałem też pismo do ministra sprawiedliwości/ w załączeniu/.
Urzędnicy ministerstwa jak zawsze nie przekazali ministrowi listu otwartego do niego. Umieszczenie go w Waszej gazecie jest jedyną szansą by minister się o nim dowiedział
-Na wysłane pismo Ministerstwo sprawiedliwości napisało, że: nie jest upoważnione do wchodzenia w treści umów między bankami a klientem. Jeżeli prawo nie wchodzi w treści umów między stronami o dokonanie przestępstwa /art. 286 i 304/ czy to oznacza, że np., że strona umawiająca się może egzekwować zawartej umowy o wysadzenie sadu.
Echem skargi do ministerstwa sprawiedliwości było, że: Prokurator okręgowy oświadczył, iż zlecenie przesłuchania świadka przebywającego za granicą przy pomocy prawnej poprzez ministerstwa /dla przeciągania sprawy/ była było pomyłką i zlecono to przesychanie konsulowi. Prokurator nie widzi natomiast nie prawidłowości zastosowania triku pozwalającego na przekazania decyzji /z 7dniowym terminem zażalenia/, gdy osoba przebywająca w szpitalu nie może odebrać zawiadomienia i się odwołać w terminie.
Pozdrawiam z nadzieją, że redakcja nie uodporniła się całkowicie na nagminne łamanie prawa w kraju dotykające wszystkich obywateli.
P.S. –posiadam wszelkie dokumenty dotyczące ww. spraw.

Nowa informacja o symbolicznie śmiesznie małej karze nałożonej na Getinbank:
Getin Noble Banku jednak zapłaci 2 mln zł kary
Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów potwierdził decyzję UOKiK, który uznał, że Getin Noble Bank pobierał niezgodnie z prawem opłaty od spóźniających się ze spłatą zadłużenia użytkowników swoich kart kredytowych. SOKiK utrzymał prawie 2 mln zł kary dla banku.
Jak poinformowała w czwartek rzeczniczka UOKiK Małgorzata Cieloch, wyrok sądu dotyczy decyzji prezes UOKiK z listopada 2010 r. – Przeprowadzone postępowanie wykazało wówczas, że Getin Noble Bank w tabeli opłat i prowizji kart kredytowych i ratalnych przewidział opłatę za obsługę nieterminowej spłaty, która obejmowała czynności typu wysłanie sms, kontakt telefoniczny czy monit. Jak ustalił urząd, bank już w pierwszym dniu zadłużenia automatycznie naliczał tę opłatę wszystkim klientom, nawet w przypadku, gdy nie podejmował wobec nich żadnych działań – poinformowała rzeczniczka.
Prezes UOKiK nałożyła wtedy na przedsiębiorcę 1 mln 959 tys. 44 zł kary za
stosowanie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów.”

Człowiek który wytoczył ten proces i autor powyższego tekstu:

http://www.facebook.com/kahanejurek

Reklamy
Reklamy

Ibogaina leczy uzależnienia: dlaczego jest zakazana?

Ibogaina leczy uzależnienia: dlaczego jest zakazana?

Cytuję: „W wielu mediach nie bez powodu słowo spisek próbuje się ośmieszać. Bardzo często sugeruje się przy tym, że w spiski wierzą tylko “ludzie nawiedzeni”, którzy mają problemy z własną psychiką. Dzisiaj jednak mam zamiar zaprezentować Państwu niepodważalny dowód na to, że spiski mediów, rządów i korporacji istnieją. Istnieją wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą naprawdę ogromne pieniądze i gdzie korzyści są obopólne.

Ibogaina jest “organicznym związkiem chemicznym”, który pozyskuje się z “kory afrykańskiej rośliny Tabernanthe Iboga”. “Stwierdzono, że ibogaina jest skuteczna przy leczeniu uzależnień od kokainy, heroiny, etanolu i nikotyny” (wikipedia).

Ibogaina w zwalczaniu uzależnień jest wysoce skuteczna, tak skuteczna, że nic innego nie może się z nią równać! Już podanie niewielkiej dawki powoduje np. “zanik symptomów głodu narkotykowego na czas od kilku dni do nawet kilku tygodni, co znacznie ułatwia przeprowadzenie wstępnej detoksykacji pacjentów” (wikipedia). Nie inaczej jest z uzależnieniem od alkoholu, czy nikotyny. Ibogaina jednak “nie jest nigdzie alegalizowana jako ogólnodostępny lek” (sic!). Ba! Handel ibogainą jest nawet zakazany! Dlaczego?

Wprowadzenie Ibogainy jako leku de facto oznaczałoby niemal całkowite zlikwidowanie uzależnień. Zniknęliby palacze, alkoholicy i narkomanii. Tyle tylko, że ktoś by na tym stracił i to stracił ogromne pieniądze. Rządy straciłyby wpływy z akcyzy. Korporacje farmaceutyczne straciłyby przychody ze sprzedaży ogromnej masy leków, które kupują przeważnie ludzie chorujący z powodu nadużywania używek. Przemysł tytoniowy i alkoholowy by podupadł. Media straciłyby znaczną część wpływów z reklam alkoholi i lekarstw. Korzyści są obopólne (wielostronne), więc spisek może istnieć!

Ibogainę blokuje się również dlatego, że jest to lekarstwo, które pochodzi z natury, a więc nie można go opatentować i nie można zmaksymalizować zysków ze sprzedaży. Sprzedaż nie leży więc w niczyim interesie, oprócz – rzecz jasna – interesu społeczeństwa, ale kogo on obchodzi? Kogo obchodzi to, że ktoś przypadkiem umrze na raka, albo dostanie marskości wątroby, lub zniszczy własne życie przez narkotyki? Tak naprawdę to nie obchodzi nikogo! Liczą się tylko zyski, zyski i jeszcze raz zyski! Ibogaina jest zakazana!

Wszyscy wierzymy, że rządy i korporacje w swoich działaniach kierują się dobrem ludzi. Nie jest to prawdą. Rządy i korporacja przede wszystkim kierują się interesem własnym, a więc skupiają się na kwestii zysków. Z tego względu przejawiają skłonność do zmowy i oszustwa. Dla wszystkich niestety nie jest to oczywiste. Nie jest, bo cichym wspólnikiem w zmowie jest znaczna część mediów, które pragną uchodzić za niezależne i rzetelne źródła informacji. Niezależne i rzetelne? Mogę się tu tylko uśmiechnąć. Niezależny i rzetelny w znacznej części jest praktycznie tylko internet, no ale ten bez końca pragnie się ocenzurować. Gdy to się uda, to nikt nigdy nie usłyszy o ibogainie i niezliczonej liczbie podobnych spraw. Zatem czy spiski nie istnieją?

http://pl.wikipedia.org/wiki/Ibogaina

Źródło: niepoprawni.pl

Polacy nie mają pieniędzy na zakupy świąteczne

Polacy nie mają pieniędzy na zakupy świąteczne

Cytuję: „Widać gołym – nieuzbrojonym w narzędzia badawcze okiem, że w ostatnim – normalnie zawsze najgorętszym tygodniu przed świętami – Polacy nie mają pieniędzy na zakupy! Galerie handlowe w całym kraju świecą pustkami, nie ma kupujących. Sklepy wielko-powierzchniowe są w miarę napełnione, dyskonty oblegają kolejki kupujących taniej. Wniosek – niestety stało się to, co nieuchronne, jeżeli się ludziom nie płaci, to nie mają pieniędzy na to, żeby kupować. Niestety – gospodarka się zwija, święta które zawsze były kołem zamachowym gospodarki, w tym roku nie dadzą takiego efektu na jaki byśmy wszyscy liczyli.

Tak źle już dawno nie było, ponieważ ludzie nie mają źródeł dochodów umożliwiających im nie tylko wymarzoną akumulację kapitałów, ale przede wszystkim nie mają dochodów umożliwiających przeżywalność, na „jako takim” poziomie. Odkładanie, co miesiąc nawet najmniejszych sum jest wysiłkiem ponad miarę, nie do zrealizowania dla większości gospodarstw domowych. Roczny kalendarz wydarzeń kluczowych dla każdej rodziny zmusza jednak do pewnej temporalności, albowiem bez zachowania przynajmniej pozorów uczestnictwa w obrzędowości monotonia staje się nie do zniesienia. Do tej pory pracodawcy wiedząc o tym, starali się jak mogli wynagradzać pracowników przed okresami świąt. Dodatkowe pieniądze czy też bony towarowe – zawsze stanowiły dodatkowe wzmocnienie dla milionów polskich rodzin powodujące, że na stołach świątecznych pojawiało się więcej karpia, owoców, ciast, słodyczy i prezentów. W tym roku ten mechanizm się zaciął i to widać w sklepach – gdzie nie ma tłumów. Zwłaszcza w miejscach nieco bardziej luksusowych.

