Reklamy

Kategoria: Polityka i społeczeństwo

Kapitalizm i wolny rynek stały się toksyczną religią

Kapitalizm i wolny rynek stały się toksyczną religią

kapitalizm (3)Wklejam dziś artykuł autorstwa Terezy Stöckelovej na temat mitów, w jakie wierzą kapitaliści. Jak się okazuje, mity te nie znajdują potwierdzenia w faktach. Sektor prywatny, ubóstwiany przez gimnazjalnych zwolenników Korwina Mikke i ogólnie prawicę, wcale nie jest taki produktywny. Większość bazowej infrastruktury (sieć telefoniczna, internetowa itp) rozwija kapitał państwowy.

Kłopotem jest to, że prywatne kartele, pomimo tego, że obficie korzystają z dotacji budżetowych, unijnych i wszelkich innych, bezczelnie zrabowanych Ludziom Pracy pieniędzy, nie chcą dzielić się zyskami. Panuje powszechna zasada, że koszty rozwoju infrastruktury – np internetowej – ponosi społeczeństwo, czyli Ludzie Pracy. Zaś zyski z rynku mobilnego (smartfony itp), reklamowego, medialnego, rozrywkowego – trafiają do wąskiej grupy właścicieli prywatnych karteli. Innymi słowy: uspołecznia się koszta, zaś prywatyzuje zyski, choć powinno być to wyrównane.

Prywaciarze i prywatne kartele więc nie tylko wyzyskują w krwiopijczy sposób pracowników, ale również kradną publiczne pieniądze. Słynna anegdota dotycząca polskiej transformacji gospodarczej głosi, iż robotnicy sami sobie stworzyli ten los, niszcząc PRL. Wraz z PRLem odeszły miejsca pracy, w miarę przyzwoite zarobki, w miarę dobra siła nabywcza pieniądza, i ogólnie, został rozmontowany polski przemysł. W istocie, przestrojenie na gospodarkę XIX wiecznego kapitalizmu jest dla polskich pracowników przekleństwem.

Wróćmy jeszcze do tego, co robi Janusz Korwin Mikke. Ten ekstremalnie szkodliwy dla polskiej racji stanu towarzysz z komunistycznym paszportem (w czasach PRLu), ma pewne wyznaczone przez elity zadania. Między innymi, ma uspokajać młodych ludzi, by zamiast wzniecać ogień rewolucji i rozliczać się z kapitalistycznymi wyzyskiwaczami, siedzieli cicho. Korwin Mikke wmawia im coś w stylu: „popracujcie wytrwale te 2, 5, 10 lat za najniższą krajową, zdobądźcie doświadczenie, to wtedy pracodawcy zaczną Was doceniać a Wasze wynagrodzenia wzrosną”.

Tego typu naiwne gadki, niestety, dobrze działają na młodzież. W latach 90-tych za redukcję rewolucyjnego zapału młodych gniewnych odpowiadał inny systemowy bezpiecznik, Jurek Owsiak. Jego metody działania opisało jedne z prawicowych mediów. Obecnie takim systemowym bezpiecznikiem, neutralizującym bunt młodych gniewnych, zadłużonych i pracujących za grosze, jest Korwin Mikke. Nie ma chyba drugiego tak szkodliwego dla polskiej Racji Stanu polityka. Korwin nie rządzi dosłownie, tylko siedzi cicho jak mysz pod miotłą w Brukseli i inkasuje 70.000 zarobku miesięcznie.

Ale Korwin rządzi milionami młodych umysłów – umysłów, którym nakazuje się zapierdalać za 800 zeta miesięcznie. A przecież Ci młodzi ludzie mogliby się zbuntować i zmienić ten system, odmówić tyrania na niewolniczych warunkach. Pomyślcie, co by się stało, gdyby nagle Ci młodzi ludzie umówili się przez internet, i w liczbie dajmy na to – 7 milionów, nie poszli pewnego dnia do pracy? To taki sam dylemat, jak zapytanie, co by się stało, gdyby elity finansowe ogłosiły wojnę, generalicja – mobilizację armii, ale nikt by się nie stawił do wojska. Ani po jednej, ani po drugiej stronie.

koszty pracy w PolsceAutor wstępu: Jarek Kefir

Proszę o podanie dalej tego info!

____________________________________________________________

Niewidzialna ręka wolnego rynku kontra niewidzialna ręka państwa

Cytuję: „Wbrew temu, co głosi znany mit o niewidzialnej ręce, wolny rynek nie jest źródłem innowacyjności. Kluczowym graczem w zakresie innowacji technologicznych i gospodarczych jest państwo.

Włoska ekonomistka Mariana Mazzucato w zeszłym roku opublikowała książkę, w której broni państwa jako kluczowego gracza w zakresie innowacji technologicznych i ekonomicznych. W swej empirycznie ugruntowanej analizie polemizuje przede wszystkim z rozpowszechnionymi mitami, głoszącymi, że inicjatorem innowacji i „wytwórcą bogactwa” społeczeństwa jest w pierwszym rzędzie sektor prywatny. Zabiera tym samym głos w debacie na temat pożądanego stopnia redystrybucji. W tej debacie państwo niejednokrotnie zostaje zredukowane zaledwie do roli regulatora redystrybującego bogactwo wytworzone przez innych graczy społeczno-ekonomicznych. Zdaniem Mazzucato, innowacyjność oraz dystrybucję zasobów – które we współczesnej ekonomii są analizowane i ujmowane oddzielnie – należy zacząć badać oraz zarządzać nimi w ścisłym powiązaniu, jak czynili David Ricardo lub Karol Marks. Właśnie takie podejście – a nie jedynie często przywoływane przez lewicę przejście od gospodarki finansowej do „realnej” – może rozwiązać współczesne problemy gospodarczo-polityczne państw zachodnich.

PRYWATYZACJA ZYSKÓW

Spójrzmy na jeden z przykładów. Jest nim firma Apple, którą często podaje się jako przykład ducha przedsiębiorczości, gorliwej pilności i niewyczerpanej wyobraźni jednostki i jej prywatnego przedsięwzięcia – jak ujmuje to słynne powiedzenie Steve’a Jobsa: Stay hungry, stay foolish [dosł. Pozostań nienasycony, pozostań niemądry; zawsze odczuwaj ciekawość, by osiągnąć więcej i nauczyć się więcej – fraza zachęcająca do utrzymania stanu umysłu otwartego na uczenie się nowych rzeczy, innowacyjność w myśleniu – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”]. Mazzucato jednak pokazuje, że wszystkie kluczowe technologie, na których bazuje święta trójca apple’owskich kasowych hitów: iPod, iPhone oraz iPad, czyli Internet, GPS, mikroelektronika oraz ekran dotykowy, były przez kilka dekad rozwijane dzięki decydującemu udziałowi środków publicznych. Autorka książki nie zamierza odmawiać firmie zasług w sposobie wykorzystania innowacji technologicznych, lecz domaga się uznania zasadniczej roli państwa w stymulowaniu innowacyjności oraz przekonuje, by z tego faktu wywieść konsekwencje ekonomiczno-polityczne.

Skoro Apple czerpał korzyści z rozwoju i badań finansowanych przez amerykańskich podatników, to co oddaje im w zamian? Zwyczajową odpowiedzią na to pytanie są miejsca pracy wytwarzane przez firmy odnoszące sukces oraz płacenie podatków od zysku. W czasach globalizacji rynku pracy i hipermobilności kapitału taka odpowiedź jednak nie przekonuje. Mazuccato podkreśla, że w samych Stanach Zjednoczonych Apple wytwarza stosunkowo mało miejsc pracy, co więcej – są to miejsca słabo opłacane. Według obliczeń ekonomistki, w 2012 r. wartość rocznych dochodów dziewięciu top menedżerów spółki była równa wartości rocznych dochodów 15 tysięcy pracowników sprzedaży. Jeśli zaś chodzi o podatek dochodowy, to tutaj firma wykazała się dużą dawką innowacyjności przede wszystkim w tym, jak unikać obowiązku płacenia podatków lub jak radykalnie zaniżyć ich wysokość.

Mazuccato nie opisuje wspomnianych zjawisk po to, by wywoływać skandal związany z Apple. Spółka bowiem nie robi nic szczególnie wyjątkowego, a jedynie uosabia pewien systemowy problem, który w pewnych sektorach gospodarki (np. w przemyśle farmaceutycznym) jest o wiele poważniejszy. Współczesna polityka wspierania badań, rozwoju i innowacyjności funkcjonuje – podobnie jak świat finansów – z jednej strony na zasadzie uspołeczniania kosztów, strat i ryzyka, a z drugiej na zasadzie prywatyzacji zysków. Nawet jeśli pominiemy kwestię sprawiedliwości społecznej i skupimy się wyłącznie na ekonomii, należy postawić pytanie, skąd państwo ma w takich warunkach pozyskiwać środki wspierające badania i rozwój nowych przełomowych technologii (dziś przede wszystkim pilnie potrzebnych źródeł zrównoważonej energii).

