Reklamy

Wpisy Autora

JarQ

Nigeryjskie dzieci Donaldowi Tuskowi [VIDEO]

Nigeryjskie dzieci Donaldowi Tuskowi

Reklamy

Dlaczego się nie buntujemy?

Dlaczego Polacy popadli w marazm i nie buntują się przeciwko władzy?!

Cytat: „Nastroje są złe. Obiektywna sytuacja większości społeczeństwa jest jeszcze gorsza niż nastroje. A jednak siedzimy cicho. Nie wychodzimy na ulice, nie strajkujemy, a w ankietach badania opinii naszą sytuację materialną często oceniamy na wyrost, bo przyznanie się do biedy, do kłopotów finansowych przychodzi nam z wielkim trudem.

Tymczasem w zbiorowej wyobraźni naszego społeczeństwa bieda i niedostatek to zjawiska subiektywne, w dużej mierze zawinione przez osoby nimi dotknięte, a nie obiektywne, niezależne od jednostki. Człowiek biedny to leń, niezguła, pijak, dzieciorób, cwaniak żerujący na systemie pomocy społecznej, o roszczeniowej postawie, pozbawiony ambicji i nieprzedsiębiorczy. Przyznanie się do ubóstwa oznacza więc zgodę na potępienie, napiętnowanie w oczach własnych i otoczenia.

Ten obraz potęgują naukowcy. Do mierzenia zasięgu ubóstwa stosują oni metody gwarantujące optymistyczny obraz, w którym ubóstwo skrajne nie przekracza kilku, a umiarkowane kilkunastu procent populacji. Ta mniejszość staje się więc marginesem nowego wspaniałego świata, a w nim ludzie radzą sobie coraz lepiej, i w pocie czoła zarabiają na coraz to wyższy, europejski standard życia. Jeżeli więc dostatek i konsumpcyjny styl życia stanowią normę, biedę łatwo uznać za patologię.

Zwalanie winy na siebie

Charakterystyczne jest to, że osoby zadłużone, nieradzące sobie z płaceniem czynszu za mieszkanie, bardzo często już na początku wizyty w stowarzyszeniu Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej zapewniają, że nie są „patologią”, nie piją, ciężko pracują, czyli stanowią wyjątek od reguły, że bieda jest zawiniona przez biednych. Problem zasadniczy polega bowiem na tym, iż ludzie niezamożni o wiele łatwiej niż reszta społeczeństwa przyjmują surową, krzywdzącą ocenę grupy, do której należą z racji niewystarczających dochodów, i przynależności do której wypierają się jak tylko mogą.

Strach przed napiętnowaniem, ową przemocą symboliczną, jest często równie duży jak obawa przed eksmisją, zajęciem komorniczym czy utratą pracy. Jest w Warszawie ulica Dudziarska. Miejsce, do którego dociera tylko jeden autobus kursujący co godzinę, położone za torami, gdzie trudno się dostać, dokąd bardzo często eksmitują, i gdzie nikt nie chce trafić. Zgłosiła się do mnie po pomoc pewna pani, która właśnie za nic nie chciała tam trafić, bo „tam mieszka sama patologia”. Odpowiedziałem, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, ale jeśli mi się nie uda i ona tam jednak trafi, może przyjść do mnie kto inny i powiedzieć to samo: że nie chce na Dudziarską, bo mieszka tam pani, czyli patologia.

Tak długo jak długo trwa dominacja ideologiczna i psychologiczna bogatych nad biednymi, krzywdzicieli nad ich ofiarami, bunt jest nie do pomyślenia, a zamiast oburzenia i gniewu, porażka rodzi wstyd i upokorzenie, które raczej kryją się przed ludzkim wzrokiem, zamiast wywieszać sztandary buntu. Człowiek zadłużony, nękany przez komorników i windykatorów, z trudem walczący o zachowanie szacunku własnych dzieci, jest zbyt słaby i zdezorientowany, aby obiektywnie analizować przyczyny swej poniewierki, a tym bardziej kwestionować system, który nie dał mu szans na godne życie. Mechanizmem leżącym u podstaw tego nieoczekiwanego zjawiska obwiniania siebie i własnej, słabszej grupy społecznej za doznawane krzywdy jest nieuświadomione dążenie do minimalizowania psychologicznych kosztów, które płynęłyby z przekonania o niesprawiedliwości systemu społeczno-politycznego. W pewnym sensie korzystniej jest uznać, że własne położenie, czy też położenie grupy, do której się należy, jest zasłużone. Pozwala to uniknąć presji na oczywistą, wydawałoby się, w takim przypadku kontestację systemu.

Przywykanie do biedy

Kolejnym powodem cierpliwego znoszenia wyrzeczeń i robienia dobrej miny do złej gry jest fakt, że ludzie żyjący w sytuacji niedostatku przez dłuższy okres niejako do niego przywykają. Nie wierzą bowiem w poprawę losu i nie chcą się już więcej szarpać, gdyż wszelkie nadzieje wydają im się złudne, a dążenie do tego, żeby je realizować, dodatkową męką w ich i tak już ciężkim życiu. Z klasycznym przypadkiem takiej redukcji aspiracji mieliśmy do czynienia zaraz po wojnie, kiedy to pokolenie wojenne zwykło mawiać, że dopóki nie ma wojny i jest chleb, wszystko jest w porządku. Dwadzieścia kilka lat polityki rozwarstwienia, trwałego wysokiego bezrobocia, obniżania poziomu transferu socjalnego, malejącego udziału płac w dochodzie narodowym wytworzyło podobny do powojennego syndrom adaptacji do trudnych warunków, która obniżyła społeczne aspiracje, zredukowane do pragnienia elementarnego poczucia bezpieczeństwa. Wreszcie nie bez znaczenia jest związana z rynkowym porządkiem korporacyjnym uniformizacja społeczeństwa, któremu wmówiono fałszywą, szkodliwą dla człowieka skalę wartości. W ramach tej skali ludzie, którzy nie odnoszą sukcesu materialnego lub nie cieszą się przynajmniej elementarnym dostatkiem, są całkowicie pozbawieni autorytetu, co sprawia, że rzadko ośmielają się zabierać głos w sprawach publicznych. W konsekwencji nie biorą czynnego udziału w życiu politycznym i nie mają w nim swoich rzeczników ani partii. Wyjątkiem był epizod z Samoobroną i Andrzejem Lepperem, którego jednak szybko usunięto ze sceny nie tylko z powodu popełnionych błędów, ale zmowę całej klasy politycznej, która nie zaakceptowała obecności w życiu publicznym rzecznika pokrzywdzonych warstw społecznych.

Biedni wstydzą się więc swojej biedy i siedzą cicho. Głównie zresztą dlatego, że nie wiedzą, ilu ich jest. Ta prawda jest szczególnie skrzętnie przed nimi ukrywana, bo ona mogłaby stanowić o sile ruchu antysystemowego. Gdyby bowiem pewnego dnia zdali sobie sprawę, że stanowią większość społeczeństwa, mogliby pomyśleć np. o politycznym zorganizowaniu się i wygraniu wyborów. A tego elity wolą uniknąć.