Przez lata to właśnie popyt konsumpcyjny napędzał polską gospodarkę powodował, że w budżecie uzależnionym od podatków pośrednich nie brakowało pieniędzy. Obecnie ten mechanizm zaciera się na naszych oczach – tak źle naprawdę długo nie było, bo od czasów początków transformacji nie pamiętamy takiego okresu, żeby tylu Polaków nie miało w ogóle żadnych dochodów, a dochody reszty były tak marne, że nie stać ich nawet na podstawowe dobra. Ta sytuacja nie jest zdrowa społecznie i na dłuższą metę jest nie do utrzymania, albowiem nawet tak odporne na wszelkiego rodzaju zawirowania społeczeństwo jak nasze – w końcu się zorientuje, że coś jest mocno nie tak, albowiem ceny mamy prawie jak na zachodzie Europy, a zarobki przeciętnych obywateli są porażką.

Nie można tak dłużej egzystować, po prostu to nie jest już nawet cena straconego pokolenia, które się nie narodziło, albowiem młodych Polaków na nie – nie stać, ale także kwestia przeżywalności współczesnych. Jeżeli bowiem, przeciętna Polska rodzina – przeciętne gospodarstwo domowe funkcjonuje w ten sposób, że po pobraniu dochodów – dokonuje opłaty, które nie rzadko przekraczają lub zbliżają się do połowy poborów, a za resztę musi przeżyć – dzieląc pozostałą kwotę przez ilość dni w miesiącu, często opłacając jeszcze małe kredyty – to tak się po prostu nie da żyć. Strach pomyśleć o sytuacjach, gdzie rodziny mają do spłacenia jeszcze duży kredyt mieszkaniowy – umożliwiający przecież egzystencję w ogóle!

W kontekście makroekonomicznym to, że pojedynczym gospodarstwom domowym żyjącym i pracującym na swoje utrzymanie – nie wystarcza od pensji do pensji jest swoistym fenomenem gospodarczym, stanowiącym najlepszy dowód na to, jak złe są polityki gospodarcza i społeczna rządu – a raczej jak źle jest, że tych polityk w zasadzie nie ma w ogóle!

Rząd wie, że to będzie oznaczać niższe dochody dla budżetu – żyjącego z podatków pośrednich i akcyzowych. Dlatego, musi albo poszukać sobie nowych źródeł dochodu, czego jednak nie czyni – np. nie zezwalając na opodatkowanie transakcji finansowych, albo musi pomyśleć o innej konstrukcji systemu podatkowego, żeby mieć możliwość finansowania potrzeb budżetu – przy zmniejszonych dochodach ze wzrostu gospodarczego. Rząd ma jeszcze jeden problem – chodzi po prostu o przeżywalność ludzi, albowiem o ile mogą przez dwa – trzy lata chodzić w tych samych butach i nie kupować ubrań, co więcej mogą nawet oszczędzać na ogrzewaniu i lekach, jednakże płacić za mieszkanie i kupować jedzenie muszą! Dramat Polaków polega na tym, że obecny poziom cen i wzrost natężenia kosztów stają się na tyle nieznośne, że nie da się podtrzymać ponoszenia tych dwóch zasadniczych opłat u większości gospodarstw domowych.

Jeżeli nie opanujemy procesu pauperyzacji społeczeństwa – to wówczas załamie się cały system, zabraknie na podatki, zabraknie na zakupy dóbr na rynku – w efekcie znikną miejsca pracy. W konsekwencji gospodarka jak nawet wejdzie z powrotem do stanu równowagi, to istnieje poważne niebezpieczeństwo pominięcia części – wcześniej wykluczonych ludzi. Co będzie oznaczało poszerzanie klasy wykluczonych, czyli biedę, nędze i niedostatek.”

Autor: Piotr Ikonowicz

Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha o głównej przyczynie emigracji zarobkowej Polaków. Fragment programu „Rozmowy Niedokończone” z 25.07.2007r.

Alkohol i alkoholizm: wpływ na dziecko. Skandalizujący film dokumentalny

Alkohol i alkoholizm: wpływ na dziecko. Skandalizujący film dokumentalny

Film powstał przy finansowym wsparciu Federalnej Agencji ds. Prasy i Mass-mediów. Kto ma interes w tym, by zakazać wyświetlania tego filmu w telewizji?

Przez pierwsze 3 miesiące 2009 roku w oddziałach położniczych Rosji przyszło na świat 394.300 dzieci. Ponad 3.000 z nich umarło. Wady serca ujawniły się u jednego na 200 noworodków. U jednego na 1000 lekarze stwierdzają wyraźnie widoczne zmiany mutacyjne.

Alkoholizm, alkohol: szokująca prawda. Pełny film dokumentalny (44 minuty):

Apokalipsa światowa – SOS Ziemia

Apokalipsa światowa – SOS Ziemia

Nie, nie jest to tekst z serii: „koniec świata 21 grudnia 2012”. Ale ów koniec świata nastąpi na pewno, jeśli ludzkość się nie opamięta i ten 1% najbogatszych nadal będzie bez ograniczeń eksploatował zasoby Ziemi.

Zobaczcie, co człowiek zrobił z naszą planetą w ciągu ostatnich 200 lat.

Poniższy film jest w pełnej wersji z lektorem, trwa 114 minut.

Niecierpliwi mogą zacząć oglądanie od 50-tej minuty, chociaż polecam od początku.

Pamiętam pewną rozmowę przeprowadzoną z „nieświadomą” osobą rok temu. Jej konkluzja brzmiała tak: „Jarek, ja wiem, że ludzkość dąży do samozagłady, ale co mnie to, mam ważniejsze sprawy na głowie„.
-czyli, większość o tym doskonale wie, tylko jak im powiesz: „naukowcy są pewni, że za jakiś czas życie na Ziemi wyginie” – to pomyślą sobie: „uff, dobrze, że mnie wtedy już nie będzie na Ziemi„. A tymczasem guzik prawda – to może stać się za dekadę, dwie, jeszcze za naszego życia:

Oszustwo liberalizmu i „wolnego rynku”. Kredyt to zbrodnia perfekcyjna, bo legalna

Oszustwo liberalizmu i „wolnego rynku”. Kredyt to zbrodnia perfekcyjna, bo legalna

Cytuję: „Fragment art. Ewy Zaleskiej, pisany w l. 2005 – 2006  na podst. zródeł dostepnych we Włoszech, gdzie autorka mieszka i działa od paru dziesięcioleci.

Wezmy do ręki wirtualne szkło powiększajace i przyjrzyjmy się z bliska tej sprawie, bo jest ona nad wyraz „interesująca”.

Prawie wszyscy myślą, że banki posiadają skarbce pełne pieniędzy ( lub sztabek złota ), które biorą się zarówno z wkładów własnych banków ( czyli pieniędzy bogatych, z natury rzeczy, bankierów ), jak i z wpłat ( depozytów ), które wnieśli do banków klienci. Prawie każdy myśli, że tymi właśnie fizycznymi pieniędzmi banki obracają, pożyczając je innym lub ( przy „dobrej okazji” ) inwestując.

Nic bardziej błędnego !

Banki nie posiadają praktycznie żadnych pieniędzy, gdyż prawo bankowe zezwala bankom na fizyczne posiadanie tylko kilku procent tego, czym banki obracają ( w zależności od aktualnie obowiązującuch uregulowań, które ustanowiły sobie same banki, nie rządy ! ). Dziś rezerwa częściowa opiewa na 2 % – oznacza to minimalny procent fizycznych pieniędzy, jakie musi posiadać bank ( na 100% udzielanych pożyczek ). Tak więc banki mogą legalnie dysponować 1/50 – jedną pięćdziesiątą ( ! ) tego, co pożyczają. Czyli 98 % tego, z czego banki udzielają kredytów to są pieniądze „wyczarowane” ( mówiąc dobitnie: fałszywe ) – tych pieniędzy banki nie miały i nie mają.

Spróbujmy prześledzić proces „wyczarowywania” pieniędzy przez system bankowy.

Powszechnie uważa się, że wpłacając do banku nasze zaoszczędzone 100 euro ( w przypadku złotych, dolarów czy jakiejkolwiek innej waluty logika jest taka sama ), uzyska się od tych 100 euro 1 % odsetek w skali roku. Czyli po roku możemy być bogatsi o 1 euro i możemy odebrać z banku 101 euro. Banki z kolei, pożyczając innym swoim klientom te nasze 100 euro, żądają od nich, przypuśćmy, 8 % od sumy pożyczonej w skali roku. Jesteśmy skłonni myśleć, że różnica pomiędzy tym, co bank uzyskuje udzielając pożyczek ( tu: 8 %  ) a tym, co bank wydaje na wypłacenie odsetek od zdeponowanych przez swoich klientów pieniędzy ( tu: 1 % ), to jest cały i jedyny zarobek banków. Czyli ta różnica ( 8% – 1 % = 7 % ) miałaby stanowić zysk banków, dość wysoki wprawdzie – myślimy – no ale banki mają swoje koszty.