LATA PRACY, DOJRZEWANIA I DOSTRAJANIA

Co należy robić, by słowa Jobsa o nienasyceniu i braku mądrości nie spełniły się w swym najgorszym, dosłownym sensie? Jak państwa mogą się wyswobodzić ze śmiertelnej pętli uspołeczniania kosztów i prywatyzacji zysków? Rozwiązanie z pewnością nie polega na okrajaniu budżetów i wycofywaniu się ze wspierania badań, rozwoju i innowacyjności na ich decydujących etapach. W przełomowych innowacjach technologicznych drugiej połowy XX wieku państwa odegrały zasadniczą rolę. To właśnie one określały wizje i programy, do których później nawiązywały prywatne spółki i z których, w razie sukcesu, czerpały korzyści. Prywatne firmy oraz kapitał wysokiego ryzyka nie są bowiem tak skłonne do podejmowania śmiałych przedsięwzięć, jak często chętnie deklarują. Podczas gdy innowacje wymagają lat pracy, dojrzewania i dostrajania, kapitał korporacyjny jest „niecierpliwy” i wycofuje się, jeśli stosunkowo szybko nie pojawiają się zyski.

Włoska ekonomistka przeprowadza argumentację na dwóch płaszczyznach. Należy przede wszystkim skończyć z reprodukowaniem mitów o skostniałym i nieudolnym państwie, które hamuje innowacyjność, a najwyżej potrafi jej nie przeszkadzać. Tego rodzaju dyskurs jest niebezpieczny, ponieważ odstręcza od państwa potencjalnie zdolnych i w najlepszym tego słowa znaczeniu przedsiębiorczych pracowników. Zdaniem Mazzucato, najbardziej skuteczne gospodarki kapitalistyczne charakteryzują się koegzystencją z aktywnym państwem, które nie boi się ryzykownych inwestycji. Jednak to sektor prywatny, który w końcu wprowadza innowacje na rynek, zazwyczaj rości sobie prawo nie tylko do finansowego, lecz także do symbolicznego uznania.

Równie ważne są wszakże bezpośrednie korzyści finansowe, które powinny stać się udziałem państwa. Jakie rozwiązania wchodzą w grę, skoro polityka podatkowa nie wystarcza? Mazzucato proponuje trzy rozwiązania, jednocześnie podkreślając, że nadal znajdujemy się na samym początku debaty. Pierwsze polega na „złotej akcji”, która gwarantowałaby państwu udział we własności intelektualnej patentów powstałych dzięki wsparciu budżetów publicznych, oraz na narodowym „funduszu innowacji”, do którego spływałyby zyski z wydawanych licencji. Drugie rozwiązanie polega na „pożyczkach zależnych od przyszłych dochodów” udzielanych firmom, podobnie jak ma to miejsce choćby w Wielkiej Brytanii w przypadku pożyczek studenckich na pokrycie czesnego. Jeżeli państwo bezpośrednio wspiera prywatne firmy na pewnym etapie badań, rozwoju i komercjalizacji innowacji, jak dziś często się dzieje, to w razie sukcesu projektu powinno mieć bezpośrednie prawo do części zysku w postaci spłaty pierwotnego finansowego wsparcia lub też w postaci akcji danej spółki (w ten właśnie sposób Finlandia uzyskała udziały w spółce Nokia). Trzecim rozwiązaniem jest dalszy rozkwit zarządzanych przez państwo banków rozwoju, które obecnie z powodzeniem działają w Niemczech, Brazylii czy Chinach.

IMITACJA MITÓW CZY STRATEGII ZAKOŃCZONYCH SUKCESEM?

Zarówno w Czechach, jak i w innych krajach europejskich, od wielu lat trwa debata na temat pożądanej formy polityki innowacyjnej i publicznego wsparcia badań i rozwoju. Zwykle przedstawiciele firm prywatnych zabiegają o to, by podnosić wysokość finansowego wsparcia pochodzącego z budżetów publicznych (np. z rządowych agencji rozwoju lub Ministerstwa Gospodarki), a jednocześnie ograniczyć wsparcie dla „bezużytecznych” badań podstawowych. Natomiast pracownicy akademiccy zatrudnieni w publicznych instytucjach badawczych i na uniwersytetach są zazwyczaj przeciwni wspieraniu podmiotów prywatnych, argumentując, że państwo powinno w pierwszym rzędzie finansować badania podstawowe oraz ewentualnie współpracę sektora publicznego z przemysłem.

Co do takiej, w dużej mierze jednostronnej debaty mogą wnieść analizy Mariany Mazzucato oraz innych autorów, do których ona nawiązuje? W pierwszej kolejności państwo musi zacząć odgrywać rolę aktywnego pioniera i motoru napędowego innowacyjności. Wsparcie ze strony państwa nie może ograniczać się tylko do badań podstawowych – powinno oferować taką możliwość na wszystkich etapach skomplikowanego procesu innowacji. Jednocześnie należy rozwijać konkretne mechanizmy pozwalające na to, by część zysków z projektów wspieranych przez państwo, które zakończyły się sukcesem, przekazać z powrotem do budżetów publicznych (np. rządowe agencje rozwoju mogłyby funkcjonować w trybie pożyczek zależnych od przyszłych dochodów).

Mazzucato nie jest antykapitalistką – w swoim zainteresowaniu wartościami ekonomicznymi pozostaje czystej krwi ekonomistką, czym niewątpliwie będzie drażnić niejednego lewicowca. Z kolei poprzez burzenie mitów o produktywności sektora prywatnego i autonomii rynku zadaje bolesne rany mitom obecnym na prawicy. Z reakcji na jej książkę, które można znaleźć tak w dzienniku „Independent”, jak i w pismach „Financial Times” czy „Economist”, a także z faktu, że jest konsultantką aktualnego rządu oraz gabinetu cieni w Wielkiej Brytanii oraz instytucji unijnych, zdaje się wynikać, że ostatecznie muszą traktować ją poważnie wszystkie obozy. My także, we własnym interesie, powinniśmy to zrobić.”

Autorstwo: Tereza Stöckelová
Tłumaczenie: Krzysztof Kołek
Źródło oryginalne: www.a2larm.cz
Źródło polskie: Nowy Obywatel
Za: Wolne Media

Reklamy
Reklamy

Getin bank na ogromną skalę oszukuje klientów. „Bank jest bezkarny, a ludzie bezradni..”

Getin bank na ogromną skalę oszukuje klientów. „Bank jest bezkarny, a ludzie bezradni..”

getin bank kredyty ofertaSzokujące video odnośnie praktyk Getin banku w Polsce. Getin bank jest znany jako „bank deweloperów”. Czym jest instytucja dewelopera w Polsce? Deweloperzy poprzez mariaż z politykami, mediami i bankierami, powodują sztuczne i nierynkowe zawyżanie cen nieruchomości. Jest to jedna z cech dzisiejszego niewolniczego ustroju jakim jest bez wątpienia krwiopijczy kapitalizm.

Mariaż deweloperów z politrukami daje totalny brak budownictwa społecznego, co politycznie bardzo trudno mi zrozumieć. Mariaż deweloperów z oficjalnymi mediami daje bzdurne artykuły. Których głównym przesłaniem było i jest, że „ceny mieszkań będą stale rosnąć i już ie spadną”. Co jest oczywistą bzdurą, gdyż za kilka, kilkanaście lat ceny mieszkań polecą na łeb na szyję. A związane to będzie z krachem demograficznym i katastrofalnym w skutkach wygnaniem 5 – 7 milionów Polaków na poniewierkę za granicę. Już teraz w Polsce jest ponad milion pustostanów.

Poniższy film opowiada o tym, jak bandyci z Getin banku łamiąc prawo, sprzedawali ludziom zamiast lokat, pełnopłatne polisy ubezpieczeniowe. Zamiast korzystnej lokaty z kilkunastoprocentowym oprocentowaniem, była utrata oszczędności całego życia. W tą przestępczą aferę było również zaangażowane biuro pośrednictwa finansowego Open Finance, które tego typu lokato-polisy sprzedawało. Część ludzi odzyskała już swoje skradzione przez Getin bank pieniądze, część natomiast nie.

