Reklamy

Kategoria: opowiadania

„Biały poniedziałek”: bunt mężczyzn! Opowiadanie SF

-Mamusiu, narzekacie na rząd, a co by było, gdyby wszyscy ludzie się zjednoczyli i na drugi dzień nie przyszli do pracy? Rząd  musiałby dać trochę ludziom.

-Oj Jaruś, Jaruś… [Dobrotliwym głosem rodzica do dziecka, które jeszcze nie wie nic o życiu]

To był rok 1995 lub 1996, a ja miałem nieco ponad 10 lat. Kto miał rację? Ja, czy moja mama? A poniżej inna anegdota, tym razem fikcyjna:

-Jestem inżynierem, robię całą czarną robotę w koncernie PGNiG w jednej z elektrowni. Od moich decyzji należy bezpośrednio życie kilkunastu tysięcy ludzi. Bo nie wiem czy wiesz, mądralo, że awaria elektrowni węglowej to taki mały Czarnobyl? Zaś pośrednio, od moich decyzji zależy życie kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Wiesz, szpitale i tak dalej. Śmiejesz się, ale gdy mieliśmy upały w 2022 roku, to brakowało wody do chłodzenia bloków i kraj stał na krawędzi energetycznej apokalipsy. Byliśmy stale na gorącej linii z tymi cwaniakami z sejmu, choć oni teoretycznie mają gówno do tego. Kręcili się wszędzie Ci jebani tajniacy. Po całym zakładzie, czaisz?! I chcieli wiedzieć wszystko. Właśnie kurwa ode mnie. 

-No ale do czego zmierzasz, ziom? 

-Moja bardzo urodziwa koleżanka z ogólniaka jest teraz celebrytką na tym portalu społecznościowym Hidra. Wiadomo co robią takie gwiazdeczki z biznesmenami. Ona zjeździła cały świat wzdłuż i wszerz. Ma mieszkanie i dobrego SUVa za gotówkę. Ja zarabiam 900 Marek Polskich, po spłacie kredytu żyję na takim samym poziomie, jak „typowy Janusz” pracujący na magazynie, co ma mieszkanie komunalne. I teraz powiedz mi: kto jest tu tym głupim? Ona, bo zarabia tyłkiem? A może jednak ja?

-Yyy, stary, dopij tę wódkę i cho do domu, już piąta rano…

Czytaj dalej „„Biały poniedziałek”: bunt mężczyzn! Opowiadanie SF”
Reklamy

„CO JESZCZE (NIE) JEST FIKCJĄ?” BAŚŃ Z PRZESŁANIEM

Razu pewnego żył sobie młody człowiek, który ćwiczył sztuki walki i jeszcze jedną dyscyplinę sportową. Chciał być najlepszy w tym, co robi, więc szukał dodatkowych metod, by do tej doskonałości dotrzeć. Usłyszał od kogoś o pewnym starym człowieku, który dawniej był mistrzem sztuk walki, a teraz uprawia rolę daleko za miastem, na drugim końcu kraju. Udał się więc w podróż do mistrza.

Podróż była bardzo długa. Gdy znalazł się już w jego domu, zdziwił się, że sam mistrz mieszka w tak skromnie urządzonym miejscu. Zapytał więc go, czy ten skromny dom mu wystarcza:

-Gdzie jest cała reszta rzeczy potrzebnych do życia, mistrzu?

-Zadam Ci inne pytanie: gdzie są Twoje rzeczy? Czy ten bagaż, który masz, wystarcza Ci na różne życiowe wędrówki? Pomimo tego, że jest on  wielki i zapewne ciężki, jest w niej i tak niewiele rzeczy.

-No ja tu jestem tylko jako gość, przyjechałem tylko na chwilę.

-Rozejrzyj się więc ponownie po moim mieszkaniu, i pomyśl to samo o mnie. Ja tu też jestem tylko na chwilę.

-Nie rozumiem..

