Reklamy

Kategoria: Polityka i społeczeństwo

Skażona żywność która zabija. „Wojny przyszłości będą praktycznie niewidoczne. Jedyną ich oznaką będzie coraz większa ilość grobów”

Mamy aferę w żywności sprzedawanej Europie wschodniej, w tym w Polsce

Wiadomym jest od dawna, iż z Polski z jednej strony jest wywożona żywność dobrej jakości do krajów zachodu Europy, zaś wwożona jest do nas tania i toksyczna żywność z tegoż zachodu Europy.

Polska jest od dawna rynkiem zbytu dla takich produktów żywnościowych, które nigdy nie zostałyby kupione w takiej Wielkiej Brytanii, nawet przez żyjących z zasiłków muzułmanów. Bo oni też coraz częściej kupują dobrą żywność.

„Polak nie świnia, wszystko zeżre”.

Mamy dwie drogi do wyboru jeśli chodzi o zdrowe (lub nie-) odżywianie, i wywalę teraz prawdę prosto z mostu:

1. oszczędzanie na dobrym żarciu. Wtedy odkłada mnóstwo kasy na: alkohol, papierosy, jaranie, narkotyki, imprezki, i ogólnie, tzw. haj-lajf (czyli: high life, „życie na maxa”). Pierwsze niedomagania zaczną się często po 30-stce. Otyłość, nadciśnienie, pierwsze objawy chorób tarczycy, depresja, czasami cukrzyca.. Ale na 99% lekceważy się te początkowe objawy tego, że organizm gnije już za życia.

W wieku 40, 50 lat ludzie zażywają kilkanaście, kilkadziesiąt tabletek różnych syntetyków na dobę, by żyć. A ich życie będzie się toczyło od kardiologii, po oddział wewnętrzny, po endokrynologię, na onkologii kończąc. Jeśli, Czytelniku, jesteś kobietą – eksploatowanie organizmu narkotykami, stresem i toksycznym żarciem sprawi, że skóra pokryje się zmarszczkami, straci swoją jędrność itp itd, już po 35 roku życia. Wraz z zajebistym wyglądem, zniknie nie tylko zdrowie ogólne, ale także ów imprezowy haj-lajf.

Dziś śmiejesz się ze mnie, że jestem wegetarianinem, nie jem glutenu, że nie można ze mną wyjść na miasto i „normalnie zjeść”, itp. A co będzie za 10, 20, 30 lat? Uśmiech z Twojej twarzy zniknie, pojawi się ból (często fizyczny..), rozpacz i strach przed zbliżającą się śmiercią. Ja się wtedy nie będę śmiał z Ciebie. Będę rozpaczał razem z Tobą. Przecież wszyscy Ci z moich znajomych, którzy dziś sobie wklejają na fejsa słit focie i chwalą się, ile pizzy z mięsem, alkoholu i amfetaminy wchłonęli – nie dożyją nawet 50 roku życia.

Усачевский рынок

Przejdź się nowymi sektorami cmentarza w swoim mieście. Przy napotkanych nagrobkach sprawdzaj datę narodzin i datę śmierci, obliczając wiek spoczywającego w danym grobie denata. Na pewno będziesz zszokowany, jak wielu ludzi już teraz umiera często nie dożywszy nawet 50 roku życia!

Na nowych sektorach cmentarza takie smutne mogiły – znaki tych czasów – są większością. Gdzieniegdzie tylko pojawia się grób staruszki o tak egzotycznym dziś i nie nadawanym już imieniu, jak np Genowefa.

W latach 90-tych XX wieku przeczytałem jedno zdanie, które już na zawsze utkwiło mi w pamięci:

Wojny przyszłości będą praktycznie niewidoczne dla zwykłego zjadacza chleba. Jedyną ich namacalną oznaką będzie coraz większa ilość grobów”

Polecam też sentencję męża córki Marii Skłodowskiej-Curie, laureata nagrody Nobla:

“Przyszła wojna będzie wojną niewidzialną. Dopiero, gdy dany kraj zauważy, że jego plony uległy zniszczeniu, jego przemysł jest sparaliżowany, a jego siły zbrojne są niezdolne do działania, zrozumie nagle, że brał udział w wojnie i tę wojnę przegrywa”
~Frederic Joliot-Curie

wegetarianizm i zdrowe odzywianie

  1. Inwestowania kasy w dobre żarcie, i oszczędzanie w czasach młodości na szaleństwach, carpe diem, YOLO i tym podobnych ideach które się wciska niczego nie świadomym młodym ludziom.

Przekaz idzie taki:

-„Jesteś młody, więc możesz jeść byle co, właściwie wszystko co jeszcze do Ciebie nie mówi, nadaje się do jedzenia”
(w tym podludzkim podejściu przoduje równie podludzka subkultura tzw. „typowych studentów” – nie mam oczywiście na myśli całości spośród wielu milionów studentów w Polsce).

-„Jesteś młody więc masz prawo pić hektolitry alkoholu, wciągać kreski kokainy / amfetaminy tak długie, jak odległość z Placu Zbawiciela w Warszawie ( xD ) do Honolulu, bzykać bez zabezpieczeń wszystko, co nie ucieka na drzewo, itp itd”
(i tutaj znów, takie wzorce utrwala się wśród subkultury „typowych studentów” – nie mam na myśli całości spośród wielu milionów studentów w Polsce)

Inwestowanie w dobre jedzenie zwróci się w ciągu dekady, dwóch, gdy organizm się przestroi na zdrowy tryb życia, oczyści z toksyn, a Ty będziesz zdobywać wiedzę, mądrość, doświadczenie. Gdyż zdrowy, wolny od toksyn mózg, to mózg sprawny, chłonący więcej wiedzy, szybciej i wydajniej pracujący. Za mądrością i wiedzą pójdzie więcej doświadczeń, lepsze oferty pracy, i czasami, lepsze zarobki.

dieta bezglutenowa i zdrowe odzywianie

Niestety, tak niewielu ludzi w Polsce kojarzy, że:

„Rewolucja (zdrowotna, mentalna, polityczna, duchowa) zaczyna się na talerzu”
by: AwangardaSmaku

Ostatnio media w Polsce donosiły o dwóch aferach spożywczych. Po soli drogowej, suszu jajecznym, przyszedł czas na zgniłe mięso w eksportowane z Polski do Wielkiej Brytanii. Bez wątpienia mięsa tego używano także w Polsce:

Cytuję: „Polscy inspektorzy sanitarni, prowadzący śledztwo w sprawie skandalu ze sprzedażą koniny, odkryli dużą partię zzieleniałego, gnijącego mięsa nadającego się co najwyżej do produkcji karmy dla psów i kotów. Istnieją podejrzenia, że mięso mogło trafić do sklepów.
(…)

Mięso znaleziono w irlandzkim hrabstwie Monaghan, na terenie ogromnej przetwórni Silvercrest. To w tej właśnie fabryce powstawały mrożone hamburgery, w których na początku 2013 roku znaleziono ślady koniny; hamburgery trafiały do sklepów sieci Tesco, Aldi i Co-op, a także do barów Burger King.

Raport polskich inspektorów sugeruje, że używanie zepsutego mięsa „nienadającego się do konsumpcji przez ludzi” do produkcji przetworów mięsnych jest częścią tej samej afery. Zaprzecza temu irlandzki producent, wspierany zresztą przez władze Irlandii – jego przedstawiciele twierdzą, że mięso było w takim stanie wyłącznie dlatego, że było długo przechowywane na potrzeby kontroli związanych ze śledztwem w sprawie koniny, a na jego jakość wpłynęło wielokrotne rozpakowywanie i badanie go przez inspektorów”

Autor: Felicity Lawrence
Źródło: The Guardian
Źródło polskie: Onet.pl

.

Podobna afera to ta z podrabianą żywnością w Europie. Podrabiane jest mleko kozie, mąka migdałowa, oliwa z oliwek, pizze mrożone, mięso, ryż basmati. Mafie handlujące toksyczną żywnością zakupują specjalistyczne maszyny służące do fałszowania etykiet i opakowań.

Do cukierków, słodyczy i napojów są dodawane zabronione barwniki, słodziki i aromaty.

Organy kontrolujące jakość żywności ostrzegają, że mogą być ofiary. Mafia igra ze zdrowiem dzieci i alergików.

Skąd się to wszystko bierze? Tutaj wychodzi to, czego przeciętny wyborca Korwina-Mikke, liberał, libertarianin – nie powie.

Gdy kwestia tak ważna i strategiczna dla bezpieczeństwa państwa jak żywność, jest regulowana wyłącznie przez mechanizmy rynkowe – prowadzi to do wyżej wymienionych patologii.

Mechanizmy rynkowe są bardzo proste:

„Sprzedać po jak najwyższej cenie towar niskiej jakości wyprodukowany za jak najniższą cenę”

Nie ma w tym żadnych filozofii, to prosta, chłopska, nieociosana logika, tzw. prawo wilka. „Zjadaj albo Ciebie zjedzą”.