Jesteśmy bardzo dalecy od prawdy! Prześledzmy jak i z czego banki tworzą swoją fortunę.

Jeśli ja wpłacę do banku, przypuśćmy, 100 euro ( ta logika dotyczy w równym stopniu złotych czy dolarów ) to dostanę od banku, po upływie roku, 1 % odsetek od tych zdeponowanych przeze mnie pieniędzy. Czyli po roku będę mieć na koncie bankowym 101 euro.

Ale bank, przyjmując ode mnie te 100 euro, będzie mógł pożyczyć innym na procent ( na te, przypuśćmy, 8 % ) nie tylko „moje” 100 euro ale ponad 5.000 euro ( dokładnie 5.299 euro ), które „cudownie” pojawiają się, celem kredytowej działalności banków, po wpłaceniu przeze mnie 100 euro. Skąd bierze się ta cyfra w banku ?

Bank, w oparciu o prawo zwane „rezerwą obowiązkową” czy też „rezerwą częściową” nie musi posiadać swoich realnych, fizycznych pieniędzy, by móc udzielać pożyczek.  Prawo, o którym wyżej, zezwala bankom na kreowanie pieniędzy, co dokładnie oznacza „wyczarowywanie” sumy w ilości 50 razy większej od tej, którą banki realnie dysponują i którą przechowywują w swojej rezerwie ( zwanej, co warto zapamiętać, rezerwą częściową czy obowiązkową ). Jest to możliwe dlatego, że od dawna już bankierzy zaobserwowali, że ludzie wkładający swoje oszczędności do banku, podejmują je po trochu i nigdy wszyscy naraz.

Poza tym, zwłaszcza w ostatnich latach, wzajemne rozliczanie należności pomiędzy stronami odbywa się najczęściej systemem przelewów. Obrót gotówkowy praktycznie zostaje wyparty przez obrót elektroniczny, wirtualny ( elektroniczne karty płatnicze zna każdy z nas ! ). Stąd istnienie pieniędzy fizycznych staje się praktycznie nieistotne. Obecnie w świecie cywilizacji zachodniej, a coraz bardziej w całym naszym globalnym świecie, masa monetarna fizyczna ( tj. pieniądz papierowy czy monety metalowe ) stanowi jedynie nikły procent masy monetarnej w obiegu ( mniej niż 10 procent ! ), gdyż prawie wszyscy i prawie wszędzie posługują się pieniądzem elektronicznym.

Wróćmy teraz do moich 100 euro : po ich wpłaceniu przeze mnie bank bogaci się o ponad 5.000 euro. Gdybym tych pieniędzy nie wpłaciła, bank nie mógłby wykreować sobie tej sumy, bo musi mieć do tego podstawę właśnie w tej fizycznej, wpłacanej przez kogokolwiek walucie.

W oparciu o prawo „rezerwy częściowej” czy „obowiązkowej” , wynoszącej dziś 2 % ( to na podstawie uzgodnień międzynarodówki bankierów, spotykajacych się regularnie w Bazylei, w Szwajcarii i zwanych „ Bazyleą II ” ) zdeponowane przez kogokolwiek 100 euro dają podstawę bankowi komercyjnemu do cudownego rozmnożenia tych 100 euro aż 50- krotnie (  100 euro stanowi 2 % od sumy 5.000 ). Tak więc przyjmując ode mnie 100 euro bank natychmiast traktuje te pieniądze jako „rezerwę obowiązkową” ( 2-procentową ) i na tej podstawie „wyczarowuje” sobie pozostałe 98 % masy monetarnej, tyle że wirtualnej. I te 98 % ( tu: 5.000 euro ) może już pożyczać, na procent oczywiście.

Nota bene: istnieje projekt, wywodzący się z Bazylei, zlikwidowania jakiejkolwiek rezerwy obowiązkowej, tak, by banki mogły kreować każdą ilość pieniędzy, bez konieczności dysponowania nawet minimalna rezerwą.

Moje 100 euro ( w oparciu o prawo „cudownego rozmnażania” ) , a więc pomnożone przez 50,  daje 5.000 euro. Od tak wykreowanych 5.000 , bank ( w momencie udzielania innym jakichkolwiek pożyczek ) nalicza sobie odsetki , przypuśćmy 8 %.

8% od 5.000 euro = 400 euro. Te 400 euro to zarobek banku uzyskany z aplikowanych odsetek od udzielonej komuś pożyczki w wysokości 5.000 euro.

Od tych 400 euro bank musi odjąć 1 euro ( tzn. odestki wypłacone mi po roku od moich zdeponowanych 100 euro ) i zostaje mu 399 euro.

Tak więc bank, w oparciu o wpłatę ( depozyt ) klienta wynoszącą 100 euro zarabia:

1) w oparciu o mechanizm odsetkowy: 399 euro

2) w oparciu o prawo rezerwy częściowej czy obowiązkowej: 5.000 euro

To, co w tym układzie nie należy do banku, to jest moje 100 euro, które posłużyło bankowi do rozmnożenia swoich możliwości pożyczkowych (udzielanych na procent, oczywiście ) i które mogę podjąć w każdej chwili wraz z moim zarobkiem, tj. 1 euro odsetek.  Ostatecznie, od zdeponowanych przez klienta 100 euro bank stworzył dla siebie 4.900 euro ( bo od 5.000, które bank sobie wykreował, musi odjąć 100 euro, które były i są moje ) + 399 euro odsetek, co daje bankowi sumę 5.299 euro.

Widzimy bardzo dokładnie, jak i z czego banki tworzą swoją fortunę i widzimy skalę tego przekrętu: my, z naszych 100 euro włożonych do banku uzyskujemy 1 euro, a bank z NASZYCH 100 euro uzyskuje 5.299 euro.

Ale to nie koniec. Te pieniądze, wykreowane w oparciu o prawo rezerwy częściowej ( czyli „z powietrza”, stąd zwane często „fiat money” – z łaciny: pieniądze które „się stają” ) wchodzą do obiegu i prędzej czy pózniej wracają do systemu bankowego ponownie w formie depozytów ( oszczędności ). Na bazie tych depozytów bank będzie znów „cudownie rozmnażał” swoje bogactwo, oferując pożyczki i kredyty.

Zajrzyjmy jeszcze do księgowości bankowej.

Jak już mówiliśmy, kiedy ktoś wpłaca do banku przypuśćmy 100 euro, to bank może pożyczyć przedsiębiorcy ( w oparciu mechanizm rezerwy częściowej ) nie tylko te czyjeś 100 euro, ale – w zaokrągleniu – 5.000 euro. Czyli bank pożycza pieniądze których nie ma, a na dodatek dolicza sobie odsetki.

Bank teraz w swojej księgowości te wyczarowane i pożyczone 5.000 euro wpisuje do rubryki „aktywa” ( innymi słowy „plusy” ), a dzieje się tak dlatego, że od tej pożyczki będą wchodziły do kas banku odsetki, a więc – mówiąc potocznie – bank będzie miał to „na plusie”.

Księgowość banku ma też drugą rubrykę, tzw. pasywa ( innymi słowy „minusy” ). I te 5.000 euro zostaje wpisane również i do tej rubryki, jako że te pieniądze bank zobowiązał się wypuścić od siebie, przeznaczając je do obrotu. W bankowej rubryce „pasywa” ( minusy ) widnieje więc potencjalny dług, bo przedsiębiorca może w każdej chwili zechcieć wypłacić sobie z banku gotówkę, zgodnie z kredytem, który zaciągnął. Bank jest więc równolegle, potocznie mówiąc – „na minusie”. Bankowa rubryka „pasywa” ( minusy ) jest okresowo zasilana wpłatami przedsiębiorcy tytułem spłaty długu.

W układzie bank – przedsiębiorca ( czy jakikolwiek inny klient ) widać bardzo wyraznie, że przedsiębiorca, biorąc kredyt z banku, zadawala się pieniędzmi w postaci cyferek na swoim koncie. Tak dzieje się w zdecydowanej większości przypadków. Z tego „cyferkowego” konta klient będzie pobierał najczęściej pieniądze w postaci przelewów, którymi będzie pokrywał swoje zobowiązania pieniężne.

Bank, który udziela kredytu nie ma i nie tworzy realnych pieniędzy ( ani na sumę netto pożyczki ani na kwoty odsetek ). Bank jedynie czeka, aż klient przyniesie mu realne pieniądze, uzyskane od innych ludzi. I to nie tylko w kwocie „pożyczonej” ale w kwocie powiększonej o pewien procent, tj. o odsetki, dając tym sposobem bankom więcej niż „wziął”.

