Afery

NAJWIĘKSZY PRZEKRĘT PRAWNY WSZECH CZASÓW! STALIŚMY SIĘ NIEWOLNIKAMI KORPORACJI O NAZWIE III RP [CZĘŚĆ 3]

main-qimg-b3c9690cf603ed40629ec64bd00df18f

Zapraszam do przeczytania kolejnej części „największego przekrętu prawnego wszech czasów”. W części pierwszej była mowa m.in. o tym, czym tak naprawdę są PESEL, NIP, dowód osobisty, osobowość prawna, pożyczka bankowa. I jakie role one pełnią.

Okazuje się, że jesteśmy niewolnikami korporacji o nazwie „III Rzeczpospolita„, a w dalszej konsekwencji korporacji-matki, rdzenia systemu politycznego i gospodarczego Ziemi o nazwie „Corporation of London„. Ta niewola nie jest tylko przysłowiowa, metaforyczna.

Niewola ta jest oficjalna, choć w debacie publicznej głównego nurtu nigdy się o tym nie mówi. Pojęcia które my znamy, okazują się mieć zupełnie inne znaczenie. Oto w świecie prawa, za parawanem prawniczych, medialnych i politycznych „papug”, czai się mroczny świat. W którym to świecie jesteśmy po prostu własnością danej korporacji.

psychomanipulacja

Ten system jest tak skonstruowany, by wyzysk którego padamy ofiarą, był w pełni dobrowolny. Tak, dobrze czytacie. Oni bazują po prostu na naszej nieznajomości prawa, specjalnie skonstruowanego „papugowego języka„. Jak i na tym, że bierzemy zastaną rzeczywistość taką, jaką nam przedstawiają tak zwane „papugi„. Czyli nie umiejący myśleć, ale znakomicie wykształceni sługusi systemu.

Cały system bankowy, finansowy, opiera się na dobrowolności. Nie znasz swojego statusu ani swoich praw, więc Cię ogrywają na każdym kroku. Z drugiej strony, system ten istnieje po to, by trzymać w ryzach drapieżnych i wciąż nienasyconych ludzi. Którym wciąż bliżej do przysłowiowej małpy z brzytwą, niż do pełnoprawnego obywatela Ziemi i wszechświata.

Jednak system ten generuje niewolę, którą dobrze znamy z naszego codziennego życia. Elity polityczne zakładają, że skoro większość ludzi to na wpół dzikie zwierzęta, których jedynym celem życiowym jest zalanie się w trupa przed TV, to oni tak dostosują system, by wygodnie na nich pasożytować. I to się dzieje. Jest możliwe wygenerowanie w systemie bankowym choćby miliarda dolarów, którego nie trzeba oddawać bankowi.

illuminaci

Jednak robią to wyłącznie ludzie wtajemniczeni w system i w pewnym sensie.. odpowiedzialni. Bo gdyby dać te narzędzia ludziom, to na drugi dzień każdy miałby puste tryliony na kontach a gospodarka by legła w gruzach. A wraz z nią – ta cywilizacja. Tak naprawdę kryzys gospodarczy z roku 2008, jest jedną wielką ściemą. Banki nie tylko nie upadają, ale rosną w siłę i potęgę.

Mają oni coraz więcej zasobów, firmy pożyczkowe, chwilówkowe itp powstają jak grzyby po deszczu. Trwa globalna prosperita dla systemu bankowego pod fałszywą zasłoną „kryzysu gospodarczego„. Banki się bogacą, bo gra tutaj chodzi nie o papierowy czy elektroniczny pieniądz, który jest pusty i bez pokrycia. Gra toczy się o zasoby, o dalszy kształt systemu (który powoli się rozpada, ale to inna para kaloszy..) i o władzę.

Tak naprawdę to, co wielu zwolenników „teorii spiskowych” nazywa NWO (new world order) istnieje już od dawna, a nawet od bardzo dawna. Oni nie muszą już niczego zmieniać poza doprecyzowaniem szczegółów. Kłopot w tym, że niestety dla nas, przesadzili z pazernością na zasoby i żądzą władzy, jak to psychopaci, bo oni w większości są psychopatami. Klimat i ziemskie ekosystemy są w rozsypce, zasoby surowców na wyczerpaniu, upadają także struktury społeczne, religijne, ekonomiczne, etyczne, znane od wieków.

illuminaci (4)

Aby zrozumieć treść tego artykułu, koniecznie przeczytaj dwie pierwsze części – link poniżej:
Największy przekręt prawny wszech czasów! Staliśmy się niewolnikami korporacji o nazwie III RP [część 1]
Największy przekręt prawny wszech czasów! Staliśmy się niewolnikami korporacji o nazwie III RP [część 2]

Autor wstępu: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

  

Cytuję: „Dzisiaj napiszę kilka słów o tym, czym są sądy, czyli cały ten burdel, który skazuje ludzi za „zbrodnie”, chociaż nikomu nie spadł włos z głowy, ani nikt nie ucierpiał finansowo. A jednak, tysiące ludzi idą do pudła, bądź tracą masę czasu pracując na kary, mandaty, grzywny, kolegia itp.

Zanim wyjaśnię czym jest sąd – a jest ich kilka rodzajów – w tym pierwszej instancji jesteśmy dosłownie dymani ustawowo, a gnida w kostiumie, siedząc na podwyższeniu (to też nie przypadek) według własnego widzimisię bawi się ludzkim życiem wedle swojego humoru – musimy wyjaśnić, dlaczego ci ludzie myślą, że mogą to robić, i to zgodnie z „prawem”.

Otóż, cały system prawny operuje pod tzw. PRESUMPTIONS OF LAW, to znaczy – zakładają, że mają rację, że to co robią robią w dobre wierze i jest między nimi a resztą ludzi jakiś magiczny układ, który daje im prawo do łamania prawa, dosłownie. Tu jest magiczne słowo, którego chętnie używają tabuny ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia co ono znaczy i z czym się wiąże – OBYWATEL.

Nie wszystko jest poukrywane, więc zajrzyjmy do Wikipedii, co na ten temat powie:

Obywatel – członek społeczeństwa danego państwa, mający określone uprawnienia i obowiązki zastrzeżone przez prawo i konstytucję.

Przyjrzyjmy się dokładnie, co mówi ta definicja, i mimo że jest ich więcej, nie trzeba specjalnie szukać żeby coś z tego wywnioskować.

  1. „członek społeczeństwa danego państwa” – po pierwsze – wszystkie międzynarodowe prawa mówią jasno – członkostwo wszelakiej maści jest DOBROWOLNE, tu niestety żadnego wyboru nikt wam nie daje. Idziecie ładnie wypełnić akt urodzenia i dostajecie „kartę członkostwa”, czy wam się podoba czy nie.
  2. „danego państwa” – już pisaliśmy wiele razy i będę powtarzał aż do znudzenia – dzisiaj państwo to nie kawałek ziemi naszych przodków – TO KORPORACJA, oficjalnie zarejestrowana, mająca swoich właścicieli, beneficiaries, ludzi, którzy czerpią z tego kasę, zupełnie tak, jak sklep pani Joli z ogórkami.
  3. „mający określone uprawnienia” – bardzo ważne zdanie – uprawnienia są określone, to nie są jednakowe prawa, jakie mamy wszyscy – to nic innego jak korporacyjne przywileje – proszę to zapamiętać, bo do tego będę nawiązywał później.
  4. „zastrzeżone przez prawo i konstytucję” – jakie prawo? Prawa ludzkie? Naturalne? Na pewno nie -prawo wewnątrzkorporacyjne – czyli tzw. ustawy. A konstytucja to papier, który odnosi się WYŁĄCZNIE do public servants, nie do ludzi o prywatnym statusie.