Wymyślono więc cały katalog kłamstw, które mają stworzyć obraz biedy jako zjawiska dotyczącego zdecydowanej mniejszości społeczeństwa. Tymczasem to ludzie bogaci i zamożni stanowią według najnowszych badań znikomą mniejszość. Według KPMG osób, które mają dochody na poziomie 5000 zł netto i więcej, jest w Polsce zaledwie 650 000. Już samo ustanowienie granicy zamożności na tak niskim poziomie świadczy o rozpaczliwej chęci rozmnożenie w statystykach liczby tych, którym się powiodło.

Pięć tysięcy złotych miesięcznie to kwota, za którą można w miarę normalnie żyć, ale trudno poczynić znaczące oszczędności bez wyrzeczeń. W sytuacji, gdy państwo nie gwarantuje żadnego poczucia bezpieczeństwa w postaci godnego tej nazwy systemu ochrony zdrowia czy pomocy społecznej, oszczędności są jedynym sposobem realnego zabezpieczenia na wypadek utraty pracy, obniżenia zdolności zarobkowych czy choroby. Dwie trzecie polskiego społeczeństwa nie posiada żadnych oszczędności, a jedynie długi. Te same dwie trzecie nie osiągają płacy średniej i nie mogą sobie pozwolić na choćby tygodniowy urlop poza miejscem zamieszkania. Przy czym wszelkie braki w budżetach domowych uzupełniają pożyczkami, bo pomoc społeczna praktycznie nie istnieje. O mizerii większości społeczeństwa świadczy komunikat GUS, z którego wynika, że co druga rodzina w Polsce może sobie pozwolić, aby raz do roku pójść do restauracji.

Jednak media głównego nurtu eksponują głównie dobre, według nich, wiadomości, takie jak choćby fakt, ze rośnie liczba milionerów, wstydliwie pomijając fakt, ze równolegle i to w dużo większym tempie rośnie liczba niedożywionych dzieci. Fundację „Maciuś”, która odważyła się ujawnić dane o głodnych dzieciach w Polsce, natychmiast ukarano „przypadkową” kontrolą, która oczywiście wykryła nadużycia, co doprowadziło do jej publicznego napiętnowania. Jednak pierwsze dane o biedzie i niedożywieniu dzieci ujawnił unijny Eurostat, któremu polski establishment nie może odpowiedzieć pięknym za nadobne. Według jego raportów aż 25 proc. polskich dzieci jest wciąż zagrożonych ubóstwem i wykluczeniem społecznym, co w tłumaczeniu na język potoczny oznacza niedożywienie czy np. mieszkanie w warunkach nadmiernego zagęszczenia (75 proc. polskich dzieci mieszka w takich warunkach).

Ludzie niemający oszczędności, zadłużeni, niejeżdżący na urlopy, są biedni i stanowią w Polsce większość społeczeństwa. Dlaczego się więc nie buntują? Bo nie wiedzą, że są biedni. Bo nie chcą tego wiedzieć. Bo w masowej wyobraźni Polaków biedni są odrażający, brudni, źli. Płodzą zbyt wiele dzieci i nadużywają alkoholu. Biedę kojarzy się z bezrobociem, a nie ze zbyt niskimi zarobkami, śmieciowymi umowami, dorywczą, a nie stałą pracą. Większość Polaków ledwo wiąże koniec z końcem albo popada w coraz większe zadłużenie, ale nie chce nazywać tego biedą, skoro – według badaczy – biednych jest w Polsce najwyżej kilka procent i są to prawie sami nieudacznicy. Aby dowiedzieć się prawdy o dochodach polskiego społeczeństwa, warto odrzucić mylącą średnią i skupić się na wartości modalnej, zwanej też dominantą. I tak z danych GUS z października 2010 wynika, że: „Najczęstsze miesięczne wynagrodzenie brutto otrzymywane przez pracowników gospodarki narodowej wynosiło 2020,13 zł (dominanta, wartość modalna)”, podczas gdy płaca średnia wynosiła 3543,50 zł, a więc półtora tysiąca więcej. W IV kwartale 2012 r. przeciętne wynagrodzenie wyniosło 3690,30 zł, przy czym udział płac w dochodzie narodowym zachował tendencje malejącą. To znaczy, że jest uprawnione założenie, że najczęściej występująca płaca kształtuje się dziś na poziomie o co najmniej 1500 zł niższym niż płaca średnia, to jest wynosi około 2190 zł. Jeżeli w czteroosobowej rodzinie pracowniczej pracuje tylko jedno z małżonków, to dochód na osobę w rodzinie wyniesie 547 zł. Taka rodzina nie jest uprawniona do zasiłku z pomocy społecznej, gdyż kryterium dochodowe wynosi 451 zł na osobę w rodzinie.

Wyliczone przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych za rok 2011 minimum egzystencji dla czteroosobowej rodziny wynosiło 425 zł. Należy sądzić, że kiedy już zostanie ogłoszone za rok 2012, będzie wyższe ze względu na wysoki wzrost cen dóbr podstawowych dla tego chudego koszyka, jaki wylicza IPiSS (energia, mieszkanie, żywność) i wyniesie coś około tego, co zarabia na osobę najczęściej występująca rodzina pracownicza z jednym zatrudnionym dorosłym. Mamy więc sytuację, w której przeciętnie zarabiający, ojciec lub matka rodziny, nie spełnia wymogów dochodowych do zasiłku socjalnego, nie osiągając lub ledwie osiągając dochody na poziomie minimum egzystencji.

Trzy dziesiąte człowieka

Co robią naukowcy, żeby tego nie ujawnić? Dzielą dochód rodziny nie przez cztery, tylko przez 2.1 zgodnie ze zmodyfikowaną skalą OECD. Metoda ta wypracowana w krajach zamożnych opiera się na założeniu, ze dorośli wydają na siebie o wiele więcej niż dzieci. Zgodnie z tą skalą pierwszy dorosły w rodzinie liczony jest jako „1″, drugi jako „0,5″, a dzieci do 14. roku życia jako „0,3″. Te różnice na bogatym zachodzie Europy oznaczają, że dorośli wydają na urlopy za granicą, dobra kultury i dobra luksusowe. W Polsce musiałyby oznaczać, że dorośli będą jeść mięso, a dzieci nie. W rodzinie im niższe bowiem dochody, tym równiej je trzeba dzielić. Polki i Polacy chętnie godzą się z nierównościami, które są zasłużone. Wynikają z ciężkiej pracy i talentu. Czy elita, która tak umiejętnie okłamuje społeczeństwo, zasługuje na swoje przywileje? O tym zadecyduje większość, kiedy już się dowie, jak jest naprawdę.

Autor: Piotr Ikonowicz . Autor jest publicystą. 
W okresie PRL był działaczem opozycji, 
a latach 1992–2001 przewodniczącym 
Rady Naczelnej PPS

Warszawskie „dzieci Tuska”. Zgadzają się na wszystko..

Duity, korpo-ludki i inne rodzaje platformianych lemingów

Cytat: „Duit to odmiana Słoika – czyli tego wracającego po weekendzie z wałówką od ojców. Duit (z ang. do it) zrobi wszystko, żeby do ojców nie wrócić.