Mechanizmy rynkowe, co oczywiste, nie eliminują toksycznej żywności sprzedawanej z zyskiem dla korporacji. Pomyślmy trzeźwo i wyobraźmy sobie taką sytuację: Ja mam korporację produkującą żywność. Mój kolega ma korporację medialną, drugi kolega – korporację farmaceutyczną, zaś trzeci kolega – korporację produkującą kosmetyki.

Ja produkuję celowo skażoną truciznami żywność. Daje geld (łapówkę) koledze który ma korporację medialną, by ją zareklamował jako: zdrową, jako modną itp. Potem daje geld koledze mającemu korporację lekową, by ten sprzedał leki na choroby wywoływane przez skażoną żywność. Potem – kolejny geld dla kolegi – posiadacza korporacji kosmetycznej, by sprzedawał kosmetyki, kremy itp leczące uszkodzoną przez toksyny żywnościowe i lekarstwa skórę.

Zaś na samym końcu, koledzy od mediów, farmacji i kosmetyki, dają mi geld od tego, co zarobili na tym, że ja produkuję skażoną żywność. Zauważmy, że w takim układzie, zysk jest generowany wielokrotnie, i każdy jest zadowolony. Szczególnie niczego nie świadomy, ogłupiony klient.

Zadowolony, bo kupił smaczną i „cool yolo” żywność.
Zadowolony, bo obejrzał trybsona w TV z kolorowymi i krzykliwymi reklamami tej żywności, podnoszącymi jego samoocenę (chwilowo..).
Zadowolony, bo dzięki lekom na jakiś czas uciszył denerwujące objawy chorobowe (ale ich nie wyleczył).
Zadowolony, bo dzięki kremom uciszył np atopowe zapalenie skóry czy wygładził zmarszczki.

Cytuję: „Fałszywy rozwój, druk fałszywych pieniędzy, fałszywy wzrost PKB, wytwarzanie podrobionych towarów i usług.. zmusza nas do spożywania fałszywej żywności, ponieważ nie możemy sobie pozwolić (nie stać nas) na prawdziwy pokarm. Bo nie mamy realnego wzrostu, nie mamy realnej gospodarki, nie mamy prawdziwego przemysłu, mamy tylko podróbki”

Nie wierzysz? Uważasz, że to „spiskowa teoria dziejów”, a mechanizmy państwowe uniemożliwiają takie rzeczy?

Poczytaj teksty źródłowe z historii. Nie komiksową książkę w stylu „History 1500 – 2014 for dummies” wydaną w 2014 roku przez Bóg wie kogo. Ale teksty źródłowe pisane przez ludzi, głównie historyków, którzy żyli w danych epokach, doświadczali, i to opisywali.

Autor: Jarek Kefir

.

jarek kefir

Czy wiesz, że możesz wspomóc finansowo moje inicjatywy uświadamiające? Jest to forma wdzięczności za moją pracę i treści, które były dla Ciebie pozytywne i coś dobrego Ci dały. 🙂 Wsparcie umożliwia też zachowanie niezależności mojej strony.

Na konto bankowe:
Dla: Jarosław Adam
Numer konta: 16 1020 4795 0000 9102 0139 6282
Tytułem: Darowizna

Wpłacającym z zagranicy potrzebne są także te dane:
Kod BIC (Swift): BPKOPLPW
IBAN: PL16102047950000910201396282

Na Pay Pal: Kliknij poniższy obrazek:

Reklamy
Reklamy

Szokująca wypowiedź Donalda Tuska: „musimy zaakceptować naszą niemiecką przeszłość”

Szokująca wypowiedź Donalda Tuska: „musimy zaakceptować naszą niemiecką przeszłość”

Warto zwrócić uwagę na to, co powiedział pan premier Donald Tusk gdy był z wizytą w Opolu. Jego wypowiedź cytował portal o jakże znamienitej nazwie „Portal Niemców w Polsce”. Dziwne jest to, iż polskojęzyczne media, przeznaczone dla tubylczej, nadwiślańskiej ludności, jeszcze o tym nie mówią.

Jednak i to się zmieni wraz z likwidacją resztek tego autonomicznego, nadwiślańskiego regionu UE, gdy zostanie on wcielony np do Republiki Federalnej Niemiec. Już nie nawet jako „województwo” UE, ale jako integralna część Niemiec. O to się toczy bowiem gra.

Na ostatnim spotkaniu w Opolu stawili się Norbert Rasch – przewodniczący Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców na Śląsku Opolskim – oraz ks. dr Arnold Drechsler – germanofil, dyrektor Caritas Diecezji Opolskiej.

Donald Tusk był uradowany faktem, iż region Opolski jest faworyzowany przez fundatorów UE, i że z budżetu są wysyłane ogromne dotacje dla szkół niemieckich. Później pan premier Tusk powiedział:

Cytuję: „Dla wszystkich nas odpowiedzialność za niemieckie dziedzictwo jest ważna. Musimy zaakceptować naszą niemiecką przeszłość.
(…)
Opolszczyzna stała się liderem, który daje bodźce do działań strategicznych i doraźnych

Wezwał do wyzbycia się kompleksów związanych z niemieckością oraz zaakceptowania niemieckiej przeszłość jako przeszłości własnej.

Czy chodziło mu o germanizację Polski lub likwidację resztek tego, co zostało z naszego państwa? Odpowiedź domyślna.

W naszym kręgu kulturowym – w Europie – panuje przekonanie, że elity danego państwa to najbardziej inteligentna i znacząca część społeczeństwa. Elity państwowe mają być tymi obywatelami „naj” pod każdym względem. Cóż, jakie mamy elity, każdy widzi. Czy to oznacza, że Polacy są tacy, jak elity – proste, nieociosane, zaprzedane zagranicznym interesom, łatwe do kupienia?

Z tym się nie zgodzę, choć z drugiej strony, formalnie, od 25 lat jesteśmy demokratycznym państwem prawa, i niemożliwością jest, by władze zdobyli u nas uzbrojeni w kałasznikowy kanibale, jak to bywa w państwach afrykańskich. Prawda jest jak zwykle pośrodku.

Pozostaje jeszcze zadać pytanie: czy ta wypowiedź Donalda Tuska na Opolszczyźnie nie była aby tzw. freudowską wpadką? Czy nie było to typowe przejęzyczenie ze względu na niemieckie korzenie pana premiera?

Autor artykułu poza wyraźnie zaznaczonymi cytatami: Jarek Kefir

Możesz mnie wspomóc. Pomoc Was, Czytelników jest kluczowa jeśli chodzi o niezależność stron takich jak moja.

Dotacje są całkowicie dobrowolne i nieobowiązkowe, w przeciwieństwie do różnych “gazetoidów” typu GW czy Rzeczpospolita, gdzie za dostęp do artykułów w internecie trzeba wykupić abonament lub wysłać SMSa.
Szczegóły podałem poniżej, w linku zaznaczonym na niebiesko. Serdeczne dzięki!

http://jarek-kefir.org/wsparcie/

ADHD to fikcyjna choroba! Jedną z prawdziwych przyczyn jest niedobór magnezu!

ADHD to fikcyjna choroba! Jedną z prawdziwych przyczyn jest niedobór magnezu!

ADHD leczenie terapia

Kolejny ważny wpis – czy ADHD jest fikcyjną chorobą? Czy choroba ta to tak naprawdę przypadkowe połączenie kilku sprzyjających czynników, zręcznie sklasyfikowane w uczonych księgach jako „nieprawidłowość”?

Sam „odkrywca” i główny promotor ADHD, Leon Eisenberg, kilka miesięcy przed śmiercią wyznał, iż tę chorobę stworzył dla zarobku.

Jak wiadomo, pieniądz nie śmierdzi, nawet ten zarobiony na krzywdzie ludzkiej czy ewidentnej zbrodni. Czy zbrodnią przeciwko ludzkości jest wmuszanie w dzieci pochodnych amfetaminy (Ritalin – lek na ADHD) i jednoczesne blokowanie informacji o terapiach alternatywnych? Na to niepokojące pytanie musicie sobie odpowiedzieć, niestety, sami. Ja zostawiam Was, Czytelnicy, z tym dylematem etycznym do rozpatrzenia.

Tekst, który wiosną 2013 roku skopiowałem na swoją stronę (link) i potem umiejętnie wypromowałem poprzez social-media, wywołał prawdziwą burzę w polskim internecie. Oprócz kilkuset tysięcy Czytelników, którzy mnie wtedy odwiedzili,  do gry wkroczyła tuba propagandowa przemysłu – Gazeta Wyborcza.

Ja postanowię jednak przypomnieć artykuł o Leonie Eisenbergu, który jasno mówi, że popełnił wielki życiowy błąd:

Cytuję: „Jeden z pionierów psychiatrii dziecięcej, znany amerykański lekarz oświadczył, że ADHD to “sfabrykowana choroba”. Powiedział to trzy lata temu, w 2009 roku, po czym umarł. Dziś jego wypowiedź wywołuje burzę medialną – w prasie i internecie, otwierając na nowo dyskusję o zasadność diagnozowania i terapii zespołu nadpobudliwości ruchowej u dzieci” koniec cytatu.