Ważny w tym mechanizmie jest fakt, że banki, pobierając ( czasami całymi latami ) odsetki od pożyczki są w zasadzie tym całkowicie usatysfakcjonowane. Nawet jeśli sumy pożyczonej nie zainkasują nigdy, to odsetki są i tak doskonałą formą zarobku. Mówiliśmy już dlaczego tak się dzieje: bo bank pożyczył w każdym razie cyferki wykreowane „z powietrza”, pożyczył to, czego zwyczajnie nie miał, a uzyskał pieniądze realne z odsetek.

Cała polityka banków zmierza właśnie do tego: do zadłużania społeczeństw celem ściągania z nich realnych pieniędzy ( których nie było przedtem ani na rynku ani w banku ). Często, gdy dłużnik nie jest w stanie spłacić pierwotnego długu ( a dzieje się tak najczęściej w przypadku instytucji publicznych czy bezpośrednio państw narodowych), bank „łaskawie” udziela im drugiej pożyczki, tym razem rozłożonej na dłuższy termin spłaty. Jest to dla banków złotym interesem, bo liczy się to, żeby do banku w każdym razie wpływały odsetki. Tak więc, jak widzimy, banki ustawicznie wyciągają, bez pracy, pieniądze z gospodarki.

Wróćmy do księgowości bankowej żeby przyjżeć się panującej tam logice, a co za tym idzie rutynowym posunięciom, powodującym ostatecznie ukrytą inflację w poszczególnych państwach i na świecie.

Kiedy kredytobiorca plajtuje ( co zdarza się często ), bank przerejestrowuje przyznany mu kredyt do rubryki „straty”. Nie jest to, w rzeczywistości, wielkim bólem dla banków, jako że 98 % kwoty pożyczonej zostało w każdym razie „wyjęte z kapelusza”. Realnie więc bank nie stracił nic, bowiem jedynym kosztem tej pożyczki był dla banku … koszt prowadzenia księgowości. Jest jeden tylko zasmucający banki aspekt tej sprawy: bank pozbywa się teraz rubryki „aktywa” ( plusy ), a zostaje mu ( jak bumerang ) do honorowania rubryka ”pasywa” ( minusy ). Te „minusy” nie będą ulegały zmniejszeniu – jak to było przewidziane – poprzez spłaty klienta, jako że klient przestał istnieć: splajtował. Bez względu na to jednak, bank musi honorować przedkładane mu polecenia wypłat. Te pieniądze muszą pochodzić teraz z faktycznego kapitału banku ( z tego, co realnie włożyli akcjonariusze ) lub z profitów tych akcjonariuszy. Z tego właśnie powodu banki są bardzo ostrożne w fazie przyznawania kredytów, bo jeśli zbyt dużo przedsiębiorców plajtuje i oni są niewypłacalni, to wtedy realne pieniądze ( te z odsetek od udzielonych kredytów, które miały zasilać rubrykę „aktywa”, tj. plusy ) przestają wpływać do banku.

W takiej sytuacji „pasywa” ( minusy ) mogą przewyższyć realny kapitał banku, powodując sytuację zagrażającą jego dalszemu biznesowi .

Nie ma jednak obawy, by bank stracił. Jeśli któryś z banków znalazłby się w podbramkowej sytuacji, wyciągnie go z perypetii Bank Centralny, pełniący funkcję pożyczkodawcy ostatniej instancji i gwaranta bankierów, którzy – z zasady – nie tracą nigdy. Nam się mówi, że Bank Centralny interweniuje by zabezpieczyć nasze oszczędności. Rzeczywistość jest jednak taka, że Bank Centralny zabezpiecza interesy prywatnych bankierów.

Banki niechętnie udzielają pożyczek drobnym przedsiębiorcom, gdyż koszt obsługi kredytu jest taki sam dla małego klienta jak i dla wielkich koncernów i państw narodowych. Jak już wspomnieliśmy, bank nie jest zainteresowany głównie – jak to wydaje się większości pożyczkobiorców – faktycznym zwrotem sumy wyasygnowanej na pożyczkę, bo ta suma praktycznie i tak nie istniała. Wiemy już że 98% kwoty, na jaką opiewa kredyt to pieniądze „wyczarowane”, a pozostałe 2% pieniędzy realnych to są w każdym razie pieniądze klienta i one banku nie interesują.

Bank interesuje jedno: ściąganie odsetek od „pożyczek”, bo te odsetki są prawdziwe i dopóki kredytobiorca spłaca odsetki, bank zarabia. Wydawałoby się oczywiste nam, normalnym ludziom, że bank powinien być szczęśliwy jeśli klient ma możliwość wcześniejszej od ustalonej umową, spłaty kredytu. Jest wręcz odwrotnie: banki naliczają karę za taki pośpiech !

Dla banku największą stratą jest strata płacącego odsetki dłużnika. Tym sposobem banki często udzielają tzw. kredytów pomostowych, które są kredytami, pomagającymi kredytobiorcom płacić odsetki w nieskończoność.

Z tego właśnie powodu idealnym dla banków kredytobiorcą i dłużnikiem jest państwo. Bank pożycza państwom swoje „wyczarowane” pieniądze, a państwo, poprzez wystawianie papierów wartościowych ( bonów skarbowych, obligacji ), zobowiązuje się, że te pieniądze odda, w międzyczasie płacąc odsetki od uzyskanych pożyczek.

Papiery wartościowe to nic innego jak po prostu obietnice zapłaty czyli tzw. obligacje ( obietnica = obligacja ), wystawiane na określony termin. W praktyce obligacje tym różnią się od bonów skarbowych, że mają wieloletnie terminy spłaty, ( bony skarbowe do jednego roku ).

Żaden bank nie oczekuje jednak, że państwo spłaci pożyczkę w terminie i że w ogóle ją spłaci. Bank oczekują tylko, że państwo – w obliczu zbliżającej się daty spłaty obligacji – zamiast je spłacić ( a nie ma z czego ), wystawi bankom kolejne zobowiązania  zapłaty ( obligacje ). Czyli państwo wystawia ( drukuje ) kolejne „papiery wartościowe”, stając się tym sposobem niespłacalnym dłużnikiem banków, bo wysokość odsetek stale rośnie. Nie jest znany w historii przypadek uregulowania długów względem banku przez państwo.

I taki własnie układ jak najbardziej zadawala posiadaczy obligacji – banki czy jakiekolwiek instytucje finansowe, bo one uzyskują odsetki ( a tych odsetek jest coraz więcej i są to astronomiczne sumy ) w pewności, że państwo nie może splajtować.

Uważny i bystry czytelnik zapewne dostrzeże, że skoro państwo może drukować obligacje, które są przecież honorowanym środkiem płatniczym, to przecież w równym stopniu mogłoby drukować banknoty. Te banknoty nie zadłużałyby państwa, a więc podatki , którymi są obciążeni obywatele mogłyby być wielokrotnie niższe ( mogłyby ograniczać się do kilku procent na obsługę administracji państwa, naszego bezpieczeństwa itp. ).

Dlaczego więc państwo nie drukuje banknotów ?

Jeśli ktokolwiek zadałby to pytanie publicznie, usłyszałby znaną już śpiewkę: „bo druk pustych pieniędzy prowadzi do inflacji”. Ciekawe, że co do druku obligacji,  które są przecież obłożone długiem, na publicznym forum nikt nigdy nie zgłasza  żadnych obiekcji ! Zauważmy: dzieje się tak zarówno gdy rządzi lewica, jak i prawica czy centrum.

Margrit Kennedy, żyjąca w Niemczech ekolog i propagatorka uwolnionej ekonomii,

( 14 ) uświadamia nam, że w państwach zwanych „wolnorynkowymi” swobodnie działa niewidoczna dla nikogo machina niszcząca: jest nią system odsetkowy. Ten system można przyrównać do raka w organizmie, bo oba charekteryzują się tzw. wykładniczym wzrostem. Wykładniczy wzrost to taki, który podlega schematowi wzrostu  bardzo niebezpiecznemu dla tych, którzy nie znają jego dynamiki.

Wzrost wykładniczy – jak rak w organizmie – zaczyna swój proces wzrostu bardzo powoli, ale z czasem przyspiesza i ostatecznie przechodzi w rodzaj pędu, którego nie sposób powstrzymać. W naturze tak zachowuje się rak, a w gospodarce system odsetkowy. Ludziom bardzo trudno jest zrozumieć wzrost wykładniczy, gdyż wokół siebie nie widzą tego zjawiska ( poza  chorobą wyniszczającą ) – prawidłowo funkcjonujący świat przyrody oparty jest o inny rodzaj wzrostu: jakościowy. Krótko i obrazowo naświetlę tylko jak zachowuje się wzrost wykładniczy, zastosowany w sektorze spekulacyjnym ( tj. odsetkowym ). Tak więc, gdyby ktoś zainwestował w roku narodzenia Jezusa jednego tylko feniga na 4 %, to w r. 1750 mógłby kupić tyle złota, ile waży cała kula ziemska, a już w roku 1990 takich „ziemskich kul złota” mógłby nabyć aż 980 ! Narastanie odsetek w dłuższym czasie, chociażby tylko 1-procentowych, powoduje spustoszenie wszystkiego, co zostało poddane działaniu tego systemu, rujnując tych, którzy poddali się płaceniu odsetek  bo nie przypuszczali, że poddali się działaniu systemu wykładniczego.