Więc proszę bardzo – każdy dumny obywatelu, który chętnie nosi ten tytuł:

Jesteś członkiem (przymusowym) prywatnej korporacji o nazwie RP, twoje członkostwo otrzymałeś poprzez szwindel i kłamstwa, twoje prawa naturalne oddałeś dobrowolnie, a w zamian zgodziłeś się być tzw. pomiotem – przepraszam – podmiotem korporacyjnych szmatławców, zwanych ustawami, jednej głupszej od drugiej. Masz wyłącznie przywileje, które zarząd RP może ci odebrać w każdej chwili, potrzebujesz pozwolenia już niemal na wszystko poza puszczaniem bąków, a jak podpadniesz – w jednym ze swoich wewnętrznych trybunałów – zrobią z ciebie szmatę do wycierania ich brudnych gir. To jest rozszyfrowana definicja obywatela, kogoś, kto dobrowolnie oddaje swoje życie korporacji, w zamian za nieistniejące benefity, tzw. unilateral contract, czyli umowa, gdzie tylko jeden jest beneficjentem – korporacja RP, a drugi jest dymany aż mu oczy wyłażą – Ty.

A dlaczego to jest ważne w temacie sądów – bo każdy, kto pojawia się w jednym z tych wewnętrznych, korporacyjnych trybunałów jest traktowany jako PRACOWNIK tejże korporacji. Nie człowiek, nie kobieta, nie mężczyzna, tylko pracownik korporacji RP, który cieszyć się może wyłącznie przywilejami swoich panów – kierownictwa RP. Jak już wiadomo, owa firma ma swoje wewnętrzne prawa (ustawy) i nie muszą one być nawet sprawiedliwe, logiczne czy po prostu normalne. Wszystko co się dzieje wewnątrz RP jest jej własnością… twój czas i życie również (tylko z założenia).

Więc twój czas gdzie tyrasz – jest firmowy – bulisz podatki wszelakiej maści, twój samochód, dom, wszystko zostało oddane nie tyle w posiadanie firmie, ale benefit z posiadania należy się firmie. Ciężko to pojąć na początku, wyobraźmy sobie, że mam samochód, i pozwalam Jasiowi używać go przez miesiąc, w zamian za 100 zł. Samochód jest dalej mój, tzw. EQUITY jest moje, jednak Jaś może przez cały miesiąc czerpać z tego auta korzyści, jakie mu się podoba (jeżeli wcześniej nie nałożyłem warunków użytkowania). Czy mogę zawołać żeby Jaś mi oddał auto po 2 tygodniach, bo ja jestem jego właścicielem? Nie, mamy umowę, i będzie trwała tak długo aż się rozwiąże, albo Jaś zrobi mi kuku na drodze sądowej.

My pojawiając się w sądzie, z mety, mamy status pracownika RP, nikt nas o nic nie pyta, wręcz zapytani o status – dumnie mówimy, że jesteśmy obywatelami RP! Co więcej, ile razy przytaczamy konstytucję na swoją obronę…

Presumption of law jest takie, że dobrowolnie zostaliśmy pracownikami RP, zgodziliśmy się przestrzegać wszystkich firmowych zasad (ustawy), że dobrowolnie pojawiamy się w trybunałach firmowych zwanych sądami, że dajemy dobrowolnie moc decydowania o naszym życiu komuś, kto pełni funkcję managementu firmowego.

Pojawiając się w sądzie nikt nie neguje tych założeń, dokłada do tego, że jest obywatelem i ma na swoją obronę konstytucję…

Wiadomo już, że sąd to jest wewnętrzny trybunał, gdzie my jesteśmy traktowani jako pracownik RP, a przedmiotem całej sprawy nie jest prawdziwa zbrodnia. Żeby nastąpiła zbrodnia, musi być osoba poszkodowana, musi być ktoś, komu stała się krzywda, cielesna, bądź materialna. W sądzie, gdzie mamy kary za ustawy – taka poszkodowana osoba nie istnieje.

I nie musi, tak naprawdę. Czy pracując dla Coca Coli trzeba mieć osobę poszkodowaną, żeby zostać ukaranym? Oczywiście, że nie. Spóźniony do pracy, nie taki uniform, za długo na przerwie, itp. itd. Nikomu nie stała się krzywda przy tego typu naruszeniach, ale mimo tego, szef ma pełne prawo nas ukarać, wzywa nas na dywanik (sąd) i po prostu zabiera się do rzeczy.

Tu, w Coca Coli, nikt zupełnie nie rozwija tematu czy jesteś pracownikiem czy też nie, to jest z góry założone, zupełnie jak w sądzie, gdzie z góry jest założone, że jesteśmy nie tylko pracownikami RP, ale i co bardzo ważne: ZAWSZE jesteśmy na służbie.

Mogę dostać reprymendę, karę, bądź nawet stracić robotę, mimo, że za moje spóźnienie z przerwy nikomu nie stała się krzywda; złamałem zasady firmy i tylko to ich interesuje.

Co by się stało, gdybym poszedł odwiedzić kolegę w pracy (zakładając, że to możliwe)? Szef widząc mnie bez uniformu w czapce z daszkiem zaczyna się drzeć na mnie i straszyć, że wylecę z roboty. Będzie się darł do momentu kiedy nie usłyszy ode mnie – JA TU NIE PRACUJĘ. Nagle cały jego argument znika, dosłownie, nie ma żadnej władzy nade mną, w dupie mam jego zasady, uniformy, godziny przerw i inne ustawy firmy Coca Cola, jedyne, o co może mnie poprosić, to żebym opuścił miejsce pracy, bo ja tu nie mam co szukać – tyle.

Tak samo jest w sądzie, gdzie jesteśmy wzywani, niczym parobek firmowy. Kawałek papieru twierdzi, że mamy zostawić nasze życie i lecieć na dywan do zarządu, bo ktoś powiedział, że tak ma być.

Tam dostajemy karę, za to, że będąc na służbie dla RP (założenie) nie wywiązaliśmy się ze swoich obowiązków (przestrzegania ustaw) i czeka nas kara.

A kto kiedykolwiek zapytał grzecznie tych przebierańców w togach – jaki my mamy wspólny biznes? Dlaczego wydaje się wam, że możecie mnie tu ściągnąć wbrew mojej woli i zmuszać mnie do przestrzegania korporacyjnych reguł, zwanych ustawami? ( I cała masa innych pytań, na które nie mają odpowiedzi. O tym, co mówić napiszemy później).

Cały sekret polega na tym, że ludzie nie mają pojęcia co się dzieje, kim są i dlaczego inny człowiek rości sobie prawo do tego, żeby zabrać komuś czas, pracę, a nawet wolność, mimo, że ten nie zrobił nikomu krzywdy, nie ma nikogo żywego, kto potwierdziłby, że złamaliśmy kontrakt, bądź zrobiliśmy komuś krzywdę.

Poprzez nasze akcje, formularze wypełniane na zawołanie, dokumenty które ktoś powiedział, że „musimy” mieć, kontrakty bezterminowe, gdzie tylko jedna strona otrzymuje benefit, oddaliśmy naszą wolność korporacji RP. W oczach systemu nie jesteśmy ludźmi, jesteśmy „podmiotami” – to jest bardzo ważne, żeby zrozumieć, jak zredukowany jest nasz status, z człowieka, do podmiotu.

To, co się dzieje w całym procesie może kiedyś opiszemy jak będą chętni poczytać, każda „zbrodnia” posiada swoją wartość monetarną i nie mam na myśli tylko tego, że to my „płacimy” jakąś karę, nasz trust account / akt urodzenia są dojone odpowiednio tyle, ile system sobie zażyczy. Nikogo nie dziwi fakt, że np. w Ameryce jest tyle więzień i tylu ludzi w nich siedzi, co najmniej połowa za łamanie ustaw? Ci ludzie nie pracują, nie dokładają się do produkcji niczego, są w pudle, jedzą, piją, śpią, i kosztuje to majątek – a żaden nie dostaje rachunku za ten hotel wychodząc??? Otóż, jego majątek, w postaci własności części zasobów ziemi USA jest dojony podczas jego pierdzenia w pudle.