-Nie musisz – odpowiedział mistrz. Powiem Ci teraz coś innego. Zapewne słyszałeś o tak zwanej „Górze Cudów”, prawda? Ona znajduje się tu w okolicy, tak jak wiele innych gór i dolin.

-Tak, słyszałem. Każdy kto tam wejdzie, zostaje odmieniony. Każdy, komu choć raz udaje się tam pobyć, już nigdy nie jest tym samym człowiekiem. Ta góra ma magiczną moc. Nie bez powodu nazwano ją Górą Cudów.

-Chcesz tam dotrzeć, mój uczniu?

-Tak – odpowiedział.

-Więc jutro rano ruszamy w drogę. Idź do pokoiku na górze, tam jest miejsce do spania dla Ciebie.  Czytaj dalej „„CO JESZCZE (NIE) JEST FIKCJĄ?” BAŚŃ Z PRZESŁANIEM”

WYWIAD Z MASONEM (ILLUMINATĄ) OBNAŻA NOWE, TAJNE PLANY!

Wywiad z Masonem wysokiego stopnia, czyli z Illuminatą..

Zapraszam Cię do przeczytania luźnego wywiadu z Masonem wysokiego stopnia, czyli de facto wywiadu z Illuminatą. Obnaża on szokujące sekrety tajnego stowarzyszenia i jego poglądów dotyczących depopulacji, wzrostu świadomości na Ziemi, obaleniu dotychczasowych elit i czemuś, co samo z siebie brzmi złowrogo. Były dinozaury, ale one wyginęły. Czy podobny, apokaliptyczny scenariusz czeka ludzi?! Och, ąż strach się bać. Kto chce, niech się boi – jego wola i jego prawo. 🙂 Ja zapraszam Cię do lektury wywiadu z Masonem wysokiego stopnia (z Illuminatą), jak i do lektury poprzednich wywiadów.

Poprzedni wywiad z Masonem wysokiego stopnia / z Illuminatą możesz przeczytać w tym poniższym artykule:
-„Ten wywiad z Illuminatą ujawnia szokujący plan! „Ludzkość to nasz eksperyment

Możesz też przeczytać wywiad z Masonem wysokiego stopnia czy też wywiad z Illuminatą o objawieniach w Medjugorie. Skopiowałem go lata temu, w 2013 roku, z jakiejś anglojęzycznej, katolickiej strony, więc nie ręczę za jego dobrą jakość, ani za jego autentyczność:
-„Szokujący wywiad z Illuminatą o objawieniach w Medjugorie!Czytaj dalej „WYWIAD Z MASONEM (ILLUMINATĄ) OBNAŻA NOWE, TAJNE PLANY!”

WĘDROWAŁ NOCĄ PRZEKRACZAJĄC HORYZONT ZDARZEŃ I WIDZĄC NIEWYOBRAŻALNE

Był dzień 21 czerwca roku znanego tylko nielicznym. Magiczny czas przesilenia letniego, najdłuższy dzień i jednocześnie najkrótsza noc w roku. Wędrowiec zawitał do oddalonej od świata wioski po całej nocy majaczenia i włóczenia się po ogromnym, leśnym poligonie wojskowym. To miało być tylko czerwcowe, letnie grzybobranie pod wieczór, ale zastała go noc, gdy był już dość głęboko w lesie. I co tu dużo mówić, był już dość mocno spity bimbrem który miał w piersiówce. Wszak stary złamas Józio pędzi najlepszy w okolicy bimberek, sprzedając go i zarabiając na nim. Nawet lokalna policja przymyka na to oko i raz na miesiąc wysyła radiowóz po dostawę kilku butelek nektaru bogów. Wędrowiec całą noc w panice gnał przed siebie, co chwilę zmieniając kierunek w którym podążał.