Getin bank to inaczej prywatne przedsiębiorstwo jednego z polskich oligarchów finansowych. Jest ono zaangażowane w jeszcze większą ilość afer i podejrzanych transakcji. Trudno je tutaj wszystkie wymienić. Getin bank działa i oszukuje w najlepsze, jest zupełnie bezkarny. Jeden z portali kilka razy opisywał koneksje towarzyskie założycieli Getin banku i polskiego etsabiliszmentu politycznego. Getin bank to inaczej święta krowa polskiej bankowości, której poczynania pozostają bezkarne. Kancelarie adwokackie z wiadomych powodów odmawiają współpracy i prowadzenia tych spraw okradzionym przez Getin bank ludziom.

Polecam inne artykuły o aferze Getin banku na mojej stronie:
Afera Getin Bank jest większa niż Amber Gold! Wytransferowano miliardy..
Człowiek który ujawnił aferę Getin Bank, został zatrzymany
Afera Getin Bank i dzika prywatyzacja PKN Orlen
Getin Bank zatrudnił armię trolli do poprawy wizerunku – ujawniam kulisy skandalu!
Mataczenie akcjami w Getin Banku – prokuratorzy, bankowcy, maklerzy na służbie u biznesmena Leszka Czarneckiego
Afera Getin Banku: ograbili ludzi z ogromnych pieniędzy, takie coś możliwe tylko w Polsce!
Chcesz stracić pieniądze, to zostań klientem Getin Banku!
Afera Getin Bank setki razy większa niż Amber Gold?

Tags: Getin bank, Getin, Getin bank kredyty, Getin bank kredyty hipoteczne, Getin bank kredyty gotówkowe, Getin bank lokaty, Getin bank oprocentowanie

Upadek systemowy kapitalistycznej mitologii III RP

Upadek systemowy kapitalistycznej mitologii III RP

III RPWklejam dziś ciekawy wpis odnośnie trzech głównych mitów założycielskich bananowej republiki kolonialnej o żartobliwej nazwie „III Rzeczpospolita”. Poprawna nazwa naszego państwa to natomiast Rzeczypospolita.

Ostatni kolaps systemu wyborczego i ogólnie, systemu demokratycznego w Polsce, spowodował, że już formalnie stoczyliśmy się w odmęty państwa w stylu białoruskim / rosyjskim. Europejska organizacja monitorowania wolności mediów wpisała Polskę na listę krajów łamiących wolność prasy i mediów. Stało się to po aresztowaniu i wytoczeniu procesów dziennikarzom z PAP i TV Republika. Pełnili oni swoje obowiązki służbowe w okupowanej siedzibie PKW. Dziennikarzy z TVN którzy też tam byli, nie aresztowano, pomimo tego, że również nie zamierzali opuścić tego miejsca na polecenie policji.

Ważny jest tutaj mit papieża Karola Wojtyły z Wadowic, czyli ekstremalnie konserwatywnego środowiska krakowskiego. Nie tylko spowodował on całkowite zatrzymanie reformowania zmurszałych struktur kościelnych. Nie tylko chronił on w skali globalnej księży pedofilów, przez co żartobliwe i chamskie filmiki o nim produkowane przez trolli uważam za słuszne i trafne. Spowodował on także ugruntowanie bardzo silnej pozycji kościoła, i mafijnej ośmiornicy Opus Dei na dekady. Proces oswabadzania się z tych wielowiekowych więzów dopiero się rozpoczął. Pomimo tego, że większość Polaków tkwi w duchowym marazmie racjonalistycznego ateizmu (materializmu), wciąż uważają oni, że do kościoła należy chodzić na cztery okoliczności. Czyli: boże narodzenie, chrzciny, śluby, pogrzeby. A to napędza kościelnej ośmiornicy kasę, władzę i znaczące wpływy polityczne.

W poniższym artykule wymienia się także kolaps systemu gospodarczego naszego państwa. Które z prężnego kraju przemysłowego, zostało zdegradowane do roli republiki bananowej, w której nic się nie opłaca, a produkuje się jedynie jakieś części do telefonów, śrubki czy nakrętki. I byle tylko na eksport – bowiem kurs złotówki do euro i dolara jest celowo zaniżany przez NBP, by nasz bantustan był rajem dla eksporterów, i piekłem dla Ludzi Pracy. Ze względu na zaniżane wynagrodzenia, bo słaba waluta to niskie wynagrodzenia.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Mitologia polityczna III RP

Cytuję: „Zgódźmy się, że mitologia to zbiór przyjmowanych z nabożeństwem opowieści o wielkich ludziach, wielkich misjach, wielkich dokonaniach, gdzie wszystko jest umownie przerośnięte i urzekająco-powalające, a całość jest przyjmowana bezkrytycznie, bo stanowi założycielską i integracyjną podbudowę kultury i społeczeństwa.

Polska mitologia nie jest zwarta, bo jest polityczna. Składa się z trzech mega-mitów:

1. Mit solidarnościowy. Ten mega-mit odwołuje się do ciągu wydarzeń historycznych (Poznań, Gdańsk, Ursus-Radom), których zwieńczeniem stał się MKS z Lechem Wałęsą na czele, a potem Niezależny, Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Ruch społeczno-polityczny na skalę nieznaną światu, który zdołał wstrzelić się w globalne tąpnięcia i spowodował drgania, burzące najpierw Mur Berliński, a potem Związek Radziecki. Jeśli nie obalił doszczętnie, to poważnie przebudował paradygmaty ustroju kapitalizmu państwowego, a przede wszystkim dał prostym, szeregowym ludziom poczucie realnego sprawstwa politycznego, czyli podmiotowości politycznej.

2. Mit transformacyjny. Ten mega-mit odwołuje się do pakietu gospodarczych (przede wszystkim) i politycznych przeistoczeń ustrojowych, dla których bezpośrednim pretekstem była hiper-inflacja i załamanie budżetowe, a głębszą praprzyczyną negacja roli kamaryl partyjno-nomenklaturowo-gospodarczych, które odsunięto od zarządzania gospodarką rozbijając struktury, na czele których owe kamaryle urządziły sobie bizantyńskie gniazda. To spowodowało oczyszczenie wielkich przestrzeni gospodarczych, w które masowo wniknęła spontaniczna przedsiębiorczość, imająca się wszystkiego co zyskowne, a także zewsząd się pojawiający kapitał, najczęściej pochodzący z Europy, Rosji, Ameryki i służb specjalnych.

3. Mit papieski. Ten mega-mit oparty jest na osobie Karola Wojtyły, człowieka środowisk krakowskich (Kraków w Polsce ma pozycję szczególną), ucznia Prymasa Stefana Wyszyńskiego, wszechstronnego „człowieka renesansu”, który w stosunkowo młodym wieku dostąpił niezwykłych awansów w hierarchii kościelnej. Jan Paweł II negował totalitaryzm i globalny blok polityczny zwany „demoludem” (kraje demokracji ludowej), a komunistyczne zawołania stawiające ludzi pracy w roli historycznego suwerena przeredagowywał do postaci katechizmu, rozwijając katolicką wrażliwość społeczną w kierunku Człowieka i Wspólnoty, począwszy od encykliki „Laborem exercens”, wołania o „ducha Tej Ziemi”, wezwania „nie lękajcie się!”.

Każdy z tych mega-mitów obrodził licznymi mitami pomocniczymi (Solidarność: nobel i prezydentura dla Wałęsy, 99%-wy Senat, Transformacja: prywatyzacja nade wszystko i dekomunizacja, Papież: podróże misyjne, zamach na życie, a potem cierpienie pod koniec życia).

Wszystkie te trzy mity w jakiś magiczny sposób objęto wspólnym słowem DEMOKRACJA i w tej postaci „wyniesiono na piedestały”.

Nosicielem misji narodowych i narodowego dziedzictwa oraz redaktorem etosów jest inteligencja. Pojęcie to – odnoszące się do warstwy społecznej – obejmuje ludzi, którzy otarli się o proces akademicki, mają w sobie poczucie misji społecznej i instynkt przewodzenia „stadu”: nauczyciele, naukowcy i uczeni, duchowieństwo, kadra oficerska, wysocy urzędnicy, dziennikarze, społecznicy, prawnicy, lekarze, inżynierowie, artyści, itd., itp. Polska inteligencja ma walny wkład w zdefiniowaniu i fabularyzacji tych trzech mega-mitów: najważniejsze okazało się tu ugruntowanie „bezkrytyczności” wobec ich głównego przesłania.
Zastanawiające, że mit emancypacji klasy pracującej i samorządności robotniczej oraz powszechnego dostatku – tak łatwo został zmarginalizowany, mimo spazmów w postaci choćby wielkiego zwycięstwa „kanclerza” Millera.