A teraz zobaczcie, co wtedy napisała Gazeta Wyborcza:

Cytuję: „Internet od kilku dni rozpala wypowiedź o ADHD jednego z pionierów psychiatrii dziecięcej, znanego amerykańskiego lekarza prof. Leona Eisenberga. Co rzeczywiście sądził o tej chorobie prof. Eisenberg, który umarł kilka lat temu? Publikujemy skrót jego artykułu opublikowanego w 2007 roku w piśmie „Journal of Child and Adolescent Psychopharmacology” koniec cytatu.
Źródło: http://wyborcza.pl/1,75400,14127353,Co_znany_ekspert_naprawde_sadzil_o_ADHD.html

Pytanie: czy media nie umieją liczyć? 2007 a 2009, to jest różnica? Czy może wprowadzono nową matematykę?

Jarek Kefir

ADHD czy niedobór magnezu? Jaka jest przyczyna?

Cytuję: „Wracam do meritum dzisiejszego wpisu, czyli do wzmożonej nerwowości naszych dzieci, często diagnozowanej jako ADHD i w pewnych przypadkach traktowanych nawet psychotropami.

A więc piszą do mnie Kochane Matki z tym i owym, a ja dzisiaj właśnie może coś podpowiem o ADHD / bardzo silnej nerwowości dziecka / niemożności skupienia się / wykańczaniu rodziców i opiekunów.

W dzisiejszym świecie dzieci bardzo często mają silne niedobory magnezu, a to może właśnie skutkować taką wzmożoną nerwowością. I może się okazać, że właśnie ten niedobór jest przyczyną kłopotów Twojego dziecka. Wprawdzie zaraz poniżej podam listę naturalnie bogatych w magnez produktów spożywczych, ale nawet dieta bogata w magnez może nie pomóc, i trzeba będzie wprowadzić suplement magnezowy. I odpowiednio naładować dziecko magnezem.

Poniżej lista kilku produktów szczególnie bogatych w magnez

– Spirulina
– Kelp
– Zielone warzywa takie jak brokuły
– Migdały
– Orzechy nerkowca
– Pestki dyni
– Melasa
– Drożdże piwne
– Gryka
– Orzeszki ziemne
– Pekan

leczenie ADHD

.

Suplementy magnezu dla dzieci

Najprostszym sposobem, aby podać magnez dziecku jest użycie proszku cytrynianu magnezu, który można łatwo mieszać z czystym sokiem owocowym, bez większego wpływu na smak. Nie wiem, czy jest w Polsce dostępny taki magnez, ale na pewno jakiś cytrynian magnezu można bez problemu dostać.

Ile magnezu dziecko powinno brać?

Zalecane RDA/dzienne minimalne spożycie, to:

W wieku 1-3 lat: 80 mg
W wieku 4-8 lat: 130 mg
W wieku 9-13 lat: 240 mg

Jednak opierając się na tym, co mówią eksperci w tym dr. Leo Galland, autor Superimmunity dla dzieci, najlepiej, gdyż z największymi korzyściami zdrowotnymi jest podać dziecku dawkę większą niż RDA.

Okazuje się, że według dr. Medycyny Leo Gallanda, nadpobudliwe dzieci mogą potrzebować aż 6 mg magnezu na kilogram masy ciała dziennie.

W każdym przypadku należy rozpocząć od podawania małych dawek i zwiększać przez okres kilku dni, aby uniknąć rozstroju żołądka dziecka. Dzieląc całą zalecaną ilość magnezu na 2-4 dawki dziennie, co jest zalecane dla optymalnego wchłaniania. Luźne stolce mogą być sygnałem, że dziecko bierze zbyt dużo magnezu całościowo, lub po prostu , że ilości muszą być jeszcze bardziej podzielone na mniejsze dawki. Jeśli dziecko jest już przy dawkach podzielonych nadal ma częste i luźne stolce, należy poziom dawek obniżyć.

Innym sposobem, aby zwiększyć spożycie magnezu u dzieci jest dodanie pełnego kielicha soli Epsom do ich wieczornej kąpieli. Ma to niezwykle uspokajający i odtruwający efekt, który jest szczególnie korzystny dla nadpobudliwych dzieci.

Wyeliminowanie niedoboru magnezu u dzieci jest procesem wieloetapowym i należy też zwrócić uwagę, na zmniejszenie stresów u dziecka, unikać przetworzonej żywności i cukru rafinowanego.

Magnez może się okazać właśnie tym najbardziej dynamicznym elementem, który uzdrowi Twoje dziecko i da wytchnienie dla Ciebie i Twojej rodziny”.

Autor: Pepsi Eliot

Źródło: pepsieliot.wordpress.com

I film video w temacie:

Kult niewidzialnej ręki wolnego rynku to patologia

Wolny rynek – jedyna recepta na rozwój gospodarczy czy groźna utopia?

wolny rynek i neoliberalizm

Utopia o tyle groźna, że czołowi ideologowie wolnego rynku, nie biorą pod uwagę jednego ważnego czynnika. Tym czynnikiem jest psychologia szeroko rozumiana.

Teoria wolnego rynku zakłada, iż producenci sami będą dbać o jakość produktów, bo produktów złej jakości nikt nie kupi. Tymczasem można wyliczyć wiele przesłanek ku temu, że produkty złej jakości, wadliwe, szkodliwe, mogą mieć miliony nabywców.

1. ludzka głupota. Ludziom nie chce się sprawdzać, czytać, kontrolować na przykład tego, co jedzą. Ważne by produkt był smaczny i dobrze reklamowany, to się sprzeda, nawet jeśli jest toksyczny.

2. podatność na reklamę. Każdy mówi że nie jest podatny na kampanie reklamowe, ale gdyby tak było, to korporacje nie wydawałyby setek milionów dolarów na marketing. Reklama to nic innego jak skojarzenie kupienia produktu z pozytywną emocją, bądź skojarzenie nie kupienia produktu z negatywną emocją. A emocje są hałaśliwe i często wybierają pierwsze.

3. pensje. Gdy na danym neokolonialnym obszarze prywaciarze dogadają się z rządem, że mogą płacić swoim niewolnikom grosze, to siłą rzeczy nie będzie ich stać na jakościowe produkty.

4. zmowy cenowe i monopole. Pamiętajmy, że wolny rynek zawsze jest etapem przejściowym. Tym razem etapem do całkowitej monopolizacji i globalizacji rynków zbytu, gdzie kilka, kilkanaście powiązanych ze sobą korporacji, będzie kontrolowało np. większość produkowanej i sprzedawanej żywności.

Autor powyższego wstępu: Jarek Kefir

Portal Jarka Kefira na facebooku:

_____________________________________________________

A teraz artykuł właściwy:

Kult wolnego rynku to patologia

Cytuję: „Będzie pan przepraszał za Ronalda Reagana i jego reaganomikę?

Nie. Ale jest mi wstyd z powodu tego, co wydarzyło się potem.

To znaczy?

Wstyd mi za neoliberalizm. Ten patologiczny kult wolnego rynku, który wprowadził zachodnie gospodarki, w tym USA, na ścieżkę samozniszczenia.

Chwileczkę! Przecież to nie kto inny, tylko Ronald Reagan był ojcem neoliberalizmu! Pan jako jeden z jego najbliższych współpracowników powinien to chyba wiedzieć najlepiej.

Ronald Reagan był ojcem reaganomiki. Była ona dokładnym przeciwieństwem reform neoliberalnych.

To musi pan sam wyjaśnić, bo nikt mi nie uwierzy, jak zacznę opowiadać, co usłyszałem z ust architekta reaganomiki.

My, reaganowcy, przejmowaliśmy władzę na przełomie lat 70. i 80. Był to moment, w którym przestała działać stosowana od lat 30. keynesowska polityka pobudzania popytu. Ekonomiści i politycy działali dotąd według prostego schematu: gdy gospodarka zwalniała i pojawiały się problemy z bezrobociem, to oni zajmowali się pobudzaniem popytu. Starali się, by konsumenci znowu mieli trochę więcej pieniędzy i stymulowali gospodarkę swoimi wydatkami. A gdy ta przyspieszała, powodując ryzyko inflacji, ograniczali popyt.

Aż do momentu, gdy pojawiła się stagflacja. Czyli zabójcza mieszanka recesji, bezrobocia i wysokiej inflacji.

Ten problem trawił Amerykę i Europę przez całe lata 70. Nawet najbardziej zatwardziali keynesiści czuli, że walą głową w mur. Coś musiało się zmienić. A my wymyśliliśmy, na czym ta zmiana ma polegać. To była tzw. rewolucja podażowa.

Czyli?