Jeśli więc zdamy sobie sprawę, że nasze rządy, w naszym imieniu, zobowiązują się płacić bankom odsetki od pożyczanych przez państwo pieniedzy, to znajdziemy odpowiedz na to, dlaczego państwo stale nie ma na godziwe płace, na emerytury, na renty, na szkoły, szpitale, drogi, kulturę itp. Nasze podatki idą bowiem na tzw. obsługę długu, czyli na spłatę odsetek i odsetek od odsetek prywatnym bankom!

„..obsługa długu publicznego jest drugim, co do wielkości wydatków, punktem w budżecie państwa. Kwoty przeznaczone na edukację ( 8,847 mld zł/2002 ) i ochronę zdrowia ( 3,594 mld zł/2002 ) razem wzięte tylko nieznacznie przekraczają POŁOWĘ sumy przeznaczonej na zobowiązania naszego kraju wobec kredytodawców. ”

Warto podkreślić, że są to dane z 2002 roku, a więc na dziś sytuacja nie może być jak jeszcze gorsza. Mechanizm odsetkowy jest też przyczyną przymusowego i patologicznego „wzrostu gospodarczego”, niszcącego samego gospodarza Ziemi, którym jesteśmy my i nasi następcy.

Jesteśmy skłonni myśleć, że jeśli nie zaciągamy pożyczek w banku, to nie płacimy odsetek. W takim wypadku – oczywiście – nie płacimy odsetek „bezpośrednich”, ale płacimy – niestety – odsetki „pośrednie”, czego w ogóle nie przypuszczamy !

W każdej rzeczy, którą nabywamy i w każdej usłudze, z której korzystamy, średnio połowę ceny stanowią … odsetki. Są to odsetki, które płacimy my jako końcowi odbiorcy oferowanych dóbr. Dzieje się tak dlatego, że wytwórca przedmiotów czy usług, zanim je wytworzył, skorzystał z kredytu bankowego. Te kredyty są, jak wiemy, zawsze oprocentowane i koszty tych kredytów wliczane są w cenę produktu końcowego, a więc są przerzucane na kupującego. Są one określane mianem niewinnie brzmiących słów: „koszty kapitałowe”. Margrit Kennedy obliczyła, że w Niemczech największy procent tych kosztów płacą użytkownicy mieszkań komunalnych. Tak więc to, co Niemcy płacą w ramach czynszu za mieszkanie, to nie są – jak się powszechnie przyjmuje – koszty utrzymania budynku czy też koszty jego amortyzacji wraz z kosztami administracyjnymi budownictwa mieszkaniowego. W pieniądzach przekazywanych administracji na czynsz aż 77 % kwoty tego czynszu idą na.. koszty odsetek od kapitału  ( tj. koszty kapitałowe ) !

Rodzi się w takim razie pytanie: czy można jakoś odciąć się od systemu odsetek, tak, by wszystko mogło kosztować nas o połowę mniej ? Odpowiedz jest pozytywna: oczywiście taka możliwość istnieje, jest ona nawet „na wyciągnięcie ręki”, a jedyną przeszkodą w jej realizacji jest.. niewiedza społeczeństwa o systemie i o stopniu wyzysku, jakiemu jesteśmy wszyscy poddani. Do konkretnych sposobów uwolnienia się od odsetek i długów wrócimy w dalszej częci tekstu.

Kiedyś, a dokładnie przed rokiem 1694, władza państwowa mogła pozwolić sobie zwyczajnie na wyrzeczenie się, w pewnym momencie, długów względem bankierów. Tak postąpił np. król Anglii Edward względem bankierów florenckich. Ale dziś władza państwowa nie może narażać interesów bankierów i proceder zadłużania społeczeństw wydaje się nie mieć końca.

Najbardziej tragiczna jest pod tym względem sytuacja tzw. Krajów Trzeciego Świata. Np. Wybrzeże Kości Słoniowej w Afryce – wieczny dłużnik międzynarodówki bankierskiej – kiedy nie jest w stanie spłacać odsetek, bank służy mu pomocą w ten sposób, że wykreśla ze swojej księgowości tę pożyczkę i pokrywa jej wartość z własnych zasobów. Bankowi zależy wszak, by dłużnik płacił odsetki, a więc przyznaje mu kolejny kredyt ( kreując znów pieniądze z niczego na tyle, by ta „kreacja” umożliwiała wysysanie ciągłej daniny czyli odsetek ). Jeśli dłużnik nie ma na płacenie odsetek, bank udziela mu specjalnego „kredytu pomostowego” na ich spłatę. Jeśli i tym razem dłużnik nie płaci, interweniuje Fundusz Monetarny, rozwiązując kwestię w ten sposób, że zostaje delikwentowi przyznany kolejny kredyt ( trzeci ). A zadłużane państwo nawet nie widzi gotówki: wszystko przechodzi jedynie przez księgi rachunkowe banków. Podatki, które takie państwo uzyskuje z pracy obywateli, prawie w całości idą na pokrywanie długów ( tj. płacenie odsetek ) i nie ma z czego np. budować szkół..

Ale bank w swojej rubryce „aktywa” może wpisać cyfrę jeszcze większą, która przynosi mu wyższe odsetki , a więc większe zyski. Kończy się to najczęściej popadnięciem delinkwenta w stan niewypłacalności, a dzieje się tak wówczas, gdy wszystkie przychody państwa ( zarówno te z podatków jak i te z eksportu ) zostają pochłonięte przez banki w ramach spłaty odsetek. Zwykle wtedy banki proponują „renegocjację” zadłużenia, polegającą na tym, że kwoty odsetek do płacenia stają się niższe, ale są do płacenia dłużej, w ciągu dziesięcioleci. Banki osiągają swój cel: wieczne zadłużenie państw narodowych. Na samym końcu tego procederu zwykle interweniują rządy ( głównie USA ), które przeznaczają na cele pomocowe dla państw Trzeciego Świata pieniądze podatników. Ale nie zapominajmy: kraje Trzeciego Świata płacą bankom ( ! ) w ramach odsetek sumę dwukrotnie większą od tej, którą otrzymują o rządów ( od nas ! ) w ramach „pomocy na rozwój” .

Źródła:
Maurizio Blondet : ” Schiavi delle banche” ( Niewolnicy banków )- wyd. Effedieffe 2004
Marco Saba : “Bankenstein”  – wyd. Nexus 2006
Margrit Kennedy ” La moneta libera da inflazione e da interesse” ( Pieniądz wolny od inflacji i odsetek )- wydaw. Arianna 2006
Marco Della Luna, Antonio Miclavez: “Euroschiavi”( Euroniewolnicy ) – wydaw. Arianna 2005

Dlaczego Polska jest pariasem Europy? Skala niewolnictwa w Polsce

Jak już mówiłem, obcy nie odpowiadają za los Polski. Oni odpowiadają za swoje państwa i narody. Za los Polski jesteśmy odpowiedzialni my sami. To w Polakach tkwi źródło obecnego stanu rzeczy. Popatrzcie na Greków. Jeden z kabareciarzy powiedział, że Grecy dopiero kilka dni mieli takie szambo, z jakim my mamy do czynienia całe życie. I od razu zaprotestowali. Nie bali się wyjść na ulicę i zawalczyć.

W Polsce także są protesty, z tym, że u nas protestują przede wszystkim młodzi ludzie. Ludzie starsi siedzą pozamykani w swoich domach, bojąc się wziąć udziału w demonstracjach, w Polskim Przedwiośniu. Ci starsi ludzie przeważnie czekają emerytury wynoszącej maksimum 1200 złotych, albo patrzą, jakby tu uszczknąć z koryta coś dla siebie.

Skąd się bierze takie rozwarstwienie? Przede wszystkim, starsi ludzie są po praniu mózgu. Byli oni wychowywani w uległości wobec wszystkiego, czołobitności wszystkiemu i pokorze wobec wszystkiego.

Czy jednak to jest usprawiedliwieniem dla tchórzostwa?Moje pokolenie także miało robione to specyficzne pranie mózgu. Jednak w moim pokoleniu obserwujemy zmierzch średniowiecznego katolicyzmu i katolickiego modelu wychowania. Co pozostaje w zamian? Przecież życie nie znosi próżni.