Jako się rzekło wyżej – mitologia stanowi założycielską i integracyjną podbudowę kultury i społeczeństwa. Minęło ćwierćwiecze. Solidarność jest zaledwie jedną z trzech w miarę równorzędnych central związkowych, te zaś zarządzają pragnieniami coraz mniej licznych „pracobiorców”: o masowości, sięgającej 10 milionów gorących zwolenników, nie ma co mówić, a pozycja polityczna i położenie ekonomiczne „podopiecznych” związków zawodowych radykalnie pogorszyło się nie tylko wobec stanu z roku 1990, ale też z lat 70-tych.

Transformacja jest dziś oczywistym ciągiem porażek gospodarczych, sprowadzających Polskę do roli prowincji i kolonii: konsumpcyjne gadgety i blichtr estetyczny z coraz większym trudem pucują powszechniejąca świadomość wielkiego oszustwa transformacyjnego. Papiestwo Jana Pawła II odeszło wraz z nim, a my pozostaliśmy z hierarchią kościelną rozbitą na kilka „kościołów”, niczym w „Monachomachii” łakomą na transformacyjne beneficja idące w miliardy, gotową dokonywać przestępstw na szkodę Państwa i maluczkich, często nieobyczajną i arogancką oraz pogardliwą wobec „owieczek”, czynnie interweniującą w proces legislacyjny.

A jednak – mimo tak wielkich rys na mega-mitach – inteligencja w znakomitej większości kurczowo trzyma się ich, ułatwiając sobie to zadanie licznymi rytuałami, ceremonializmem, celebracjami, „świeckimi obrzędami”.

Na moje wyczucie – Polska jest dziś w takim stanie świadomości zbiorowej, w jakim była po roku 1976 („warcholstwo” ursusko-radomskie): Państwo widziane jest jako to, które zawiodło w misji niesienia powszechnego dostatku i zajęło się własnym, osobnym dobrobytem, flibustierstwo „lewackie” i „kibolskie” niemal kropka-w-kropkę jest opluwane przez mainstream medialny jako „element antysocjalistyczny” (dziś: wichrzyciele rujnujący integralność Państwa). Politycy porzucają masowo elektorat zarówno „w poziomie” (zmieniając barwy polityczne w nieoczekiwanych zgoła kierunkach) jak też „w pionie” (bardziej im zależy na wsparciu liderów partyjnych niż na oddolnej legitymizacji). Podziały ideowe (przy ogólnej przewadze pragmatyzmu nad ideowością) wracają w utarte za PRL tory: Masy przeciw Państwu wołają o sprawiedliwość i gospodarność, Państwo przeciw Masom wystawia argument o konieczności budowania silnego państwa.

Za największe wyznaczniki upadku polskiej trój-mitologii politycznej uważam:

1. Masową emigrację z Polski za chlebem i ku normalności.
2. Bezeceństwa Komisji Majątkowej.
3. Schyłek legendy Jerzego Owsiaka, symbolu przedsiębiorczości społecznikowskiej (link).
4. Upadek Samoobrony „zwieńczony” śmiercią przywódcy.
5. Utratę kontroli Państwa nad bankami-finansami-ubezpieczeniami.
6. Ucieczkę establishmentu na „saksy”, głównie do UE.
7. Pacyfikowanie przez media ruchów typu „indignados” (oburzeni, zmieleni, niepokonani).
8. Degenerację wymiaru sprawiedliwości do roli „państwa w państwie”.
9. Ustrojową defraudację funduszy budżetowych: edukacja, ochrona zdrowia, ochrona wykluczonych, infrastruktura krytyczna.
10. Skorumpowanie związków zawodowych, ich klientelizm wobec kamaryl „państwowych”.
11. Niespotykane, ale cynicznie spreparowane zadłużenie Ludności i Państwa, mające symptomy powszechnego bankructwa.
12. Postępująca niezdolność konstytucyjna Państwa do przeprowadzenia wiarygodnych głosowań politycznych (a co dopiero poważnych wyborów).
13. Wyparcie Przedsiębiorczości przez Rwactwo Dojutrkowe.
14. Kosztowne finansowo i wizerunkowo awantury wojenne (Irak, Afganistan) i plugawe praktyki (ośrodki tortur).
15. Wydarzenie znane jako Katastrofa 2010, „wieńcząca” łańcuch równie bezsensownych katastrof.

Gdzież w tych kilkunastu punktach jest miejsce na oddolną solidarność przeciw sobiepaństwu Państwa? Gdzież jest miejsce na swobodną, wyzwoloną od monopoli i nomenklaturowości przedsiębiorczość gospodarczą, artystyczną, intelektualną, społecznikowską? Gdzież jest miejsce na społeczną naukę katolicką?

Przypomnę coś, o czym pamiętam i pamiętam: Polskie Inwestycje Rozwojowe, sztandarowy projekt rządowy, obliczony – w moim przekonaniu – jako „wpisowe” (ostatni wysiłek składkowy) polskiego establishmentu do globalnych, a przynajmniej kontynentalnych gier. Na szczęście – chyba zdycha ten projekt, po kompromitacji niedouczonego narcyza prezesującego powołanej spółce akcyjnej. Afera FOZZ – to porównywalny przekręt.

Doprawdy, ciężko jest myśleć o tym, że przez 25 lat zrobiono tak wiele, by powrócić do punktu wyjścia..

Autor: Jan Herman
Źródło: Przegląd Socjalistyczny
Za: Wolne Media

Upadek globalnych systemów i nieuchronny kolaps cywilizacji

Upadek globalnych systemów i nieuchronny kolaps cywilizacji

upadek cywilizacjiWklejam ciekawy artykuł będący tłumaczeniem tekstu Johna Michaela Greer’a wykonanym przez tłumacza wartościowych tekstów, Ex ignoranta. Mówi on, że ludzki postęp i wzrost technologiczny jest totalną fikcją. Fikcją, za którą już teraz płacimy straszliwą cenę. Cena ta to obecnie trwające, bodaj szóste wielkie wymieranie gatunków. Zaczęło się od pomoru pszczół na ogromną skalę (tzw. „apokalipsa pszczół”). Kolaps globalnych ekosystemów idzie jednak dalej. Wielokrotnie na plażach czy w innych środowiskach, znajdywano dziesiątki tysięcy, a nieraz miliony padłych zwierząt. Np krabów, ryb, waleni, fok, ptaków.

Dlaczego tak się dzieje? Musimy sobie uświadomić, że całą Ziemią rządzą kliniczni psychopaci – i to ich najgorszy typ, knujący spiski i zbrodnie przeciwko narodom / ludzkości. Broni ich zarówno prawica (chadecja za granicą, czy faszysta Korwin Mikke w Polsce) jak i lewica (zafascynowane kartelami farmaceutycznymi i wszelkimi innymi racjonalistyczne lewactwo tytułujące się mianem „zwolenników nauki” – w Polsce skupiają ich kanały #ttdkn i #neuropa).

Antropocen czyli epoka globalnej dominacji człowieka może być ostatnią epoką życia na Ziemi. Nie ma już dokąd uciekać, tak, jak to było w przypadku kolapsu poprzednich imperiów, np rzymskiego. Nie mamy „planety B”, którą można by kolonizować i podbijać. Nie mamy „planety B” na której można by generować nieskończony wzrost gospodarczy (odrażający fetysz współczesnych „ekonomiaków”) i na której można by dawać upust żarłocznemu ego tych psychopatów. Wszystko wskazuje na to, że prowadzą oni planetę ku ekonomicznej, a potem biologicznej zagładzie. Orkiestra będzie grała aż do końca, jak na Titanicu. Korki szampanów będą strzelać, a wesołe spazmy z najdroższą odmianą kokainy będą trwały aż do 4 rano. Obudzimy się o tej 7 rano, i dotrze do nas, że nasze państwa zbankrutowały, a ekosystemy są już nieodwracalnie zniszczone.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Technologiczne przesądy: kłamstwa o ludzkim postępie

Cytuję: „Z przyjemnością informuję, że koteria naukowców i pisarzy science-fiction wykombinowała, co jest nie tak z dzisiejszym światem: media popularne prześladuje nadmiar negatywnych wizerunków przyszłości. Ażeby przeciwdziałać temu potopowi nieuzasadnionego pesymizmu, zorganizowali oni grupę o nazwie Projekt Hieroglif i opublikowali antologię nowych, radosnych, pozytywnych opowieści spod znaku naukowej fikcji o cudownych, świeżych technologiach, które mogą stać się rzeczywistością w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat. To powinno niezawodnie uzdrowić naszą sytuację!