Mają na Facebooku swoją słoik-parafię. Stworzoną dla prowincjonalnych, z katolickim rodowodem, będących w wiecznym miastowym niedoczasie na Kościół. Odprawili na Facebooku wielkopostne rekolekcje. Pisali „Jezus mówił ludowi: taką samą miarą, jak wy mierzycie, odmierzą wam i jeszcze wam dołożą”; „Wszak mówi Pismo: nie ma już różnicy między Żydem a Grekiem. Jeden jest bowiem Pan wszystkich”. To duchowa odpowiedź na ataki Rodowitych, którzy zarzucają Słoikom, że zabierają im warszawską przestrzeń zawodowo-parkingowo-przedszkolną.

Bo zabierają. 53 proc. spośród 2,4 mln żyjących w Warszawie ma korzenie – w języku socjologicznym – niskozurbanizowane. Z ankiet socjologicznych wyłania się silny przeciwnik dla Rodowitych: niskozurbanizowani nie posiadają ambicji kierowniczych, a warunkiem udanego życia są dla nich pieniądze i praca, rzadziej przyjaciele, wolność i pogoda ducha. W języku badaczy to tzw. potrzeby twarde. Więc ciągle przyjeżdżają, uprzedzeni przez tych, którzy już przyjechali, że nie wysikają się na szczycie świata.
Na początek

A. to w terminach socjologicznych potomek (A. jest kobietą) przeciętnych mieszkańców terenów niskozurbanizowanych. Matka we wsi pod Białymstokiem płakała, gdy A. jechała na Uniwersytet Warszawski studiować socjologię. Wiedziała, że dzieciak jej nie wróci. Do czego? Żeby we wsi wyprowadzić się od rodziców, trzeba zbudować dom. Żeby zbudować dom, trzeba pracować. A miejsca pracy są już obsadzone starym establishmentem gminnym: wójt, obsługa wójta, jedna księgowa, jeden informatyk, jeden doktor, kilku nauczycieli. Wieś opuściła jedna trzecia klasy, do której chodziła A.

Pierwsza kawalerka wynajęta we trzy. Najtańsze są na Targówku, dawnej sypialni FSO Żerań. Rodowici dostają je po św. pamięci dziadkach – robotnikach. Nieremontowane od Gierka, obite drewnianą boazerią, z prusakami w zsypach na klatce. Materac, 1200 kalorii dziennie, wyciąganych z zup chińskich. Z niskozurbanizowanych domów wynosi się zmysł praktyczny. Np. zatrzymuje się tekturowy kubek z Coffee Heaven. Nalewa się do kubka prywatną kawę i idzie się pochodzić Krakowskim Przedmieściem. Dla początkujących tekturowy kubek jest wyznacznikiem wtopienia się w miasto.

Rodowitym z roku nie podobało się, że A. daje kserować wykłady za darmo, zaniża tutejsze standardy. Oraz to, że zabrała 1300 zł ministerialnego stypendium. A. patrzyła, jak Rodowici, mając metro co dwie minuty, przeskakiwali przez bramki, żeby gdzieś zdążyć.

B. to w terminach socjologicznych potomek (też kobieta) lokalnej elity. W terminach mławskich – dziecko dyrektorstwa szkoły. Dzieci dyrektorstwa dokooptowywały do siebie w Warszawie. Pierwsza urządziła się najstarsza siostra, potem dobił do niej drugi brat. Gdy na końcu dobijała B., tamci już siedzieli w bankach na kasjerskich stanowiskach. Najwięcej szczęścia miał średni brat. Odłączył od reszty i wynajął pokój u babci, która, bardzo go polubiwszy, zostawiła bratu mieszkanie w spadku. B. nie była onieśmielona Warszawą. Od dzieciaka przyjeżdżała z rodzicami zostawiać braciom słoiki. W ankietach socjologicznych potomkowie lokalnej elity wypadają jako najmniej – spośród niskozurbanizowanych – zagubieni w życiu, byli trenowani w poczuciu wpływu rodziców.

W dużym domu w Mławie zostały ich pokoje, odkurzane co sobotę.

C., potomek rolników spod Białej Podlaskiej, szukał pracy jeszcze z budki telefonicznej, szeleszcząc „Życiem Warszawy”. Jeszcze w czasach, gdy o to, skąd pochodzi, Rodowici pytali raczej z ciekawości. Ale to było bardzo dawno.
Na nerwy

Rodowici nazywają ich mieszkańcami bez weekendów. Piszą na forach, że drażni ich niedzielny brzęk walizek na kółkach przy dworcach. W poniedziałek pomaszerują do pracy ramię w ramię, Słoiki i Rodowici. Np. do telemarketingu, wciskać ludziom produkty trwałe i szybkozbywalne. Ci pierwsi godzą się na pieniądze, po które Rodowity nawet by się nie schylił. A słoiki mogą, bo matula napichci kapuchy, ziemorów wykopie, jajków od kurów zbierze i minimalna im starcza.

Więc siedzą Słoik z Rodowitym w tych samych oktagonach (okrągłe stoły na osiem boksów). Rodowici, choć też niewolnicy, podsłuchują z wyższością, jak ci pierwsi się prostytuują, wrabiając ludzi telefonicznie w najgłupsze prenumeraty, abonamenty, z których trudno zrezygnować: zależy panu na bezpieczeństwie swojej rodziny, prawda?; dzwonię z wydawnictwa z życzeniami.

Są proaktywni (to ktoś bardziej niż aktywny). Zostają liderami miesiąca, wyciągając 2,5 tys. brutto. Potem kupują mieszkania w dzielnicy im. Franciszka Szwajcarskiego (Białołęka) i przenoszą do miasta Rodowitych swoje podwórkowe nawyki, psując im osiedlowy krajobraz strzeżony. Nawyki: stawiają samochody jak taczkę z gnojem na dwóch miejscach parkingowych, w sobotę godzinami sprawdzają silniki, piją piwo przy dzieciach na placu zabaw, wychodzą w dresowych gaciach na taras zapalić papierosa, przez barierki przewieszają mokre ręczniki, zostawiają worki ze śmieciami na wycieraczce, przed drzwiami budują sobie półki na buty, a przez okno wyrzucają zeschłe choinki.

Rodowici robią akcje: Miastowi za biurka, Słoiki na pole. Bo Słoiki wycierają sobie gęby ich miastem. Wytarcie gęby polega na tym, że najbardziej Rodowici, czyli ci ze Stalowej, Ząbkowskiej, Brzeskiej, myją im szyby w służbowych autach. Radzą Słoikom odwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego, żeby oczyścili się z przaśnego myślenia o potrzebach przyziemnych i nabrali szacunku dla miasta. Na Białołęce jeden Rodowity kierowca autobusu miejskiego nie wytrzymał i zwyzywał Słoika od tych sztucznie dolepionych.