Już w czasie kampanii wyborczej Reagan powiedział, że problem polega na tym, iż zbyt wiele dolarów goni za zbyt małą ilością dóbr. I to było celne stwierdzenie. Bo pokazywało nasz cel. To znaczy: dość manipulowania przy popycie. Czas zająć się zwiększaniem podaży.

Co konkretnie zrobiliście?

Zaczęliśmy od podatków osobistych oraz od zysków kapitałowych. Obniżyliśmy wszystkie stawki. Tu nie chodzi tylko o to, by ludzie w sumie płacili mniej. Naszym celem było stworzenie takiej sytuacji, w której opłaca się pracować i produkować więcej niż dotychczas. Bo dotąd każdy dodatkowy dolar był opodatkowany na tyle wysoko, że nie warto było pracować więcej. A jak nie pracowano więcej, to było mniej oszczędności i mniej pieniędzy na inwestycje. Logiczny wniosek, że taki system promował bierność zamiast pracy i konsumpcję zamiast inwestycji. Więc myśmy tę sytuację odwrócili. Niższe podatki od wyższych dochodów sprawiały, że brak pracy i konsumpcja stały się nagle bardziej kosztowne. A inwestycje bardziej opłacalne. Keynesistom się to nie podobało, ale gdy zobaczyli, że nasza recepta działa, musieli złożyć broń. Bo nagle amerykańska gospodarka ruszyła z miejsca. Pojawiła się też praca. Dobra, solidna praca dla zwyczajnych Amerykanów. A stagflację udało się w końcu przełamać. I to było nasze wielkie zwycięstwo.

Jak dotąd wszystko było, jak rozumiem, w porządku. A czy pamięta pan moment, w którym zauważył pan, że rewolucja podażowa skręca w niewłaściwym kierunku?

Kłopoty zaczęły się w momencie upadku Związku Radzieckiego. To była kompletna katastrofa dla amerykańskiej gospodarki.

Nie wierzę. Reaganowiec żałuje zwycięstwa w zimnej wojnie.

Kiedy to prawda! Wraz z upadkiem ZSRR dotychczasowe reguły gry wywróciły się do góry nogami. I nie mówię tu tylko o sytuacji geopolitycznej. Chodzi przede wszystkim o gospodarkę. Chcąc nie chcąc, reszta świata musiała bowiem ugiąć kark przed zwycięzcą. I otworzyć się na zachodni kapitał, udostępniając mu ogromne zasoby swojej niesamowicie taniej siły roboczej. Choćby w komunistycznych Chinach czy socjalistycznych Indiach. Towarzyszyło temu powtarzane jak mantra przekonanie, że nie ma alternatywy dla zachodniego kapitalizmu. Amerykańskie korporacje musiały z tej okazji skorzystać. Szybko zauważyły, że neoliberalizm daje im niesamowite możliwości maksymalizacji zysków. Czyli również maksymalizacji premii dla najwyższej kadry menedżerskiej. To był bezlitosny proces, bo nawet gdyby amerykański biznes nie chciał uciekać z kraju, to i tak zostałby do tego… zmuszony.

Zmuszony? Przez kogo?

Przez Wall Street. Bo inwestorzy powiedzieli do firm: zobaczcie, tam są niesamowite szanse na krociowe zyski. Nadal ich nie widzicie? To my zaraz pójdziemy do waszych konkurentów i sfinansujemy im przejęcia waszego biznesu. Więc i tak wasze firmy trafią do Chin. Ale już niestety bez was na pokładzie. Więc lepiej zróbcie to, co wam mówimy! Ta presja działała również w branżach, które z pozoru nie podlegają outsourcingowi. Weźmy sieci handlowe takie jak Wall Mart. One mogły postawić swoich dostawców przed dosadnym ultimatum. Stawki w Chinach są takie i takie. Chcecie, żebyśmy zostali z wami? To zbliżcie się do ich poziomu! W ten sposób nakręcał się ten piekielny wyścig do samego dna.

Zaraz, przecież to powinno pana cieszyć! Czy reaganowcy nie twierdzili, że rynek najlepiej alokuje zasoby?

To nie tak. Dla nas rynek nigdy nie był celem samym w sobie. On miał być drogą do osiągnięcia pewnych celów. Już panu mówiłem, że w naszym wypadku tym celem było odtworzenie amerykańskich miejsc pracy, które zabijała stagflacja. Chcieliśmy wprowadzić do gospodarki zasadę, że firmy walczą o uzyskanie przewagi konkurencyjnej. A nie przewagi absolutnej. Powtarzam, to nie miał być wyścig do samego dna!

Jaki był skutek tego wyścigu?

Pamiętam, że przyglądałem się wtedy regularnie miesięcznym statystykom dotyczącym amerykańskiego rynku pracy. I patrzyłem ze zgrozą, jak na moich oczach znikają solidne miejsca pracy w sektorze produkcji, potem w usługach biznesowych, projektowaniu, logistyce, badaniach. Czyli wszystkich tych dziedzinach, w których pracę znajdowali kiedyś absolwenci amerykańskiego systemu edukacyjnego. To przecież były dokładnie te miejsca pracy, o których stworzenie walczyła reaganomika! I to przez nie wiodły tradycyjne ścieżki awansu społecznego w amerykańskim społeczeństwie. A więc to, z czego Ameryka była przez dziesiątki lat taka dumna i na czym opierał się ten słynny „amerykański sen”. Bez nich USA nie są już krajem obietnicy wielkich nieograniczonych możliwości. To się skończyło. Globalizacja i niczym nieograniczona swoboda kapitału prowadzą więc w prostej konsekwencji do skostnienia relacji społecznych. W praktyce dobrą pracę mogą więc dostać tylko ci, którzy wywodzą się z dobrych rodzin. Natomiast ci na dole z coraz większym prawdopodobieństwem na tym dole pozostaną. Podobnie jak ich potomkowie. Smutne, ale prawdziwe.

A nie jest tak, jak przekonują zwolennicy wolnego rynku? Że globalizacja, owszem, niszczy stary porządek, ale w jego miejsce buduje nowy i lepszy.

Bzdura. Wystarczy rzut oka na statystyki. Owszem, w ciągu ostatnich dwudziestu lat w USA pojawiły się nowe stanowiska pracy. Ale głównie w najsłabiej płatnym segmencie usług. Wśród kelnerów, sprzedawców, barmanów albo sprzątaczek. I owszem, profity z globalizacji też się pojawiły. Ale zgarnął je wielki biznes. A rachunek został wystawiony i przesłany rodzimej sile roboczej. I dlatego wszędzie zasada jest taka sama. Im bardziej neoliberalna gospodarka, tym wyższy poziom bezrobocia. Według najnowszych statystyk 40 proc. amerykańskiej populacji zarabia mniej niż 40 tys. dol. rocznie. A granica biedy w tym kraju to jakieś 24 tys. 3 proc. populacji w ogóle nie ma pieniędzy na żadne wydatki prócz pokrycia najbardziej podstawowych potrzeb. Oni właściwie nie uczestniczą w obrocie gospodarczym i są na dodatek potężnie zadłużeni. Rosną tylko dochody absolutnie najbogatszych. Tego symbolicznego już jednego procentu. Tylko czy to jest powód do radości w rzekomo najbogatszym i najpotężniejszym gospodarczo kraju na ziemi? Przecież w tej sytuacji nie ma absolutnie żadnych szans na ożywienie gospodarcze. Bo skąd ono ma się wziąć?

Ale tak z ręką na sercu. Kiedy zaczął pan dostrzegać te wszystkie procesy? Jeszcze przed wybuchem obecnego kryzysu czy już po nim?

Pisałem o tym już w latach 90. Kiedy zacząłem dowodzić, że outsourcing to przekleństwo, pierwszą reakcją były zaprzeczenia. Mówiono, że tak wygląda przyszłość, że trzeba się dostosować i że nie ma alternatywy. Niestety, obecny kryzys tylko potwierdził te czarne scenariusze. USA mają dziś najwyższe od lat bezrobocie. A i tak te statystyki są mylące, ponieważ nie biorą pod uwagę ludzi, którzy porzucili poszukiwanie stałej pracy, chwytając się prac dorywczych, niedających im żadnego bezpieczeństwa.

Pytam o kryzys, bo jak się szuka praprzyczyn jego wybuchu, to można znaleźć wiele tropów prowadzących do was, reaganowców. To wy jako pierwsi rzuciliście przecież hasło, że gospodarkę trzeba deregulować.

To, co mieliśmy na myśli, mówiąc o deregulacji, z dzisiejszej perspektywy wydaje się trudne do uwierzenia. Nam chodziło raczej o eliminację tej całej niepotrzebnej papierkowej roboty dla biznesu. Zwłaszcza dla przedsiębiorców drobnych i średnich. Zapewniam pana, że absolutnie ostatnią rzeczą, jakiej chcieliśmy, była deregulacja systemu finansowego. Nie przypominam sobie ani jednej rozmowy na ten temat z czasów, gdy pracowałem w Departamencie Skarbu. Ani jednej! Owszem, były pewne kosmetyczne zmiany (czasowa zmiana regulacji Q – red.). Ale jedynie jako reakcja na politykę monetarną szefa Fed Paula Volckera. Jeśli szukać autorów liberalizacji amerykańskiego sektora finansowego, to trop wiedzie tutaj wprost do dwóch nazwisk.