Leśne, gruntowe ścieżki, często prowadzące po prostu donikąd, wyjeżdżone przez pojazdy wojskowe czy traktory, bywają bardzo mylące. Szczególnie na poligonie wojskowym, i to tak ogromnym. Ja pierdole, komu przyszedł do głowy pomysł zbierania grzybów na poligonie wieczorem, i to jeszcze po spiciu się bimbrem Józka? Przecież to istna mikstura czarownic! No tak, to mi przyszedł do głowy ten pomysł. Boże, czy ja wariuję?! Wszędzie ciemno, głucho, słychać tylko pohukiwania sów, jęki jenotów czy wycia wilków. To tylko napędzało narastające wciąż przerażenie Wędrowca. Nigdzie utwardzonej drogi. Nigdzie nawet poświaty latarni. Ba! Nigdzie nie widział nawet pojedynczej majaki świetlnej wskazującej, że gdzieś tam daleko, hen na horyzoncie mogą być ludzkie osady. Ciemny mrok lasu rozświetlały tylko gwiazdy i upiorny blask księżyca w pełni.

Od razu przyszły mu na myśl wszystkie ludowe opowiadania dawno nie żyjącej prababci. Starowinka mawiała, że podczas pełni w lasach można zobaczyć rzeczy i istoty, o jakich ludziom się nie śniło. I nie, nie były to potężne wilki, wgapiające się w Ciebie krwistymi oczyma, z wyszczerzonymi językami, sapiące donośnie i złowrogo. Aura mistycyzmu roztaczała się wokół opowiadań babuleńki, które pamięta jak przez mgłę. Mówiła, że na świecie, a szczególnie na bezdrożach dzieją się rzeczy wprost niewyobrażalne. Tylko trzeba chcieć je zauważyć. Twierdziła, że są to opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenie. Że pokolenie jej babć i dziadków, długie lata temu, wiedziało o spotkaniach na bezdrożach, o tajemnicach lasu, o duchach przodków przychodzących w snach podczas życiowych przełomów. Elfy, skrzaty, leśne gnomy, tajemnicze zjawy miały straszyć, denerwować, pomagać, i dawać nadzieję zbłąkanym wędrowcom. A czasami nawet podpowiadać poprawny kierunek, by nie zabłądzili oni na zawsze. Ale wg starszej, siwej kobiety, z biegiem lat wiedza ta przekazywana w ustnych przekazach, zanikła niemal zupełnie.

Oczywiście jako mały dzieciak traktował te opowiastki ludowe z przymrużeniem oka. Jednak teraz wróciły one do niego ze zwielokrotnioną siłą. Strach stał się dojmujący. Kroki które stawiał w lesie, kruszący się pod stopami chrust czy pękające gałęzie, przeplatane pohukiwaniem sów i głosami innego ptactwa, miały w tej chwili zupełnie inny wymiar, niż podczas zwykłego, rodzinnego grzybobrania w dzień. No i do diaska, przecież zgubił się, od dawna nie wie gdzie jest, a te wszystkie leśne bezdroża wyglądają tak samo, pełne są pułapek i prowadzą donikąd. Niejeden raz wpadł w jakiejś obniżenie terenu. Niejeden raz szedł polną drogą, która nagle się kończyła. Niejeden raz nadepnął na mrowisko lub na kupę chrustu, która załamała się pod jego ciężarem a on sam wpadł w dołek. Pewnie jego twarz i skóra wyglądały jak siedem nieszczęść.

Patrząc na niebo zauważył, że zbliża się powoli pierwsza, letnia poranna zorza. Choć las był dalej nieprzeniknioną, mroczną niewiadomą, to niebo na wschodzie było już lekko granatowe. Nie był to nawet początek wschodu Słońca, ale jego pierwszy, nieśmiały zwiastun. Szedł dalej i z niemałym przerażeniem pomieszanym z nadzieją doszedł do wniosku, że.. idzie asfaltową drogą! Był tak zmęczony i przestraszony, że nawet tego nie zauważył. Droga była wąska, wiejska, prowadząca gdzieś do maleńkich wiosek zapadniętych pośród lasów i łąk, gdzie nie dojeżdżają nawet PKSy. To oznaczało też, że opuścił teren poligonu wojskowego i znajduje się już na terenie cywilnym.