Współczesny kryzys społeczeństwa przemysłowego nie jest spowodowany brakiem optymizmu; jego korzenie wbijają się głęboko w twarde podłoże geologicznych i termodynamicznych realiów, sięgają do śmiertelnego niedopasowania fantazji niekończącego się wzrostu gospodarczego i nienaruszalnych granic planety o skończonej biosferze, penetrują mniej śmiertelne w sensie konsekwencji natychmiastowych, ale jeszcze bardziej wszechobecne niedopasowanie fantazji wiecznego postępu technologicznego, a także tę znaną nemezis wszelkiego liniowego myśleniaprawo malejących korzyści [przychodów]. Porażka optymizmu, którą opłakują pisarze jest symptomem, a nie przyczyną i upieranie się, że receptą na nasze problemy jest nakarmienie ludzi optymistycznymi wyobrażeniami przyszłości bardzo przypomina decyzję, iż najlepszym sposobem na to, aby poradzić sobie z migającymi, czerwonymi światełkami ostrzegawczymi na panelu sterowania samolotu jest oklejenie ich małymi kawałkami nieprzezroczystej, zielonej taśmy – i wszystko będzie w porządku.

To nie jest tak, że w ostatnich latach cierpieliśmy na brak beztrosko optymistycznych wizji gadżetocentrycznej przyszłości. Przyznaję, że najbarwniejsze dzieła wizjonerskiej fikcji, z jakimi zetknęliśmy się w ostatnim czasie zrodziły się w umysłach tych ekonomistów i polityków, którzy niestrudzenie utrzymują, iż jedynym wyjściem z naszej obecnej gospodarczej i społecznej niedyspozycji jest powielenie – w większej ilości – tych samych zabiegów, które ją wywołały. Poza tym każdy z czytelników, który wstąpi do księgarni w poszukiwaniu pozycji o podróżach międzygwiezdnych lub którymkolwiek z pozostałych rytuałów współczesnego kultu postępu nie będzie musiał specjalnie się natrudzić, aby je znaleźć. Doszło raczej do tego, że podobne lektury nie są już tak popularne, jak niegdyś, ponieważ ludziom bardziej przypadły do gustu opowieści o przyszłości ponurej, zamkniętej w parametrach definitywnych ograniczeń.

Należy zapytać, dlaczego tak jest. Z mojego punktu widzenia istnieją co najmniej trzy bardzo dobre powody.

Po pierwsze, ta bardziej ponura przyszłość i jej bezwzględne granice odzwierciedlają realia życia we współczesnej Ameryce. Odstawmy na bok górne dwadzieścia procent populacji pod względem dochodów i okaże się, że Amerykanie od ponad czterech dekad są świadkami miarowego staczania się standardu życia. W 1970 roku – odnotuję tylko jedną miarę tego, jak daleko sprawy zaszły – amerykańska rodzina dysponująca pojedynczą pensją klasy robotniczej mogła sobie pozwolić na zakup domu, terminowe opłacenie wszystkich rachunków, zapewnienie trzech sutych posiłków dziennie i nadal pozostawało jej dość środków na okazjonalne wakacje lub nabycie luksusowego artykułu. A teraz? Pojedyncza pensja rodziny z klasy robotniczej nie wystarcza, aby uniknąć życia na ulicy.

Ta historia nieubłaganego schyłku gospodarczego ma ogromny wpływ na stosunek wobec przyszłości, nauki i postępu technologicznego. W 1969 roku jedynie w gettach, gdzie Ameryka zamknęła swoją miejską biedotę, znacząca liczba ludzi zareagowała na księżycowe lądowanie załogi pojazdu Apollo obrzydzeniem i alienacją, którą w pamiętnej, wściekłej balladzie Białas na Księżycu wyraził Gil Scott-Heron. W dobie obecnej zdecydowanie liczniejsza rzesza Amerykanów – prawdopodobnie większość – postrzega najnowsze, okrzyczane osiągnięcia nauki i techniki jako jeszcze jeden pokaz bezsensownych akrobacji, które nie przyniosą im żadnego pożytku.

Łatwym do sformułowania, acz chybionym byłoby przekonanie, że ocena ta jest mylna. Poza zawężającym się kręgiem dobrze sytuowanych Amerykanów większość populacji poświęca coraz więcej czasu na rozwiązywanie problemów spowodowanych przez technologie, niż na rozkoszowanie się płynącymi z nich korzyściami. Przeważająca część zlikwidowanych przez automatyzację miejsc pracy zapewniała ubogim godziwy zarobek; większość terenów, które służą za wysypisko toksycznych odpadów podobnie zamieszkują osoby z dołu społeczno-gospodarczej piramidy – to początek listy niezamierzonych konsekwencji i technologicznych niewypałów. Korzyści z nowej technologii płyną przede wszystkim w górę drabiny społecznej, natomiast koszty i następstwa w dół; ma to wiele wspólnego z faktem, że wnuki osób, które z pąsowymi rumieńcami śledziły perypetie Jetsonów teraz wolą Igrzyska śmierci.

To pierwszy powód. Drugim jest to, że od dziesiątków lat zdecydowana większość twierdzeń o cudownych nowych technologiach, które miały nieuchronnie stać się częścią naszego życia okazała się być błędna. Od plecaków odrzutowych i latających samochodów, przykrytych kopułą miast i wakacji na Księżycu, przez elektrownie jądrowe, które generują energię elektryczną tak tanią, że nie ma nawet sensu jej mierzyć, aż do podboju ubóstwa, chorób, a nawet śmierci – gros zapowiedzi formułowanych przez propagandystów i publicystów postępu technologicznego nie zmaterializowało się. To zrozumiałe, że kolejne przydziały obietnic robią na ludziach wyraźnie mniejsze wrażenie.

Kiedy byłem dzieckiem – proszę mi pozwolić na osobistą refleksję – jedna z moich ulubionych książek nosiła tytuł Polecisz na Księżyc. Podejrzewam, że spore grono Amerykanów mojego pokolenia pamięta tę pozycję, jakkolwiek słabo, z jej efektownie połyskującą ilustracją podróży kosmicznej w bliskiej przyszłości: wielka stożkowata rakieta z uskrzydlonym górnym modułem, biała stacja w kształcie obwarzanka wirująca na orbicie, plus cała reszta. Naprawdę spodziewałem się, że odbędę kiedyś tę podróż, a w przekonaniu tym utwierdzał mnie chór autorytatywnych głosów, dla których permanentne stacje kosmiczne, bazy na Księżycu i załogowe lądowanie na Marsie były gwarantowane przed rokiem 2000.

Oczywiście w owych czasach Stany Zjednoczone nadal posiadały załogowy program kosmiczny zdolny do odbicia śladów obuwia na powierzchni Księżyca. Pozostał już tylko wspomnieniem. Warto porozmawiać o tym, dlaczego tak się stało, ponieważ ta sama logika dotyczy większości wielkich projektów technologicznych, które nie tak dawno anonsowano jako nieuniknioną drogę ku lśniącej, nowej przyszłości.

Nie mamy już załogowego programu kosmicznego, ponieważ Stany Zjednoczone są bankrutem, oddawszy się w najpospolitszy sposób tej odmianie imperialnego przeszarżowania, którą opisał kronikarz Paul Kennedy w Powstaniu i upadku wielkich mocarstw, i spieniężywszy przyszłość w imię tymczasowego zwierzchnictwa nad większością planety. To przemilczany podtekst stojący za rozpadem infrastruktury Ameryki i środowiska zbudowanego, wypatroszeniem jej niegdyś potężnego przemysłu, a także wspomnianym wcześniej nieprzerwanym spadkiem życiowej stopy. Brytania snuła marzenia o kosmicznej ekspansji, kiedy nadal dzierżyła imperium – Brytyjskie Towarzystwo Międzyplanetarne było jednym z filarów orędownictwa na rzecz podróży kosmicznych w pierwszej połowie XX wieku – realizacji tych marzeń zaniechała bezpowrotnie, kiedy utraciła swoje imperium; Stany Zjednoczone są w trakcie tego samego odwrotu. Mimo to kryje się za tym coś więcej.