Po pierwsze, demokrata Bill Clinton.

Tak jest! Weźmy słynną ustawę Glassa-Steagalla z lat 30., którą uchwalono po to, żeby ukrócić poziom spekulacji i pokusę nadużycia na rynkach finansowych. W 1999 r. za czasów Clintona to prawo zostało ostatecznie zmienione. Od tamtej pory każdy bank mógł zacząć działać w branży inwestycyjnej i używać depozytów swoich klientów do finansowania nawet bardzo ryzykownej działalności.

A potem nastał republikanin George W. Bush.

I deregulacyjne szaleństwo ruszyło pełną parą. Już na samym początku jego administracja zniosła regulacje derywatów (czyli instrumentów pochodnych, np. kontraktów terminowych albo swapów – red.) znajdujących się w obrocie pozagiełdowym. Potem bushowcy zdecydowali, że w ogóle nie interesuje ich ograniczanie działalności spekulacyjnej. I tak zmienił się świat finansów. Bo jeszcze w latach 80. operacje o charakterze czysto spekulacyjnym szacowane były na jakieś 15 proc. rynku. A dziś w wielu dziedzinach dominują. Kulminacją tej orgii zniszczenia było zniesienie wszelkich ograniczeń dotyczących relacji długu do kapitału. Banki mogły więc lewarować jeszcze bardziej niż dotychczas.

Trudno mi uwierzyć w to, co słyszę. Głównie dlatego, że bushowcy chętnie i często odwoływali się do dziedzictwa Reagana.

Nazywanie polityki bushowskiej kontynuacją reaganomiki to wielkie i nieuprawnione nadużycie. Po pierwsze, bushowcy dopuścili do tego, że z Ameryki uciekły najlepsze miejsca pracy dla klasy średniej, a wszystkie zyski z tego tytułu trafiły do najbogatszych korporacji. W tej sytuacji nie zadziałają już żadne obniżki podatków czy ułatwienia dla przedsiębiorców. I ta banda chciwych republikanów to wiedziała! Po drugie, nawet ich reformy podatkowe były sprzeczne z duchem reaganomiki. Bo oni podatki obniżyli. Ale tylko dla najbogatszych. Twierdząc na dodatek, że to jest ekonomia strony podażowej. Nonsens! Ale największą zbrodnią tamtej administracji była ich durna imperialna polityka zagraniczna.

Sądziłem, że to by się Reaganowi spodobało. Wojna z terroryzmem jako kontynuacja wojny z radzieckim imperium zła.

Dokładnie odwrotnie! Uważam, że nie tylko w gospodarce upadek ZSRR okazał się dla naszego kraju kompletną katastrofą. Brak przeciwwagi doprowadził do tego, że amerykańskie elity polityczne poczuły się po prostu bezkarne. Zaczął się etap hegemonicznej dominacji Stanów Zjednoczonych. Na jej potrzeby wymyślono sobie papierowego wroga w postaci rzekomego terroryzmu islamskiego. Rozdmuchano jego znaczenie, by uzasadnić wiele haniebnych posunięć. To był dramat nie tylko dla nas, ale i dla całego świata. Również dla kilku dużych krajów muzułmańskich. Taka inwazja na Irak nigdy nie miałaby miejsca, gdyby istniał Związek Radziecki.

Wróćmy do gospodarki. Mówi pan o zwycięstwie ideologii wolnorynkowej. Dlaczego właściwie ona wygrała? Dlaczego amerykańskie elity i społeczeństwo uwierzyły, że rynki same się uregulują?

Przyczyna jest prozaiczna. Wielki kapitał, a zwłaszcza sektor finansowy, zainwestował wiele w to, by do globalizacji dorobić opowieść pod tytułem „To jest w interesie każdego z nas. Nikt na niej nie straci, a wszyscy zyskają”.

Jak to zrobili?

Pieniędzmi. Wielki kapitał po prostu kupił sobie amerykańską klasę ekonomiczną. Uczynił z niej swoich lobbystów. Stworzył sieć grantów badawczych, think tanków. Niektórzy ekonomiści przechodzili wręcz do biznesu, zasiadając w zarządach spółek finansowych. Ekonomia w latach 90. i na początku XXI wieku przestała być nauką. Stała się propagandą.

Brzmi to jak jakaś teoria spiskowa.

To nie ma nic wspólnego ze spiskiem. To przejaw degeneracji amerykańskiego życia publicznego. Ameryka stała się państwem lobbingowym.

Lobbing to część demokracji.

Tak. Ale może też przemienić się w jej śmiertelne zagrożenie. W USA kampanie wyborcze są finansowane z datków prywatnych. Kilka lat temu Sąd Najwyższy tylko to utwierdził, uznając, że prawo do wspierania kampanii wyborczych przez korporacje nie może być ograniczone. Bo byłoby to – uwaga, uwaga – naruszenie ich „prawa do wolności wypowiedzi”. W efekcie nie mamy więc dziś żadnych ograniczeń na tym polu. I efekt jest taki, że korporacje w majestacie prawa mogą kupować sobie wybory oraz rządy.

Bez przesady.

Mówię to poważnie jako emerytowany waszyngtoński insider. W Stanach niezależnie od politycznego rozdania rządzi więc kilka potężnych organizacji lobbystycznych. Najważniejsza z nich to Wall Street, a więc banki i instytucje finansowe. Drugą jest sektor militarny oraz bezpieczeństwa. Wyjątkowo groźny dla reszty świata, co pokazały wypadki sprzed dekady. Trzeci blok to potężne lobby izraelskie. Potem jeszcze lobby górniczo-naftowe. Szczególnie wpływowe od czasów George’a W. Busha, który postawił wielu nafciarzy na czele powiązanych z rządem ogranizacji zajmujących się środowiskiem. Na tym przykładzie dobrze widać, jak działa ta „neoliberalna deregulacja”. To znaczy nafciarze w imieniu rządu regulują swój własny sektor. I niech pan zgadnie, w którym kierunku to regulują! Oczywiście robią to w taki sposób, żeby większa część kosztów ich działalności została przerzucona na innych. W tym przypadku na środowisko.

W ten sposób ich produkty mogą być śmiesznie tanie. A sektor bankowy? Dokładnie ta sama historia. Pozwolono bankom w imię wolności rosnąć do rozmiarów, gdy stały się zbyt duże, by upaść. I teraz rząd musi je ratować za każdym razem, gdy wpadną w kłopoty. I to nie tylko poprzez bailouty. O wiele częściej odbywa się to w sposób dużo bardziej zakamuflowany. Przez dłuższy czas Fed musiał wpuszczać w gospodarkę ciężkie miliardy dodatkowych dolarów. W efekcie na Wall Street panuje niespotykana hossa. A realna gospodarka jak tkwiła, tak tkwi w kłopotach. Na rynek wewnętrzny to się w ogóle nie przekłada. To nie jest żadna deregulacja. To jest samoregulacja.

Gdy się tego słucha, to aż trudno uwierzyć, że Amerykanie nie wyszli jeszcze masowo na ulice.

Szczerze? Bo nie ma w tym kraju żadnych wolnych mediów.

Aż tak?

Rynek medialny to również rynek. I jego nie ominęły wielkie procesy konsolidacji kapitału z ostatnich dwóch dekad. Mieliśmy kiedyś w Ameryce tysiące niezależnych od siebie tytułów. Wzajemnie się uzupełniających i niezależnych. I to był prawdziwy pluralizm. Dziś całe amerykańskie media są skoncentrowane w mniej więcej pięciu kluczowych megakoncernach. Wiem, co mówię, bo współpracowałem kiedyś blisko z „Wall Street Journal”. Dziś ten szacowny tytuł należy do… megakoncernu Ruperta Murdocha. Tymi tytułami nie rządzą już dziennikarze, tylko specjaliści od marketingu i reklamy. Zniknął też słynny mur oddzielający pion biznesowy od merytorycznego. Rząd zaś zabezpiecza się przed nadmierną krytyką ze strony tych tytułów, kontrolując system licencji na nadawanie. Jeśli pan nie wierzy, mogę dać przykład.

Proszę.

Jeszcze w latach 70. media były w stanie zmusić do rezygnacji prezydenta Richarda Nixona. I to za co? Bo kręcił, w którym właściwie momencie dowiedział się o mało istotnym włamaniu do siedziby partii demokratycznej. Z którym – dodajmy – nie miał nic wspólnego. Trzy dekady później prezydent George Bush rozpoczyna wojnę, opierając się na kłamstwie dotyczącym broni masowego rażenia. Dość szybko wszyscy się orientują, że on kłamie. W Iraku nie ma żadnej broni. I co się dzieje? Nic. Absolutnie nic. Podobnie jest teraz. Amerykańskie służby naruszają własne prawa, a nawet łamią konstytucję USA, stosując tortury i podsłuchując całą resztę świata. I znów nikomu nawet włos z głowy nie spada. Przecież Obama powinien być za to wszystko pociągnięty do odpowiedzialności. Jest chyba tylko jedno przestępstwo, które może w tym kraju złamać karierę polityka.