Cala szopka z imieniem: osoba prawna to tylko część tego oszustwa, sedno sprawy polega na tym, że poprzez swoje akcje, dokumenty, poprzez swoją niewiedzę zostaliśmy pracownikami RP. To jest z góry założone, nikt o to nie pyta, po prostu wszystko rozgrywa się z pominięciem tego najważniejszego elementu.

Piotras

__________________________________________________________

Sądy c.d.

Cytuję: „Jak już wyjaśniłem, sądy (poza wyjątkami – sądy tzw. equity, gdzie jest osoba poszkodowana), to nic innego jak wewnętrzne, korporacyjne trybunały, gdzie pajac w todze może dosłownie zrobić co mu się żywnie podoba z nami, i do tego – nie ponosi żadnej odpowiedzialności (tak mu się tylko wydaje).

„Sprawy” w takim sądzie, to farsa, debilizm do takiej potęgi, że czasem ciężko uwierzyć, jakim cudem ludzkość zapędziła się w takie szambo. Czy wiecie, że tylko w 2014 korporacja USA wprowadziła aż 3659 nowych ustaw? Tylko w jednym roku, to jest ponad 10 ustaw dziennie, zakładając, że te darmozjady pracują tylko kilka godzin dziennie (i tu jestem bardzo optymistyczny) – to mamy nową ustawę co kwadrans. Kiedyś czytałem, że za czasów Blaira – nowa ustawa była tworzona co pół godziny… rozumiecie teraz po co są sądy? 3659 ustaw w jednym roku… potrzeba wielu sądów, żeby „karać” pracowników, bo jak to mówi law society – ignorancja nie jest wymówką. Kto z was zna chociaż jedną ustawę? Połowa uchwalana jest w nocy, przed świętami, a te najbardziej ciekawe, mają pół tekstu wyjęte ze środka – a my potem idziemy jak barany do sądu i robimy to, co nam to całe kretyństwo nakazuje.

Jeśli są obce cywilizacje to patrzą na nas z prawdziwym politowaniem…

Nie zapominajmy jeszcze o naszych przyjaciołach w niebieskich mundurach – ci koledzy upewniają się, że system ma stały dopływ pieniędzy, żeby nie tylko prosperować, ale i rozrastać się w szalonym tempie. Koledzy rodacy w zielonych mundurach, ci są wykorzystywani do prac większego kalibru, np. do „demokratyzowania” opornych państw, jak Irak, Libia itp… wiecie, żeby w nich w końcu zapanował pokój i demokracja na nasz styl, czego mamy dowód dzisiaj w wydarzeniach na świecie.

Wracamy do sądów, sam fakt, że pojawiamy się tam na wezwanie (pamiętamy, że chodzi wyłącznie o wykroczenia ustawowe – jeżeli zrobiliśmy komuś krzywdę lepiej pojawić się na wezwanie), utwierdza system w przekonaniu, że jesteśmy ich podmiotem. Jak inaczej wytłumaczyć zjawisko, gdzie jeden człowiek, z krwi i kości, taki sam jak ja, wysyła mi kawałek papieru i rozkazuje mi się pojawić u niego na dywanie o określonej godzinie i dniu? Jeżeli ja wyślę tobie taki papier, że masz jutro o 9 być u mnie w piwnicy, to co zrobisz? Wyśmiejesz mnie i powiesz „nie jesteś moim szefem, idź do diabła” prawda? Wystarczy, że jest jakaś pieczątka, jakieś logo sądu, jakiś pajac ma przed nazwiskiem „sędzia” i nagle wszystko się zmienia. To jest fenomen tego systemu, papierowy tygrys i setki lat prania bani. Nie trzeba kajdanów, wystarczy kawałek papieru!

Więc przychodzimy na wezwanie, jako grzeczny pracownik RP, który śmiał być nieposłuszny i złamał jedną z milionów korporacyjnych zasad, dajemy grzecznie dowód osobisty – żeby jeszcze ich upewnić, że jesteśmy tam właśnie w tej funkcji i idziemy na strzyżenie, nic więcej, nie ma mowy o logice, nie ma mowy o tym, że nie wiedziałem, że ustawa jest głupia, że robi mi krzywdę. Dochodzi do takich paranoi, że rząd rości sobie prawo do słońca (Hiszpania) i musisz płacić podatek od baterii słonecznych, do wody deszczowej (USA, gdzie nie wolno gromadzić wody z deszczu) i tak dalej, do ziemi (USA), policja rozkazuje zniszczyć ogród przed „prywatną” posesją, bo nie wolno hodować marchewki, i tak dalej.

Jeżeli ludzie nie widzą, że to wszystko to gra, to brak im 5 klepki, a może nawet wszystkich na raz.

Pragnę zwrócić uwagę po raz kolejny na przyczynę tego zjawiska: jak to możliwe, że z jednej strony słyszymy, że wszyscy LUDZIE są sobie równi, a z drugiej strony żyjemy w takim więzieniu, że nam się w głowie nie mieści?

Oddaliśmy dobrowolnie naszą wolność, na zawołanie, bez przymusu, a nasze lenistwo i ignorancja to broń numer jeden tych, którym się wydaje, że mają wszystko już załatwione, że durna masa telewizyjnych zombie już nic nie zrobi.

Jeżeli będą chętni poczytać, omówimy trochę procedury sądowe, co się dokładnie dzieje w czasie „rozprawy”, kim są ludzie tam obecni, jaką rolę pełnią i drugą stronę medalu – metafizyczną stronę tego całego szamba, bo nie chodzi tylko o pieniądze. Pamiętajmy, że architekci tego systemu mogą produkować tyle pieniędzy, ile im się tylko zamarzy.

Wiem, że to tylko bardzo ogólny obraz całego zjawiska, i tylko mała jego część, bo nie opisuję tzw. equitable claim, czyli sądów gdzie jest prawdziwa zbrodnia – ktoś komuś zrobił krzywdę, nie zapłacił, złamał kontrakt itd. Myślę, że to nie jest aż takie trudne do pojęcia, że jeśli wyrządzisz drugiej osobie krzywdę, muszą być tego konsekwencje, dlatego chciałem skupić się na ustawach, na tej całej farsie i pseudo sprawiedliwości, gdzie beneficjentem jest tylko i wyłącznie system, korporacja RP, a całe stado (my) jest golone do gołej skóry, a na koniec jeszcze im ładnie dziękujemy.

Na koniec tego krótkiego artykułu, podam kilka ciekawostek, które mogą rzucić trochę światła na „sąd”. Język angielski jest bardzo magicznym językiem, dlatego między innymi został wybrany na język nowego świata.

  1. Ustawa, to tzw. ACT, (między innymi, jest wiele definicji), to act – znaczy dosłownie udawać, grać, wcielać się w rolę. Człowiek w todze gra swoją rolę, udaje kogoś, jego rola w tym teatrze to „sędzia”.
  2. Ustawa to również tzw. BILL, bill to nic innego jak RACHUNEK, tak, rachunek do zapłacenia. Jak myślicie, na jakiej podstawie rząd RP pożycza pieniądze od prywatnego banku centralnego, mimo, że mógłby drukować pieniądze sam i nie być obciążony odsetkami? Powstaje ustawa, tym razem o zwiększeniu podatku od nieruchomości, mądre głowy w firmie kalkulują, ile kasy wpłynie po upływie roku z tego tytułu, i mając te dane – pożyczają ową kwotę od prywatnego banku.
  3. Sąd to tzw. COURT, czyli miejsce, gdzie odbywa się gra, zupełnie jak w tenisa, piłka będzie odbijana z jednej strony na drugą, aż komuś się powinie noga i będzie bulić.
  4. Dlaczego ludzie w sądzie siedzą w tzw. boksach (box – pudełko)? Jest zasada tzw. four corners czyli 4 kątów / ścian. Wszystko co jest zamknięte w takim pudelku (3d albo na papierze) istnieje tylko wtedy, kiedy system wyrazi zgodę. Dlaczego podczas rozpraw niektóre rzeczy nie znajdują swojej drogi do tzw. PUBLIC RECORD? Czyli transkrypt może zawierać tylko to, czego zapragnie system, a co niewygodne zostanie pominięte. To się dzieje notorycznie.
  5. Kim jest adwokat – ATTORNEY? Czy ktoś poszukał kiedyś definicji tego słowa? To TURN, znaczy zmieniać kierunek, obracać, ATTORNEY AT LAW znaczy ktoś, kto będzie obracać, zmieniać kierunek prawa, tak żebyśmy na koniec dostali w tyłek tyle, ile sobie zażyczy jego kolega grający rolę sędziego.