I tak: rolę księdza przejął ekspert z TV, lekarz, itp
Rolę spowiedzi przejęła psychoanaliza, której podstawy wymyślił psychopata i sekciarz, Freud.
Zaś jeśli chodzi o katolickie wychowanie, i katolicki model ciemnoty, przejęło ją przeświadczenie, że na nic nie mamy wpływu. Ludzie tacy, wychowani w ciemnocie i zabobonie, trącą tym przez całe życie. Mówią, że wolą się zająć sprawami, na które mają rzeczywisty wpływ, że nie obchodzi ich to, że ideami rachunków nie opłacą. Jak słusznie zauważył mój znajomy na jednym z portali: są to na ogół kobiety, i zrzędzą o różne rzeczy – o bezrobocie, o wredne koleżanki z pracy, o zwalnianie pracowników i zamykanie przedsiębiorstw.

I na takich bezproduktywnych rozważaniach upływa bardzo dużo czasu wolnego, którego oni podobno nie mają. Do tego doliczmy czas na oglądanie seriali, telenowel, dzienników, teleturniejów, kryminałów, i innych tego typu odmóżdżających gniotów z TV.

Podsumowując: ciemnota jaka była, taka została. Jednak trzeba przyznać, że za czasów komunizmu, za czasów nieociosanego bogoojczyźnianego katolicyzmu, społeczeństwo polskie było społeczeństwem idei, społeczeństwem walki. Wiele razy wychodziliśmy na ulicę, z otwartą przyłbicą. Nie było takiej demoralizacji i powszechnego zezwierzęcenia jaka jest teraz. To już nie jest zwykły marazm spowodowany jakimś tam „kryzysem”, który jest tylko wymysłem bankierów i rządzących. Można i trzeba mówić już o totalnym zezwierzęceniu naszego narodu, gdzie zaczyna być to niebezpieczne dla tegoż narodu. Dzięki filozofii ciemnoty typu: „pokorne cielę dwie matki ssie” czy: „jak sobie pościelesz tak się wyśpisz” – tłumiony w zarodku jest nasz opór.

Zawsze podejmowany jest krzyk, że państwo ingeruje w wychowanie dzieci i że jest to karygodne. Zgadzam się z tym. Jednak prawie nikt nie drze szat, że kościół katolicki i ogólnie dulszczyzna także mają niemały wpływ na wychowanie młodego pokolenia.

Zauważcie jedno: nikt nie uczy dzieci następujących rzeczy:
-„jesteś wartościowym człowiekiem, znaj swoją wartość”;
-„nie bój się walczyć, nie bój się żyć, nie bój się sięgać gwiazd”;
-„sam wytaczaj sobie szlaki, nie bądź poddanym żadnego człowieka”;

Zamiast tego wciska się nam bogoojczyźnianą ciemnotę o pokornym cielęciu, o potrzebie posłuszeństwa i nie wychylania się przed szereg. No normalnie filozofia wprost do powstania nowych obozów koncentracyjnych, dla tego typu odmóżdżonych owieczek.

Wstęp: Jarek Kefir, rok 2012

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

Cytuję: „Według badań opublikowanych ostatnio przez różne instytucje międzynarodowe Polska jest krajem o wysokim stopniu ubóstwa i wielkich ograniczeniach wolności gospodarczej. Wbrew jednak lansowanej przez elity tezie o tym, że zawdzięczamy to wyłącznie mizerii intelektualnej obywateli, okazuje się że nasza produktywność jest na najwyższym światowym poziomie. Oto kilka niezaprzeczalnych faktów:

Według OECD co piąte polskie dziecko jest ubogie! W porównaniu do innych krajów OECD Polska wypada najgorzej pod względem sytuacji materialnej i mieszkaniowej. Jak wynika z raportu, przeciętny dochód rodziny w Polsce należy do najniższych wśród krajów OECD, a ponad 21 proc. polskich dzieci żyje poniżej granicy ubóstwa (przy średniej wynoszącej ok. 12 proc.). Polska wydaje też mało na dzieci – średnio 43,7 tys. dolarów w ciągu całego dzieciństwa, podczas gdy Norwegia, która najwyżej uplasowała się w tym rankingu, wydaje 204,2 tys. dolarów. Gorzej jest tylko w Meksyku.

Dość niewolnictwa!

OECD podkreśla, że poziom dzietności w Polsce jest dość niski i nie podnosi się w ostatnich latach – całkowity wskaźnik dzietności w 2008 r. wyniósł 1,39 (liczba dzieci przypadająca na jedną kobietę) – przy średniej 1,71, podczas gdy wskaźnik zapewniający zastępowalność pokoleń wynosi 2,1.
Polska jest sklasyfikowana na 71 miejscu na świecie pod względem wolności gospodarczej – odnotowuje „Puls Biznesu”, powołując się na najnowszy ranking Heritage Foundation na 2010 r. Gazeta zauważa, że kraj rządzony przez liberalną Platformę Obywatelską jest daleko w tyle nawet za takimi „potęgami” gospodarczymi, jak Gruzja, Botswana, Urugwaj, Peru czy Kostaryka. Obiecywano nam drugą Irlandię, a ledwo wyprzedzamy Ugandę, Namibię, Kirgizję czy Paragwaj.

Dlaczego zatem jest tak, że mimo ogromnej społecznej aktywności, mimo operatywności i chęci do pracy, mimo 20 lat kapitalistycznej transformacji pozostajemy ekonomicznymi rozbitkami europy, dryfującymi w zalewie nędzy wraz z krajami, które sami uważamy za siedlisko lenistwa i indolencji. Odpowiedź jest prosta i zna ją każdy emigrant. Normalni ludzie starają się zarabiać tam gdzie płace są wysokie, a wydawać tam gdzie ceny są niskie (lub przynajmniej adekwatne do zarobków). Taki komfort mogą zapewnić swoim rodzinom właśnie emigranci, ale jest to okupione wieloma wyrzeczeniami. Tymczasem większa część naszego społeczeństwa zmuszona jest pracować tam, czy raczej tu gdzie płacą mało (średnio pięciokrotnie mniej), a wydawać tam gdzie jest potwornie drogo, bo ceny w Polsce nie odbiegają od cen Zachodnich (a nawet je przewyższają). Trzeba mieć zaiste ułańską fantazję, żeby kupować produkty na Zachodzie, zarabiając jak na Wschodzie.

Wyobraźmy sobie na przykład, że oferujemy jakiemuś Niemcowi benzynę po 4 Euro, a podrzędnej marki samochód za 50 tys. Euro (tak, Euro, nie złotówek) – pewnie ze zdumienia nie byłby w stanie popukać się w głowę. Dla odmiany, żeby uzmysłowić sobie poziom cen, jakie Niemiec widzi w swoim sklepie, wyobraźmy sobie, że przy naszych obecnych zarobkach (liczonych w złotych) wchodzimy do sklepu i widzimy, że masło kosztuje 50 groszy, kilogram szynki 6 złotych, a telewizor LCD 42” jest w cenie 700 zł. Do tego możemy zaplanować kupno nowego Opla za 10 tys. zł, a benzyna do niego będzie kosztowała zaledwie 1,2 zł. Miło? Dlaczego zatem tak nie jest? Dlaczego zmusza się nas do niewolniczej pracy za miskę zupy? Bo jak inaczej ocenić fakt, że 70% naszych dochodów wydajemy na żywność?

Odpowiedź na te pytania jest złożona, ale na poziomie państwa i polityki daje się streścić w jednym zdaniu: Przyczyną jest to, że rządzące nami przez 20 lat elity, mniej lub bardziej świadomie dopuściły do tego, żeby dzisiejszy kurs wymiany walut oscylował w okolicy 4 zł za 1 Euro.

Dzisiaj każdy „myślący” człowiek powie, że kurs naszej waluty jest przecież płynny i ustala się w wyniku wolnej gry rynkowej, a NBP nie musi nawet interweniować w obronie wyznaczonego parytetu (swoją drogą wyznaczonego metodą decyzji Prezesa, a nie rynku). To bezsprzecznie prawda, ale kurs nie został wyznaczony wczoraj, ani przedwczoraj, ale kształtował się od początku lat dziewięćdziesiątych – tyle że przez pierwszą dekadę nie miało to nic wspólnego z wolną grą rynkową. Początkowo bowiem, kurs wyznaczony był arbitralnie przez Leszka Balcerowicza na poziomie 9.500 starych złotych za dolara (dzisiejsze 95 groszy), jako kurs sztywny, który później stopniowo uelastyczniano (przy jednoczesnej błyskawicznej deprecjacji spowodowanej inflacją, której przyczyną był nadmierny dodruk pieniądza). Owa elastyczność nie miała jednak nic wspólnego wolnym rynkiem walutowym. Było to nadal ręczne sterowanie mające zapewnić finansową wydolność budżetu, atrakcyjność obligacji, spłatę zadłużenia zagranicznego i płynną wyprzedaż firm państwowych. Mimo, że wiele z tych celów miało swoje realne uzasadnienie – taka nierynkowa polityka kursowa prowadzona w niby rynkowej gospodarce spowodowała, że w ciągu dekady powstała sieć powiązań ekonomicznych, które utrwaliły psychologiczny kurs złotówki na dzisiejszym poziomie (osiągnęliśmy go już w roku 1995) i jego stopniowe uwalnianie od roku 1998 nie mogło już niczego zmienić, bez naruszenia interesów międzynarodowych instytucji walutowych – dla nich bowiem zachowanie status quo było najlepsze.