Kolejnym powodem braku załogowego programu kosmicznego jest to, że podczas dekad zdominowanych przez podekscytowaną retorykę o Nowym Świecie dla Człowieka nigdy nie zabrano się za przedyskutowanie różnicy między techniczną wykonalnością i ekonomiczną opłacalnością. Promotorzy podróży kosmicznych wpadli w powszechną pułapkę wiary we własną reklamę i przekonali samych siebie, iż orbitalne fabryki, kopalnie na Księżycu i inne podobne przedsięwzięcia z pewnością będą propozycją intratną. Oczywiście zapomnieli o tym, co nazywam dywidendami biosfery: szerokim wachlarzu towarów i usług świadczonych za darmo przez naturalne cykle Ziemi, za które w każdym innym miejscu ludzie musieliby zapłacić. Najbardziej aktualny szacunek tej dywidendy, pochodzący z analizy opublikowanej w 1997 roku na łamach Science – opracowanej przez zespół pod kierownictwem Richarda Constanza – wskazuje wartość trzykrotnie wyższą od łącznej sumy wszystkich dóbr i usług wytworzonych przez ogół ludzkiej populacji.

Innymi słowy, działalność gospodarcza w dowolnym miejscu Układu Słonecznego zgodnie z przybliżoną wyceną będzie blisko cztery razy droższa niż na Ziemi, nawet z pominięciem kosztów transportu, ponieważ darmowe usługi świadczone lokalnie przez biosferę muszą zostać opłacone gdzieś w kosmosie lub na innych światach Układu Słonecznego. To dlatego wszystkie gawędy o przestrzeni kosmicznej jako nowej granicy gospodarczej zaprowadziły donikąd; spróbowano orbitalnej produkcji – program Skylab z lat 1970-tych, program promów kosmicznych i Międzynarodowa Stacja Kosmiczna przeprowadziły pod tym kątem serię eksperymentów – ale skromne korzyści ze swobodnego spadku i łatwy dostęp do próżni nie uczyniły dostatecznej różnicy, aby zrównoważyć koszty. Zatem załogowe podróże kosmiczne wzorem komercyjnych samolotów naddźwiękowych, elektrowni jądrowych i mnóstwa innych niedoszłych rozwiązań przyszłościowych zmieniły się w gigantyczny bibelot, który można utrzymać jedynie dzięki nieprzerwanemu napływowi szczodrych subsydiów rządowych.

Trzeci powód jest mniej namacalny, ale podejrzewam, że daleko bardziej istotny. Można go wytropić biorąc do rąk którąkolwiek ilustrowaną książkę na temat Układu Słonecznego, napisaną zanim tam dotarliśmy, i porównując spodziewany wizerunek kosmosu oraz innych światów z tym, co rzeczywiście czekało na nasze lądowniki i sondy.

Mam właśnie przed sobą reprodukcję obrazu księżycowej scenerii z albumu opublikowanego w roku moich urodzin. To wspaniały, romantyczny widok. Na pierwszym planie błękit ziemskiego światła zalewa krater; w oddali ostre szczyty gór chwytają słoneczne promienie; niebo wypełniają olśniewające gwiazdy. Szkoda, że nie to ukazało się oczom astronautów misji Apollo po przybyciu na miejsce. Nikt nie rozkazał Księżycowi, aby uczynił zadość ludzkim wyobrażeniom o malowniczym majestacie, a zatem przedstawił gościom widoki monotonnych, szarych pagórków i pustych równin rozciągających się pod płaskim, czarnym firmamentem. Dla każdego z wyjątkiem selenologa jedyną godną uwagi rzeczą w tym posępnym miejscu była świecąca w tle niebieska sfera Ziemi, oddalona o 384 tysiące kilometrów.

Dla jeszcze większego kontrastu wystarczy obejrzeć fotografie przesłane przez pierwszą sondę Viking z powierzchni Marsa w 1976 roku i porównać je z wielobarwnymi pejzażami czwartej planety Słońca, które zaistniały wcześniej w obiegu kultury popularnej. Pamiętam to zdarzenie względnie dobrze, a jednym z najbardziej wyraźnych wspomnień jest dojmujące poczucie rozczarowania – „To wszystko?” – podzielane przez każdego z domowników. Kadry z lądownika nie przypominały Barsoom [Edgara Rice’a Borroughsa], czy jałowej, lecz pięknej scenerii Kronik marsjańskich Raya Bradbury’ego – lub którejkolwiek z pozostałych wizji Marsa, jakie każdy Amerykanin żyjący w lat 70-tych skrywał w swoim umyśle; przypominały nader nieciekawy zakątek stanu Nevada, który jakimś sposobem pozbawiony został powietrza, wody i życia.

Zwolennicy podróży kosmicznych ponownie wpadli tu w pułapkę – dali się uwieść własnej propagandzie i zapomnieli, że fikcja naukowa ma tyle wspólnego z prawdziwą przyszłością, co powieści romantyczne z prawdziwymi związkami uczuciowymi. Tak na marginesie nie jest to krytyka wymierzona w science-fiction, choć podejrzewam, że członkowie Projektu Hieroglif za taką uznają moje słowa. Science-fiction jest literaturą idei, a nie trywialnej rzeczywistości, i wywołuje poczucie zachwytu, swój charakterystyczny efekt literacki, poprzez usunięcie bariery, która oddziela realizm od fantazji. Zbyt często zapomina się jednak, że efekty literackie nie są gwarantem zasadności proroctw – jest o wiele bardziej prawdopodobne, że za mgłą emocji ukrywają uchybienia nierealnych twierdzeń.

Autorzy romansów zdają się nie mieć problemów z przyznaniem, że ich powieści nie odwzorowują realnego świata. Natomiast fikcja naukowa od wielu już lat cierpi na przypadłość nadmiernie rozwiniętego poczucia własnej ważności. Przychodzi mi na myśl typowy esej Isaaca Asimova zawierający opis autorów s-f jako zwiadowców na szpicy ludzkości, która maszeruje w przyszłość. (Proszę zwrócić uwagę na założenia, iż ludzkość dokądś maszeruje, że wszyscy jej reprezentanci spieszą w tym samym kierunku i że miejsce docelowe zdefiniowane zostało akurat przez gusta ekscentrycznej podkategorii literatury popularnej XX wieku.) Tego rodzaju myślenie w trakcie powojennego boomu pozwoliło zbyt wielu osobom zapomnieć, że Wszechświat nie ma obowiązku dopasować się do naszych całkowicie antropocentrycznych pojęć ludzkiego przeznaczenia i zaopatrzyć nas w Nowe Światy dla Człowieka tylko dlatego, że ich pożądamy.

Mutatis mutandis – właśnie to spotkało pozostałe wielkie wizje postępu technologicznego, które z takim entuzjazmem proklamowano w minionym stuleciu. Większość z nich nigdy się nie urzeczywistniła, tymczasem garstka ziszczonych zaprezentowała się jako dużo mniej ekscytująca i bardziej problematyczna niż zakładały to nieustępliwie wstępne szacunki. W obliczu tego powtarzającego się uświadomienia bardzo wielu Amerykanów postanowiło – i nie bez powodu – że kolejne identyczne zapędy nie będą już przedmiotem ich zainteresowania. W ten sposób opinia publiczna odstąpiła od przytulnego optymizmu i zwróciła się ku surowszemu spojrzeniu na naszą przyszłość.

Trzeci czynnik odpowiadający za zmianę preferencji jest być może najważniejszy i uchodzi za jeden z najwszechstronniej unikanych tematów tabu współczesnego życia. Niemal każde zjawisko związane z człowiekiem podlega prawu malejących korzyści; wniosek, którego współczesne społeczeństwa przemysłowe usilnie starają się nie przyswoić mówi, iż postęp technologiczny jest jednym ze zjawisk podlegających temu prawu. Zatem możliwe jest zaistnienie nadmiaru technologii i bardzo silne argumenty przemawiają za tym, że uprzemysłowione kraje świata dawno przekroczyły ten punkt.

W swoim zwyczajowo przekonywującym artykule ekonomista Herman Daly dzieli nasze prawo malejących korzyści na trzy wzajemnie oddziałujące procesy. Pierwszy to malejąca użyteczność krańcowa – im więcej czegoś posiadasz, każdy dodatkowy przyrost tej rzeczy w coraz mniejszym stopniu wpływa na twój dobrobyt. Jeśli jesteś głodny, jedna kanapka to świetna rzecz; dwie są przyjemnością; trzy to luksus; lecz gdzieś poza tą granicą – kiedy rozdasz już kanapki wszystkim swoim współpracownikom, lokalnym mieszkańcom i każdej spotkanej przez siebie osobie – dodatkowe kanapki przestaną być użyteczne. Gdy większa ilość czegokolwiek nie przynosi już żadnych dodatkowych korzyści, osiągasz punkt daremności, w którym dalsze przyrosty są stratą czasu i zasobów.