Jest tego mnóstwo, niestety trzeba trochę pokopać, żeby to znaleźć, a na polskich stronach nie ma mowy, że coś podobnego będzie. Pracownicy RP są bardzo dobrze kontrolowani, mają tyrać, jeść byle co, oglądać tv i spać, a jutro – powtórka.

Piotras

__________________________________________________________

Parę słów o lichwie

Cytuję: „To jest temat, którego wciąż się uczę, nie tak wytrwale jak kiedyś to robiłem, ale chętnie podzielę się tym co już wiem, choć zdaję sobie sprawę, że to tylko kropla w morzu. Ale warto to wiedzieć.

Nie będzie łatwo wytłumaczyć, jakim cudem ten cały syf zwany ekonomią w ogóle działa. Fenomen tego jest tak prosty, że 99% ludzi nie jest w stanie zrozumieć, jak to jest możliwe, więc odrzucają to niemal z mety. W zamian za to, słuchają mądrych ekonomistów, wykresów, stóp procentowych, itp. itd. Większość ludzi zatraciła możliwość zadawania logicznych pytań, takich, które mogą przynieść zrozumienie tematu.

Zanim podzielę się tym, czego już się zdążyłem dowiedzieć, chciałbym zadać kilka pytań, na logikę, bez potrzeby głębokiej analizy systemu finansowego, takie pytania, na które każdy mógłby odpowiedzieć, albo przynajmniej zastanowić się  na chłopski rozum.

To jest fakt, że system upewnił się, że nie wiem NIC o pieniądzach. Nie wiemy skąd się biorą, jaki jest mechanizm ich powstawania, funkcjonowania itd.

Na pytanie skąd się biorą pieniądze – zapewniam was, 99% ludzi zapytanych na ulicy nie będzie miała zielonego pojęcia i będzie tyle teorii, ile ludzi zapytanych. Co niektórzy będą mówić o banku centralnym, cyfrowej walucie itd., ale obawiam się, że konkretnej odpowiedzi nie otrzymacie.

Wszyscy słyszymy, że świat ma długi, nie tylko jeden kraj, nie jedna firma RP, dosłownie wszyscy mają ogromne długi, dług publiczny rośnie tak i tak, i wszyscy są w czarnej dupie. Pytanie:

  1. Jeżeli wszyscy mają długi – to komu są winni? Jeżeli niemal cała planeta jest w długach – to komu? Kto pożyczył ziemianom tyle kasy? Ludzie z Marsa? A jeżeli są sobie nawzajem dłużni, dlaczego nie zredukują sobie nawzajem długów? Komu jesteśmy winni tyle, że wszyscy siedzimy w czarnej dupie?
  2. Jeżeli jest na tej planecie ktoś, kto ma magiczny guzik do produkcji pieniędzy, to czy ta cała kasa naprawdę jest coś warta, tyle żebyśmy my musieli pracować od świtu do nocy, za coś komu zajęło to kilka sekund, kliknąć w klawiaturę albo guzik drukarki???
  3. Skoro wszyscy jesteśmy w długach, jakim cudem jest coraz więcej firm pożyczkowych, banków, lichwy wszelakiej maści? Skoro ludzie nie spłacają „długów”, tych pieniędzy powinno być coraz mniej do pożyczania, a nie więcej prawda? Skoro Jaś nie oddal mi 20 000, to ja mam w swojej kasie o 2 dychy mniej i nie mogę już tych pieniędzy nikomu pożyczyć prawda? Więc nie byłoby dziwne, gdybym nagle ogłosił że pożyczam nie tylko 20 000 ale 50 000???
  4. Skoro prawo bankowe zabrania pożyczania pieniędzy depozytorów, do tego bardzo duża cześć ludzi nie spłaca „pożyczek” jakim cudem powstaje coraz więcej lichwy? Nie, nie drukują sobie na kolanie kasy, o tym później.
  5. Kiedy bank „pożyczył” Jasiowi poł miliona $ na dom, Jaś nie spłacał, bank zabrał dom i sprzedał na aukcji za 300 000, to jest 200 000 $ w plecy? Proszę pomnożyć taki scenariusz razy kilka tysięcy miesięcznie w całych USA i policzyć, ile kasy „stracił” bank, więc jakim cudem rośnie w siłę do takiego stopnia że niedługo będą mieli złote kible? (Detroit – można kupić dom za kilka tys., dom za który bank kiedyś „zakredytował” komuś np. poł miliona $)

Takich pytań są setki, nikt nie zastanawia się dlaczego tak to wszystko wygląda, że może to, co słyszymy na lekcjach ekonomii to nie do końca jest prawda. Ludzie, tęgie głowy, którzy mają kilka liter przed nazwiskiem wiedzą całe gówno o tym, czego uczą. Zapewniam was, że pół godziny przelewania takich informacji do ich wyedukowanej, kwadratowej głowy spowoduje zawiechę systemu myślowego – wiem, bo sam byłem tego świadkiem. Więc nie ma się co dziwić że Jaś ma zero pojęcia, kto i jak go dyma, mnie tylko dziwi fakt, że ludzie nie chcą wiedzieć, to jest przerażające. Wolą pracować w pocie czoła na wyimaginowane pożyczki, które nie istnieją, nie istniały i istnieć nie będą.

Nie mamy prostych odpowiedzi na te pytania obawiam się, nasze zrozumienie mechanizmu pieniędzy jest niemal zerowe, zupełnie tak, jak w medycynie, polityce, szkolnictwie – wszędzie niemal oddajemy sprawę w ręce „profesjonalistów”, czy to w białym kitlu, mundurze czy drogim garniturze. Nie ma w nas już ani krzty ochoty, żeby się dowiedzieć samemu. System „edukacji” i telewizja zrobiły swoje.

Zanim wyjaśnię mechanizm powstawania tzw. „kredytów” napiszę kilka słów o historii biznesu, tzw. commerce i o powstaniu bardzo ważnego prawa finansowego jakim jest BILLS OF EXCHANGE ACT z roku 1882, który do dnia dzisiejszego stanowi filar powstawania kredytów.

To co powiedziałem wcześniej – banki nie mogą pożyczać pieniędzy depozytorów. To jest ustanowione prawnie, ale nawet na logikę: nie trzeba być geniuszem, żeby to zrozumieć. Ile kosztuje mieszkanie w Warszawie? 300 000zl? 500 000 zł? Weźmy pół miliona.

Ile ma statystyczny Jaś w banku? 5 tysięcy? 20 tysięcy? Teraz proszę pomyśleć, ile takich Jasiów musiałoby wpłacić swoje całe oszczędności na sfinansowanie jednego tylko mieszkania. Dla porównania, tu w UK bank LLoyds chyba chwali się w reklamie tv że udzielają kredytu mieszkaniowego w kraju – co 15 minut… rozumiecie? Jaś ma tylko parę tysięcy w banku, a co 15 minut bank przyznaje „kredyt” na mieszkanie warte setki tysięcy… Na wiele, wiele lat…

To po pierwsze, po drugie, jeżeli bank pożyczałby pieniądze depozytorów, co by się stało, gdyby wielu Jasiów zechciało wybrać swoje oszczędności? Nawet jak im będą kazać czekać dzień czy dwa, „kredyt” na mieszkanie potrzebuje wielu lat, żeby się „spłacić”. Nie ma w tym nic dziwnego?