I tu dotykamy najistotniejszej kwestii – dla kogo obecny kurs jest dobry? Można zapewne wskazać wielu beneficjentów (pierwsi to eksporterzy), z cała pewnością nie jest nim jednak polski pracownik, który za przepracowane tak samo jak Niemiec, czy Francuz 8 godzin, otrzymuje nie 20% mniej, nie połowę, ale zaledwie 1/5 ich wynagrodzenia. To właśnie jest realny obraz stwierdzenia, że za transformację najwięcej zapłacili pracownicy. A będą płacić jeszcze ich dzieci i wnuki.”

cyt. „Niedawno minęła któraśtam rocznica czegoś, co w powszechnej świadomości funkcjonuje pod nazwą „Planu Balcerowicza”.
Mieliśmy pominąć to litościwym milczeniem, ale kwik oficjalnych mediów sprawia, że uznaliśmy iż warto zabrać głos, mając nadzieję na pobudzenie do myślenia niektórych przynajmniej czcicieli tzw. transformacji ustrojowej. Tak się bowiem dziwnie składa, że wszyscy niemal dziennikarze i ekonomiści (dopuszczeni do głosu) pieją z zachwytu nad tytaniczną pracą wyprofesorowanego Leszka Balcerowicza, nie wykraczając jednak poza utarte slogany o konieczności terapii szokowej i sukcesu jakim było przejście z gospodarki socjalistycznej do gospodarki rynkowej. Dopuszcza się oczywiście głosy przeciwne, ale artykułowane jedynie przez okrzykniętych uprzednio oszołomami ludźmi pokroju Andrzeja Leppera („Balcerowicz musi odejść”), albo przez przedstawicieli ortodoksyjnej lewicy („nie zadbano o najuboższych”). Prawica może wypowiadać się negatywnie o Planie Balcerowicza tylko gdy jest skrajna, albo gdy ma inny dyskredytujący ją atrybut  (np. jest pisowska). Rzeczowa dyskusja, a szczególnie rzeczowe argumenty są niedopuszczalne. Balcerowicz powinien przecież dostać Nobla… co patrząc na ostatnie wybryki Komitetu, nie jest wykluczone.

Całościowe ujęcie tematu wymagałoby oczywiście wielostronicowego opracowania, skupimy się zatem na kilku przemilczanych, lub zafałszowanych kwestiach. Postawimy też kilka niewygodnych pytań, na które czytelnik może spróbować znaleźć samodzielną odpowiedź. Aby to było możliwe nie należy zapominać o najprostszym fakcie, a mianowicie że wolny rynek jest naturalną emanacją działalności człowieka i w niemal każdej sytuacji tworzy się samoistnie. Zacznijmy więc od początku.

Co to jest inflacja?
Podobno wie to każde dziecko, mamy jednak wątpliwość czy jest to wiedza dostępna profesorom. Początkowo bowiem Leszek Balcerowicz (fakt, był wtedy tylko adiunktem)  tłumaczył społeczeństwu, że inflacja powstaje gdy na rynku są niedobory produktów i producenci mogą podnosić ich ceny. Niby prawda, ale już po dziesięciu latach ten sam Leszek Balcerowicz (fakt, już jako profesor) tłumaczył, że inflacja powstaje gdy na rynku jest za dużo pieniędzy i konsumenci mogą płacić więcej za produkty, których wprawdzie nie brakuje, ale producenci znowu mogą podnosić ich ceny (zwłaszcza gdy nie mają konkurencji). Niby też prawda, bo obie definicje są jakby dwiema stronami tego samego problemu i nie mogą działać w odosobnieniu.

Pojawia się jednak drobne pytanie: skąd u licha na rynku brały się nieprzebrane ilości pieniędzy w początkach transformacji (rosły bowiem nie tylko ceny, ale i wynagrodzenia), gdy napływ kapitału zagranicznego był praktycznie zerowy? Czyżby jednak działała tylko druga część definicji? Czyżby nadmiar pieniądza był generowany celowo przez NBP i rząd?  Powie ktoś, że Balcerowicz właśnie zaczął dusić inflację. Trudno jednak uznać za sukces obniżenie jej do kilkudziesięciu procent rocznie. Wygląda raczej na to, że uznano ją za zjawisko pożyteczne dla wielu, o ile pozostaje w przewidywalnych ryzach, a Plan Balcerowicza dawał takie gwarancje. Czemu to miało służyć? No cóż, przy wysokiej inflacji wysokie jest też oprocentowanie depozytów i kredytów, a to daje szerokie pole do kręcenia lodów..

Bony, dolary, kupię!
Każda wolnorynkowa gospodarka ma wymienialną walutę. Za komuny mieliśmy kurs oficjalny (nie mający nic wspólnego z wartością złotówki) i kurs czarnorynkowy (substytut wolnorynkowego).  W czerwcu 1989 roku kurs czarnorynkowy dolara oscylował w okolicy 1800 starych złotych (miesięczne wynagrodzenie wynosiło w przeliczeniu ok. 25 dolarów). Potem zaczęło się istne szaleństwo. Dość powiedzieć, że sięgnęliśmy kursu w okolicach 4-7 tys. starych złotych, który został przez Leszka Balcerowicza dodatkowo zdewaluowany do 9500 zł i uznany za sztywny (!) kurs oficjalny. Jeśli ktoś myśli, że osiągnęliśmy w ten sposób wymienialność złotówki, to się niestety myli. Wielu odczuło to bardzo dotkliwie.

Złotówka nie mogła być wymieniona za granicą, a jedynie w NBP. Kurs był ustalany arbitralnie w odniesieniu do jakiegoś koszyka walut i taka sytuacja trwała do roku 2001, a w pewnym sensie trwa do dziś (wymienialność złotówki jest raczej kwestią umowy między NBP i EBC). I tu ocieramy się o odpowiedź na postawione wcześniej pytanie, skąd u licha te nieprzebrane ilości pieniędzy generujących inflację w gospodarce niedoboru? Jeśli bowiem NBP w początkowej fazie płaciło zagranicznym spekulantom walutowym niebotyczne ceny za jednego dolara, to wystarczyło niewiele owych dolarów żeby zalać rynek coraz mniej wartymi złotówkami.  Skupmy się jednak na naszym bohaterze. Mocą swojego nazwiska udaje mu się utrzymać niemal stały kurs dolara i marki niemieckiej przez całą dekadę (po okresie krótkotrwałej hiperinflacji za jedną markę niemiecką płaciło się z drobnymi wahaniami ok. 2 nowych złotych, a zarobki oscylują w okolicy 200 DM miesięcznie). Jego liberalizm nie sięga jednak tak daleko aby uwolnić rynek walut, pytanie drugie narzuca się zatem samo: Jak nasz niedoszły jeszcze profesor obliczył wyżej wymieniony kurs wymiany i czy się przy tych wyliczeniach nie kopnął?

Ponieważ pomysłowość polaków nie zna granic, do końca lat dziewięćdziesiątych obywatele polscy mają zakaz zakładania rachunków bankowych za granicą, zakaz przywożenia do kraju większej ilości dewiz i zakaz brania kredytów walutowych! Mogą brać kredyty w złotówkach… oprocentowane na ok. 45% w skali roku (stopę ustala podobnie jak dziś NBP, wówczas pod wodzą naszego dzielnego profesora i znanej skądinąd wybitnej ekonomistki Hanny Gronkiewicz-Waltz).

Oczywiście depozyty i obligacje rządowe też są sowicie oprocentowane, na ok. 30-40%, co jest zrozumiałe przy szalejącej inflacji (walka trwa, krew się leje, ale hydra nie ustępuje)… a jeszcze bardziej zrozumiałe, gdy zestawimy to z niemal stałym kursem niemieckiej marki i prostym faktem, że za naszą zachodnią granicą hiperinflacja jest zjawiskiem nieznanym, a kredyty dostaje się od ręki na 3-6% w skali roku..

Mechanizm nr 1 – złoty depozyt.
Kto może (i jest nie tylko pomysłowy, ale nie boi się być gospodarczym przestępcą lub jest znajomym królika) przywozi do Polski dewizy pożyczone nielegalnie na zachodzie (na 6%), zamienia na złotówki, zakłada lokatę (na 40%) i po roku inkasuje czysty zysk na poziomie 30% (po zaokrągleniu z powodu niewielkich wahań kursowych i kosztów manipulacyjnych). Oczywiście nikt nie może mieć pewności, że kurs waluty będzie stabilny.