Słoiki odszczekują się, zwierając szeregi na Portalu Warszawiaków Prowincjonalnych. Psycholodzy diagnozują ten antagonizm jako naturalny dla czasów utraty poczucia bezpieczeństwa, gdy ludzie postrzegają się nawzajem jako potencjalnych konkurentów.
Na kompromis

7 lat temu A. robi notatki na pierwszym socjologicznym wykładzie. Prof. Paweł Śpiewak mówi, że są wybrańcami, elitą. Minęły lata. Jej CV wybrała tylko firma sprzedająca akcesoria medyczne. Puściła tę pierwszą kawalerkę na Targówku nowym dobijającym spod Białegostoku i wynajęła drugą na Pradze. Z obtłuczoną figurką Maryi na podwórku. Od 1,5 roku już nie wisi na maminych pieniądzach i pielęgnuje swój biurowy etat. Mama mówi, żeby nie pytała o podwyżkę, bo pokorne cielę dwie matki ssie. Może racja? Powinna być wdzięczna firmie, że dzięki niej nie wróciła z dyplomem na wieś. Czuje się zaszczycona, odkąd dostała od team leadera karnet do fitness klubu.

C., ten potomek rolników spod Białej Podlaskiej, to Słój, czyli Słoik starszy. Słój zdystansowany. Rano wysiada na Metrze Wierzbno i odpala papierosa. Czeka na luźniejszy tramwaj. Aż z metra wyleje się rzeka młodych korporacyjnych, którzy w kieszeniach teczek na laptopy mają mapy miasta. Odjeżdżają w kierunku biurowców na Służewie. C. należy do korporacyjnych seniorów, nieprzemęczających się, forwardujących pracę duitom. W korporacji mówi się: zlećcie to duitom. Duit to junior, którego można wrobić w najczarniejszą robotę. Im bardziej niskozurbanizowane korzenie duita, tym mocniej da się wyciskać. C. nie ma nic przeciwko. Kiedyś też mu forwardowali.

Tomasz Kozłowski, psycholog diagnozujący procesy grupowe w zespołach, widzi w korporacyjnych boksach imitację relacji z dawnych jednostek wojskowych, gdzie było istotne, kiedy kto przyjechał. Choć wszystkich ubierano tak samo, 1,5-roczny żołnierz prezentował się nonszalancko, miał gdzieś odpięty guzik, poluzowane dziurki na opinaczach butów, a młody był dopięty. W definicji ks. Jacka Stryczka, duszpasterza ludzi biznesu, korporacyjny system zwalania obowiązków na słabszych działa niewidocznie, jak różaniec odmawiany zbiorowo – idzie dalej, mimo że ktoś się zatnie. Podobnie w korporacji. Nie wszyscy muszą robić, żeby maszyna działała. Przy czym ci, którzy milcząco odwalają robotę za innych, to dla księdza tchórze. W tym sensie, że robią to ze strachu.

Więc tchórze. Pewnie, będąc w ciągłym niedoczasie, nie czytali książki Joanny Krysińskiej „Homo corporaticus” o niuansach bycia dobrym podrzędnym: 1. Stosować technikę 3D, czyli lizać dupę szefa, ale wyrafinowanie, bo szef też ma szefa. 2. Kląć dużo, czyli dać się zauważyć jako osoba harda. 3. Zapisywać na odwrocie wizytówek ważnych ludzi: ile ma dzieci, jakie lubi wino, czyli przyjaźnie się przydają. 4. Kupić mieszkanie blisko korporacji, czyli poinformować team leadera o oddaniu.

Ankietowani Rodowici idą do pracy z powodu pieniędzy, odchodzą z powodu trudnych relacji z przełożonym. Ci o korzeniach niskozurbanizowanych w porannych rozmowach licytują się nie na to, ile piwa wypili poprzedniego wieczoru, ale ile maili służbowych wysłali. Najlepsze wrażenie robią maile wysłane ok. północy, z opcją DW szefa.

Podczas gdy korporacyjni Rodowici ciągle mieszkają u matki, dyzmują, inwestując w potrzeby miękkie, niskozurbanizowani z pochodzenia łykają w boksach musujący Plusssz Up, który wchłania się w kwadrans i odświeża.
Na weekend

W piątek blachy LZA (Zamość), LLU (Łuków), BIA (Białystok), WRA (Radom), LU (Lublin), LBI (Biała Podlaska) zwalniają miejsca parkingowe i korkują wylotówki. W Raszynie (jadący w Kieleckie), Starej Miłosnej (w Lubelskie), Markach (w Podlaskie). W radiu CB słyszą: Warszawiaki do łojców jadą.

A. co piątek ciągnie do pracy torbę na kółkach. W torbie ma markowe ciuchy z wyprzedaży i puste plastikowe pojemniki opróżnione w tygodniu. Wyjazdy do domu traktuje jako ratujące budżet uzupełnienie bilansu białek i tłuszczów. Matce wiezie miejską wałówę, czyli przeczytane kolorowe gazety i książki Coelho. Babcia piszczy: Jak ty nosisz się po warszawsku. Jak buty dobrane do tego śliwkowego żakieciku. Babcia mówi sąsiadkom, że wnuczka jest na eksponowanym stanowisku, specjalista, koordynator produktu, dostała z funduszu socjalnego karnet na aerobik.

C., potomek rolnika, najpierw jeździł do ojców, jak teraz siostra, co tydzień. Potem co dwa. Dziś tylko na duże święta. Wiezie dla matki nasiona. Zleciła telefonicznie kupić: buraki czerwone, marchew cienką wczesną, pomidory najwcześniejsze, pietruszkę późną długą, soczewicę na pierogi, soję, słonecznik. Zaraz będą obsiewać. Matka mówi, że u niego w Warszawie z nasionami jest najtaniej.

Pierwsze pytanie matczyne do Słoika: jesteś głodny? W dużym pokoju jest zawsze uroczysta kolacja. Przy stole opowiada się, co w Warszawie. Mówi się, że Rodowici to zarozumiałe lenie, nosem rysują kasetony w biurowcach. Ojciec czerwieni się po wódce, że jakoś nie zawadzało Warszawce, kiedy chamy i buraki odbudowywały im stolicę. Matka mówi, że musieli osiągnąć w życiu niewiele, skoro dowartościowują się tym, że babka leży na Powązkach. Ojciec mówi: a kogo pokazują w telewizji na manifestacjach? Zamiejscowe autokary pokazują.

Nierodowici obserwują w Kościele tutejszych kolegów z klasy, którzy – mówiąc korporacyjnym polanglishem – nie ewoluowali. W związku z czym słabo performują, czyli nie idzie im życiowo. Mówiąc po ludzku, walą bekę – to określenie na nicnierobienie. Każdą imprezę w remizie kończą bójką na sztachety.

B. wychodzi na Mławę spotkać w pubie znajomych z klasy, absolwentów Politechniki Warszawskiej. Informatycy, maklerzy, analitycy. Można powiedzieć, że Mława jest wydrenowana z najlepszych. W smutnym miasteczku zostali leniwi bądź niezbyt bystrzy. Przeważają mężczyźni. Socjologowie większy odpływ kobiet z terenów niskozurbanizowanych tłumaczą wyższą potrzebą lepszego spędzenia życia.
Na miłość boską

Mama pisze esemesa do B.: Dziś Środa Popielcowa. To sygnał, że ma pościć. Mama boi się o B. W domu jej dzieci były kościelnie dopilnowane. W mieście córka oddala się od łona. Ma antyklerykalnego chłopaka, a w domu odwiedza ją gej. B. odpisuje: dobrze, mamo.