Weźmy pod uwagę to, co mówiłem wcześniej – wielu ludzi podupada i przestaje spłacać „kredyty”. Skąd bank weźmie wtedy pieniądze, żeby pooddawać takim Jasiom, skoro wielu ludzi nie spłaciło „pożyczek”?

To nie są ciężkie pytania, nie potrzeba mieć magistra ekonomii, żeby takie rzeczy przemyśleć, a co więcej – im wyżej wykształcony ekonomista, tym trudniej mu poukładać sobie to w bani.

Skoro bank nie pożycza żadnych pieniędzy, to skąd się biorą fundusze na dom, mieszkanie, samochód? Przecież Jaś, korzystając z tychże mechanizmów może jutro kupić mercedesa. Ten samochód istnieje, fizycznie, ktoś dostał pieniądze na konto i dał Jasiowi kluczyki.

Zanim wyjaśnię, napiszę słówko o historii biznesu, kiedy jeszcze większość wartościowych rzeczy, jak złoto itp., była przewożona na statkach, które tonęły i były napadane przez piratów.

Ludzie biznesu ówczesnych czasów zaczęli się drapać w głowę. Coraz więcej tracili majątku na rzecz zatoniętych statków, napadów, piratów. Postanowili wprowadzić system, gdzie sam produkt, jak złoto, nie będzie musiał być transportowany. Nie musiało opuszczać sejfu właściciela, wystarczyło, że ten wysłał kuriera z dokumentem, na którym było napisane, że następuje transfer majątku. Taki dosłownie paragon, który drugi człowiek – ten który to otrzymał mógł spieniężyć bądź wymienić na inny towar. Tak narodził się BILLS OF EXCHANGE ACT, który działa do dnia dzisiejszego. To w telegraficznym skrócie, ale będzie potrzebne do zrozumienia pieniędzy.

Pamiętacie, jak pisałem o tym, że my – my wszyscy – jesteśmy wspólnie właścicielami ziemi Polskiej i wszystkiego co na niej i w niej się znajduje? To ma ogromną wartość monetarną, ogromną, i nie należy do rządu – należy do ludzi. My jedynie daliśmy swoją część w zarząd RP, po to, żeby zarządzali tym w mądry sposób i na naszą korzyść (wiem, że jest dokładnie odwrotnie).

Więc skoro bank nie ma prawa pożyczać pieniędzy depozytorów, nie drukuje sam, ile mu się podoba, to skąd są fundusze na dom dla Jasia? Bills of exchange act się kłania i majątek Jasia – część zasobów Polskiej ziemi.

Dzisiaj Jaś idzie do banku pogadać o „pożyczce” na swoje wymarzone M. Bankier zbiera dane Jasia, żeby upewnić się, że ten nie wisi już nikomu nic, że nikt nie przeszkodzi owemu bankowi kroić Jasia przez najbliższe 25 lat…

Jaś dowiaduje się, że jest OK, i zaczyna wypełniać papiery, podpisuje umowę o kredyt i wraca do domu. Będzie teraz czekać, aż bankier zadzwoni, że mogą sfinalizować umowę i Jaś dostanie siano na mieszkanie.

Po roku 2008 jeden z czołowych bankierów UK powiedział takie słowa: „Powodem tego kryzysu był nieodpowiedzialny dostęp do prywatnego kredytu”, ale ta bardzo ważna wypowiedź nie miała żadnego oddźwięku, bo ludzie nie zrozumieli co ten pan powiedział.

Dostęp do prywatnego kredytu? Jaś podpisał umowę o kredyt… bank nie pożycza pieniędzy depozytorów… Bills of exchange act… akt urodzenia… majątek ziemi Polskiej… zaczyna to wszystko mieć sens?

Nie znam do końca kulisów bankowych, nie interesuje mnie zresztą już na tym stopniu, co się dzieje z czekiem, gdzie leci, kto podbija itd. Interesuje mnie fakt, że są fundusze i to są moje fundusze – nikomu nie jestem winien ani grosza.

Jaś podpisuje umowę o „kredyt”. Bankier wypełnia swoją część (bardzo ważne, żeby było wszystko na tym, czego wymaga bills of exchange act), zanosi gdzie trzeba, umowa zostaje podbita – zupełnie jak czek (endorsement) i zostaje otwarte nowiutkie konto, specjalnie dla Jasia. Na to konto zostaje wpłacony ten nowy czek – nasza umowa o „kredyt”. Ciekawe prawda? Zanim Jaś nie podpisał umowy, fundusze nie istniały w ogóle, za podpisem Jasia na kawałku papieru – nagle pojawiły się pieniądze na ukochane M dla Jasia.

Proszę wytężyć głowę teraz:

Jeżeli Jaś był twórcą (to jego podpis dał życie funduszom) tejże kwoty, poprzez mechanizm bankowy – to do kogo należą te pieniądze? Czy należą one do banku (który de facto nie miał ich zanim Jaś nie podpisał umowy), czy należą do samego Jasia, który dosłownie dał im życie w momencie podpisania owego dokumentu?

To nie wszystko, pamiętacie jak pisałem, że równie ważne jest to, co jest powiedziane, jak i to KTO to powiedział? I że pełnimy wiele funkcji, ról w naszym życiu, nosimy wiele czapek na głowie i biznesie, który dzieje się niemal cały czas w naszym życiu?

Piotras

__________________________________________________________

Lichwa c.d.

Cytuję: „O co chodzi z tymi rolami i „czapkami” jakie nosimy na co dzień, i co to ma wspólnego z pieniędzmi i bankami?

Otóż, kiedy pojawiamy się w banku – z jakiegokolwiek powodu i jesteśmy jedną ze stron transakcji finansowej, to właśnie ta rola, w jakiej występujemy niesie ze sobą określone uprawnienia i obowiązki – i to się tyczy obu stron.

Kiedy wpłacamy pieniądze na konto jesteśmy w roli depozytora, kogoś, kto przynosi swój majątek do tej instytucji i mamy prawo do naszej własności, jaką są właśnie te pieniądze. Mamy prawo je wybrać, zgodzić się na odsetki na koncie itd. Bank ma obowiązek ochrony tych funduszy i wypłaty na żądanie. Tak jest tylko w teorii, bo w praktyce bywa zupełnie inaczej. Bank może zamknąć swoje wrota i olać depozytorów (Grecja) albo nawet ukraść depozytorom pieniądze z konta (Cypr), więc w praktyce bywa inaczej.

Jaką czapkę nosimy, gdy przychodzimy po kredyt na mieszkanie? Jak już wspominałem wcześniej – zależy kiedy. W momencie kreowania pieniędzy poprzez monetaryzację (nie wiem czy to dobre tłumaczenie, może raczej spieniężenie, ale po Polsku to brzmi niedorzecznie – ang. monetising ) naszej umowy, czyli zamienienia umowy na czek, mamy czapkę kreatora pieniędzy – nasz prywatny kredyt jest źródłem tych pieniędzy.

Kiedy finalizujemy umowę, podpisujemy wszystkie papiery później, mamy na głowie czapkę kredytobiorcy, kogoś, kto dosłownie pożycza pieniądze na mieszkanie. Nie ma tu żadnego znaczenia fakt, że to jedna i ta sama osoba, o tym nikt wam nie powie. Nawet gdyby, to występując w innej roli mamy przecież inne prawa i obowiązki. I tu jest cały myk, coś czego nikt nas nie nauczył we wspaniałym systemie de-edukacji państwowej, i nie przez przypadek zresztą.

Więc jeżeli po tych wszystkich zabiegach Jaś ma mieszkanie, ma też kredyt, co się więc stało z tym Jasiem, który stworzył owe pieniądze, występując w roli kreatora, tego który własnym podpisem stworzył całe fundusze na swoje wymarzone M?

Odpowiedź jest bardzo krótka, i banalnie prosta – zniknął i nigdy się już nie pojawił. Zupełnie tak, jak CEO Coca Coli, nie przyjdzie do pracy, już nigdy, bo mu się odwidziało. Czy zniknął z planety? Nie. Czy żyje i ma się świetnie – pewnie tak, po prostu zrezygnował ze swojej roli, od dzisiaj nie obchodzi go co się dzieje w firmie, ta rola jest dla niego skończona.

