Reklamy

Kategoria: Polityka i społeczeństwo

Snowden: przerażająca wizja świata Orwella jest już faktem

Edward Snowden: prywatność powoli zaczyna być historią..

Były agent amerykańskiej agendy rządowej NSA i autor najbardziej szokującego przecieku szpiegowskiego roku 2013, w wywiadzie dla telewizji Channel 4 twierdził, iż nasza rzeczywistość zbliża się do wizji George Orwella. Obraz, który kreśli amerykański agent, jest niezwykle ponury i przypomina powieść „Rok 1984” autorstwa Orwella.

Dziś już można domniemywać, że wielu ludzi nie zna tej książki. Jest to powieść napisana w roku 1949 przez George Orwella, w której jest przedstawiony świat pełen inwigilacji i podsłuchów. Kontrolę nad tym systemem miał mieć Wielki Brat. Ta książka, choć trudno odmówić jej miana wizjonerskiej, miała być inspirowana systemem komunistycznym. Stąd aż do roku 1989 była ona w Polsce nieobecna.

Należy powiedzieć, że George Orwell przepowiedział kierunek rozwoju tego globalnego systemu inwigilacji, choć nie do końca zdawał sobie sprawę do czego to doprowadzi dzięki rozwojowi technologicznemu. Ciekawą kwestią jest także fakt, że autor „Roku 1984” przewidział również inne aspekty świata inwigilacji totalnej. Wśród nich należy wyszczególnić np nowomowę, czyli specyficzny polityczny slang, zamazujący prawidłowe znaczenie pojęć. Tego typu slang z reguły istnieje zawsze w życiu politycznym – obojętnie czy chodzi o zebrania partyjne PZPR czy obrady oświeconego Parlamentu Europejskiego.

Orwell stworzył też pozycję nieosoby ( „unperson”) i w dzisiejszych czasach dzięki politycznej poprawności niebezpiecznie zbliżyliśmy się do tego, że każdy z nas z jakiegoś powodu może zostać uznany za winnego odstępstwa od jakiegoś z ustalanych odgórnie prawideł odnośnie tego, na jaki temat tego wolno, a na jaki nie wolno aktualnie mówić czy pisać. Wkrótce zapewne książka taka jak „Rok 1984” będzie musiała być zakazana, chyba, że tak zwany system edukacji doprowadzi do zupełnego zidiocenia społeczeństwa.

We wspomnianym powyżej wywiadzie Edward Snowden powiedział, że świat orwellowski jest już faktem, a on ostrzegał, że prywatność obywateli przestaje istnieć. Prawie każdy z nas ma w kieszeni telefon, który działa jak urządzenie lokalizacyjne i na dodatek podsłuchowe. Niektóre z modeli smartfonów mają wbudowane specjalne „serwisowe” aplikacje, które logują nawet sekwencje wpisywane przez klawiaturę i to zarówno hardware jak i software.

Według Snowdena jesteśmy w trakcie bolesnego uzmysłowiania sobie, że właśnie tracimy prawo do jakiejkolwiek prywatności, a władza, czyli Wielki Brat na sterydach, wie o nas już wszystko i śledzi każdy nasz krok między innymi dzięki naszej ochoczej współpracy na portalach społecznościowych. Czy prywatność można jeszcze uratować? Coraz więcej osób twierdzi, że nie i czas przyzwyczaić się do tego, że wszystko jest publiczne.

Źródło: http://zmianynaziemi.pl/

Reklamy
Reklamy

Polska lokalna korupcją i aferami stoi!

Oto codzienność samorządów: Polska lokalna korupcją i aferami stoi!

korupcja w Polsce

List publikuję w całości by ukazać pewne mechanizmy życia na prowincji (w samorządach) III RP. Czyli w tzw. Polsce lokalnej, gdzie wilkowyjskie gminy żelazną ręką trzymają samorządowcy, kilku lokalnych biznesmenów, proboszcz, a wszyscy związani z lokalnymi mafiami.

O ile Polska jako całość to grabież naszego majątku, korporacje nie płacące nawet grosza podatków, przekręty, gdzie kwota kilkudziesięciu miliardów dolarów to nużąca codzienność – o tyle wilkowyjskie gminy to nieco inny rodzaj polskiego bagienka. Wilkowyjskie gminy to kilka stanowisk pracy w lokalnej szkole, aptece, sklepach, urzędach – zawłaszczone przez „krewnych i znajomych królika”. Dla pozostałych praca jest, owszem – kelner, płatne 3,5 złotego za godzinę. Tak, Polska to nie tylko Warszawa, gdzie ludzie zarabiają tak „ogromne” pieniądze jak 1600 zł brutto, ale także te gminy, gdzie jedyna robota to na czarno i za 600 zł netto miesięcznie.

Wilkowyjskie gminy to także zasada omerty – zmowy milczenia wobec lokalnych samorządowców, biznesmenów i mafii, działających przecież razem, i patrzących, jak wyrwać geld zarówno od góry (rząd, województwo) jak i od dołu (podatnicy – niewolnicy).

Zastanawia mnie, kto będzie na nich pracował za te 3 złote za godzinę, gdy każdy już stąd ucieknie.

-przyp. Jarek Kefir

Nasza mała Białoruś. Małemu Tuskowi wolno było pisać, a mojego syna linczują!

Cytuję: „Postanowiłem napisać ten tekst aby Państwu pokazać szczególnie w okresie Świąt Bożego Narodzenia jak żywe jest Słowo Boże i Jego przesłanie. Po publikacji listu mojego Syna do Premiera RP na portalu wadowiceonline.pl, w komentarzach posypały się gromy na głowy moją i mojej Żony. Fałszywe oskarżenia o manipulację dzieckiem. Moim zdaniem inspirowany atak na mnie i moją rodzinę, wpisanie komentarzy przez te same osoby miały swój z góry założony cel. Komuś wpadło do głowy, że oto mogę być zagrożeniem dla tej władzy (wadowickiej) i zawczasu należy temu przeciwdziałać. Rozpoczęto więc tę walkę znanymi i sprawdzonymi do tej pory metodami. Zniszczyć za wszelką cenę i wszelkimi metodami.