W Mławie wszyscy byli monokulturowi seksualnie i religijnie. B. miała – mówiąc językiem socjologicznym – niewielką liczbę zajawek, czyli dostępnych możliwych światów. Nigdy nie musiała się określać wobec np. geja. Trzeba było pierwszy raz zadać sobie pytanie: kim jestem? Ten moment w psychologii nazywa się autodiagnozą. W Słoikach, zwłaszcza tych z tradycyjnego północno-wschodniego zaplecza, siedzi duża schizofreniczność. Z jednej strony ciąży na nich presja moherowych babć, z drugiej miastowa grupa społeczna, do której aspirują, gdzie często kompromituje się Pana Boga. Należy wybrać, co jest prawdziwe. I uzasadnić swój wybór. B. wybrała nieradykalne msze u dominikanów, bez prowincjonalnych akcentów kato-endeckich. Mamę martwi, że są zbyt luźne intelektualnie.

Babcia pyta A.: Czy na pewno mieszkasz blisko kościoła? Tak, babciu. Babcia martwi się. Zna codzienność warszawską z seriali, które zawsze są przerysowane: albo w domu jest gosposia, albo mieszka się na ulicy. Raz odwiedziła A. Źle wyrażała się o tutejszych kobietach. U siebie na wsi nawet w dzień powszedni nie widziała tylu kobit chodzących w kaloszach. Babcia zwróciła uwagę, że szklane biurowce nie mają klamek w oknach.
Na później

Marzenia A.: za kilka lat spłacić kredyt studencki i zawekować się, czyli kupić mieszkanie, urządzić je w stylu minimalistycznym, mieć salon z białą sofą, ale bez telewizora. Ciągle siedzi w wynajętej kawalerce, stawia książki za szybę gierkowskiej meblościanki i aż ją to boli.

C., w papierach ciągle rolnik z meldunkiem we wsi pod Białą Podlaską, został już – w słoiczej terminologii – Gorącym Kubkiem. To dojeżdżający, np. wukadką, do pracy w Wawie, śpiący gdzieś niedaleko. Jest ich 495 tys.

C. ma dom pod miastem. W domu dwie zamrażarki skrzyniowe. Już turla się do matki po większe gabaryty, typu dwa zacięte indyki, a każdy po 25 kilo. Ma też dziecko, lat 4, urodzone w tutejszym szpitalu. Nie jest rozpieszczający. Niech dzieciak się hartuje. Matka zawsze mówiła, że krowa była bardziej absorbująca niż C. A co dzieciakowi trzeba prócz jedzenia i ciepła? Matka sprzedała gospodarkę, zostawiwszy hektar ogrodu za domem. Plony podaje na busika. Są zapakowane w ruską kraciastą siatkę z wiecznie psującymi się suwakami, które obszywa nitką. Dla pewności jeszcze owija sznurkiem. C. bez wstydu podjeżdża po siatki służbowym autem.”

O tym, jak bankierzy skorumpowali polskich polityków, by przyjęli OFE. Cel – defraudacja składek emerytalnych

Jaki był prawdziwy cel powstania OFE? Kulisy bankowo-politycznej korupcji

Cytat: „Ta książka wywoła szok! Amerykański profesor ujawnił, czym i jak bankierzy przekonali naszych polityków, związkowców i dziennikarzy do OFE.

W toczącej się w Polsce debacie w sprawie zmian w otwartych funduszach emerytalnych (OFE) warto się odwołać do niezwykle interesującej książki „Prywatyzacja emerytur. Transnarodowa kampania na rzecz reformy zabezpieczenia społecznego”, która ukazała się w 2008 r. w wydawnictwie Uniwersytetu Princeton w Stanach Zjednoczonych. Jej autorem jest prof. Mitchell A. Orenstein (Johns Hopkins University).

W publikacji obszernie przedstawiono przyczyny, mechanizmy i sposoby wprowadzenia przymusowego kapitałowego filara systemu emerytalnego w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej oraz w regionie Europy Środkowej i Wschodniej. Szczególna uwaga została poświęcona roli, jaką odegrał tu Bank Światowy wraz z Międzynarodowym Funduszem Walutowym oraz amerykańska USAID (US Agency for International Development), a także OECD i inne organizacje międzynarodowe.

W opinii Orensteina, podmioty te stworzyły swego rodzaju koalicję, która w ramach dobrze zorganizowanej kampanii rozpowszechniała w świecie ideę prywatyzacji emerytur. [A myśmy myśleli, że to wolny rynek, i  że będzie lepiej niż za PRL – admin]

(…) Zastanawiając się nad rzeczywistymi przyczynami ustanowienia obowiązkowego filaru emerytalnego, Orenstein wskazuje, że międzynarodowe instytucje finansowe i korporacje wielonarodowe, zajmujące się zarządzaniem prywatnymi funduszami emerytalnymi, bardzo się interesowały stworzeniem w różnych krajach dużej puli oszczędności z przymusowo pobieranych środków publicznych (s. 79). Doświadczenia reformy chilijskiej pokazały, że zarządzanie tymi pieniędzmi może stanowić atrakcyjne źródło zysków dla wielkich międzynarodowych firm ubezpieczeniowych i banków. Od 1994 r. BŚ bardzo się zaangażował w promowanie tego rodzaju reformy.

Ważnym instrumentem wprowadzania przymusowego filara kapitałowego była polityka pożyczkowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego. I tak np. jednym z warunków udzielenia Argentynie w 1992 r. pożyczki w wysokości 40 mld dol. przez MFW było sfinalizowanie prywatyzacji emerytur w tym kraju. Ponadto Bank Światowy w latach 1996-1997 udzielił Argentynie pożyczek w wysokości 320 mln dol., by wesprzeć realizację reformy emerytalnej (s. 152). Orenstein stwierdza, że BŚ, MFW i regionalne banki rozwoju udzielały często pożyczek i pomocy różnym krajom, pod warunkiem że wprowadzą one prywatyzację emerytur. Z drugiej strony, instytucje te zapewniały pożyczki na sfinansowanie luki w finansach publicznych, powstałej z powodu skierowania do prywatnych instytucji części składek emerytalnych, tak by można było wypłacać bieżące emerytury (s. 89).

Orenstein wskazuje, że silnej presji ze strony tych instytucji oparły się jedynie nieliczne kraje wytypowane do wprowadzenia obowiązkowego filara kapitałowego. Te kraje to: Wenezuela, Słowenia oraz Korea Południowa (s. 154). Według opinii Orensteina, Korea jest przypadkiem, który pokazuje, że przywódcy w dużym i bogatym kraju mają siłę, by oprzeć się polityce transnarodowych podmiotów (s. 156). Z całej książki wynika ogólna refleksja, że na celowniku tych podmiotów znalazły się kraje o średnich dochodach, przeżywające różne problemy gospodarcze i uzależnione od międzynarodowej pomocy finansowej. Bank Światowy i inni transnarodowi aktorzy w zasadzie nie próbowali wprowadzić przymusowego filara kapitałowego w krajach o małych dochodach (niski poziom płac i składek), a także w krajach wysoko rozwiniętych. W odniesieniu do tych ostatnich trudno bowiem było znaleźć jakieś skuteczne instrumenty oddziaływania na rządzących (s. 162).