To właśnie się stało z naszym Jasiem i jego rolą kredytotwórcy – stworzył fundusze, powierzył je bankowi i zniknął z wizji – już się więcej nie pojawił, ani razu. Te fundusze, podejrzewam, są traktowane jako darowizna, nic innego nie przychodzi mi do głowy, jak zaksięgować taki asset żeby nie należał do Jasia.

Po „kredyt” Jaś przychodzi w roli potrzebującego, mimo że to on sam jest kreatorem tychże funduszy – dzisiaj, przy podpisywaniu „pożyczki” ani on, ani pani z banku o tym nie mówią, oboje nie mają o tym pojęcia tak naprawdę. Jaś „pożycza” pół miliona i od jutra zakłada chomąto na swoją głowę i tak mu zostanie przez następne 25 lat…

Tu się kończy rola Jasia, został jednym z milionów ludzi, którzy sami sfinansowali swoje domy, a tyrają tylko po to, żeby system miał luksus, a bankierzy karmany wypchane pieniędzmi. Nikogo nie dziwi fakt, że jak walnęło w 2008 i multum banków ogłosiło padakę – to szefowie tych złodziejskich instytucji odchodząc pobrali multimilionowe odprawy? Skąd? Jeżeli bank jest na krawędzi niewypłacalności – skąd miliony dla bossów?

Ten cały krach bankowy to sfingowana reżyserka, nic więcej, bo skoro żaden bank nie stracił ani dolara „pożyczając” dosłownie nic – to jakie mogą mieć straty? Żadne – właśnie takie. A że wypchali system tzw. SPV i deratywami powstałymi na podstawie nie istniejących „pożyczek” to już ich problem, ale za to beknął szary Jaś i miliony innych.

Do rzeczy, po co nam to wszystko wiedzieć tak naprawdę? Ano po to, żeby móc odebrać swoje pieniądze. Nie będę udzielał dokładnych instrukcji jak to zrobić, jest już tyle materiału, że kto zechce, rozkmini to sam. I dodam, że te artykuły nie są poradami prawnymi jak się pozbyć pożyczek, mimo, że można z nich wyciągnąć poprawne wnioski jak się do tego zabrać.

Napiszę tylko kilka ciekawostek na ten temat, a każdy zrobi z tym co zechce.

Tak jak powiedziałem wcześniej – nie udzielam rad prawnych, więc wszystkie decyzje jakie ktokolwiek podejmie w tym temacie – robi na swoją odpowiedzialność.

Proszę tylko pamiętać o jednym – jeżeli komuś przyjdzie do głowy, żeby oddalić kredyt bez uprzedniego poważnego studiowania tematu – to już ostrzegam, że będzie to bolesna lekcja i najprawdopodobniej znajdzie się na ulicy.

Czy jest to w ogóle możliwe? Oczywiście, ja sam znam osobiście ludzi, którzy to zrobili, co prawda w UK, ale system bankowy w bloku IMF jest wszędzie niemal jednakowy.

Oto kilka ciekawostek na ten temat, które mogą się przydać w studiowaniu tematu.

  1. Jeżeli podstawą powstania „kredytu” jest podpis Jasia, i bank nie udziela żadnej pożyczki tylko monetaryzuje (tłum. – monetising) umowę Jasia zgodnie z bills of exchange act – to co to znaczy? Ano znaczy to, że jeżeli bank niczego nie pożyczył, nie ma prawa żądać niczego z powrotem – proste. Jeżeli ja, tylko udaję, że pożyczam ci 100, ale tak naprawdę ci tej stówy nie dałem, to czy mam prawo wołać, żebyś mi oddał tę stówę – plus odsetki? Chyba raczej nie, wydaje mi się.
  2. Skoro bank nie miał tych funduszy, to jak mógł je Jasiowi pożyczyć? Nie mógł.
  3. Jeżeli wg prawa można żądać odsetek tylko wtedy, kiedy występuje ryzyko strat, to jakim prawem bank, nie dość, że nic nie pożyczył Jasiowi, żąda nie tylko tej sumy z powrotem, ale jeszcze paręset procent extra????

Proste pytania wydawałoby się, ale proszę mi wierzyć – trzeba by było pójść bardzo wysoko na drabinie władzy bankowej, żeby otrzymać odpowiedzi. Ja znam kilka osób, które wykładają bankowość, i po 15 minutach rozmowy – stali się bladzi jak ściana, nie mają pojęcia o co chodzi, a często nawet zaprzeczają, nie mając żadnych dowodów na obalenie tych tez – tylko dlatego, że to burzy ich cały świat, fundament zrozumienia, i tak naprawdę zmusza do tego, żeby spojrzeć w lustro i zobaczyć osła w odbiciu.

Miałem również okazję poznać bardzo wpływowego bankiera z CITI, i po krótkiej rozmowie spławił mnie bardzo szybko, myślę, że dobrze wie o czym mówię, bo wytrzeszczył gały i omija mnie wielkim łukiem od naszej rozmowy.

Co dalej z tymi informacjami?

Pamiętacie artykuły na temat prawa kontraktowego? Te warunki kontraktu, bez których ŻADEN kontrakt nie może być ratyfikowany? OK, dla przypomnienia:

– full disclosure: czyli kawa na ławę, WSZYSTKIE informacje przed podpisaniem umowy. Nie muszę dodawać, że w umowie „kredytowej” wszystkie ważne rzeczy są ukryte, prawda?

– Equal consideration: czyli obie strony wnoszą do umowy coś wartościowego… my wnosimy nasz prywatny kredyt wart pół miliona, a bank? A bank wnosi obowiązek dla nas – pracy przez następne 25 lat, po to żeby spłacić nieistniejącą „pożyczkę”… nie ryzykując dosłownie nic, bo nic nam nie dali.

Jeszcze kilka ciekawych rzeczy odnośnie procesu udzielania „pożyczki” i punktów 1, 2, 3.

Ad. 1. Co się stało z umową Jasia, która dała życie funduszom? Warto by było o to zapytać bank. I nie przez telefon, pisemnie, do najwyższej osoby jaką tam znajdziecie. Umówić się na spotkanie, żeby zobaczyć swoją umowę, pierwszą, z własnoręcznym podpisem. Ja obstawiam, że spławią was z kwitkiem, na zachodzie dochodzi do tego, że banki mówią, że nie mają już tej umowy, potrafią powiedzieć nawet, że zgubili… tylko że ta umowa, to własność Jasia i bank nie ma prawa z nią nic zrobić bez zgody Jasia (co prawda, w umowie ukryte jest pełnomocnictwo prawne do tej umowy, o tym napiszę później).

Kiedy i jeżeli w ogóle tam się znajdziecie, popatrzcie na tę umowę, czy jest coś w niej innego, niż było w dzień podpisania. Jeżeli w ogóle ją zobaczycie, będzie podbita niczym czek (endorsement) właśnie po to, żeby posłużyć jako depozyt na nowiutkie konto.

Jeszcze mała ciekawostka – jeżeli nie ma umowy – nie ma „kredytu”… to chyba zrozumiałe? Jeżeli bank twierdzi, że Jaś wisi pół miliona, a nie ma na to dowodu, bo wszystko co posiada w swoich archiwach, to kopie, skany, wydruki, a nie PRAWDZIWA I ORYGINALNA umowa, którą podpisał Jaś własną ręką – nie ma żadnej pożyczki… Jaś nie wisi ani centa. Ciekawe prawda?