Niestety, ale nie przyniosło mu to zbytniej ulgi dla jego zlęknionej nocną wędrówką duszy. Trzeźwiał już i widział, że świt zbliża się coraz bardziej. Miał nadzieję, że idąc drogą, po bokach której rosną posadzone dawno temu wielkie drzewa, w końcu natrafi na ludzką osadę. To właśnie ten magiczny moment, gdy noc powoli, acz niechętnie ustępuje miejsca dniu. Choć przecież noc owa nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Choć senna osnowa ciemności, lekko tylko przerywana przez wschodzące słońce, wciąż dawała się we znaki. Nagle Wędrowiec zauważył przed sobą wioskę. Zaledwie kilka zabudowań pośród lasu z jednej strony, i dzikiej, trawiastej łąki z drugiej strony.

Na początku myślał, że to jakaś fatamorgana, albo że dalej jest na terenie poligonu, a to, co widzi to zabudowania ćwiczebne. W myślach widział spadające bomby zrzucane podczas ćwiczeń, lub, co gorsza, widział wstających z grobu zmarłych na przestrzeni lat żołnierzy, idących ku niemu by go pożreć żywcem. Jednak wioska okazała się być prawdziwa. Nie pamiętał już jej nazwy, ale zauważył znak drogowy z nazwą i z symbolem obszaru zabudowanego. Słońce coraz śmielej wznosiło się nad horyzontem. Była trzecia, czwarta lub piąta rano, Bóg jeden wie. A Wędrowiec był wyczerpany, podrapany i poszarpany przez gałęzie i zielsko, przerażony i skacowany. Niestety, ale tajemna mikstura wiedźm i czarownic produkowana przez Józia, zwana potocznie bimbrem, miała tę przykrą wadę, że po jakimś czasie przestawała działać, pozostawiając dojmujące i przeszywające objawy, zwane po prostu przepiciem czy kacem.

Chciał tak zwyczajnie podejść do pierwszego domu, zakołatać w drzwi, wzywając pomocy, niczym średniowieczny Wędrowiec, który wiele dni temu zgubił drogę, nie jedząc od wielu dni. Ale Wędrowiec przypomniał sobie, że nie jest żadnym wędrowcem, ale ma imię i nazwisko, numer PESEL, jest poważanym i szanowanym obywatelem swojego kraju. Przecież jest bardzo wczesny ranek, to najkrótsza noc w roku. Przysiadł więc na zniszczonej, drewnianej ławeczce, która była w miejscu, gdzie kiedyś był przystanek PKS. Obecnie przystanku nie ma, ostała się jedynie drewniana, mocno spróchniała ławeczka. Sklepu, który był w pustostanie obok, także nie ma, jest tylko jego upiorny szkielet, straszący wybitymi oknami, obdrapaną farbą i zabitymi dyktą drzwiami.

Jednak nagle zobaczył, że praktycznie w każdym domu we wsi w oknach świeci się światło. Co do diabła?! Serce zaczęło mu bić szybciej. Przecież jest bądź co bądź środek nocy i wszyscy powinni spać! Oczyma wyobraźni widział kilkadziesiąt upiornych oczu, wpatrujących się w niego z okien domostw. Przeszedł się po jedynej we wsi uliczce, rozglądając po domach. W okach paliło się światło, a w jednym domu widać było poświatę emitowaną przez telewizor. Zajrzał przez okno do środka, ale nie był to film, program informacyjny czy cokolwiek innego, ale znana wszystkim plansza wyświetlana podczas usterki. Brak sygnału, to głupie kółko i idiotycznie ułożone kolory. Od komuny tej planszy nie modyfikowali. Drzwi domu były zamknięte, i nikt nie reagował na jego wołanie. „Jest tu kto?!” W jego głosie wybrzmiał dojmujący strach, a echo, które powróciło kilka razy do niego, dosłownie zmroziło mu krew w żyłach.