Jak już poinformowałem dziennikarzy portalu Pressmix wystąpię o zabezpieczenie IP komentujących co pozwoli w przyszłości pokazać Państwu do czyich komputerów tym razem dostał się haker Kocicho lub jego koledzy. Lista nie będzie zaskoczeniem dla wielu z Państwa bo inne komentujące osoby demaskują autorów i wskazuje na powiązania z obecnie sprawującymi władzę. Dla uspokojenia nerwów i dla zaoszczędzenia sił zmobilizowanych przeciwko mnie i mojej żonie informuję, że nie mam ambicji politycznych, nie zamierzam startować w wyborach samorządowych, ani też innych.

Mam na tyle pokory aby uznać większą przydatność i większe predyspozycje do sprawowania mandatu radnego czy burmistrza przez inne osoby. Nie popieram absolutnie obecnego układu władzy w Wadowicach, a to w związku z zaistniałymi faktami i sposobem sprawowania władzy zwłaszcza w ostatnich 2 latach. Osobiście uważam, że gorszego przewodniczącego Rady Miasta nie mieliśmy do tej pory, to jest moja osobista ocena i mam do niej prawo. Osobiście uważam, że wpływ jaki ma rzecznik urzędu na decyzje i to co się dzieje w mieście jest daleko poza jego kompetencjami. Nie ukrywam swoich ocen i stąd ataki ma mnie i moją rodzinę.

Odważyłem się oddać legitymację partyjną na znak protestu i odpowiednie udokumentowane stanowisko w tej sprawie upubliczniłem w obronie moim zdaniem pokrzywdzonych członków PiS. Niebagatelny wpływ na moją decyzję miało zaangażowanie się w działanie struktury partyjnej, a raczej wpływ na decyzje w tej strukturze, przez „bezpartyjną” burmistrz. Nie godziłem się i nie godzę z faktem piastowania stanowiska przewodniczącej powiatowej struktury PiS przez osobę podwładną burmistrz, kierowniczkę w U.M Grażynę Ramos przy jednoczesnym zaangażowaniu się męża Wiesława Ramos (dyr. basenu) w strukturach partyjnych PO. Osobiście uważam to za asekuranctwo polityczne, a dodatkowe powody takiej sytuacji znam i pozostawiam dla siebie dzisiaj jeszcze nie czas na przekazanie pełnej wiedzy na ten temat i kulis „wielopartyjności” w Wadowicach.

Wracam do sprawy zasadniczej. Mam kilka pytań do autorów komentarzy pod opublikowanym listem mojego Syna:
1. Czy uważacie Państwo, że Donald Tusk wykorzystywał swojego syna do celów politycznych?
2. Czy należą się Żonie Pana Donalda Tuska , Małgorzacie Tusk Wasze słowa krytyki, potępienia i ew. zawiadomienia Rzecznika Praw Dziecka?
3. Czy w związku z upublicznieniem tego co pisał Michał Tusk, rodzina Tusków popełniła „samobójstwo polityczne”?
4. Czy w Polsce istnieje zakaz pokazania działalności własnego dziecka, które dorównywałoby intelektualnie poziomowi Michała syna Premiera?
5. Czy jeszcze 8 letni Franek ( ur. 08. kwiecień) nie może dorównywać 7 letniemu Michałowi Tuskowi lub być lepszym w pisaniu?
6. Czy władza zarezerwowała dla swoich Rodzin przywilej inteligencji, pomysłowości, kreatywności i możliwości swobodnego wypowiadania się?

Uzasadnię teraz treść zawartą w pierwszym zdaniu.
Aniołek przyniósł mojej Żonie w prezencie poza innymi rzeczami książkę Pani Małgorzaty Tusk „Między nami”. Kiedy trwała nagonka na mnie i moją Żonę w komentarzach pod listem Syna, cieszyliśmy się Świętami i prezentami. Żona zasiadła do lektury wspomnianej książki i oto na stronie 258 upubliczniona kopia tego co pisał 7 letni Michał Tusk. Wygląda na to, że Żona Pana Premiera, Pani Małgorzata ma wiele szczęścia, że nie mieszka w Wadowicach i tu w tym mieście gdzie wszystko się zacięło nie opublikowała swojej książki.

Kolejne pytania same cisnął na usta:

I. Jak to jest, że syn Premiera miał prawo pisać „Przegląd Polityczny”, a mój nie ma prawa napisać listu do kogo zechce?
II. Czemuż to takiego prawa odmawia się mojemu Synowi?
III. Dlaczego tak z pozoru mała sprawa uruchomiła tak wielką akcję ?
IV. Skąd tyle jadu i złości w tym szczególnym czasie?
V. Po co insynuacje, podteksty i drugie dna itp. w komentarzach?
VI. Kto poczuł się tak bardzo zagrożony?
VII. Czy władza uznała, że Franek jej zagraża?
VIII. Czy ta władza jest tak krucha, że po referendum zatrząsnąć nią może list 8 letniego chłopca?
IX. Dlaczego zaangażowani w negatywne komentarze komentują coś czego w ogóle nie ma w treści listu?

Odpowiedź na te pytania mam jedną, uniwersalną – bo Wadowice, pod obecnymi rządami i miejscowym układzie partyjnym to „Nasza mała Białoruś”.

Chcę zawrzeć w tym tekście jeszcze kilka informacji.
W naszej Rodzinie nie stosuje się zasady „dzieci i ryby nie mają głosu”, w naszej Rodzinie nie ma spraw tajnych i odpowiedzi do Franka w stylu „to nie twoja sprawa” oraz” nie wtrącaj się gówniarzu” itp. …

Franek widząc wyrządzoną krzywdę Matce w czasie referendum, pytał o powody takiego działania, uzyskał prawdziwe odpowiedzi na zadane pytania. Franek był świadkiem rozmów o nieuczciwych kontrahentach i też o to wypytywał. My Dziecka nie okłamujemy i traktujemy jak partnera w rozmowach. Całe szczęście, że Franiu w swoim liście nie napisał tego co czasem padnie z jego ust jako komentarz wiadomości telewizyjnych. Ostatnio usłyszałem od Franka w związku z marszem 13 grudnia – „no i da się bez bicia przemaszerować”?