Jeżeli ta umowa jest, ale istnieje w innej postaci niż kiedy ją podpisał Jaś, czyli ma jakieś stemple, daty, extra podpisy i tak dalej – to już nie jest ta sama umowa. Ten dokument został zmieniony, i nie można go użyć jako dowodu istnienia „kredytu”, umowy nie ma…

Ad 2. Skoro bank nie miał tych pieniędzy zanim Jaś podpisał umowę, to chyba byłoby mądrze ich zapytać. Oczywiście pisemnie, do wysokiego bankowca w tej placówce, bo pani Jadzia w okienku nie będzie miała zielonego pojęcia o czym mówcie. Takie proste pytanie, zaadresowane imieniem i nazwiskiem: czy może pan/pani potwierdzić, że fundusze na moją „pożyczkę” znajdowały się w posiadaniu banku? Czy jest pani/pan gotowy potwierdzić to pisemnie pod przysięgą, jeżeli zajdzie taka konieczność?

Będą wracać bardzo dziwne odpowiedzi, albo żadne, warto spróbować, w cztery oczy zwłaszcza, zobaczyć jak się bankier zaczyna pocić (przed wyjściem – podpis i odpowiedź na papierze).

Ad. 3. Jeżeli odsetki mogą być zaaplikowane wyłącznie wtedy, kiedy pożyczający ryzykuje swój majątek – to kiedy bank cokolwiek zaryzykował, nie dając Jasiowi zupełnie nic? To jest ciekawy temat, i rozkładając całą akcję „kredytowania” na części pierwsze – można nawet tępemu bankowcowi pokazać, że jest jakiś problem w tym całym obrazku.

To jest tylko kilka rzeczy na temat „kredytu” na mieszkanie, prawda jest taka, że jest więcej sposobów niż jeden na wyzerowanie takiej pożyczki. Znam przypadki kiedy wyjątkowo dociekliwi „kredytobiorcy” dostawali różne oferty od swoich banków w zamian za zamkniecie mordy. Niektórzy ciągnęli aż do sądu, gdzie bank po prostu się nie pojawiał, niektórzy dostawali ofertę obcięcia „pożyczki” o 50%, czasem nawet 70% i oczywiście tzw. non disclosure agreement – czyli umowa o zamkniecie jadaczki pod groźbą więzienia za jej złamanie. Niektórzy nie musieli spłacać już ani grosza, niemniej jednak walka była długa i zacięta.

Proszę nie brać za wyrocznię tego co opisuję, wszystko czym się dzielę, to zbiór informacji, które ludzie w innych krajach udostępniają, ludzie którzy mają w tym doświadczenie, którzy sami przeszli przez tę drogę, często do samego końca.

Proszę samemu zrobić dochodzenie w każdym temacie, nie tylko w tym, to są wskazówki, ciekawostki, których ja jestem pewien, ale dopiero jak sam zrobię proces tak wielki jak „pożyczka” na nieruchomość i wygram – wtedy udostępnię szczegóły – krok po kroku.

Na razie zastosowałem metodę „nie ma umowy – nie ma pożyczki” ratując mojego kolegę. On jakiś czas temu wziął „kredyt” z banku na rozwinięcie biznesu, który mu niestety nie wyszedł. Przestał spłacać tę „pożyczkę”, bank po jakimś czasie sprzedał ją firmie windykacyjnej – nie jednej zresztą i zaczęła się łapanka.

Był już czas, kiedy na drzwiach miał naklejkę z firmy windykacyjnej, że niedługo przychodzą wynosić rzeczy z domu.

Jak to zrobiliśmy? Bardzo prosto. Wiadomo, że bank nie pożyczył mu żadnych pieniędzy, owa umowa zamieniona na czek popłynęła już w siną dal, razem w SPV i dalej na market. Więc bank już jej dawno nie miał. Nie miał jej też w dniu, w którym odsprzedał „pożyczkę” firmie windykacyjnej za jakieś pestki.

Więc wysmarowaliśmy fajne pismo do tejże firmy o treści mniej więcej takiej:

” …bardzo chętnie ureguluję mój rzekomy dług, jaki firma x próbuje ode mnie wyegzekwować, niemniej jednak, aby być zupełnie w zgodzie z prawem, mam tylko jedno żądanie: proszę potwierdzić swoje roszczenia poprzez dowód istnienia tejże rzekomej pożyczki, bardzo proszę o spotkanie, gdzie przedstawiciel pańskiej firmy pokaże mi ową umowę, z moim własnoręcznym podpisem. Jeżeli twierdzi, że to był bank xy, i w jego imieniu następuje windykacja – ów bank powinien posiadać tę umowę.

Zaraz po tym, jak upewnię się, że mają państwo w posiadaniu podstawę do swoich roszczeń – moją umowę o rzekomy kredyt – szybko pobiegnę do bankomatu wybrać pieniądze, żeby wam je wpłacić”.

Bardzo ciekawa odpowiedz nadeszła od tych ludzi:

„…pokażemy wam tę umowę, jak zapłacicie nam £1″…

Prawda, że ciekawe? Po co chcą 1£??? Przecież chcą odebrać tysiące…

To jest temat na osobny artykuł, powiem tylko tyle, że gdybyśmy dali im tego 1£, to pies byłby pogrzebany i mój kolega musiałby spłacać ten fikcyjny dług. Nie daliśmy im nic, bo to oni mają roszczenia i obowiązek udowodnienia ich prawdziwości. Zniknęli jak kamfora, wszyscy. Od czasu do czasu mój kolega dostanie pismo od jakichś innych bidaków (windykatorów), którzy byli na tyle głupi, żeby odkupić po raz kolejny tę „pożyczkę”, której nikt nie może ściągnąć.

Tyle, nikt mu niczego nie zabrał, nie zabrał z konta, z wypłaty, z domu. Jeden list i hieny zniknęły całkowicie.

To nie koniec, wg prawa – jeżeli ktoś ma roszczenia bezpodstawne – a taka firma windykacyjna nie mając umowy ORYGINALNEJ ma tylko takie roszczenia – można im dowalić i to zdrowo.

Wg prawa, ten kto ma nieprawdziwe roszczenia, może być ukarany 3+1, czyli – firma terroryzująca mojego kumpla musiałaby zapłacić mu 3xoryginalną sumę+tę sumę. Czyli jak go ścigali za 20 000£, on poprzez dosyć prosty proces mógł od nich wyciągnąć 80 000£. Nie miał ochoty, ucieszył się tylko, że się odwalili.

Piotras

__________________________________________________________

Cytuję: „Chciałbym wytłumaczyć to dziwne zjawisko, kiedy firma windykacyjna poprosiła nas o 1£ w zamian za to, że pokażą nam ORYGINALNĄ umowę o pożyczkę między moim kolegą a bankiem.

To na pierwszy rzut oka wyda się bardzo dziwne, ale niestety wewnątrz tej gry obowiązują dziwne nieraz prawa, których ludzie na ogół nie rozumieją i właśnie dlatego takie rzeczy jakie dzieją się np. w Polsce są w ogóle możliwe – kiedy komuś ginie dowód, a ktoś inny biorąc pożyczkę na zaginiony dokument zwala odpowiedzialność na tego, komu ten dowód zginał, albo komornik zabiera traktor sąsiadowi za długi jego kolegi zza miedzy.

To bardzo przykre powiedzieć, ale nasz kraj wiedzie prym w tych oszustwach, na takie rzeczy jakie się tu dzieją, żaden normalny kraj – właściwie ludzie sobie nie pozwalają. Nie wiem z czego to wynika, może z niewiedzy, a może po trosze z naszego charakteru, tej zawiści i nienawiści do drugiej osoby, która napędza tę karuzelę szelmostwa.

To dlaczego firma, która ścigała mojego kumpla za 15 000£ nagle prosi o 1 £ w zamian za to, że pokażą nam tę umowę jako podstawę do swoich roszczeń?

Wszystko opiera się na prawie kontraktowym, to nic innego jak oferta i akceptacja oferty. W momencie przyjęcia oferty, (1£) nawiązuje się między nami umowa, od tej chwili, poprzez naszą akcję (zaplata 1£) dajemy życie nowemu biznesowi, który niesie ze sobą straszne konsekwencje – dla mojego kumpla rzecz jasna.