Spokojnie, skacowany głupku, przecież echo to normalka na takich bezludnych przestrzeniach – tak sobie myślał, oprócz miliona innych myśli, w tym tych coraz bardziej mrocznych, które przelatywały mu przez głowę. Poszedł do końca wioski i znalazł dom, w którym drzwi wejściowe były otwarte. Jego przerażenie sięgało powoli punktu kulminacyjnego. W obejściu jego uwagę przykuła buda dla psa łańcuchowego. Buda jak buda, jakich tysiące na tego typu smutnych, zapomnianych przez Boga i ludzi zadupiach, w których więzione są w ten sposób jeszcze smutniejsze psy. Jednak nie było tam psa. To, co zauważył sprawiło, że serce podeszło mu do gardła, a na czole pojawił się zimny pot. Zobaczył dwumetrowy psi łańcuch przyczepiony do budy, a na końcu tego łańcucha swobodnie leżąca na ziemi obroża. Zupełnie tak, jakby pies..nagle zniknął, wyparował.

Ej, kurwa, obudź się pijacki głupku! Spokojnie, spokojnie, tylko spokój nas uratuje, kurwa jego mać.
-Hej! Jest tu kto?!
tu kto tu kto tu ktoooo” – złowrogo odpowiedziało echo.
-Wejdę do środka, macie otwarte drzwi, martwię się o Was!
-„Was was was was wassss” -echo znowu odpowiedziało, i była to jedyna odpowiedź, jaką usłyszał.

Wszedł więc do tego domu. Zastygł w bezruchu, gdy usłyszał piszczenie telewizora, emitującego ekran awaryjny i dźwięk wody spływającej jakby z prysznica. Dom jak dom, dwa pokoje, kuchnia i łazienka. Jako że łazienka była najbliżej wejścia, wszedł do niej, i ponownie omal nie dostał zawału ze strachu. Ze słuchawki prysznicowej umocowanej na górze kabiny leciała woda, już całkiem zimna. Stary, poczciwy piecyk elektryczny, często montowany w takich wiejskich domach, miał ograniczoną pojemność i jeszcze bardziej ograniczoną możliwość produkcji ciepłej wody. Zaledwie 120 litrów. Woda która leciała była przeraźliwie zimna, ale nikogo w łazience nie było.

Wędrowiec zaciągnął rękaw koszuli na górę, po czym jednym sprawnym ruchem zamknął przepływ wody używając prysznicowego pokrętła, pamiętającego pewnie czasów komuny. Jednak ponownie przeżył ten specyficzny „mini-zawał”, gdy na dole brodzika zauważył mydło i.. ślubną obrączkę. Jak oparzony wybiegł z łazienki, kierując się ku głównemu pomieszczeniu, w którym przykładni wioskowi obywatele co wieczór gromadzili się przed telewizorami, by oglądać telenowele i programy informacyjne, mówiące co im wolno myśleć, a co nie. Telewizor emitował upiorną planszę awaryjną, co oznaczało, że w studiu telewizyjnym była jakaś awaria i system automatycznie przełączył na tę planszę. Popatrzył na godzinę – 03:59 rano.

Jednak to, co nagle i niespodziewanie zobaczył sprawiło, że dosłownie zmiękły mu nogi. Poczuł ciepło w majtkach, które powoli spłynęło w dół po jego spodniach. Tak, dosłownie zeszczał się w gacie ze strachu, co za wstyd! Na dwóch fotelach zamiast ludzi, którzy zasnęli przed telewizorem, były ubrania. Koszulki, spodnie, majtki a na podłodze – skarpety i pary kapek. Cały komplet odzieży, ale ani śladu ludzi. Wszystko rozumiał, dosłownie wszystko. Rozumiał, że mógł znaleźć zwłoki kilku ludzi, którym zmarło się podczas wieczornego oglądania telewizji. Nie wiem, jakieś zatrucie, jakiś chory zwyrol którego pasją jest mordowanie, czad z piecyka, czy choćby coś podejrzanego i tajnego z poligonu.. Ci wojskowi to przecież chore pojeby i Bóg a raczej diabeł jeden wie, jakie oni tam mają zabawki, jak mawiał Józio.