Aby rozwiać wszelkie wątpliwości i aby niepotrzebnie nie trudzili się „zatroskani”, którzy w podtekstach i insynuacjach próbują przekazać „straszną moją mroczną przeszłość” informuję, że już w pierwszych miesiącach abstynencji publicznie mówiłem o swoim uzależnieniu. Przez 20 lat mojej abstynencji nic się nie zmieniło, mogę powtórzyć – jestem osobą uzależnioną od alkoholu i dlatego po niego NIE sięgam.

Jednocześnie oświadczam, że dziękuję Bogu, że ze wszystkich możliwych śmiertelnych chorób, doświadczyłem uzależnienia, bo dało mi to możliwość zmian, przez uzależnienie własne mogłem pomagać innym. Przez kilkanaście lat byłem pełnomocnikiem burmistrz Wadowic ds. Realizacji Gminnego Programu Profilaktyki, w ramach swoich obowiązków realizowałem wiele ze swoich pomysłów i programów (w tym półkolonie dla dzieci, utworzenie Centrum Pomocy Rodzinie i wiele innych). Dało mi to możliwość poznania z bliska wielu osób u władzy, poznałem wiele mechanizmów i sposobów sprawowania władzy w Wadowicach, nie wszystkie akceptowałem i nie ze wszystkimi się godzę. Myślę, że to też ma wpływ na taki zmasowany atak na mnie.

Moja Żona, Franek nie widzieli mnie nigdy pod wpływem alkoholu ani nie widzieli abym kiedykolwiek pił alkohol. Wszystkie osoby, które doświadczyły jakiejkolwiek krzywdy lub nieprzyjemności z powodu mojego uzależnienia – jeszcze raz po 20 latach przepraszam.

Niestety nie wszystkim dane było zaprzestać picia przed śmiercią. Kiedy rozejrzymy się wkoło dostrzeżemy wielu cierpiących z tego powodu i wiele rodzin dotkniętych uzależnieniem członka rodziny. Niestety dotyczy to każdego bez względu na pozycję społeczną i status majątkowy.

Problem tan dotyka „demokratycznie” wszystkich.

Wszystkim cierpiącym – trwającym w uzależnieniu, życzę aby nowy 2014 rok przyniósł zmiany w ich życiu, aby dane Im było wyrwać się z uzależnienia. Życzę aby doświadczyli wspaniałego uczucia wolności po zniewoleniu przez alkohol czy narkotyki. Tym, których bliscy odeszli z powodu uzależnienia składam wyrazy współczucia i zapewniam o zrozumieniu. Życzę uwolnienia się od poczucia winy czy wstydu, Tym, którzy jeszcze taki ciężar noszą.

Kazimierz Zieliński

Źródło: Redakcja Pressmix

Zapraszam na wydarzenie: „Brońmy Franka i jego rodziny!” na FB:
https://www.facebook.com/events/587558214631855/

A tutaj instrukcja, jak zaprosić w szybki sposób wszystkich swoich znajomych do powyższego wydarzenia:
http://marcinkaminski.pl/jak-zaprosic-wszystkich-znajomych-na-wydarzenie-na-facebooku/

-przyp. Jarek Kefir

Telemarketerze, skąd do cholery masz mój numer?! Oto „wolny rynek” w pełnej krasie!

Konsultanci i telemarketerzy bezprawnie nękają telefonami

Telemarketerzy różnych firm telefonują do nas po to, by coś zaoferować. Są oni w stanie przez 20 minut gadać o nowoczesnych zestawach do gotowania czy spania, co leczą wszelkie choroby. Jednak udzielić odpowiedzi na nasze pytanie – skąd mają nasz numer – nie mogą. I żaden z nich nie może.

„Witam, czy mam przyjemność z właścicielem tego telefonu?” pyta, telefonując na prywatny numer telefonu. Jest to telemarketer firmy Eco Vital, która uważa, że jest „specjalistą od zdrowego trybu życia”. Klientom tej firmy kojarzy się jednak z horrendalnie podniesionymi cenami produktów, a Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów – z zabronionymi praktykami handlowymi, za które firma ta została ukarana kwotą w wysokości 200.000 złotych.

-„Chcę zaprosić panią na prezentację nowoczesnych produktów do kuchni, na której odbędzie się też wystąpienie znanej osobistości” – utrzymuje telemarketer. Czemu dzwonię na ten numer? Ponieważ jest on zarejestrowany w systemie.

Nazajutrz drugi telefon. Tym razem telefonuje konsultant z firmy Welmax, która sprzedaje komplety „luksusowej” pościeli (materac, poduszki, kołdra za 8.000 złotych) i zestawy naczyń kuchennych „dla koneserów” kosztujące ponad 5.000 złotych.

-„Dzwonię, bo chciałbym namówić panią do skorzystania z rabatu. Skąd posiadam ten numer telefonu? Nie wiem, chyba z PKT – mówi.

Nękani telefonami

Niewielu rozmówców interesuje się skąd telemarketerzy znają ich prywatny numer komórkowy. Satysfakcjonującej odpowiedzi jednak nie otrzymują.

– Do mnie ciągle wydzwania jakieś krakowskie wydawnictwo sprzedające album z papieżem. Ilekroć ich pytałem dlaczego właśnie do mnie, słyszałem, że mój numer jest ogólnodostępny. A przysięgam, że odkąd go mam, czyli piętnastu lat, ani razu nie zostawiłem byle gdzie, nie wiedząc w jaki sposób ten numer zostanie wykorzystany – opowiada pan Krzysztof z Gdańska.

Adriana z Zielonej Góry też nękają sprzedawcy telefoniczni. – Kiedyś jednego przycisnąłem. Powiedziałem: mów pan, bo inaczej zadzwonię do urzędów, co bronią konsumenta. Do wszystkich zadzwonię, żeby z tym coś zrobili. A konsultant na to: panie, wyjaśniaj to z książkami telefonicznymi. Ja z tym wspólnego nic nie mam, tylko dzwonię. Też prawda – rozkłada ręce mężczyzna.