Na długo zanim to nastąpi swoją rolę zaczynają odgrywać dwa inne czynniki. Po pierwsze, koszt uporania się z jedną kanapką jest znikomy i wzrasta nieznacznie przy dwóch lub trzech sztukach. Następnie pojawia się konieczność inwestowania czasu i prawdopodobnie surowców niezbędnych do poradzenia sobie ze wszystkimi kanapkami, a każda dodatkowa porcja dokłada się do obciążenia całkowitego. Ekonomiści nazywają to rosnącą nieużytecznością krańcową – im więcej czegoś masz, tym więcej kosztować będzie, w taki czy inny sposób, każdy dodatkowy przyrost tej rzeczy. Gdzieś po drodze pojawia się również wpływ, jaki uporanie się z kanapkami wywiera na twoją zdolność radzenia sobie z innych rzeczami, które musisz zrobić; to natomiast zwiększa ryzyko zakłócenia całego systemu – im więcej czegoś masz, tym większe jest prawdopodobieństwo, iż dodatkowy przyrost tej rzeczy zakłóci szerszy system, w ramach którego egzystujesz.

Praktycznie nikt nie chce rozmawiać o tym, jak postęp technologiczny przekroczył punkt malejących korzyści: użyteczność krańcowa każdej nowej porcji technologii spada gwałtownie, marginalna nieużyteczność rośnie przynajmniej równie szybko, a zakłócenia całego systemu zasilane przez technologię są już obecne w codziennym życiu. Mimo to doszedłem do wniosku, że niewygodna świadomość tego faktu staje się coraz bardziej powszechna, jakkolwiek podprogowy może być jej charakter, i zaczyna przenikać między innymi kulturę popularną. Jeśli znajdujesz się w głębokim dole – jak mówi przysłowie – musisz w pierwszej kolejności zaprzestać dalszego kopania; jeżeli duża i stale powiększająca się część problemów twojego społeczeństwa spowodowana jest przez nadmiar technologii stosowanej z niedostateczną ostrożnością, wówczas niezbyt pomocne jest upieranie się, iż więcej technologii wdrażanej z jeszcze mniejszym sceptycyzmem wobec potencjalnych konsekwencji to jedyna możliwa odpowiedź na te problemy.

Istnieje użyteczne słowo określające coś, co pozostaje niezmiennie przytwierdzone do kultury po odejściu warunków, które kiedyś uczyniły to istotnym; tym słowem jest „przesąd”. Chciałbym zasugerować, że oparte na wierze twierdzenia – więcej technologii jest zawsze lepsze niż mniej technologii, każdy problem musi mieć antidotum technologiczne, technologia zawsze rozwiązuje więcej problemów, niż tworzy – należą do najbardziej powszechnych przesądów naszych czasów. Chciałbym również podpowiedzieć, że chociaż pocieszające i uspokajające miewają właściwości, najwyższa już pora, by z tych przesądów wyrosnąć i stawić czoła światu, jakim faktycznie jest – światu, w którym kolejna dawka optymizmu opartego na wierze jest daleka od pożytecznej.

Tłumaczenie: exignorant (link)

Autor: John Michael Greer (wersja oryginalna)

Data publikacji: 10 września 2014

Dowód na fałszowanie wyborów? „Fałszerstwo jest ewidentne, nie powstał żaden protokół”

Dowód na fałszowanie wyborów? „Fałszerstwo jest ewidentne, nie powstał żaden protokół”

fałszowanie wyborów samorządowych 2014Czytałem wczoraj ciekawy komentarz jednego z Czytelników niezależnego portalu. Ma on być dowodem na fałszerstwo – na to, że w ani jednym obwodzie nie został wygenerowany ani jeden raport. Z tej przyczyny, że było to niewykonywalne ze względu na permanentny kolaps systemu informatycznego.

Ciekawe rzeczy dzieją się w związku z wyborami. „Leśne dziadki” z Państwowej Komisji Wyborczej ogłosiły hurraoptymistycznie, że nie tylko podliczyli wyniki z 80% obwodów w województwie Świętokrzyskim. Ogłosili także, że wygrał tam PSL przytłaczającą przewagą 49,9%. Opisuje ten zadziwiający wynik poniższa grafika ukazująca sytuację w województwie Świętokrzyskim:

fałszowanie wyborów samorządowychJednak wczoraj (19.11.2014) szef regionalnej komisji wyborczej ze Świętokrzyskiego przyznał z rozbrajającą i szokującą szczerością, że nie wysyłał do PKW żadnych protokołów. I że nie ma pojęcia, skąd PKW wytrzasnęła te dane o zwycięstwie PSL 49,9%. Czyż nie jest to dowód na jawne fałszerstwo wyborcze?

Kolejnym ciekawym dowodem w tej sprawie, jest ewenement w postaci województwa Mazowieckiego. Otóż w tym województwie było bardzo dużo nieważnych głosów, w porównaniu z województwami ościennymi. Czy w Mazowieckim mieszkają jacyś „głupsi ludzie” niż w pobliskim Lubelskim czy Łódzkim, gdzie głosów nieważnych było zdecydowanie mniej? Popatrzcie tylko na to:

wybory sfałszowane samorządoweZnany oszołom prawicowy którego na tej stronie krytykuję, Janusz Korwin Mikke, już w 2010 zwracał uwagę na to, że wybory w województwie Mazowieckim fałszowano pod kątem PSLu.

Jedno jest pewne: tak głębokiego kryzysu struktur państwa nie mieliśmy od dawna. Naprawdę nie sądziłem, że dożyję czasów, gdy państwo w którym mieszkam, upadnie tak nisko. To już nie są standardy typowe dla „demokracji” w Rosji czy Białorusi. To są standardy jakiegoś upadłego afrykańskiego bantustanu. Takiej farsy, gdzie fałszerstwa są tak jawne i ewidentne, nie zrobiono ani na Ukrainie, ani na Białorusi czy w Rosji.

Wokół tych wyborów narosło tyle kontrowersji i niejasności, że chyba tylko mało ogarnięty człowiek może wierzyć w uczciwość tego procesu. Wyniki wyborów są nie tylko całkowicie niewiarygodne. Są jasne przesłanki by stwierdzić, że wzięły się one z przysłowiowego sufitu. Bowiem raporty w komisjach i obwodach nie były generowane, a wyniki wyborów albo zapisywano na jakichś świstkach papieru, albo w ogóle zapamiętywano w głowach członków komisji. Łamano przy tym prawo, bowiem według ustawy najpierw należy wygenerować, postemplować i wysłać protokół. Tego nie zrobiono.

Mniejsza o to, która z kanapowych partii politycznych jest w tym przestępczym procederze wygrana, a która poszkodowana. Należy, wg mnie, rozgłaszać tę informację, by pokazywać ludziom permanentny kolaps systemu, jego straszliwą niewydolność i skorumpowanie. Może wtedy ludzie zaczną myśleć, podnosząc swoją świadomość? To niewątpliwy prezent od Universum, dzięki któremu możemy uderzyć w podstawy tego systemu.

Autor: Jarek Kefir

Chcesz wspomóc to co robię i sprawić, by tego typu wpisy pojawiały się z regularną częstotliwością? Aby to zrobić, kliknij tutaj.

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł – podaj go dalej i pomóż go wypromować! Pomóż innym poznać tę prawdę.

 

Wybory w atmosferze oburzającego skandalu. „Polska stała się bantustanem”

Wybory w atmosferze oburzającego skandalu. „Polska stała się bantustanem”

wybory wyniki 2014Niebywałym skandalem okazały się wybory samorządowe A.D. 2014 w Polsce. System informatyczny ogarnął permanentny kolaps, już trzecią dobę nie znamy oficjalnych wyników wyborów. To, co się działo w związku z liczeniem głosów, przypomina raczej standardy jakiegoś afrykańskiego bantustanu, a nie demokratycznego państwa prawa.

Dlaczego piszę ten felieton, uważając, że wyniki wyborów zostały sfałszowane? Nie, nie mam specjalnych sympatii politycznych, bo nie upatruję nadziei na zmiany globalne w psychopatycznej i skorumpowanej polityce. Ani specjalnie nie darzę zaufaniem demokratycznych procedur i samego statusu demokracji. Piszę, bo jest to ważne w historii naszego państwa wydarzenie – wydarzenie, które ujawnia skrajną niewydolność i skorumpowanie jego systemów.