Chyba się domyślam…

Oczywiście skandal seksualny. Jeśli masz żonę i idziesz do łóżka z inną kobietą, to wypadasz z gry. W innym wypadku potężne siły nie dadzą ci zginąć. Oczywiście dopóki robisz to, co ci każą.

Paul Craig Roberts, amerykański ekonomista uważany za jednego z twórców reaganomiki, w latach 1981–1982 zastępca sekretarza skarbu USA. Wykładał później na wielu czołowych amerykańskich uczelniach. Ceniony również jako publicysta i autor kilkunastu książek, m.in. słynnej „The Supply Side Revolution: An Insider’s Account of Policymaking in Washington” („Rewolucja podażowa. Wspomnienia waszyngtońskiego insidera”) z roku 1984. Jego ostatnia książka to „The Failure of Laissez Faire Capitalism and Economic Dissolution of the West” („Upadek kapitalizmu leseferystycznego i ekonomiczna dezintegracja Zachodu”).”

Źródło:

Rafał Woś

gazeta prawna.pl

Kult wolnego rynku to patologia. Neoliberalizm prowadzi do samozniszczenia – wywiad z Paulem Craigiem Robertsem, 31 stycznia 2014

http://pracownia4.wordpress.com/2014/02/07/kult-wolnego-rynku-to-patologia/#more-8132

Zaskakująca skuteczność medycyny naturalnej: wylecz przeziębienie w 2 dni! Mini poradnik zielarski

Medycyna naturalna: skuteczna, czy nie? Poznaj fakty

Zacznijmy jednak od tego, co Polacy rozumują pod pojęciem medycyna naturalna. Dla przeciętnego zjadacza chleba, medycyna naturalna to ziołowe tabletki na uspokojenie z apteki, mięta na problemy pokarmowe, ekstrakty z melisy też w formie tabletek, czy poczciwe babcine ziółka w torebkach.

Przeciętny Polak myśli, iż owszem, można od czasu do czasu zaparzyć sobie melisę zamiast wzięcia syntetycznej no-spy, ale jak ból brzucha naprawdę „sieknie”, to żadne ziółka na to nie pomogą. A to jest błąd!

Po pierwsze: ekstrakty ziołowe w postaci tabletek z apteki, zawierają znikomą lub żadną ilość substancji czynnej. Cała masa tabletki to krzemionka, węglan magnezu (czyli kreda..) i inne wypełniacze. Jak czytam te składy preparatów aptecznych: „wyciąg z ziela melisy – 20 mg” to wiązanka przekleństw przychodzi mi na myśl. Wiesz co to oznacza „wyciąg z ziela melisy” a „standaryzowany ekstrakt z ziela melisy”?

W wyciągu możesz mieć 0,0001 mg substancji czynnej na te 20 mg. Lub nawet 0 (zero) mg! I na tym żerują zwolennicy syntetycznych lekarstw, argumentując, że zioła, w ich mniemaniu, nie działają. Zaś w standaryzowanym ekstrakcie – możesz mieć dowolną ilość, podaną przez producenta, nawet 18 mg z tych 20 mg. Co ciekawe, ekstrakty standaryzowane najczęściej stosowane są w suplementach diety nie do kupienia w aptece. Bo to inny rodzaj klienteli niż: „panie, daj pan aspirynę na kaca, jakąś tam miętę na ból brzucha i maść na ból dupy”.

.

Zioła: co trzeba o nich wiedzieć?

Istnieje kilka zasad, które poznałem, jeśli chodzi o zioła:

-trzeba wiedzieć, w jakiej postaci zioła kupić. Kupujemy zioła sypkie, nie w saszetkach, w takich większych opakowaniach. Najlepiej w sklepie zielarskim.

-kupujemy suplementy diety ma bazie ziół, owoców, roślin itp, w formie standaryzowanych ekstraktów, profesjonalnych producentów. Są one do zamówienia w internecie lub w drogeriach zielarskich. Nie w aptece. Zasada jest też jedna: zawsze lepiej kupić żeń-szeń w formie suszonego korzenia, bądź lekko pofragmentowanego sproszkowanego korzenia, niż w formie nawet najlepszego suplementu. Dotyczy to oczywiście nie tylko żeń szenia.

-trzeba wiedzieć, które zioła można mieszać z którymi. Melisa, nawet w formie sypkiej ze sklepu zielarskiego, zadziała słabo. Ale już mieszanka ziołowa – melisa, serdecznik, korzeń kozłka, kwiatostan głogu – ma konkretną moc.

-jak je przyrządzać. Czy zalewać wrzątkiem, czy odczekać, aż woda trochę ostygnie? Zielonej herbaty nie zalewamy wrzątkiem, ale wodą o temperaturze około 70, 80 stopni Celsjusza. Ile czasu parzyć? 10 minut, jak wiele ziół, czy 30 minut, jak w przypadku naparów i mieszanek z kozłkiem (walerianą)?

-jak je przyrządzać, C.D. Niektóre zioła (cytryniec chiński, trawa cytrynowa, owoc głogu, hibiskus, i inne) należy gotować w garnku z około 0,5 litra wody, przez 10 minut, aby wydobyć z nich całą moc. Ale woda to nie jedyny ekstrahent ziół. Zdecydowanie lepszym rozcieńczaczem substancji czynnych zawartych w ziołach, jest alkohol etylowy. Nie, nie namawiam do nadużywania tego groźnego narkotyku. Bo nalewki, np z głogu, pije się bardzo mało ilościowo, ponieważ stężenie substancji czynnych jest duże.

.

Zioła i medycyna naturalna niczym alchemia życia

Powyższe zasady to niczym swoista alchemia: trudno o wiedzę o nich nawet u osób kupujących od czasu do czasu mieszanki ziołowe w aptece. Ale jest coś, co warto tutaj napisać. Swoistym znakiem czasów jest to, że jeszcze dekadę temu zioła były uważane z czymś niemodnym, głównie ze starszymi, moherowymi babciami. Dziś zioła i życiodajne suplementy stosuje coraz więcej ludzi młodych i w średnim wieku.

Jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy? Sztuczna moda? Hipsterstwo? Nie. To prawa rynku tzw. Tak, jak odżywki na siłownię naprawdę pomagają w wzroście masy mięśniowej, tak zioła i suplementy naprawdę pomagają na problemy zdrowotne i inne. Inaczej ich rynek nie wart by był tyle kasy. Do ziół nikt nie zachęca, w przeciwieństwie do szkodliwych szczepionek. A producent taki jak „Kawon Gostyń” ma zerowy marketing w mediach, a mimo to sprzedaje zioła w całej Polsce.

Wracając do rzeczy. Chciałbym powiedzieć, jak zwalczyłem przeziębienie, które przytrafiło mi się w obecnie trwającym tygodniu. Trwało ono nieco mniej niż 2 dni, bo pod koniec drugiego dnia jego trwania, byłem w pełni sił.

Zaczęło się standardowo: szybka kąpiel rano (cholerny budzik z opcją czasowego zawieszenia), ubieranie się w biegu i pęd na miasto by załatwić dwie sprawy i kupić niezbędne rzeczy.

Przeziębienie zaczęło w nocy. Silny katar sienny, kaszel i ból gardła. A gdy próbowałem zasypiać – nos stawał się nieznośnie zatkany. W ruch poszedł więc: przekrojony ząbek czosnku. Należy najpierw wydmuchać nos, a potem od razu przyłożyć ząbek czosnku do otworu nosowego, i oddychać przez nos minutę, dwie. Zatkanie nosa powinno szybko ustąpić.

Witamina C dla zdrowia: jaka działa? Jaką wybrać? Jak ją przyrządzić?

Później zrobiłem sobie wypróbowaną wcześniej miksturę. Do dużego (0,5 litra) kubka, nalałem na oko 0,3 litra soku pomarańczowego bez dodatku cukru. Dodałem do tego sok i część miąższu z wyciśniętych, całych dwóch cytryn. Razem z pestkami, które, nomen omen – działają przeciwdepresyjnie. Z pestek cytrusów wyrabia się leki, które później kupujemy w aptece – np Citrosept.

Do owego wywaru, dodałem 3 gramy aminokwasu L-lizyny – wzmacnia on działanie witaminy C. Potem – dodałem około 1 gram (1000 mg) witaminy C w proszku.

Po dodaniu witaminy C, dodałem do mikstury łyżkę naturalnego miodu. Oczywiście, nie używamy łyżek metalowych przy jakimkolwiek kontakcie z miodem! Tylko te drewniane.

Tak sporządzoną miksturę pije się raz dziennie. Ja wypiłem ją pierwszej nocy trwania choroby, i później, pierwszego dnia, tuż przed godziną 24:00.