PKT nie ma w bazie

O obecność swoich personaliów w Polskich Książkach Telefonicznych postanowiłam zapytać, domniemanego winowajcę rozpowszechnienia danych osobowych, czyli właśnie PKT, występującego teraz jako pkt.pl. – Proszę złożyć pismo w tej sprawie albo wysłać zgłoszenie elektroniczne na podany na stronie adres mailowy – miłym głosem zachęciła pracownica infolinii. Wysłałam natychmiast, odpowiedź dotarła po trzech tygodniach.

Agnieszka Bukowska, koordynator telefonicznej obsługi posprzedażowej w PKT, informowała, że ani specjaliści do pozyskiwania i aktualizacji danych, ani pracownicy działu IT nie znaleźli moich danych w bazie PKT. „Natomiast zastanowiło nas – kontynuowała koordynatorka w piśmie – że pisze Pani w mailu o spisie abonentów – my nie prowadzimy spisu abonentów prywatnych. By do końca wyjaśnić kwestię bardzo proszę o przesłanie do mnie linku, pod którym są widoczne Pani dane, a postaram się szybko ustalić, jak mogło dojść do naruszenia Pani praw i kto ponosi za to odpowiedzialność.”

Też chciałabym wiedzieć, gdzie znajdują się moje dane, tak że wszyscy mają do nich dostęp.

– Ja również dzwoniłem do książek telefonicznych. Mi rozmówca radził zwrócić się do operatora komórkowego, ponoć to sieci wymieniają się między sobą numerami swoich abonentów i udostępniają je osobom trzecim – jest przekonany pan Krzysztof. Czytelnik zadzwonił na infolinię Plusa. – Powiedzieli, że nie udostępniają, bo ochrona prywatności abonenta jest dla nich najwyższym priorytetem – dodaje mężczyzna.

– Posiadamy własne biuro numerów Play – informuje także Joanna Kwiatkowska, specjalistka ds. PR w sieci Play. – Jeżeli ktoś chce uzyskać numer naszego abonenta, może skorzystać z biura numerów Play. Jednak nasz klient musi zaznaczyć zgodę marketingową na udostępnienie swojego numeru – Joanna Kwiatkowska dodaje również, że Play nie przekazuje danych swoich abonentów do Ogólnokrajowego Spisu Abonentów i Ogólnokrajowego Biura Numerów.

OBN i OSA

Ogólnokrajowy Spis Abonentów oraz Ogólnokrajowe Biuro Numerów zostały utworzone z nakazu Unii Europejskiej. Według wspólnotowego prawa, lista numerów telefonicznych, zarówno stacjonarnych, jak i komórkowych, wszystkich abonentów musi istnieć w każdym kraju członkowskim, czyli w Polsce też. Obowiązek sporządzenia takich list przypadł Telekomunikacji Polskiej (Orange TP S.A.). Pierwsza z nich – OSA – wychodzi w formie drukowanej, a druga – OBN – udostępniana jest drogą telefoniczną.

Abonent nie może się znaleźć na tych listach, nie wiedząc o tym. „Zamieszczenie w OSA lub OBN danych identyfikujących abonenta będącego osobą fizyczną może nastąpić wyłącznie po uprzednim wyrażeniu przez niego zgody. Jednocześnie zgoda ta nie może być domniemana lub dorozumiana z oświadczenia woli o innej treści” – informują użytkowników Urząd Komunikacji Elektronicznej i Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.

Potwierdza to również biuro prasowe Orange Polska. – Stosowne oświadczenie woli abonent składa w formie pisemnej. Może je złożyć w chwili zawierania nowej umowy na usługi telekomunikacyjne lub wypełniając oświadczenie woli pobrane ze strony internetowej. Abonenci innych operatorów telekomunikacyjnych składają oświadczenia woli u swojego operatora – wyjaśnia Maria Piskier. Zapewnia też, że zgodę na wykorzystywanie swojego numeru i personaliów można wycofać w każdym momencie w salonach albo przez telefon. Nie można jednak usunąć danych, których wcześniej się nie udostępniało.

Pani na liście nie ma

– To jest jakiś nonsens – oburza się pan Krzysztof. – Telemarketerzy powołują się na dane dostępne w PKT lub OSA, ale firmy zarządzające listami abonentów zaprzeczają jakoby miały je w swoich spisach. Dzwonię do Ogólnokrajowego Spisu Abonentów, aby sprawdzić status swoich danych: – Mam w systemie tylko jedną osobę o takim samym nazwisku jak pani – odpowiada konsultantka. Pytam, czy to ktoś z mojej rodziny, podaję imiona. – Tego pani nie powiem, ale mam w bazie numer stacjonarny. W sprawie numerów komórkowych proszę dzwonić do Ogólnopolskiego Biura Numerów.

Dzwonię więc do OBN, podaję nazwisko i adres do identyfikacji. – Nie mam w systemie osób o tym nazwisku – słyszę od konsultantki. – To jest pewne? – Tak, nie posiadamy pani danych osobowych. To skąd one wypłynęły? Póki się zastanawiałam, znowu zadzwoniła telemarketerka z firmy Welmax. – Przecież wielokrotnie prosiłam, żeby państwo usunęli moje dane osobowe ze swojej bazy i więcej nie nękali mnie telefonami – oburzam się. – Numer telefonu to nie dane osobowe, więc nie podlega pod ustawę o ochronie personaliów – odpowiada bez skrępowania telemarketerka.

Fakt, sam numer telefonu nie mieści się w definicji danych osobowych. Podobnie jak sam adres albo samo nazwisko. GIODO za dane osobowe uważa wszelkie informacje, dzięki którym można zidentyfikować daną osobę. Jest to, na przykład, numer PESEL – niepowtarzalna sekwencja znaków określająca konkretnego człowieka. Albo ciąg informacji, dzięki którym można określić tożsamość ich właściciela.