Orenstein odwołuje się do badań pokazujących, jak wielkie straty poniosły pierwsze pokolenia emerytów otrzymujących świadczenia z przymusowych prywatnych funduszy w krajach Ameryki Łacińskiej. Istotną przyczyną tych strat okazały się wysokie opłaty pobierane przez instytucje finansowe zarządzające funduszami. Opłaty te stanowiły niesprawiedliwe obciążenie indywidualnych oszczędności emerytalnych i spowodowały utratę dużej części dochodu należnego emerytowi (s. 82).

W książce szczegółowo scharakteryzowano mechanizm i poszczególne etapy prywatyzowania emerytur. I tak najpierw Bank Światowy, a także inni tzw. transnarodowi aktorzy, starali się zidentyfikować kraje mogące być obiecującymi kandydatami do wprowadzenia obowiązkowego kapitałowego filaru emerytalnego, oraz przedstawicieli władz tych krajów, mających „polityczną wolę” przeprowadzenia reform (s. 87).

Jedną z metod stosowanych do tego celu było zapraszanie tych przedstawicieli na konferencje i seminaria na temat prywatyzacji emerytur, organizowane zazwyczaj na najbardziej znanych uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych. Orenstein wskazuje, że tym sposobem Bankowi Światowemu łatwiej było stwierdzić, które kraje myślą poważnie o reformie emerytalnej, i zrekrutować przy tej okazji sojuszników do jej realizacji. Dzięki dużej liczbie tych seminariów, zorganizowanych przez BŚ, udało się przeszkolić tysiące oficjalnych przedstawicieli z wielu państw w kwestii prywatyzacji emerytur (s. 87). Drugi etap następował po tym, jak zasiana uprzednio idea tej prywatyzacji zainteresowała decydentów w jakimś kraju.

Następnym wyzwaniem było przeszkolenie krajowych ekspertów w kwestiach organizacji funduszy, ich regulacji i nadzoru nad ich działalnością. Orenstein zwraca uwagę na dyskusje, które toczyły się na początku lat 90 zarówno w BŚ, jak i MFW odnośnie do źródeł finansowania przymusowego filara kapitałowego, oznaczającego w praktyce wyjęcie części składki emerytalnej z budżetu i w efekcie niedostatek środków na bieżące emerytury. Obie organizacje miały świadomość, że filar ten wymaga poważnego zadłużania się przez rządy, co może stanowić istotny problem dla krajów mających już wysoki dług. Ostatecznie zwolennicy tego filara zaczęli propagować ideę, że nie tworzy on takiego problemu, gdyż powoduje jedynie zamianę zobowiązań państwa wobec przyszłych emerytów w ramach systemu repartycyjnego, czyli tzw. długu ukrytego na dług jawny (s. 83).

Zwolennicy ci pominęli więc fakt, że dług jawny wymaga zaciągania przez państwo pożyczek już teraz i płacenia od nich odsetek, podczas gdy dług ukryty stanie się wymagalny za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, i to nie w całości, lecz stopniowo, wraz z upływem lat bycia na emeryturze przez daną osobę. Zatem w imię korzyści osiąganych przez instytucje finansowe z prywatyzacji emerytur transnarodowi aktorzy wymyślili i rozpowszechniali argument odnośnie do długu ukrytego, nie bacząc, że lawinowo narastający dług jawny z powodu przymusowego filara kapitałowego prowadzi kolejne kraje do bankructwa.

Orenstein wykazał się dużą wnikliwością badawczą, charakteryzując proces wprowadzenie OFE w Polsce. Warto zwrócić uwagę na kilka istotnych faktów przedstawionych w książce:

Z rozważanych w Polsce kilku koncepcji reformy emerytalnej ostatecznie do realizacji została przyjęta koncepcja, której opracowanie sponsorował Bank Światowy (s. 113). BŚ oddelegował do Polski przedstawiciela, który stanął na czele Biura Pełnomocnika Rządu ds. Reformy Systemu Zabezpieczenia Społecznego. Po wykonaniu misji w Polsce powrócił on do BŚ na znaczące stanowisko. Orenstein podkreśla, że biuro uzyskało z BŚ wszelkie niezbędne zasoby finansowe i techniczne, potrzebne, by przekonać potencjalnych sojuszników proponowanych rozwiązań i udaremnić wysiłki oponentów. Fakt, że Bank Światowy umieszczał swoich ludzi w najważniejszych biurach rządowych, wskazuje na to, jak bardzo instytucja ta była w stanie wpływać na proces reformy w różnych krajach (s. 117). W książce pokazano, jak udało się zyskać poparcie najważniejszych polskich polityków dla koncepcji przymusowego filara kapitałowego.

Różnorodne działania zostały podjęte przez BŚ, by uzyskać poparcie dla idei prywatyzacji emerytur ze strony organizacji pracodawców i kierownictwa związków zawodowych. W odniesieniu do tych drugich istotna okazała się m.in. obietnica odnośnie do tworzenia przez związki własnych funduszy emerytalnych, co w opinii Orensteina, pokazało związkom „jasny interes biznesowy w reformach” (s. 119).

USAID przekazała 1,4 mln dol. na sfinansowanie wielkiej kampanii publicznej promującej OFE, podjętej w kwietniu 1997 r. W pierwszej fazie tej kampanii skupiono się na tworzeniu ogólnego obrazu reformy i skierowano informacje do związków zawodowych, pracodawców, liderów politycznych i mediów. Realizowane były seminaria edukacyjne, dostarczano materiały propagandowe. Ważnym elementem kampanii były wizyty studyjne w różnych krajach, zorganizowane dla dziennikarzy, parlamentarzystów i przedstawicieli rządu, wskazanych przez Biuro Pełnomocnika Rządu (s. 123). Orenstein zauważa, że granty przyznane członkom rządu, parlamentarzystom i dziennikarzom w celu sfinansowania ich wizyt studyjnych w Chile, Argentynie i innych krajach, zwiększyły efektywność tych osób w przekazywaniu informacji na temat prywatyzacji emerytur. W wielu przypadkach wizyty spowodowały, że sceptycy stali się zwolennikami tej prywatyzacji (s. 127). W przypadku Polski takie wycieczki, jak wskazuje Orenstein, stanowiły największy koszt w kampanii finansowanej przez USAID, ale miały duży wpływ na zmiany poglądów uczestników (s. 91). W książce przedstawiono nazwiska osób oraz nazwy instytucji aktywnie działajacych na rzecz wprowadzenia OFE, jak i tych, które starały się nie dopuścić do ustanowienia funduszy.

W połowie 1998 r., przy wsparciu w wysokości wielu milionów dolarów z USAID, utworzony Urząd Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi (UNFE) (s. 124). Orenstein wskazuje, że w czasie, gdy USAID zajmowała się UNFE, Bank Światowy koncentrował wysiłki na wprowadzaniu zmian w ZUS. Te działania USAID, jak i BŚ, według autora, trwały kilka lat i kosztowały miliony dolarów z pieniędzy transnarodowych donatorów (s. 128).

Drugi etap kampanii finansowanej przez USAID rozpoczął się w październiku 1998 r., a jego intensywna faza była w pierwszych miesiącach 1999 r., kiedy kluczowe znaczenie miały reklamy telewizyjne i ulotki informacyjne rozesłane z rachunkami telefonicznymi (s. 127).