Co jeszcze? Można sporządzić przepis według jednego komentatora blogu Jarek Kefir i innych blogów – Gaji. Plasterek imbiru, 15 zmielonych goździków lub łyżeczkę w proszku, i łyżeczkę cynamonu, zalewamy dwoma szklankami wody. Doprowadzamy do wrzenia w garnku, gotujemy przez 15 minut. Potem odcedzamy cząstki stałe i wypijamy napar o dość nieprzyjemnym smaku. Powoduje to zwiększenie temperatury ciała, jest to jakby, sztuczne wywołanie gorączki. Gorączka jest pierwszym objawem zdrowienia w przypadku silnego przeziębienia i grypy, oznacza to, że organizm włączył siły obronne by zwalczać szkodliwe mikroby. Wygrzanie się organizmu i wypocenie choroby, daje szybsze uzdrowienie.

To co słodkie i smaczne jest najczęściej trucizną

Wracając do sprawy nieprzyjemnych smaków ziół.. Jest generalnie jedna, dziwna zasada. Swoisty paradoks. To, co zajebiste w smaku (słodycze, lody, fast foody, makarony, mleko, pieczone mięso, żywność przemysłowo przetworzona itp), najczęściej jest trucizną.

To, co smakuje nieprzyjemnie, często obrzydliwie – jest najczęściej zdrowe
-orzechy włoskie – smakują gorzko, ale uzdrawiają umysł i układ krążenia
-ziele brahmi i gotu kola – ich napar jest tak gorzki i cierpki, że wykręca twarz w grymasie obrzydzenia, ale uzdrawia umysł i psychikę
-cytryniec chiński, hibiskus, sok z cytryn i pomarańczy – są niezwykle kwaśne, ale leczą
-serdecznik, kozłek, melisa, głóg – w mieszance są niezwykle gorzkie, ale leczą skołotane nerwy
-sok noni – ma trudny do określenia, okropny smak, ale leczy wiele dolegliwości

Takie przykłady można mnożyć.

.

Nie lekceważmy witaminy D. Jej rola, choć niedoceniana, jest nie do przecenienia!

Ja zażywam od 4.000 j.m., czyli 100 mcg witaminy D3. Dawka 100 mcg jest o dziwo uznawana za dawkę bezpieczną według zaleceń UE. Choć prawie żaden lekarz nie ordynuje tyle witaminy D swoim pacjentom, a szkoda! Bo w okresie zimowym wszyscy potrzebujemy zwiększonej suplementacji tą witaminą. Polski klimat nie zapewnia nawet minimalnej ilości witaminy D w okresie wrzesień – kwiecień. Stąd ponad 90% Polaków ma krytyczne niedobory tej witaminy. Nie wierzysz? Idź do najbliższej przychodni, zapłać te 50 zł i się przebadaj pod tym kątem. Zaś u wszystkich osób chorych na nowotwory poziom witaminy D jest praktycznie bliski zeru.

Jaka jest przyczyna takiego stanu rzecz? Człowiek mieszkał w Afryce, na Bliskim Wschodzie, w Indiach, później przemieścił się na tereny klimaty śródziemnomorskiego, i zaraz potem – umiarkowanego i polarnego. Odbyło się to zbyt szybko. Według tego, co mamy zapisane w genach, powinniśmy mieszkać w klimacie śródziemnomorskim, pustynnym bądź tropikalnym. Tylko wtedy dostaniemy dostateczną ilość witaminy D. Ewolucyjnie nie jesteśmy przystosowani do tak niskiego poziomu i podaży tej witaminy.

Niedobory witaminy D powodują, między innymi:
-depresje i choroby psychiki (jedna z przyczyn)
-nowotwory (jedna z przyczyn)
-osłabienie odporności i zachorowania na choroby zakaźne (przyczyna podstawowa obok niedoborów witaminy C)
-i wiele, wiele innych

Polecam brać 100 mcg (4.000 j.m.) witaminy D i około 1000 – 2000 mg witaminy C. Podane dawki dotyczą osób dorosłych. Jeśli cierpisz na przewlekłe choroby, bierzesz leki, masz niedowagę lub nadwagę, jesteś w różnych grupach ryzyka, masz poniżej 12 lat – dawki mogą być inne, konieczna może być konsultacja z zaufanym lekarzem.

Autor: Jarek Kefir

.

jarek kefir

Czy wiesz, że możesz wspomóc finansowo moje inicjatywy uświadamiające? Jest to forma wdzięczności za moją pracę i treści, które były dla Ciebie pozytywne i coś dobrego Ci dały. 🙂 Wsparcie umożliwia też zachowanie niezależności mojej strony.

Na konto bankowe:
Dla: Jarosław Adam
Numer konta: 16 1020 4795 0000 9102 0139 6282
Tytułem: Darowizna

Wpłacającym z zagranicy potrzebne są także te dane:
Kod BIC (Swift): BPKOPLPW
IBAN: PL16102047950000910201396282

Na Pay Pal: Kliknij poniższy obrazek:

Neoliberalizm to niewolnictwo XXI wieku. Czeka nas szok przyszłości!

Neoliberalizm to niewolnictwo XXI wieku. Czeka nas szok przyszłości!

neoliberalizm i wolny rynek

Niewolnicze warunki pracy, konieczność emigracji zarobkowej, najniższa w Europie liczba urodzeń. Zastanawiałeś się, jak temu zaradzić? Wiadomo, że ile opcji politycznych, tyle możliwych rozwiązań. A może przyczyna tkwi zupełnie gdzie indziej?

Zadam więc inne pytanie. Czy zastanawiałeś się, jak sprawdzić, czy dana profesja jest ważna dla gospodarki, bezpieczeństwa i integralności państwa? Sposób, by to sprawdzić, jest niezwykle prosty, ale, w dobie gospodarczego neoliberalizmu – niezwykle niepoprawny politycznie.

Aby sprawdzić, czy dany zawód jest realnie ważny dla gospodarki, bezpieczeństwa i integralności państwa, wyobraź sobie, co by było, gdyby wszystkie osoby wykonujące ten zawód, nagle znikły. Po prostu wyparowały, a kadry trzeba by szkolić od nowa.

Co by było, gdyby zniknęli dobrze opłacani: windykatorzy, komornicy, prawnicy, telemarketerzy, urzędnicy państwowi, urzędnicy skarbówki, różnego rodzaju „specjaliści od przekładania papierków z miejsca na miejsce” w korporacjach? Czy gospodarka dałaby radę? Oczywiście że dała. Ba, uważam, że po chwilowym szoku, ruszyłaby z miejsca…

Co by było, gdyby zniknęli źle opłacani: kierowcy transportu publicznego, niewolnicy pracujący w fabrykach przy produkcji na umowach śmieciowych, nauczyciele, robotnicy budowlani, górnicy? Czy gospodarka dałaby radę?

Pisałem dawniej w jednym z felietonów o tym, że ideą współczesnej cywilizacji, jest wyprodukować „dużo niczego”. Wiele produktów i usług jest nie tylko całkowicie niepotrzebnych gospodarce, ale wręcz jest dla niej szkodliwych. Bo ludzie wpadają w spiralę zadłużenia, by sprawić sobie coraz to nowe produkty reklamowane w TV.

Istnieje wiele nieformalnych „zmów” między różnymi, zdawałoby się – niepowiązanymi branżami. Np branża elektroniczna jest powiązana z branżą bankową, by generować zapotrzebowanie na kredyty bankowe. Człowiek chcąc kupić drogie elektroniczne zabawki, musi wziąć kredyt, z tym, że:
-branża elektroniczna zawyża ceny swoich produktów. W Polsce by kupić lodówkę za 1500 złotych, trzeba brać kredyt. W Holandii dajesz 200 euro z wypłaty i kupujesz na miejscu lodówkę.
-ma miejsce tzw. „spisek żarówkowy” czyli celowe produkowanie taniego szmelcu, by klienci musieli często kupować nowy.
-co chwila są wypuszczane nowe modele różnych elektronicznych zabawek, które oczywiście „trzeba mieć”. To też jest pewna strategia marketingowa.

Taka sama zmowa łączy przemysł spożywczy, który rujnuje nam zdrowie toksyczną żywnością, z przemysłem farmaceutycznym. Najpierw poprzez lata jedzenia zatrutej żywności, nabawiamy się chorób. A potem przemysł farmaceutyczny za pomocą swoich dilerów – nazywanych chyba tylko dla żartu „lekarzami” – proponuje nam „lekarstwa” które trzeba brać do końca życia, i które nie leczą choroby, ale na chwilę uciszają objawy.

Zastanów się dobrze, czy wiele z tych punktów usługowych, bądź sprzedających swoje produkty, które mijasz na mieście – jest naprawdę potrzebnych? Czy ludzie korzystają z nich tylko po to, by chwilowo dowartościować ego, i zapełnić produktem bądź usługą, ból istnienia?