Firmy handlowe twierdzą, że nie przechowują numerów. Ponoć wybiera je losowo program komputerowy. A skoro tak, abonent nie może korzystać z praw gwarantowanych przez ustawę o ochronie danych osobowych: mieć wgląd do personaliów, poprawiać je i usuwać. Postanowiłam jednak spróbować. Zadzwoniłam na infolinię Eco Vital z żądaniem likwidacji mojego numeru z ich bazy. – Oczywiście, jak sobie pani życzy – rzucił bez entuzjazmu konsultant. – Więcej do pani nikt z naszej firmy nie zatelefonuje.

Nic z tego. Kilkanaście minut później zadzwoniła konsultantka z Eco Vital: – Chciałam zaproponować spotkanie – zaczęła rozmowę. – Dlaczego dzwonię? Bo system wybrał ten numer. Skąd go ma? No bo pani numer jest ogólnodostępny!

Julia Wizowska
http://biznes.onet.pl

Największa fala kryzysu wciąż przed nami! „Nastąpi całkowita zmiana systemu monetarnego”

Kryzys gospodarczy na świecie dopiero będzie!

Polecam też inne wpisy odnośnie ekonomii i gospodarki na blogu Jarka Kefira:
III RP upada kawałek po kawałku? Komornik zajął całą gminę
Europa wchodzi w najpotężniejszy od ponad prawie 60 lat kryzys
Co dało Grecji członkostwo w tzw. zjednoczonej Europie?
UE do Tuska: gigantyczny skok na OFE nic nie da, deficyt i tak nastąpi
Opodatkowanie pracy w Polsce to aż 69%. Gdzie się podziewają te pieniądze?

Kryzys to dopiero będzie!

Cyt. „Wszystko wskazuje na to, że do 2020 roku będziemy mogli obserwować powstanie nowego systemu monetarnego. Zmiana takiego systemu następuje najczęściej co 3, 4 dekady. Poprzednia odbyła się w 1971 roku, kiedy ówczesny prezydent USA zniósł parytet złota. Jeśliby po kryzysie gospodarczym roku 2008 zniesiono obecny system, to powyższa norma statystyczna zostałaby zachowana. Jednak stało się coś niespodziewanego – system ten został sztucznie i wbrew logice, reanimowany ogromnymi ilościami zamrożonych transferów, i obecnie rozkłada się na naszych oczach..

Każda taka zmiana rodzi niesamowite konsekwencje, tak dla poszczególnych indywidualności, jak i dla całych narodów. Jednam zmiany mają to do siebie, że dla ludzi niekumatych „następują”, zaś dla ludzi obeznanych z zakulisowymi grami – „zachodzą”. Większość społeczeństwa żyje z dnia na dzień. W realiach, gdy wczorajszy komentarz na facebooku to wręcz „prehistoria”, a ludzie są podenerwowani gdy kilka chwil nie odpisujesz na wiadomość SMS, naprawdę niewielu podejmuje się trudu poszukiwania w historii. A to w tej dziedzinie wiedzy najszybciej można znaleźć wyjaśnienie tego, co zachodzi w dzisiejszym świecie.

Wiadomo, że zmiana tego systemu monetarnego, to nie kwestia zadania sobie pytania: „czy to nastąpi?” ale: „kiedy to nastąpi”. Ta zmiana wykaże duży wpływ na Twoją codzienność, i to obojętnie czy Ci się to podoba czy nie (mniemam, że nie..) i czy interesujesz się sprawami ekonomii i gospodarki, czy nie. Jeśli chcemy zrozumieć skalę przemian i ich następstwa, musimy sięgnąć do wieków minionych, do historii. I to bardzo daleko, bo aż tysiące lat temu..

Wszystko zaczęło się w latach 680-630 p.n.e. w Lidii, historycznej krainie w Azji Mniejszej. Wtedy to po raz pierwszy pieniądz (złoto) zyskał jedną z najważniejszych cech waluty, czyli zamienność (więcej o tym: http://thespinningtopblogger.wordpress.com/2013/11/10/waluta-a-pieniadz/). Mieszkańcy Lidii wpadli na genialny w swej prostocie pomysł, na który nie zdołali wpaść Egipcjanie. Z grudek złota, które miały różny rozmiar i wagę, co utrudniało handel, zaczęli bić monety o tej samej wadze i rozmiarach. Pomysł chwycił, a gospodarka Lidii rozkwitła.

Złote monety bardzo szybko dotarły do Aten. Dzięki nim Ateńczycy stali się pierwszym społeczeństwem z w pełni funkcjonalnym systemem podatkowym i wolnym rynkiem. Pociągnęło to za sobą bezprecedensowy dobrobyt, dynamiczny rozwój gospodarczy i kulturowy oraz ekspansję militarną. Gdyby nie ten prosty pomysł, być może nie uczylibyśmy się dziś w szkołach o Atenach jako kolebce filozofów i demokracji.

Dlaczego zatem tak piękny okres w historii ludzkości zakończył się upadkiem społeczeństwa, które stawiamy sobie za wzór i które stworzyło podwaliny naszego obecnego systemu? Stało się tak głównie przez chciwość i wojnę. W pewnym momencie Ateńczycy wdali się w konflikt ze Spartą. W trakcie tego konfliktu stracili dostęp do swoich kopalni złota, a musieli płacić żołnierzom walczącym daleko poza granicami kraju. Przez to liczba monet w obiegu w samych Atenach sukcesywnie się zmniejszała, co powodowało deflację. Aby zrekompensować niedobór monet w obiegu, około roku 434 p.n.e. Ateńczycy zaczęli dewaluować złote monety, dodając do nich miedź. Wystarczyło je przetopić i dodać powiedzmy 50% miedzi. Wtedy z 1000 monet robiło się 2000. Procent miedzi w złotych monetach bitych przez Ateńczyków oczywiście stopniowo się zwiększał…