Podsumowując reformę emerytalną w Polsce, Orenstein wskazuje na głęboką ingerencję Banku Światowego i USAID w jej ukształtowanie i wprowadzenie w życie, w tym poprzez finansowanie zespołów reformujących oraz wszelką pomoc finansową i techniczną. Pozwoliła ona pozyskać zwolenników i zmienić preferencje decydentów (s. 129).

Książka prof. Orensteina stanowi bardzo dobrze udokumentowaną analizę procesu wprowadzania przymusowego filara kapitałowego i rolę, jaką odegrały w tym organizacje i korporacje międzynarodowe. Silne zaangażowanie tych podmiotów w ustanowienie tego filara jest też przyczyną dotychczasowych trudności krajów, które chciały ograniczyć czy zlikwidować obowiązkowe fundusze emerytalne. Kraje te, po tym, jak ogromnie zadłużyły się z powodu tych funduszy, są jeszcze bardziej uzależnione od dobrej woli transnarodowych aktorów niż kiedyś. Tłumaczyć to może np., dlaczego MFW sprzeciwił się w 2010 r. próbie likwidacji OFE podjętej w Bułgarii.

Leokadia Oręziak, artykuł “Jak wprowadzono w Polsce OFE” (“Przegląd”, 2009 r.)
Autorka jest profesorem zwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej oraz Uczelni Łazarskiego w Warszawie

http://antykomuna.blogspot.se

W 2008 roku OFE zdefraudowały 30 miliardów złotych. Gdzie płynie ten strumień gotówki?

Cytat: „W dzisiejszej Gazecie Wyborczej (wydanie internetowe) Jacek Żakowski napisał:
Cyt. „Pisząc w „Gazecie” o otwartych funduszach emerytalnych, muszę zacząć od ujawnienia konfliktu interesów. „Gazeta” jest własnością Agory, a Agora – jak podała „Gazeta” – w 47 proc. należy do różnych OFE.

Agora jest tak skonstruowana, że nawet duzi akcjonariusze nie mogą decydować ani o tym, co „Gazeta” pisze, ani o tym, kto nią kieruje. Na moje teksty OFE nie próbują wpływać. Ale mogłyby próbować. Dlatego, jak mówią Anglosasi, disclosure, czyli wyjawienie, wydaje mi się konieczne. Zwłaszcza że ostatnio – krótko przed kolejną debatą emerytalną – OFE zwiększyły udziały w innych mediach, które zajmując się sporem o drugi filar, nie wspominają o potencjalnym właścicielskim wpływie jednej ze stron.

Nie wiem, czy OFE jako akcjonariusze wpływają na sposób prezentowania sporu o drugi filar w mediach. Ale jako widz, słuchacz, czytelnik chciałbym być informowany o ryzyku stronniczości. KRRiT powinna tego pilnować w mediach elektronicznych.”

Później przeczytałem na łamach Przeglądu artykuł: Koniec OFE? – rozmowa z prof. Leokadią Oręziak

http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/koniec-ofe-rozmowa-prof-leokadia-oreziak

Pani profesor powiedziała między innymi:

Cytat. „Nasze państwo trzeba rozpatrywać jako jedno gospodarstwo, mające jeden budżet. W 1999 r. ustanowiono nowy, ogromny wydatek budżetowy w postaci OFE. Aż 40% składki emerytalnej od miesięcznych wynagrodzeń pracowników skierowano do prywatnych funduszy w celu inwestowania na rynku finansowym. Gdyby nie było OFE, cała składka byłaby przeznaczana na wypłatę bieżących emerytur. W Polsce jest 5 mln emerytów, mamy wobec nich zobowiązania. Po to pobiera się składki, żeby te emerytury wypłacać. Skoro zabrano 40% składek, w ZUS powstała ogromna dziura. Od ponad 14 lat rząd musi więc pożyczać pieniądze, by refundować ZUS ten ubytek składki; Społeczeństwo powinno mieć świadomość, jak wielkie straty mogą ponieść fundusze. W 2011 r.

ZUS przekazał do OFE 15 mld zł, a potem nastąpił spadek aktywów o prawie 12 mld zł, czyli te pieniądze wcale nie zostały pomnożone, tylko niemal w całości je stracono. A w 2008 r. przepadło prawie 30 mld zł. W styczniu i w lutym 2013 r. aktywa OFE spadły o 2,6 mld zł, czyli fundusze straciły wszystko, co w ciągu tych dwóch miesięcy przekazał im ZUS (1,6 mld zł), i miliard z tego, co było poprzednio. Tak reklamowane zyski OFE za 2012 r. już znacznie stopniały i mogą dalej topnieć, bo końca kryzysu na rynkach finansowych nie widać. OFE mogą stracić nawet w krótkim czasie ogromne pieniądze. Np. w maju 2012 r. ich aktywa spadły o 4,8 mld zł, czyli o kwotę bliską rocznym wydatkom państwa na szkolnictwo wyższe; Nie jest tajemnicą, że koncerny finansowe są powiązane z mediami. Jedna z największych spółek medialnych jest niemal w połowie własnością funduszy emerytalnych. Czy wydawana przez nią gazeta może napisać prawdę o OFE, czyli o swoich właścicielach? ”

Polecam ten wywiad.

Nie śledzę na bieżąco polityki, bo nie mam na to czasu. Przyznam, te informacje mnie bardzo zszokowały. Niezły bigos.

Autor: Jan Wels

www.antyegzekucja.pl

http://janwels.salon24.pl/499087,tego-nie-wiedzialem-o-wyborczej-i-ofe

Nie płakałem po Margaret Thatcher!

Nie płakałem po śmierci Margaret Thatcher!

Cytat. „Oczywiście komuś może się wydawać, że pani Thatcher była większa, ale to złudzenie wywołane jedynie tym, że działała na większej, lepszej scenie, w centrum, a nie na peryferiach. W gruncie rzeczy osobowość podobna do naszego partyjnego adiunkta: niestety energiczna i pracowita, uparta, o wąskich horyzontach, co niezwykle ułatwiało jej wiarę w proste jak cepy prawdy, które powtarzała z autentycznym przekonaniem.

Do dzisiaj budzi to zachwyt wśród wielu Polaków – jakaż to ona była ideowa. Jedna z jej złotych „myśli”: nie ma społeczeństwa, są tylko jednostki, mogłaby być mottem zarówno polskich lemingów jak i z drobną korektą; polskich rodzin na swoim. Ale jak mawiał poeta, na tym właśnie polega widzenie świata strasznych mieszczan, że wszystko widzą osobno.

Metalowa lady rozpoczęła proces cofania Wielkiej Brytanii do czasów znanych z powieści Dickensa, pokazując, że pomimo wieków cywilizowania, pod cienką warstwą kultury nadal kryje się barbarzyńca, myślący kategoriami szympansa. Jej polityka mnożenia przywilejów dla bogatych i zaciskania pasa biednym przypomina poczynania obecnych neoliberałów znad Wisły.