Ale w całym domu nie znalazł ani śladu człowieka i zwłok. Gnany chyba już ostatnim tchnieniem racjonalnej logiki i zdrowego rozsądku, wziął leżący na stole pilot i wyłączył telewizor. Plansza przestała złowrogo piszczeć, a w domu w końcu zaległa cisza. Upiorna, dojmująca cisza. Do głowy przyszedł mu demoniczny pomysł, by sprawdzić czy inne kanały działają, czy może na wszystkich jest ten tajemniczy brak sygnału.. Ale irracjonalność, która pochłaniała go coraz bardziej, niczym morska fala tsunami wbijająca się w wybrzeże, zabroniła mu tego sprawdzić. Więc na zawsze pozostało to już niewiadomą. Ostatni przebłysk logiki, jaki miał miejsce w jego rozedrganym i napiętym do granic ciele to myśl, że ma do czynienia z psychopatycznym mordercą który lubi się bawić jakieś The Cube czy coś w tym stylu. Upiorny zwyrol to wszystko zainscenizował, to przecież logiczne!

Wziął więc siekierę, która leżała w obejściu, i poszedł do kolejnych domów. Bał się pytać czy jest tu kto, bo bał się nie tyle złowrogiego i jedynego towarzysza – echa, co jeszcze bardziej złowrogiego poczucia całkowitej pustki. Kolejny dom – kop z buta w drzwi, i te same sceny. Ubrania czy pidżamy w łóżkach, ale ani śladu walki, krwi czy ciał. Już nie mówiąc o ludziach. Dotarło do niego to, że nie słyszał żadnych ptaków ani innych zwierząt. Wszedł do kurnika, ale nie było tam ani jednej kury. Możliwe, że gospodarz nie hoduje kur od 15 lat. To możliwe prawda? Przecież to możliwe, do cholery, jeździ po świeże jaja do Biedronki w pobliskim miasteczku! To możliwe, to możliwe, to kurwa możliwe!

Czuł, jak powoli traci zmysły, a otchłań szaleństwa pochłania go niemal bez reszty. Był spocony, serce prawie że wyskakiwało mu z klatki piersiowej, na twarzy pojawiły się żyły, których jednak nie mógł dostrzec. Mięśnie miał napięte do maksimum, wypatrując sam już nie wiedział kogo. Lub raczej czego.. Psychopatyczny morderca, zwyrol jakiego świat nie widział? A może wojsko użyło jakiejś tajnej, czasoprzestrzennej broni? A może leśne trolle i gnomy z opowiadań zmarłej dawno babuleńki ożyły i czają się w krzakach, obserwując go i tylko czekając, by go pożreć? A może po prostu postradał zmysły, leżąc gdzieś pod krzakiem na środku poligonu, majacząc i umierając z pijackiego odwodnienia?

Przystanął na chwilę, postanowił ogarnąć się i uspokoić. Przecież czuł bicie swojego serca. Garstka ziemi którą wziął do ręki, była realna. Zimna i lekko wilgotna, jak to ziemia po nocy. Powąchał ją, pachniała normalnie, jak to ziemia. Słońce też było realne i gdy na nie przez kilka sekund patrzył, raziło go w oczy. Tak, przecież tutaj jestem, jestem. To wszystko dzieje się naprawdę.. Postanowił pójść do kolejnego domu. Nie mógł niestety sobie poradzić z drzwiami, więc wziął cegłę i wypieprzył całe okno. Z resztkami szkła i drewienek poradził sobie cegłą i kopniakami nogą. Tak, to też było realne.