Początkowo ludzie nie zauważali różnicy. Moneta to przecież moneta. Dziś też większość z nas nie zastanawia się, co jest np. w kurczakach z KFC – kurczak to kurczak. Ale z czasem Ateńczycy zorientowali się, że część monet ma niższą wartość. Zaczęli zatrzymywać te najcenniejsze dla siebie, a wydawać miedziaki. Zadziałało Prawo Greshama (gorszy pieniądz wypiera lepszy). W latach 431-404 p.n.e. monety ze 100% zawartością złota stopniowo wychodziły z obiegu. Nagle okazało się, że za jedną złotą monetę trzeba było dać kilkanaście miedziaków. Wtedy to złoto po raz pierwszy miało swoją cenę. Jak to się skończyło? Pierwszą w historii hiperinflacją, która sprawiła, że w 404 r.p.n.e. Ateny poddały się Sparcie…

W takich momentach najbardziej lubię pytania w stylu: „Ale co mnie to obchodzi?” :-) . Ano powinno, bo dziś robimy dokładnie to samo, co Ateńczycy tysiące lat temu, tyle że w nieco innej formie. Prawo Greshama działa i jest bodaj bardziej aktualne niż kiedykolwiek wcześniej. Ludzie dziś chętnie płacą zdewaluowaną walutą, ale uciekają w dobra o realnej wartości. Czy zastanawiałeś się, dlaczego ceny aktywów, takich jak metale szlachetne, Bitcoin, nieruchomości, grunty, czy dzieła sztuki, biją kolejne rekordy? No właśnie.

Zdaję sobie sprawę, że tak odległa historia może nie do wszystkich przemawiać. Cofnijmy się więc nieco bliżej i do bardziej znanych nam realiów, czyli realiów tzw. świata zachodniego. W latach 1873-1918 Niemcy miały klasyczny standard złota (100%). Oznaczało to, że mogłeś pójść do każdego banku i w kasie wymienić swoją walutę na jej równowartość w złocie – coś jak z kwitkiem na koszulę w pralni. Ale w okresie międzywojennym ten parytet wynosił już tylko 40%. Dziś parytetu nie ma wcale…

Zanim jednak zniesiono parytet złota, wydarzyło się sporo ciekawych rzeczy. Na przykład zrodziła się potęga Stanów Zjednoczonych. W jaki sposób? Otóż zupełnie przypadkiem. Kraj ten miał farta, bo Europa uwikłała się w dwie wojny, w które USA włączały się dopiero w końcówkach. W Europie fabryki zmieniono w jedną wielką machinę wojenną, przez co nie było komu produkować artykułów powszechnego użytku. Tę lukę wypełnili Amerykanie. Zapłata? Oczywiście w złocie. Mówią, że wojna napędza gospodarkę. Tak, ale tylko tych krajów, które w niej nie uczestniczą.

Po drugiej wojnie USA miały 2/3 światowego złota monetarnego, pozostałe regiony łącznie 1/3, a Europa nic. Po ustanowieniu systemu z Bretton Woods Amerykanie zaczęli pożyczać Europie dolary na odbudowę. Dolar był postrzegany jako solidna waluta, bo przecież Stany miały mnóstwo złota, by ją poprzeć. Dzięki temu po wojnie handel międzynarodowy rozkwitł, a świat dynamicznie się rozwijał.

Ale USA zaczęły nadużywać przywileju, jaki dał im los, czyli posiadania waluty rezerwowej świata. Kolejne kosztowne wojny (Korea, Wietnam) i programy socjalne (The Great Society) sprawiły, że maszynki drukarskie pracowały na pełnych obrotach. W 1959 r. prezydent Charles de Gaulle stracił cierpliwość i publicznie zarzucił Amerykanom, że nie mają wystarczająco dużo złota, by pokryć swoją walutę. W efekcie Francja zażądała zwrotu swojego złota. Inne kraje się wystraszyły i zrobiły to samo. Dolary zaczęły wracać do USA, a złoto do Europy (parytet wynosił wtedy 35 USD/1 oz złota). W latach 1959-1971 około 50% złota przywędrowało z powrotem do Europy, bo świat zorientował się, że dolar to nie to samo co złoto. Ich ilość dwunastokrotnie przewyższała ilość złota, dlatego prezydent Nixon nie miał wyboru i w 1971 r. zniósł parytet. Od tego momentu złoto stało się towarem, państwa i ich obywatele zaczęły życie na kredycie, a waluty przestały mieć oparcie w jakimkolwiek dobru materialnym. I tu dochodzimy do czasów współczesnych…

Aktualnie dolar ma oparcie jedynie w…wojsku. Amerykanie wykorzystali przywilej posiadania waluty rezerwowej świata do ekspansji militarnej (podobnie jak Ateny). Było to możliwe, bo każdy chciał dolary. Dziś to się zmienia, a USA najeżdżają kolejne kraje, które nie chcą przyjmować bezwartościowej waluty za realne dobra. Wbrew temu, co mówią media i wszechwiedzący Internet, w Iraku czy Libii nigdy nie chodziło ani o wyzwolenie ludzi z rąk dyktatorów, ani o ropę. Chodziło o to, że Husajn i Kaddafi wypięli się na dolary – pierwszy wybrał euro, a drugi zaczął przebąkiwać coś o złotym dinarze. Obaj skończyli tak samo.

Ale sprawy zaczynają przybierać dla Amerykanów bardzo niekorzystny obrót. Kolejne kraje albo już odzyskały swoje złoto przechowywane przez Bank Rezerw Federalnych, albo domagają się jego zwrotu (m.in. Wenezuela, Szwajcaria, Niemcy, Holandia, Austria). Kraje BRICS zakładają wspólny bank, coś na wzór Banku Światowego zdominowanego przez USA. Chiny pozbywają się dolarów i kupują każdą uncję złota, która jest na sprzedaż, a całą swoją produkcję (w tej chwili Chiny to największy producent złota na świecie) zatrzymują w kraju. Plus wiele innych wydarzeń, mniejszych lub większych, które dla uważnych obserwatorów układają się w jedną całość…

W jaką? Niestety tego nie wiadomo. Jest kilka scenariuszy. Trudno powiedzieć, który się ziści. Wiadomo natomiast, że w momencie upadku dolara w pierwszej kolejności ucierpią kraje, w których obywatele znaczną część swoich dochodów wydają na jedzenie, energię czy transport (mocno podrożeją wszystkie towary notowane w dolarach). Dużo stracą też te kraje, które do końca będą utrzymywać sporą część swoich rezerw w dolarach. Samych Amerykanów upadek obecnego systemu dotknie dopiero na końcu, bo ponad połowa dolarów znajduje się poza granicami ich kraju. Gdy zaczną wracać, bo nikt ich nie będzie chcieć, będą biednieć w oczach.