No może prawie nikt, a jak wiadomo „prawie” czyni wielką różnicę. Jak grzyby po deszczu wyrastają w Polsce przedstawicielstwa zagranicznych banków, które są, a jakoby ich wcale nie było. Niby mają siedziby, szyldy i kadrę zarządzającą (nie trzeba dodawać skąd biorą się ci „fachowcy”), tylko jakoś „ludności” nie obsługują. Zajmują się tylko zamianą swoich dewiz (pożyczonych na pewnie mniej niż 6%) na złotówki i pożyczaniem tych złotówek polskiemu rządowi na 40%. Leszek Balcerowicz gwarantuje, że nasza gospodarka jest stabilna… czyli kurs walut prawie stały i inflacja też… tyle że wysoka. I o to w tym biznesie chodzi!

Mechanizm nr 2 – prywatyzacja za złotówkę.
Jeśli nie jesteś Polakiem i już założyłeś w Polsce bank, to pożyczone na zachodzie dewizy, możesz bez ryzyka wymienić na złotówki i pożyczyć je jakiejś fajnej fabryce (np. chemii gospodarczej, typu „Pollena”) na 45% rocznie. Takie fabryki mają w latach 90-tych ciągłe problemy z powodu przerostów zatrudnienia i gigantycznych zobowiązań podatkowych (m.in. z powodu wprowadzonego przez naszego bohatera „popiwku”), mają też wielki potencjał z uwagi na zwykle monopolistyczną pozycję na rynku. Tu warianty są dwa.

Jeśli zakład spłaca swój kredyt, zarabiamy tylko tyle co w mechaniźmie nr 1. Możemy jednak zarobić znacznie więcej, jeżeli nasz kredytobiorca (choć zabrzmi to absurdalnie) jest nierzetelny i z powodu problemów nie oddaje nam pieniędzy. Teraz bowiem, jako dobry wujek możemy kupić całą tę fabrykę za 1 zł razem z jego (naszymi) długami, a potem dogadać się sami ze sobą co do sposobu spłaty.

Oczywiście przed przejęciem majątek fabryki wyceni się na jakieś marne grosze (w końcu jest nierentowna), a potem dziwnym trafem okaże się, że sama działka, albo biurowiec są warte fortunę. Może być też tak (jeśli mamy dobry biznesplan), że zakład produkuje chodliwy towar, a wywalenie połowy załogi na zbitą mordę zagwarantuje rentowność przedsięwzięcia, w które nie włożyliśmy ani grosza (dlaczego ani grosza – bo np. przez pierwsze trzy lata kredytowania zakład wywiązywał się z płacenia odsetek, czyli oddał nam 120% włożonego kapitału).

Mechanizm nr 3 – zwolnienie z myślenia.
Jeśli nadal nie jesteś Polakiem, ale stosując poprzednie mechanizmy sprywatyzowałeś sobie jakiś przyjemny zakładzik, to dostajesz dodatkowy bonus – trzyletnie wakacje podatkowe. Masz pewność, że żaden polski przedsiębiorca, a tym bardziej zakład państwowy, którego jeszcze nie przechwyciłeś, nie da rady konkurować z tobą cenami, bo będzie musiał płacić podatek dochodowy (od osób prawnych ponad 32%), a ty nie! W ten sposób możesz przejąć kolejne państwowe zakłady, zaskarbiając sobie wdzięczność kolejnych polskich rządów, którym tak zależy na prywatyzacji. Oczywiście po trzech latach nadal nie musisz wcale płacić podatków. Wystarczy, że zmienisz nazwę firmy, albo zamienisz się z kolegą, który ten sam numer zrobił w innej branży. Możliwości jest wiele, bo w Polsce pieniądze leżą na ulicy.

Prywatyzacyjne sukcesy.
Trzeba przyznać, że dekada Leszka Balcerowicza obfitowała w prywatyzacyjne sukcesy. Na przykład wielkim sukcesem prywatyzacji było na pewno sprzedanie telekomunikacyjnego monopolisty TP SA państwowemu monopoliście francuskiemu France Telecom. Zaiste prywatyzacja przez upaństwowienie, w której wielki biznesowy talent objawił niejaki Kulczyk Jan, bowiem posiadając zaledwie 5% udziałów obsadzał najważniejsze stanowiska w zarządzie firmy. Wielki ten biznesmen jakoś nie jest doceniany na Zachodzie, widocznie z powodu żarliwego patriotyzmu interesy wychodzą mu tylko w Polsce.  Następnym sukcesem była sprzedaż legendarnej firmy „E. Wedel” za 30 mln dolarów łaskawcom z Pepsi.

Po trzech latach zwolnienia podatkowego (wartego znacznie więcej niż 30 mln. dolarów) okazało się, że firma jest warta dla Cadbury prawie dziesięciokrotnie więcej. No cóż, państwowy właściciel to nawet porządnie sprzedać nie umie (a może raczej nie umi, bo jest ze WSI). Sprzedano jednak jeszcze wiele zakładów (takich jak Huta Warszawa, Walcownia Norblin, WZT Polkolor), które przechodząc kilkakrotnie z rąk do rąk, wdeptały w ziemię kilkadziesiąt tysięcy pracowników, by w końcu udowodnić, że największą wartość stanowiła ziemia, na której stały – sprzedaż firmy tzw. inwestorowi strategicznemu okazywała się bowiem prawie zawsze wrogim przejęciem przez konkurencję.

Terapia szokowa.
Niektórzy są w szoku do dziś. I nie chodzi tu o porównywanie czasów obecnych z PRL-em. Żaden element komunistycznej gospodarki nie był w stanie przeżyć swoich czasów. Junta „generała” Jaruzelskiego staczała się bezpowrotnie do rynsztoka, ale to nie Leszek profesor Balcerowicz dokonał transformacji ustrojowej. On tylko próbował ręcznie sterować nieodwracalnym samoistnym procesem, co przyniosło jedynie niesprawiedliwy podział majątku narodowego, który zapewne został uzgodniony w Magdalence.

Transformacji dokonaliśmy sami, stając z łóżkami polowymi na bazarach, przewożąc przez granice magnetowidy i komputery, zakładając tysiące małych rodzinnych firm i cicho klnąc, uciekając w szarą strefę przed totalnie niemoralnym fiskusem. Gdybyśmy, zamiast ulegać namowom naszego bohatera do transformacji ustrojowej, zaczęli wszystko budować od zera, w zupełnie wolnorynkowym żywiole (jak np. RFN po II Wojnie Światowej) – bylibyśmy dziś dużo dalej. Tego procesu nie możliwe było zatrzymać, bo nie da się zatrzymać lawiny, a to nie Balcerowicz ją wywołał. Niestety jego sprytny plan zapewnił „biznesmenom” z WSI, Żemkom i innym Gawronikom nieproporcjonalny udział w prywatyzacyjnych konfiturach i za to powinni oni ufundować mu co najmniej kilka nagród Nobla.

Transformacja Leszka Balcerowicza
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych stało się jasne, że dalsze dojenie polskiej gospodarki opisanymi mechanizmami przestaje mieć sens i staje się nazbyt widoczne. Wówczas nasz bohater przypomina sobie, że jest liberałem. Z wtorku na piątek (gdzieś tak w roku 2001) pozwala narodowi zaciągać kredyty walutowe, siłą rzeczy oprocentowane, jak wszędzie na świecie, na ok. 6% rocznie. Pociąga to za sobą konieczność obniżenia stopy refinansowej na narodowej walucie do ok. 13%. I nagle okazuje się, że również inflacja przestaje dokuczać polskiemu rynkowi. Jest prawie normalnie… ale prawie czyni wielką różnicę.

Nie zmieniono bowiem jednego – nadal nie mamy wolnego rynku walutowego. Możemy wprawdzie wymienić złotówki w zagranicznych bankach, ale nie oznacza to, że zmieniono mechanizm ustalania kursu. Nadal jest on sztuczny i nie mający odniesienia do rynku (zachodnie banki zwracają polskie złotówki do NBP). Dowody na to są aż nadto widoczne. Po pierwsze, kurs Euro od prawie dziesięciu lat nie zmienił się (ok. 4,20 zł), a podobno nasza gospodarka rozwija się szybciej niż inne gospodarki europejskie. Powie ktoś, że jednak były wahania, zwłaszcza w roku 2007 i 2008. Tylko, że te wahania dowodzą właśnie braku rynku.

Wystarczył bowiem napływ kilku miliardów Euro, aby złotówka umocniła się o 20% (do 3,3 zł) na przestrzeni kilku zaledwie miesięcy. Aby tego uniknąć należałoby dodrukować trochę banknotów… jednak lata dziewięćdziesiąte minęły i obowiązują nas normalne unijne standardy. O ile jednak co do kursu można dogadać się z EBC, o tyle fundusze spekulacyjne mają w nosie takie ustalenia i kierują się jedynie zyskiem… ale to już zupełnie inna historia.
prof. dr Andrzej Fidelis”
Źródło: prawica.com