Jeżeli zapłacilibyśmy tego funta, to w świetle prawa przyjęliśmy do wiadomości (nie)fakt, że ta firma windykacyjna posiada umowę, o którą prosimy. W związku z tym, nabiera praw do jej egzekucji. Wiem, że to nie ma sensu na pierwszy rzut oka, ale niestety tak jest. Firma dalej nie ma tej umowy, w żadnym wypadku, ale teraz może wejść na drogę sądowa i poprzez system i jego procedury zmusić mojego kolegę do spłaty nie tylko rzekomej pożyczki, ale jeszcze wszystkich opłat, jakie sobie naliczyła firma windykacyjna.

Niedorzeczność – wiem, ale tak jest. Oferta kontra oferta, akceptacja – mamy razem interes, tak to wygląda.

Firma windykacyjna X odzywając się do nas listownie zaproponowała nam interes, ano taki, że będą z nas ściągać jakieś długi i proszą o natychmiastowe spłaty, lelum-polelum i tak dalej. Co robi statystyczny Jaś? Nie mając pojęcia, że bank mu nigdy nic nie pożyczył, najpierw dostaje mikro zawału, potem zaczyna spłacać wszystko to, czego X zażąda, a jak nie – to dobiorą mu się do skóry. Jaś nie ma pojęcia, że X nie ma żadnego prawa nic z niego ściągać, ale poprzez swoją akceptację (zgoda na żądanie, poprzez uiszczenie pierwszej wpłaty) oferty kontraktu potwierdza w oczach prawa, że chce z własnej woli wstąpić w biznes z X. Od tej pory X ma prawo zmielić Jasia jak im się tylko spodoba, bo Jaś nie mając pojęcia o niczym nie będzie potrafił niczego zakwestionować. Dlatego firmy jak X powstają jak grzyby po deszczu, są dosłownie jak pasożyt, który dosiada Jasia po tym, jak inny pasożyt (bank) już dobrze wydoił Jasia wcześniej.

A jak sobie poradzić z taką firmą X, która bardzo „poważnie” płodzi owe dokumenty? Poprzez tzw. conditional acceptance – czyli zaakceptowanie oferty POD WARUNKIEM. W ten sposób nie stajemy się stroną konfliktową w świetle prawa, nie jesteśmy kimś, kto odrzuca ofertę, bądź ją ignoruje – o tym wspominałem już kiedyś – nie ignorujemy pism z żądaniami.

Więc robimy to, co napisałem w liście za mojego kumpla, akceptujemy tę ofertę pod warunkiem, że X przedstawi nam niezbity dowód na to, że w ogóle ma jakieś prawo do roszczeń majątkowych. Pytamy o coś, czego X nie posiada, nie może posiadać, bo prawnie nie ma takiej możliwości – czyli naszej oryginalnej umowy z bankiem, która rzekomo dała życie owej pożyczce.

A czemu X nie może jej posiadać w oryginalnej postaci? Z kilku powodów – po pierwsze – ta umowa została zmonetaryzowana i razem z innymi tego typu środkami zwanymi SPV – special purpose vehicle – została sprzedana dalej, inwestorom, którzy ją potem ubezpieczają i tak dalej. Po drugie – my nigdy nie mieliśmy żadnych interesów z X, X nie było stroną w oryginalnym kontrakcie pomiędzy nami a bankiem, to jest tzw. third party intervener – czyli osoba trzecia, z którą nie mamy żadnych interesów, ktoś zupełnie obcy wchodzący między wódkę i zakąskę. Poza tym – umowa oryginalna jest własnością Jasia, w niezmienionej postaci musi pozostać na czas trwania kontraktu (umowa o pożyczkę) i bank nie ma prawa jej nikomu sprzedać bez naszej zgody (tylko teoretyczne rzecz jasna, bo oni to robią bezprawnie cały czas), dlatego X nie ma prawa do żadnych roszczeń, to po prostu kant.

Inaczej ma się sprawa z komornikiem z urzędu, gdzie jest wyrok sądowy i sędzia podpisał własnoręcznie takie roszczenia – tu jest ogromna różnica, napisze później co wiem o tym.

Wszystkie zadania od firm windykacyjnych prywatnych jakie widziałem (a widziałem sporo, mój  drugi znajomy przez jakiś czas pracował jako komornik) to była po prostu żenada. Kawałek papieru z logo, dużo pustych słów, pogróżek, żądań, podopisywanych zer i numer telefonu jakiegoś Kazia – managera, do którego trzeba zadzwonić już teraz, bo jutro zabiorą telewizor – kabaret po prostu – oczywiście żadnych czytelnych nazwisk i podpisów.

Więc piszemy do X w jak najszybszym czasie z prośbą o udostępnienie tejże oryginalnej umowy na podstawie której X ma swoje żądania. Dajemy 10 dni na odpowiedz, i piszemy taka kontrofertę w sposób odpowiedni – taki, że w przypadku braku odpowiedzi – X przyznaje się do tego, że ich żądania to czyste oszustwo. To jest bardzo ważne, sposób pisania, żeby postawić X w takim miejscu, że mają przewalone, cokolwiek zrobią, bądź nic nie zrobią – brak odpowiedzi to najlepsza odpowiedź – tu przypominam ignorowanie pism – brak odpowiedzi z naszej strony – przyznanie się do zaakceptowania oferty/roszczeń.

I jeszcze jedno – bardzo ważne, tak ważne, że tyczy się wszystkiego, nie tylko komorników, całego prawa, we wszelakiej postaci (oprócz korporacyjnych, debilnych ustaw): TEN KTO STAWIA TEZĘ – MA OBOWIĄZEK JĄ UDOWODNIĆ.

Jeszcze raz – X przysyła mi pismo do domu, że jestem im winien siano – to jest ich teza, teraz spoczywa na nich obowiązek udowodnienia, że mają prawo do tych pieniędzy. System i szkoła wywala wszystko do góry nogami, zamiast pytać – mówimy i potwierdzamy, zamiast zmusić kogoś do udowodnienia swojej racji – zaczynamy się bronić stawiając tezy – i brniemy coraz głębiej w bagno.

X chce moich pieniędzy, bo bank im podarował moją rzekomą pożyczkę…

Proszę bardzo:

„Bardzo chętnie spłacę wszystkie należności (jesteśmy w oczach prawa bardzo w porządku, akceptując grzecznie ofertę i nie kreując problemu), pod jednym warunkiem – że X mnie przekona o podstawie swoich roszczeń”. Mam na myśli umowę, oryginalną, w niezmienionej postaci, z moim własnoręcznym podpisem, która rzekomo dała życie tej całej sytuacji.

Bądź, podpisany nakaz sądowy, gdzie sędzia czytelnie podpisał, zaraz po tym, jak odbyła się sprawa sądowa, o której ja byłem poinformowany (dowód w postaci listu poleconego z sądu i moim podpisem odebrania) przez co miałem szansę – zgodnie z prawem – do swojej obrony.

X znika jak kamfora, uprzednio próbując tanich (1£) chwytów, żeby złapać nas na kruczki prawne, jakie system stworzył, żeby kroić ludzi.

Ja bardzo chętnie skroiłbym taki X na 3+1, właśnie po to, żeby dowalić tym hienom, ale jak już wcześniej wspomniałem, mój kumpel bardzo się ucieszył mając ich z głowy.

Jest jeszcze sposób na to, żeby bank nigdy nie zaraportował negatywnie do banku informacji, bo tak naprawdę żadnej pożyczki nie było, więc nie było obowiązku żadnych spłat – więc nikomu się krzywda nie stała, ale to już temat na osobny artykuł.

Więc tak to się ma, „akceptacja pod warunkiem” jest jedną z najsilniejszych broni przeciwko gnidom komorniczym, firmom X, które powstają z dnia na dzień, i często ta technologia jest wykorzystywana przez tzw. freemen przeciwko korporacjom rządowym jak RP, bo tak naprawdę RP nie rożni się wiele od X, ale o tym kiedy indziej.

Piotras

Źródło artykułów: https://astromaria.wordpress.com/

Reklamy

2 odpowiedzi »

Skomentuj artykuł:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s