A oto możliwe scenariusze:

  1. Koszyk walut rezerwowych – czyli wersja podobna do obecnej, tyle że walut ma być kilka, a nie jedna; tak jak teraz będą mieć wartość jedynie względem siebie nawzajem, bez oparcia w żadnym dobru materialnym.
  2. SDR (ang. Special Drawing Rights) – waluta Międzynarodowego Funduszu Walutowego; waluty krajowe byłyby wymienialne na SDR i przeliczane według różnych kryteriów (udział w handlu międzynarodowym, stan zadłużenia itd.); w tym wariancie również nie ma oparcia w żadnym dobru materialnym.
  3. Standard złota – niekoniecznie 100%; oczywiście cena musiałaby odpowiednio wzrosnąć, żeby ograniczona ilość złota w obiegu nie stanowiła bariery dla handlu międzynarodowego oraz odzwierciedlała dodruk waluty co najmniej od 1971 r.
  4. Waluty cyfrowe – szerzej o tym: http://thespinningtopblogger.wordpress.com/2013/11/28/viva-la-revolution/.
  5. Chaos – czyli każdy kraj idzie w swoją stronę; oficjele obrzucają się winą za zaistniałą sytuację, nie siadają przy stole i nie podejmują wspólnej decyzji; w najlepszym wypadku kończy się to brakiem zaufania, politycznym napięciem i barierami w handlu międzynarodowym, w najgorszym – wojną, paniką i społecznym rozkładem.

Mam swoje typy, ale to czysta bukmacherka, więc nie pokuszę się o prognozę, który z tych wariantów się ziści. Pewne są natomiast dewaluacje. Ta sielanka i tak trwa już za długo. Kraje, które od 1971 roku nadmiernie się zadłużyły, będą zmuszone zdewaluować swoje waluty. Czy powinno cię to obchodzić? Dowiesz się przy kasie.

Źródło polskie: http://www.the-spinning-top-blog.mpolska24.pl/

Zobacz też: http://thespinningtopblogger.wordpress.com/

Fałszowanie badań klinicznych i tuszowanie zgonów polekowych jest standardem w farmacji!

Poznaj fakty o badaniach klinicznych nowych leków!

Zapraszam do obejrzenia szokującego filmu dokumentalnego z Wielkiej Brytanii odnośnie badań klinicznych leków i tuszowania skutków ubocznych tychże leków.

Okazuje się bowiem, że praktyka tuszowania ciężkich działań niepożądanych, w tym zgonów, jest bardzo częsta. Nawet lekarze nie znają faktycznych skutków (ubocznych jak i często też tych pożądanych) nowo wprowadzanego leku. Poprzez tuszowanie wyników badań, wychodzi to po wielu latach..

Jedna z firm farmaceutycznych zataiła fakt, że podczas prób klinicznych mnóstwo ochotników zmarło. Wprowadzili lek na rynek, i spowodował on śmierć tysięcy ludzi.

Reguła jest taka, że publikuje się tylko te badania, które są pozytywne dla danej substancji chemicznej.

Największa afera tego typu – afera z lekiem Vioxx – niestety, niczego nas nie nauczyła. Wciąż myślimy, że owszem, to był bardzo drastyczny (50.000 zgonów w USA), ale „tylko jednostkowy” przypadek. Jednak praktyka pokazuje, że nie jest to przypadek jednostkowy, tak się postępuje cały czas..

Gdy boli nas głowa, gdy mamy chandrę, gdy chcemy się uspokoić, ale także – schudnąć, wyleczyć z przeziębienia – co robimy? Idziemy albo do apteki po magiczną pigułkę, albo do lekarza po receptę na tę pigułkę.

Praktyka jednak mówi, że więcej na tym tracimy niż zyskujemy. Rachunek przychodzi nam zapłacić na ogół po 35 roku życia, gdy ciało człowieka jest fizycznym wrakiem, imają się go rozmaite choroby cywilizacyjne, itp.

Aby obejrzeć omawiany tutaj dokument – kliknij na poniższy link i ustaw polskie napisy:

http://www.ted.com/playlists/70/what_doctors_worry_about.html

Jarek Kefir

Portal Jarka Kefira na facebooku:

Czy identyfikujesz się z tym, co piszę?

Uruchomiłem możliwość wsparcia finansowego mojej inicjatywy – głównie chodzi o planowany przeze mnie zakup nowych usług w wordpress. W poniższym linku opisałem jak to zrobić:

http://jarek-kefir.org/wsparcie/

Opodatkowanie pracy w Polsce to aż 69%. Gdzie się podziewają te pieniądze?

Opodatkowanie pracy w Polsce to aż 69%

Poczytaj na tematy ekonomii i kryzysu gospodarczego na stronie Jarka Kefira:
Polska bankrutuje po kawałku? Komornik zajął.. gminę Rewal. Ostatni zgasi światło?
Europa wpada w najgorszy od 60 lat kryzys
Co przyniosło Grecji członkostwo we wspólnocie europejskiej?
Unia Europejska do rządu III RP: skok na składki z OFE nic nie da
Jasnowidz z Kairu ujawnia zaskakujące przepowiednie na 2014 rok
Świat za 100 lat: szokujące oblicze upadku cywilizacji..

Mój blog na portalu facebooku:

wysokie koszta pracy liberalizm

Cyt. „Podatek dochodowy i składki ZUS wynoszą aż 70% wartości wynagrodzenia netto.  Tak poważne opodatkowanie pracy wybija Polakom z głowy chęć podjęcia legalnej pracy na umowę.

Zwykły polski pracownik, pobierając pensję netto, raczej nie wie, jaka byłaby kwota tej pensji, jeśliby nie została zmniejszona o podatki. A wyliczenia wskazują, że wynosiłaby ona 69% więcej. Dużą część naszych zarobków bowiem odbiera budżet państwa w postaci obowiązkowych podatków.