Mało mnie obchodzi, która partia z którą walczy, która z którą się nienawidzi. I która będzie tą poszkodowaną. Można stwierdzić, że wybory sfałszowano ze względu na wysoki wynik PiS. Ale równie dobrze można stwierdzić, że prawicowe, kościelne partie (PO, PSL, PiS) nie chciały rządów lewicy i dlatego wybory sfałszowano. Mniejsza o to! Liczą się pewne fakty które tutaj przedstawię.

Otóż: na dobę przed wyborami wyciekł kod źródłowy oprogramowania Państwowej Komisji Wyborczej. To ogromny cios dla ładu w państwie. Myślicie, że hakerzy bądź obce wywiady nie wykorzystały tego do swoich celów? Jeden z informatyków drobiazgowo przeanalizował kod źródłowy tego programu. Człowiek ten był wstrząśnięty ilością pomyłek, niebezpiecznych luk i błędów w tym systemie / programie. Pisał on, iż są to wręcz szkolne błędy i sugerują skrajną amatorszczyznę. Ale niby jaki dobry system o zasięgu ogólnopolskim można kupić za zaledwie 0,5 miliona złotych? Przecież informatyzacja ZUS to grubo ponad 3 miliardy złotych.

Warto dodać, że wszelkie tego typu luki w systemach państwowych są robione celowo, na konkretne zamówienie. Czy wybory zostały po prostu sfałszowane? Wszystko wskazuje na to, że nie tylko nastąpił całkowity rozkład (kolaps) systemu liczenia głosów. Ale również są uzasadnione obawy, iż mogło dojść po prostu do fałszerstw na dużą skalę. Tak wielkiej i szokującej kompromitacji, Państwowa Komisja Wyborcza jeszcze nie zaliczyła.

Wszyscy zaś znamy kwestię serwerów PKW z Rosji. I nie ma to nic wspólnego z tym, co biadoli niezalezna.pl – jest to po prostu fakt obiektywny, a fakty się przyjmuje do wiadomości. Wszyscy znamy też kwestię szkoleń, jakie członkowie PKW odbywali w tak bardzo „demokratycznym” kraju, jak Rosja. Gdzie nieprawomyślnych wsadza się do psychuszek i więzień. Należy wspomnieć też o tym, że te wszystkie Kaziki i inni „krewni i znajomi królika”, to stara, komunistyczna nomenklatura, ludzie z poprzedniej, stalinowskiej epoki. Archaiczne słownictwo, radzieckie maniery, garnitury rodem z lat 80-tych XX wieku, obce, jakby mongolskie rysy twarzy.. Czy trzeba mówić coś więcej? Czy znajdzie się ktoś odważny w polskiej polityce i rozgoni to towarzystwo wzajemnej adoracji na cztery wiatry?

Autor: Jarek Kefir

Chcesz wspomóc to co robię i sprawić, by tego typu wpisy pojawiały się z regularną częstotliwością? Aby to zrobić, kliknij tutaj.

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł – podaj go dalej i pomóż go wypromować! Pomóż innym poznać tę prawdę.

 

Potężny skandal wyborczy w Polsce. Wybory sfałszowano?!

Potężny skandal wyborczy w Polsce. Wybory sfałszowano?!

wybory wynikiKomentarz odnośnie wyborów samorządowych 2014 roku. Otóż: od lat jest tyle niejasności związanych z działalnością Państwowej Komisji Wyborczej, że chyba tylko mało rozgarnięty człowiek brałby udział w tej farsie na poważnie.

Ja byłem na wyborach do europarlamentu, oddałem głos celowo nieważny. W tych wyborach nie uczestniczyłem, bo jedyne co można było dobrze zrobić, to usunąć „klikę wyjadaczy”, czyli bezpartyjne odrzuty z PO i innych partii. Jest tylko jeden kluczowy problem: nie ma kim ich zastąpić..

Wszyscy znamy historię z rosyjskimi serwerami, przez które miał przechodzić ruch z PKW. I nie, nie ma to nic wspólnego z prawacką, PiSowską paranoją. Ten fakt musimy dostrzec, odnotować i zaakceptować jako ponurą rzeczywistość każdorazowego procesu wyborczego.

Od dawna mawia się, że nie jest ważne kto głosuje, bo jest ważne, kto liczy głosy. Z tego powodu członkowie Państwowej Komisji Wyborczej szkolili się przez lata w tak mocno demokratycznym kraju, jak Rosja, gdzie „nieprawomyślnych” wsadza się do psychiatryków i więzień.

Dodać także należy, że od lat trwa specyficzny „rozbiór” polskiej sceny politycznej pomiędzy koncesjonowaną koalicję (PO – PSL) a koncesjonowaną opozycję (PiS i inne). Po prostu system wpadł na pomysł, by obsadzić „swojakami” wszystkie nisze polityczne.

W konsekwencji, walki polityczne odbywają się tak naprawdę pomiędzy swoimi. Nie ważne kto wygra wybory, bo każda „partia z TV” jest partią estabiliszmentową, również Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwina Mikke. Który gdy opozycjoniści byli nieludzko prześladowani, bumelował z komunistycznym paszportem po turniejach pokerowych świata.

Oni w sejmie mogą się kłócić, jednak w konsekwencji po odstawieniu teatrzyku dla mas przed kamerami TV, w kuluarach sejmowych piją razem wódkę. I razem śmieją się, jak to ich sztucznie kreowane spory zagrzewają publikę w myśl starej rzymskiej maksymy „divide et impera” – „dziel i rządź”.

Pamiętajmy też, że po to właśnie wymyślono ideologie polityczne. By podzielić prawdę o świecie na wiele pokawałkowanych fragmentów, i by zwolennicy tych fragmentów nawzajem się zwalczali i nienawidzili.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Wielki skandal wyborczy w Polsce – nie wiadomo kto wygrał wybory samorządowe

Cytuję: „Państwowa Komisja Wyborcza skompromitowała się ostatecznie nie mogąc sobie poradzić z policzeniem głosów w wyborach samorządowych, które miały miejsce w minioną niedzielę. Komentatorzy życia politycznego w Polsce przecierają oczy ze zdumienia widząc gigantyczny bałagan, jaki powstał na skutek awarii systemu informatycznego, który miał wspomagać liczenie głosów.

Problemem okazał się być jednoczesny dostęp do bazy danych 3000 użytkowników. Dla porównania portal zmianynaziemi.pl momentami obsługuje do 1000 jednoczesnych sesji, a przy zastosowaniu bardziej rozbudowanej infrastruktury z tak zwanym „load balancing” można z łatwością zwielokrotnić tą ilość. Wygląda na to, że informatycy z PKW nie znają takich technologii rozkładania nagle rosnącego ruchu. Trudno nazwać to inaczej niż skandalem.

Demokracja sama w sobie jest absurdalnym konceptem. Pomysł, aby w większości niezbyt rozgarnięci ludzie, swą masą decydowali w wyborach, kogo wybrać lub co zdecydować jest po prostu głupi. Nie ma chyba żadnej na świecie firmy, w której to nie prezes a załoga, decyduje w głosowaniu, co zrobić z przedsiębiorstwem, jakie kontrakty zawrzeć etc. Jednak jesteśmy ogłupiani od najmłodszych lat i przymiotnik „demokratyczny’ uważamy domyślnie się za coś pozytywnego.

Prawda jest jednak taka, że rządząca nami klika pozwala na wybory, po to, aby stworzyć złudzenie, że mamy na cokolwiek wpływ. To co mają myśleć ludzie jest programowane za pomocą propagandy sączonej z wszystkich możliwych mediów. Gdyby jednak okazało się, że ludzie i tak się pomylą wybierając nie tych co trzeba, na straży stoją różne instytucje, które działają w myśl sformułowanej przez Józefa Stalina tezy – nie ważne kto głosuje, tylko kto liczy głosy.

Trudno o lepszy przykład bezsensowności demokracji niż ten żenujący spektakl, który obecnie obserwujemy. Jaki sens ma głosowanie, skoro jakieś „leśne dziadki” z PKW, ludzie, którzy nie zostali zweryfikowani od czasów komunizmu, pilnują obecnie poprawności procesów demokratycznych? To już kolejne wybory, w których okazało się, że ludzie ci robią to przerażająco nieskutecznie i w tak mętnej atmosferze, że zasadne jest zadawanie pytania, o co w tym wszystkim chodzi i czy jest to tylko indolencja niekompetentnych urzędników, czy też coś znacznie poważniejszego.”

Źródło: http://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/wielki-skandal-wyborczy-w-polsce-nie-wiadomo-kto-wygral-wybory-samorzadowe