Na dłuższą metę okazała się tak samo nieskuteczna i tak samo szkodliwa – dzisiaj Wielka Brytania, a przede wszystkim społeczeństwo brytyjskie jest w znacznie gorszym stanie, niż wtedy gdy Thatcher obejmowała rządy. Ilustracją tej ekonomicznej, ale przede wszystkim moralnej degrengolady są niedawne zamieszki lumpenproletariatu rabującego artykuły codziennego użytku z supermarketów, zastąpiły one pikiety znienawidzonych przez Thatcher związkowców, co również budzi zachwyt ogłupiałego prekariatu znad Wisły.

Wkrótce z pewnością doczeka się w III RP pomników, rond, placów i instytutów, a jak na ironię będą je chrzcić i czcić ci sami ludzie, którzy z narzekania na III RP uczynili sobie nieźle płatny zawód, pokazując, że nie odbiegają wiele od poczciwych mieszkańców odległych kolonii, powtarzających z rozrzewnieniem, że lokalny gubernator wprawdzie zły, ale tam w stolicy jest dobry władca i kapitalizm bez wypaczeń.”

Źródło: http://kronikakontrasa.salon24.pl/499095,zmarl-balcerowicz-znad-tamizy

Zarządzanie lękiem, kreowanie psychozy strachu! Co o tym sądzicie?

Zarządzanie lękiem i psychoza strachu w mediach

Cytat: „By skutecznie zarządzać społeczeństwem, należy utrzymywać je w stanie lęku. Kiedyś było to proste. Stała sobie przy drodze wiodącej do miasta solidna szubienica, na której wisiał rozkładający się trup kogoś, kto został uznany za winnego.

Publiczne egzekucje, niekiedy potworne, dzięki ludzkiej pomysłowości były jednym z najbardziej skutecznych atutów władzy.

Każdy przytomny mógł obejrzeć, a szczery desperat – nawet powąchać, czym grozi zbrodnia, proste nieposłuszeństwo, a nawet, co szczególnie cenne, kara wykonana wedle fantazji władzy, ot tak, bez żadnej szczególnej winy.

Pozornie, obecna demokratyczna władza (oczywiście, piszę tu o naszej słodkiej Europie) zrezygnowała z tak jasnego przekazu. Dzisiaj, gdy pan Breivik, zabójca kilkudziesięciu, narzeka na tortury polegające na odcięciu od internetu, a morderca – wredny celebryta z RPA ma zamiar wystąpić na MŚ w lekkiej atletyce, jako biegacz na elastycznych szczudłach, mogłoby się wydawać, że zrezygnowano z zarządzania lękiem. Błąd!

Czasy mamy subtelne, to i subtelne metody

Brak pręgierza, szubienicy czy publicznych kaźni jest z naddatkiem rekompensowany przez powszechny dostęp do informacji. Obecnie, lękiem zarządza się przy pomocy mediów. Nie jest to jakieś osobliwe odkrycie, niemniej wprowadzono tutaj zgoła nowatorskie rozwiązania.

Jesteśmy zasypywani setkami informacji oraz tak zwaną, interwencyjną publicystyką, pokazującą beznadzieję sytuacji obywatela w zetknięciu z bezwzględną – inaczej – bezmyślną, acz brutalną machiną władzy i sankcjonowanej prawnie przemocy.

Przewrotność przekazu polega na tym, że autorzy tekstów i programów stają po stronie obywatela. Na dodatek ich intencje są szczere. Ba, często, medialne interwencje pomagają w konkretnych, prezentowanych przez media sprawach. Ktoś może zasadnie zapytać, o co w takim razie mnie chodzi?

Już odpowiadam!

Chodzi o skuteczne zarządzanie lękiem. O pokazanie milionom, jak można bezkarnie zniszczyć firmę, stłamsić niewinnego człowieka, czy pod byle jakim pozorem odebrać rodzinie dzieci.
Owszem, bywa, że w następstwie takiego programu, sprawiedliwość staje na nogach. Na moment, ponieważ w państwowym “realu” nic się nie zmienia. Tematy na kolejne tysiąc programów walają się na bruku. To taka zabawa z motłochem. Załatwiają konkretną sprawę, a przy okazji setki tysięcy – w porywach – miliony, otrzymuje bezcenną lekcję. Nie, jakby się wydawało, bojowości, niezgody na jawną niesprawiedliwość, a lekcję pokory, lęku i obezwładniającej niemożności.

Tych programów nie oglądają bandyci, którzy miewają przeważnie ciekawsze zajęcia.
Ogląda drobny przedsiębiorca, dla którego list polecony z ważnego urzędu, bywa czasem wyrokiem nędzy a nawet, pisząc wprost, śmierci. A nie każdy ma szansę być wybrańcem telewizji.
Ogląda rodzina, która nie ma za co kupić dziecku butów, podręczników czy zimowej kurtki na wiosnę. Rośnie lęk, ponieważ na pełnych obrotach pracuje przemysł tak zwanych “rodzin zastępczych”, do których forsa płynie szerokim strumieniem. Znajomi królika są doskonale zorganizowani. Obłęd!

W każdej, dosłownie w każdej chwili, na dowolnym portalu mogę poczytać o przykładach jawnej, bezwzględnej, podpisanej przez państwo polskie, niesprawiedliwości. I co?
Współczesne zarządzanie lękiem ma trzy fazy. Pierwsza została przerobiona w latach dziewięćdziesiątych. Udowodniona wówczas teza brzmiała mniej więcej tak:

Wszystko złe, co spotyka ciebie i twoją rodzinę, wynika tylko i wyłącznie z twoich błędów i zaniechań.

Obecnie jesteśmy na etapie:

Skoro twoja wina została już udowodniona, tak naprawdę, możemy zrobić z tobą, twoją rodziną i własnością, co tylko chcemy! Bój się, bezradny obywatelu!

Rok 2014 przywita nas narracją w stylu:

Zdychaj albo uciekaj, brzydki łajdaku! Nigdy, ani przez chwilę nie byłeś solą tej ziemi!

Role zostały rozdzielone w latach dziewięćdziesiątych – sześćdziesiątych.
Na pozór jesteśmy wspólnotą, społeczeństwem, narodem. Zabrano nam, tak jak odbiera się dziecku zabawkę, szansę na polityczną podmiotowość. W 1989 roku mieliśmy ją przez chwilę. Akurat jako wspólnota, społeczeństwo, naród. Niestety, udręczeni komuną, zbyt łatwo przymykaliśmy oczy. W decydującym momencie “okrutne nas wzięło spanie” Dzisiaj? Nie ma żadnego dzisiaj.

Powyższy tekst ma niewiele wspólnego z polityką. Brak w nim cienia aluzji do PO czy SLD. To są, dla mnie, zupełnie obce potwory. Razem tworzą “państwo przemocy i lęku” Lęku, który nas codziennie dławi. Nie daje spać, odpocząć od wrzasku ostatecznej zagłady. Napiszę krótko, z jasnością wybuchu herbacianego słoneczka:

-Straciliśmy Polskę na Europejskiej Szubienicy – Oklaski!
W ramach, oczywiście, zarządzania lękiem. Lękiem na jaki nas stać – Lękiem, którego jesteśmy godni. Lękiem, który sami kupujemy za nasze ostatnie grosze.”