Jak to jest, że nie odczuwamy realnie tak wielkiego ubytku naszych zarobków? Dzieje się tak, ponieważ polski system fiskalny jest bardzo specyficzny. Większość podatków jest bowiem pobierana jeszcze przed wypłatą pensji. Powoduje to tak zwany efekt znieczulenia podatkowego. Pomimo tego że daniny na rzecz państwa są bardzo wysokie, to nie wiemy o tym.

Sporo mówi nam już samo przyjrzenie się wynagrodzeniu w kwocie brutto, które okazuje się być aż o 40% wyższe od pensji, którą otrzymujemy do ręki. To jednak nie wszystko. Znaczna część danin bowiem została przed nami sprytnie ukryta pod postacią „składek po stronie pracodawcy”. Stanowią one kolejne 29% pensji. Formalnie nie stanowią one składowej części wynagrodzenia brutto. Faktycznie jednak stanowią koszt pracodawcy związany z zatrudnieniem pracownika, który w rezultacie otrzymuje wypłatę pomniejszoną również i o te składki. Łącznie więc wszystkie daniny obciążające pensję polskiego pracownika stanowią aż 69% pensji netto. Postaramy się to zobrazować na przykładzie przeciętnej polskiej pensji.

Zgodnie z danymi GUS, przeciętne wynagrodzenie brutto w III kwartale 2013 roku wynosiło 3651,72 zł. Pracownik otrzymuje do ręki kwotę znacznie niższą, gdyż pomniejszana jest ona o następujące daniny na rzecz państwa:

Podatek dochodowy 257,00 zł
Składka zdrowotna (NFZ) 283,58 zł
Składka emerytalna 356,41 zł
Składka rentowa 54,78 zł
Składka chorobowa 89,47 zł
ŁĄCZNIE 1 041,26 zł

Z kwoty wynagrodzenia brutto państwo zabiera 1041,26 zł. Pensja netto, jaką pracownik otrzymuje do ręki wynosi więc:

 3651,72 – 1041,26 = 2 610,46 zł

Nie są to jednak wszystkie daniny, jakimi państwo opodatkowuje naszą pracę. Od każdej przeciętnej pensji pracodawca musi zapłacić jeszcze dodatkowe składki (tzw. „składki po stronie pracodawcy”) w następującej wysokości:

Fundusz Pracy 89,47 zł
Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych 3,65 zł
Składka wypadkowa 70,48 zł
Składka rentowa II 237,36 zł
Składka emerytalna II 356,41 zł
ŁĄCZNIE 757,37 zł

Łączne daniny pobrane przez państwo od przeciętnej pensji wynoszą więc:

 1041,26 + 757,37 = 1 798,63 zł

Łączny koszt pracodawcy związany z zatrudnieniem pracownika to suma kwoty netto oraz danin płaconych na rzecz państwa:

2 610,46 + 1 798,63 zł = 4 409,09 zł

Łączny koszt pracodawcy związany z zatrudnieniem pracownika wynosi więc 4409,09 zł. Na tyle wyceniana jest praca przeciętnego pracownika w Polsce. Ta kwota dzielona jest na dwie pule. Jedna trafia do państwa, które zabiera 1798,63 zł. Pozostałe 2610,46 zł otrzymuje ten, który pracę rzeczywiście wykonał.

Obliczmy jeszcze jaką część pensji netto stanowią państwowe daniny:

1798,63 / 2610,46 zł = 69%

Obowiązkowe daniny pobierane przez państwo stanowią aż 69% wypłacanej pracownikowi pensji netto. O tyle byłaby wyższa pensja polskiego pracownika, gdyby państwo nie konsumowało efektów jego pracy.

podatki w Polsce zus

Polski pracownik etatowy płaci więc słono za to, że podejmuje się pracy zarobkowej. Czy w takiej sytuacji może dziwić fakt, iż legalna praca na etacie coraz częściej staje się działaniem nieopłacalnym?

Źródło: http://www.zus.pox.pl/

Polska bankrutuje po kawałku? Komornik zajął.. gminę Rewal. Wpadnie też do premiera?

Gmina Rewal bankrutuje, komornik zajął kasę gminy

Przeczytaj też o ekonomii i kryzysie gospodarczym na stronie Jarka Kefira:
Europa pogrąża się w najpotężniejszym od 6 dekad kryzysie humanitarnym
Członkostwo Grecji w Unii Europejskiej: poznaj fakty
UE do rządu Donalda Tuska (PO): grabież składek z OFE nic Wam nie da, w 2015 znów będziecie mieli deficyt budżetowy
Jasnowidz z Kairu ujawnia zaskakujące przepowiednie na 2014 rok
Świat za 100 lat: szokujące oblicze upadku cywilizacji..

Strona Jarka Kefira na facebooku:

kryzys gospodarczy w Polsce

Bankrutujące przedsiębiorstwa to już standardowy obrazek polskiej rzeczywistości, nie budzą zdziwienia już upadki szpitali. Jednak jeszcze nigdy nie zdarzyło się, by upadłość musiała ogłosić cała gmina!

Jak pisze gazeta „Super Express”, w gminie Rewal (Pomorze Zachodnie), komornik zajął konto urzędu gminy i przejął zgromadzone na nim środki wpłacone przez obywateli.

Chce on w ten sposób zabrać dwa miliony złotych dla banku, bo ten żąda uregulowania tego długu. Zaś komornik na tej operacji zarobi.. więcej niż 90.000 złotych.

– pisze SE.

Wójt gminy Rewal mówi, że budżet gminy jest pusty, a długi to 115 milionów złotych.

Tylko w jednym banku – Nordea do spłaty pozostaje 30 mln zł. Dwa mln zł z tego to zaległość, na spłatę której bank nie mógł się doczekać. Uzyskał więc nakaz zapłaty i teraz odzyskaniem długu zajął się komornik

– pisze „SE”.

Tylko czekać jak komornicy zaczną zajmować kraj kawałek po kawałku – gminy, powiaty, województwa. Ale zacząć powinni od kancelarii premiera..

Źródła: JUB / „Fakt” / wpolityce.pl