Wszedł więc do domu. Zauważył, że w kuchni wolno pracuje sokowirówka, wydając upiorny dźwięk. Był to jedyny dźwięk, jaki słyszał, co tylko potęgowało i tak dojmujące uczucie trwogi, jakie odczuwał. Na podłodze obok sokowirówki były kobiece ubrania. To, co spotykał w każdym z tych domów. Spodnie jeansowe, koszulka, majtki, skarpety, kapcie. Także obrączka ślubna i kolczyki. Zostało wszystko, oprócz człowieka. Normalka, o ile w ogóle można używać słowa „normalka” w tej dziwnej i przerażającej sytuacji. Na stole obok sokowirówki były kawałki owoców i warzyw, których ta kobieta nie zdążyła wsadzić do niej i zmielić, bo.. Bo?! Zniknęła, wyparowała, przeniosła się w czasie?! Spokojnie, spokojnie.. Tylko spokojnie, ja pierdolę. Sokowirówka pracująca już wiele godzin zdążyła rozbryzgać sok marchewkowy na cały stół, ścianę i podłogę.

Nie wyłączył tej sokowirówki, tym razem nie wpadł na ten na pozór logiczny, choć tak naprawdę całkowicie irracjonalny pomysł. W kolejnym pomieszczeniu zobaczył natomiast coś, co wpędziło go w takie przerażenie, że zaczął wrzeszczeć. Wrzeszczeć jak opętany, jak pacjent psychiatryka po lobotomii, który widząc wchodzącego pielęgniarza ze strzykawką z delbetą, uważa, że widzi wchodzącego jeźdźca apokalipsy. Na kanapie, w stercie ubrań, sugerujących, że należały do starszej kobiety, obok sztucznej szczęki, leżało pewne niewielkie, pracujące cichutko urządzenie. Przyjrzał mu się uważnie i zauważył na nim maleńki napis firmy medycznej, która je wykonała. Gdy dowiedział się co to jest, doznał odczucia, którego nie zapomni już do końca życia.

Boże! To przecież ciągle pracujący rozrusznik serca! A śladu ciał ani krwi nie ma nigdzie. Zostały ubrania, biżuteria, sztuczne szczęki, plomby z zębów, pracujące od kilku godzin urządzenia, a teraz ten rozrusznik serca. Nie ma sygnału telewizyjnego, co wcale nie poprawia jego sytuacji. Wszyscy zniknęli, zabierając ciała, ale pozostawiając to, co było dziełem techniki. Wybiegł z domu jak oparzony, kierując się z impetem ku drugiemu krańcowi wioski, gdzie był znak drogowy z nazwą tej upiornej osady duchów. Niestety, ale nie znalazł tam żadnego znaku drogowego, choć był przekonany, że przechodząc tutaj przed godziną on był. Pobiegł impetem na drugi koniec wioski, i tam też żadnego znaku nie było. Nie miał pojęcia, gdzie jest. Nie pamiętał tej miejscowości z grzybowych wypraw z dzieciństwa, ale przecież takich osad było mnóstwo na obrzeżach poligonu, w tej krainie łąk, lasów i jezior.

Serce mu waliło jak oszalałe, jego ubrania były całkiem przepocone. Zebrał w sobie siły, które jeszcze miał. Reszta logiki, którą jeszcze posiadał, nakazała mu iść dalej asfaltową drogą, byle jak najdalej od tego wymarłego miejsca. Wędrowiec wyruszył w dalszą drogę, przemierzając powoli kolejne przestrzenie. Był już wczesny ranek, słońce świeciło oślepiającym światłem dość wysoko nad horyzontem. Szedł w dojmującej ciszy, nie słysząc samochodów, motocykli, wybuchów na poligonie, wojskowych helikopterów, ani nawet ptaków. Szelest kroków, wiejący wiatr i jego pokasływania były jedynymi dźwiękami, z jakimi miał teraz do czynienia.

To be continued..

Autor opowiadania: Jarek Kefir