Kolejną dziwną sprawą jest podział (dystrybucja) dóbr, owoców pracy ludzi. Przykładowo: mamy korporację. Siedziba w centrum miasta, w wieżowcu – standard. Zaś na dalekich przedmieściach zbudowana fabryka. W budynku korporacji w centrum praca wre, ale swoim rytmem. Oceniono, że spełniły się proroctwa ekonomisty Keyensa – dziś pracownik biura czy korporacji, efektywnie pracuje maksimum 15 godzin tygodniowo. Reszta czasu to: knucie intryg i dogryzanie współpracownikom, oglądanie porno, przeglądanie facebooka, granie w gry, picie kawy i palenie papierosów, plotki, itp itd…

Do tego trzeba dodać jeszcze inną rzecz. Część pracowników biurowych w takiej korporacji, naprawdę musi pracować. Bez obmyślanej strategii firma nie sprzeda swoich produktów. Ale trzeba przyznać, że duża część stanowisk w korporacyjnym biurowcu w centrum miasta, to stanowiska „specjalistów od spraw przekładania papierków z miejsca na miejsce”. Wszystko to dzięki automatyzacji – efektywny czas pracy naprawdę skrócił się do 15 godzin tygodniowo. Jednak pracownicy biurowi są opłacani godnie – za ich wynagrodzenia można przeżyć.

Jak natomiast przedstawia się sytuacja w zakładzie produkcyjnym (fabryce) w tej naszej korporacji, ulokowanym na przedmieściach? Przede wszystkim, Ci pracownicy muszą odbębnić swoje przy maszynie, dajmy na to – 8 godzin dziennie. Przerwy to maksimum 30 minut dziennie. Taśma produkcyjna podaje cały czas nowy asortyment, praca jest na akord, więc nie ma mowy o przeglądaniu fejsbuczka.

Czy tacy pracownicy są dobrze opłacani? Nie, nie są, choć oni TEŻ przyczyniają się do dochodu korporacji jako całości. Gdyby nie Ci pracownicy produkcyjni, firma by nic nie wyprodukowała, a więc by zbankrutowała. I to nawet wtedy, gdyby wybudowała sobie kolejny wieżowiec w centrum i zatrudniła drugie tyle „specjalistów od spraw przerzucania papierków z miejsca w miejsce”.

Dochód firmy generują zarówno pracownicy biurowi, zarówno obsługa techniczna biura, jak i pracownicy którzy zajmują się realną produkcją, obrabianiem i transportem produktów. Dlaczego jedni są opłacani nad wyraz dobrze, a inni tak, że ich pensja urąga już nie tylko godności człowieka, ale nie wystarcza na biologiczne przetrwanie?

Przyczyną jest przyzwolenie. Zwykłe, ludzkie przyzwolenie, podług tego, co lansują tacy ludzie jak Janusz Korwin Mikke czy Leszek Balcerowicz. Według religii o nazwie „niewidzialna ręka wolnego rynku” – jest tak dlatego, bo pracowników do produkcji jest dużo i łatwo ich zdobyć, więc nie trzeba się wysilać, by ich zatrzymać.

Jednak chodzi mi o to, byśmy popatrzyli na to z nieco innej perspektywy. Owszem, prywaciarz wycenia pracę zatrudnionego u siebie niewolnika na 1600 złotych brutto lub mniej. Jednak, patrząc obiektywnie – czy praca takiego człowieka jest warta TYLKO te 800 – 1100 zł netto? Gdyby nie było tych pracowników, firma by nic nie wyprodukowała, a jej dochód, zamiast tych 30 milionów złotych rocznie, wyniósłby dokładnie zero złotych rocznie.

Pod koniec felietonu, w którym krytykowałem wiele obowiązujących społecznie postaw, pozostaje zadać sobie pytanie, jedno, ale ważne. Czy to, co ja robię – a w pewnym sensie, jest to „zawód” – jest społeczeństwu przydatne? Czy szerzenie świadomości, wiedzy, dobrego słowa – jest potrzebne?

I dalej: czy taka działalność powinna być darmowa, jak sądzą niektórzy idealiści? Czy moralną jest opcja, którą mam u siebie teraz – ten, kto chce, wpłaca mi dotacje, w ramach podziękowania?

Ja uważam osobiście, że tak, pod warunkiem, że prośbę o dotację zamieszczam w artykule / felietonie autorskim. I tego się trzymam. Jeśli człowiek uważa za moralne dać duże pieniądze za tkaniny produkowane za grosze przez niewolników z Bangladeszu, często małe dzieci – to ja uważam za moralną taką pomoc dla mnie.

Jarek Kefir

Możesz mnie wspomóc, jak pisałem powyżej. Dotacje są całkowicie dobrowolne i nieobowiązkowe, w przeciwieństwie do różnych gadzinówek typu GW czy Rzeczpospolita, gdzie za dostęp do artykułów w internecie trzeba wykupić abonament.
Szczegóły są podane poniżej. Serdeczne dzięki!

http://jarek-kefir.org/wsparcie/

Portal Jarka Kefira na facebooku:

Polecam też artykuł z innego serwisu na temat neoliberalizmu, gospodarki, kłamstwa ideologii „niewidzialnej ręki wolnego rynku” – cytat:

Cyt. „Gdy korporacje uruchamiają coraz to nowsze programy bezwzględnych i masowych zwolnień, dotykają one zawsze grupy, które faktycznie odpowiedzialne są za wytwarzanie, przemieszczanie, naprawianie czy choćby podtrzymywanie rzeczy w ruchu. Wskutek tajemniczej alchemii, której nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, w tym samym czasie rośnie liczba ludzi opłacanych jedynie za przekładanie papierów; coraz więcej tego typu zatrudnionych, podobnie jak w Związku Radzieckim, formalnie pracuje 40 czy nawet 50 godzin tygodniowo, jednak efektywny czas ich pracy równa się co najwyżej 15 godzinom, dokładnie tak, jak przepowiedział to Keynes. Resztę ich czasu pochłania natomiast uczęszczanie bądź organizowanie seminariów motywacyjnych, aktualizacja profili na Facebooku czy ściąganie seriali.

Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (przypomnijcie sobie tylko, do czego doprowadziło zbliżenie się do takiego stanu rzeczy w latach 60. ubiegłego wieku). (…)

Mamy tutaj do czynienia z przemocą psychologiczną o głębokich skutkach. Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia? Swoisty geniusz naszego społeczeństwa polega między innymi na tym, że jego władcy zorientowali się, że owe negatywne emocje należy odpowiednio ukierunkować. (…) Najlepiej wycelować go w ludzi, którzy usiłują wykonywać faktycznie coś znaczącą pracę. Na przykład: panuje generalna zasada, że im bardziej, obiektywnie patrząc, jakaś praca jest pożyteczna dla ogółu, tym mniej należy za nią płacić”

Czytaj więcej tylko w linku poniżej:

http://nowyobywatel.pl/2013/09/23/fenomen-gowno-wartych-prac/

Ustawa o obcych funkcjonariuszach: niemieckie wojska już w Polsce! [FOTO]

Ciąg dalszy afery związanej z ustawą o obcych funkcjonariuszach / policjach w Polsce

Przy okazji ustawy o obcych funkcjonariuszach i policjach, mogących właściwie bez przeszkód prowadzić operacje na terenie III RP – należy przypomnieć mój wcześniejszy tekst:

Świat rodem z Orwella: postępy w 2014 roku. Ustawa nr 1066 o udziale obcych funkcjonariuszy / policji w Polsce

Polecam go najpierw przeczytać dla tych, którzy nie znają tematu. Nie, tym razem nie jest to histeria typowa dla pewnych barwnych środowisk patriotycznych. Funkcjonariusz obcych służb / policji będzie mógł Cię zatrzymać, a Ty nie będziesz wiedział, z jakich powodów, jakie są procedury i jakie przysługują Ci prawa. Bo procedury są tak niejasne.

Poniższe zdjęcia przedstawiają transporter armii niemieckiej przed hotelem Holiday Inn w Bydgoszczy na ulicy Bernardyńskiej. Był tam 1 generał, jeden żołnierz podwyższonej rangi i dwóch żołnierzy szeregowych. Ponoć mieli wcielić rezerwistów, i widać dużo wojskowych w Bydgoszczy ostatnio. W Bydgoszczy ma się mieścić siedziba Pomorskiego Okręgu Wojskowego.

Ustawa 1066 o obcych policjach – zdjęcie nr 1, Bydgoszcz:

ustawa o obcych policjach

Ustawa 1066 o obcych funkcjonariuszach – zdjęcie nr 2, Bydgoszcz:

ustawa o obcych funkcjonariuszach

Powyższe zdjęcia dzięki uprzejmości użytkownika FB, nie podaję jego danych, co jest zrozumiałe – może sobie tego nie życzyć.

Możesz mnie wspomóc, jeśli chcesz. Dzięki temu wydajność mojej, ale też Twojej strony – Kefir 2010 – będzie większa. Link:

http://jarek-kefir.org/wsparcie/

Portal Jarka Kefira na facebooku: