Afery

Największy przekręt prawny wszech czasów! Staliśmy się niewolnikami korporacji o nazwie III RP [część 2]

Największy przekręt prawny wszech czasów! Staliśmy się niewolnikami korporacji o nazwie III RP [część 2]

NWO (2)Zapraszam do przeczytania drugiej części „największego przekrętu prawnego wszech czasów”. W części pierwszej była mowa m.in. o tym, czym tak naprawdę są PESEL, NIP, dowód osobisty, osobowość prawna, pożyczka bankowa. I jakie role one pełnią.

Okazuje się, że jesteśmy niewolnikami korporacji o nazwie „III Rzeczpospolita„, a w dalszej konsekwencji korporacji-matki, rdzenia systemu politycznego i gospodarczego Ziemi o nazwie „Corporation of London„. Ta niewola nie jest tylko przysłowiowa, metaforyczna.

Niewola ta jest oficjalna, choć w debacie publicznej głównego nurtu nigdy się o tym nie mówi. Pojęcia które my znamy, okazują się mieć zupełnie inne znaczenie. Oto w świecie prawa, za parawanem prawniczych, medialnych i politycznych „papug”, czai się mroczny świat. W którym to świecie jesteśmy po prostu własnością danej korporacji.

Tych korporacji jest wiele. Nie chodzi tutaj tylko o przedsiębiorstwa. Bowiem każde państwo, każdy bank, każdy samorząd, każde ministerstwo, każda struktura władzy, a nawet każda diecezja ma strukturę korporacji. Dodatkowo, system prawny został tak sprytnie zaprogramowany, byśmy tego nie dostrzegli. Wiedza którą zamieszczam poniżej, jest potężnym narzędziem, polecam.

Aby zrozumieć treść tego artykułu, koniecznie przeczytaj część pierwszą – link poniżej:
Największy przekręt prawny wszech czasów! Staliśmy się niewolnikami korporacji o nazwie III RP

Cytuję: „To nie tak, mój młody przyjacielu. Czyż pan sam nie dotarł do prawdy? Czyż nie otrzymał pan wszystkich książek i innych tekstów , których pan poszukiwał? I czy nie znalazł pan w nich potwierdzenia tego, co pan przeczytał albo może przeżył wcześniej? Czyżby nie odkrył pan samodzielnie niejednej tajemnicy tego świata? Kto szuka ten znajduje! Ale większość ludzi wcale nie chce szukać.

Dlatego właśnie nie traktujemy ich inaczej niż zwierzęta, bo te również niczego innego nie szukają. Czy to jasne? Kto nie korzysta ze swego rozumu i nie walczy o wolność osobistą, ten nie odczuwa jej braku. Wiedza jest przecież dostępna! Jest wszędzie. Ale kto tego nie chce dostrzegać, ten widzieć nie będzie. Pan przecież wie, że my się nie ukrywamy, Właściwie nigdy się nie ukrywaliśmy.”
~Jan van Helsing, „Ręce precz od tej książki

Autor wstępu: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

__________________________________________________________

Największy przekręt wszech czasów część VI

Cytuję: „Ten cały system stwarzania pieniędzy z niczego, a potem mnożenia ich niemal dziesięciokrotnie, to dzisiaj podstawa tzw. biznesu wewnątrz systemu. Praktyki monetaryzacji obietnic spłaty (promissory note) sięgają setek lat wstecz. Kiedyś bardzo ryzykowne było przewożenie złota i innych kosztowności statkami, narażonymi na ataki piratów (którzy pracowali dla korony – serio), więc tzw. merchants, czyli ówcześni biznesmeni wymyślili, że kawałek papieru, podpisany przez obie strony interesu, będzie miał równowartość pieniężną.

Ktoś chciał zapłacić za owies pół tony złota, wystawiał papier, statek wiózł papier, a później ten kto to otrzymał mógł spieniężyć ten dokument, bądź wymienić go na inny towar bądź usługi. W razie napadu na statek, papier nie mógł być spieniężony przez pirata, dla niego to był tylko kawałek papieru (bill of exchange 1882 act).

Ten pomysł, sam w sobie, nie jest wcale zły, tylko jak wszystko inne w naszym życiu został dosłownie porwany przez cwaniaków, zupełnie jak koncept rządu/państwa, religii i inne programy uprawiane dziś przez miliony nieświadomych istnień.

Problem polega na tym, że z roku na rok jesteśmy coraz głupsi niestety – ja jak najbardziej zaliczam się do tego grona. Rok po roku nasza zdolność do myślenia ulatuje niczym ptaki do ciepłych krajów, dzięki telewizji, natłokowi mediów, i tej całej rozrywkowej rąbanki dla półdebili, jaką karmimy nie tylko siebie, ale i nasze dzieci.

Proces odwalania lichwy będzie kontynuowany, jeżeli Maria pozwoli poświęcić temu tematowi kawałek miejsca na blogu. [Jasne, że pozwalam, lichwa to podstawa tego przekrętu, więc trzeba wiedzieć jak nas robią w bambuko, MS]. Nie damy rady streścić wielu lat opresji w kilku krótkich artykułach, poza tym – jak już pisałem wcześniej – ktoś, kto nie ma podstaw wiedzy na temat systemu, może zrobić sobie krzywdę skacząc do wielkiego psa z małym patyczkiem.

Ja bardzo chętnie oddam wszystko, co wiem na ten temat, podam też moje własne sukcesy w tym temacie i dokładny opis, jak to zrobiłem. Ale to musi być zrobione od podstaw, proszę mi wierzyć – banki nie poddają się szybko i łatwo. Pamiętajmy, że mimo tego, że sądy są nasze – ludzie w tych sądach są w dużej mierze opłacani przez system finansowy – lichwę, żeby upewnić się, że będą istnieć długie lata.

Ostatni sędzia jaki w historii publicznie przyznał rację właścicielowi niespłaconego domu i pogonił bank został znaleziony w rzece, na krótko przed emeryturą. Ale to było dosyć dawno, dzisiaj ludzi częściej się kupuje niż zabija. Przychodzi moment kiedy zaczynają być niewygodni, i dostają tyle kasy ile chcą, żeby siedzieć cicho. Lichwa i tak stwarza pieniądze z powietrza, więc dla nich suma nie  gra roli.

Wracając do aktu urodzenia, posłużę się przykładami z życia innych ludzi, daleko bardziej doświadczonych ode mnie w tym temacie. Jednym z nich jest Dean Clifford, którego ja darzę ogromnym szacunkiem. Chłopaka wsadzają do pudła co jakiś czas, do izolatki, żeby nie uczył osadzonych, jak wyjść z paki, ale on nie tylko mówi, on żyje tak, jak uczy.

Kto z Was wierzy, że potrzebuje prawa jazdy, żeby jechać samochodem?

Pewnie wszyscy, ok, zapytam inaczej:

Kto z Was myśli, że potrzebuje pozwolenia drugiego człowieka, żeby przemieścić się z jednego miejsca na drugie – w sposób, jaki mu się podoba, zakładając, że w czasie tej akcji nie robi nikomu krzywdy??

Myślę, że ręce pospadały tym razem. Czy naprawdę myślicie, że ktoś musi nam dać zgodę, żeby przejść, przeskoczyć, bądź przejechać z A  do B???  A jakim prawem?

W którym momencie naszego życia straciliśmy zdolność decydowania o samych sobie??? Zostało nam to odebrane silą? Czy dobrowolnie oddaliśmy to prawo?

Kto z Was myśli, że Bronisław Komorowski i jego świta (wiem, to już przeszłość, ale to tylko przykład) ma większe prawo do kawałka ziemi na tym globie, zwanym Polską niż ja, czy ty??? Nikt? To dlaczego idziesz kupować ziemię od instytucji/korporacji tych ludzi, żeby postawić sobie dom dla swojej rodziny? Wszyscy urodziliśmy się na tym samym kawałku piachu, prawda?

Zmierzam do tego, żeby ludzie zaczęli zadawać sobie pytania, pytania logiczne, które zmuszą ich do myślenia na tyle, żeby zrozumieć dynamikę, jaka istnieje między rolami, jakie pełnią ludzie. Skoro policjant to PUBLIC SERVANT (służba publiczna), a ja jestem częścią PUBLIC, to chyba się samo przez się rozumie, kto ma wyższą jurysdykcję na tym obrazku, prawda? Więc jakim prawem mój sługa drze japę na mnie na ulicy, obraża mnie, wali mnie pałą w łeb, kiedy mu się podoba? Nikomu nie wydaje się to dziwne? Czy jest dopuszczalne, żeby sprzątaczka (to tylko przykład, nie obrażam sprzątaczek broń Boże) darła japę na prezesa, a ten posłusznie spuszczał głowę i przepraszał? No chyba raczej nie, a to widzimy na co dzień, wszędzie, i nikt się nie dziwi…

Jak to się ma do aktu urodzenia, żeby zostać w temacie? Jeżeli jesteśmy współwłaścicielami ogromnego bogactwa ziemi, zwanej Polska i mamy na to dowód – akt urodzenia, to ten majątek został złożony pod opiekę rządu, na czas nieokreślony. Zupełnie tak, jak ktoś zakłada tzw. TRUST (powiernictwo) i wyznacza TRUSTEE (powiernika), żeby zarządzał majątkiem najlepiej jak potrafi, zgodnie z założeniami właściciela.

Problem w tym, że my nie daliśmy żadnych wytycznych przy składaniu naszego majątku. To nie koniec. Nasi rodzice utracili swoje prawa do naszego majątku, działając w naszym imieniu, w momencie osiągnięcia przez nas pełnoletności. W momencie 18 urodzin (w Polsce przynajmniej), my – ich dzieci – powinniśmy skontaktować się z rządem i otwarcie wyrazić naszą wolę, na przejęcie praw do majątku jaki nam się należy, jako tzw. birth right (prawa wynikające z urodzenia), który nasi rodzice w naszym imieniu złożyli na ręce rządu.

Brzmi to zawile, więc napiszę bardziej prosto.

Jaś tuż przed 18 urodzinami powinien napisać list polecony do odpowiednich urzędników, że za chwilę jego osoba prawna nabierze praw do podejmowania kontraktów, więc pełnomocnictwo rodziców przestanie istnieć. W związku z tym – od teraz – to on sam będzie rozpoznawany przez system jako właściciel 1/50 milionowej wartości Polski (podałem wcześniej ten hipotetyczny przykład). Nic nie musi być robione, jeżeli nie chce tego Jaś, ale musi otrzymać odpowiedź, że ta informacja została przyjęta do wiadomości urzędów, i tyle. Nikt nigdy z nas tego nie zrobił! Pamiętacie historię zaginięcia na morzu przez 7 lat, po czym cały majątek po prostu przepada? Tutaj też ta metoda pewnie jest stosowana, na co nie mam dowodów, ale tak mi się wydaje. Nieważne zresztą, fakt jest taki, że ów majątek po prostu zniknął z radaru Jasia.”

Autor: Piotras

__________________________________________________________

Największy przekręt wszech czasów część VII

Cytuję: „Temat aktu urodzenia jest bardzo głęboki, jest też ogrom teorii na ten temat, które różnią się diametralnie od siebie. Nie twierdzę, że moje zrozumienie tematu jest wyrocznią, mogę tylko powiedzieć, że przy informacji, jaką posiadam, mojej zdolności myślenia i doświadczenia w tym temacie to zrozumienie – dla mnie – trzyma się kupy.

Zanim zakończę ten temat, chciałbym przytoczyć przykład z życia kogoś, kogo znam, człowieka bardzo doświadczonego w tym temacie, który zna swoją rolę, i rolę aktu urodzenia w systemie.

Dean, człowiek któremu dużo zawdzięczam, postanowił przekroczyć granicę między Kanadą i USA wyłącznie na podstawie aktu urodzenia. Pomijam fakt, że jeździ samochodem bez ubezpieczenia, bez prawa jazdy i bez rządowej rejestracji (ma swoją, wyłącznie dla identyfikacji).

Po spotkaniu służb celnych na granicy USA (proszę pamiętać, jak bardzo szurnięci są ci ludzie TSA) został zaproszony na rozmowę, gdzie bardzo grzesznie powiedziano mu, że w tym czasie nie ma wjazdu do USA. Nie został aresztowany za brak prawka, ubezpieczenia, rejestracji.

Ci ludzie (trochę wyżej na stołku) dobrze wiedzą, że akt urodzenia nie tylko wystarczy, żeby podróżować (mimo tego, że nie może być używany jako identyfikator osoby), ale przede wszystkim jest to dowód na to, że dana osoba ma majątek, w razie gdyby spowodowała jakieś szkody.

To jest, jak już wcześniej pisałem tzw. BOND, na bazie którego niemal wszystkie szkody (nieumyślne) zostaną zrekompensowane poszkodowanemu.

Co więcej, jak już pisałem, jest wiele USA, (pewnie nawet i RP), więc Dean zapytał „do którego USA nie mam wjazdu? Do Konstytucyjnej Republiki USA, czy korporacyjnego USA?”

Odpowiedz strażnika była bardzo prosta: „Proszę pana, nie możemy na ten temat rozmawiać”.

Ja sam kiedyś napisałem do jakiegoś urzędu, nie pamiętam dokładnie już gdzie, z zapytaniem, gdzie mogę znaleźć numer rejestracyjny korporacji Rzeczpospolita Polska. I czy to prawda, że rząd to zarejestrowana korporacja. Ich odpowiedz była również bardzo prosta: „Nie możemy Panu pomóc”.

Ja odpisałem, że dziękuję za potwierdzenie, dziękuję, że nie zaprzeczają, że RP to korporacja i że znajdę sobie sam.

Czy sam akt urodzenia, jako papier mający wartość monetarną jest wymieniany, kupowany, sprzedawany na Wall Street bądź w innym miejscu – tego nie wiem, ale całkiem możliwe. Posiada numery, podpisy, daty, więc być może, zgodnie z systemem tworzenia pieniędzy, to jest jakiś papier wartościowy i generuje majątek w czasie swojego istnienia. Nie ma to aż takiego znaczenia dla mnie. Na dzień dzisiejszy, jestem za cienki w uszach żeby zrobić z tej opcji użytek i po prostu zażądać dywidendy z tytułu inwestycji i własności. Może kiedyś się tego nauczę, może nie. Dzisiaj myślę, że ten papier ma jedną, bardzo ważną rolę, a właściwie 2.

Jedna to dowód na to, że się urodziłem w danym miejscu i mam prawo do zasobów tejże ziemi, tak jak cała reszta rdzennych mieszkańców i żadna gnida rządowa temu nie zaprzeczy.

Druga to dowód na to, że mój pionek do gry commerce/światowego biznesu istnieje i to Ja jestem jego panem, nie urząd, nie bank, nie sam papież tylko Ja. Ja go mogę uśmiercić, zbankrutować, bądź używać umiejętnie przez całe moje życie, tak aby przynosił mi korzyść.

Cala reszta jest jeszcze dla mnie do nauczenia.”

Autor: Piotras

__________________________________________________________

Największy przekręt wszech czasów część VIII

Cytuję: „To co się dzisiaj dzieje na świecie w temacie dzieci odbieranych siłą rodzicom zakrawa na szaleństwo. Moim skromnym zdaniem, to jest atak, próba rozbicia ostatniej komórki przyjaznych sobie ludzi – mam na myśli rodzinę.

Powiem kilka słów na ten temat, rzeczy które u mnie wywołały niemały szok, a wręcz nudności.

Wszyscy chyba „wiedzą” czym jest dzisiaj ślub, kościelny, cywilny, tak przynajmniej nam się wydaje. Sam do niedawna myślałem, że ślub to unia dwojga ludzi, kochających się ludzi, raz przed Bogiem, a raz w świetle prawa, z kochanym urzędnikiem w roli głównej. I tyle, mamy 2 obrączki i kawałek papieru – tu się rola osób trzecich kończy. Niezupełnie… a właściwie wręcz przeciwnie.

Nie będę zagłębiał się w ślub kościelny, jestem anty religijny do takiego stopnia, że lecząc się z tego programu postanowiłem zresetować dosłownie wszystko, co się wiąże z kościołem (nie Bogiem, i nie duchowością). Jeżeli napomknę o kościele, to tyko dlatego, że ma to związek prawny, nic poza tym.

Skupie się na stronie prawnej/urzędowej bo ta ma ogromne znaczenie dla naszego życia, i życia naszych dzieci.

Jaś (będę piłował tego Jasia jeszcze trochę) i Małgosia postanowili się pobrać, idą więc gdzie trzeba, do urzędu i wyrażają swoją zgodę na to, żeby „zalegalizować” związek. Ja sam nie jestem żonaty, więc mogę jakieś szczegóły pominąć, ale schemat jest ten sam wszędzie, w każdym niemal kraju IMF, o ile mi wiadomo.

Oboje pojawiają się przed urzędnikiem i podpisują papier, świadkowie również, i urzędnik odgrywa swoją rolę. Od dzisiaj oficjalnie Jaś i Małgosia są małżeństwem.

Pozwólcie, że podam kilka faktów, wynikających z tejże unii, unii nie tylko Jasia i Małgosi, ale… i tu uwaga: URZĘDU, tak, dobrze czytacie, to jest unia trzech, nie dwóch osób.

A jakie ma to znaczenie i czym jest ślub cywilny? Już mówię.

Małżeństwo, to nic innego (w świetle prawa/biznesu) jak kontrakt, umowa pomiędzy stronami zainteresowanymi (trzema, a nie dwoma), nic poza tym. Jak każdy kontrakt niesie ze sobą wszystkie prawa, warunki, zobowiązania i przywileje dla osób zainteresowanych.  Co to znaczy?

Otóż w tej unii trojga (JAŚ, MAŁGOSIA, URZĄD – i tu celowo pisze dużymi literami, bo w tej umowie, również posługujemy się JASIEM, czyli korporacyjnym bytem/dowód osobisty). Nie wszystkie strony mają tyle samo do powiedzenia, jedna z tych stron jest tzw. ADMINISTRATOREM unii – kto – no właśnie – URZAD.

To urząd pełni rolę najważniejszej osoby w tej umowie, to jest byt, który będzie dyktował warunki trwania umowy aż do jej rozwiązania, a nawet podczas jej rozwiązywania (rozwód), ten byt będzie decydować, gdzie pójdą dzieci, jak zostanie podzielony majątek itp. Dziwne? To czytajcie dalej.

Ta umowa, w świetle prawa, tradycji i trochę ezoteryki (pamiętajmy, że kościelni to nie jest jawne ugrupowanie) ma największą moc. Na zachodzie, dostajemy tzw. MARRIAGE LICENCE, po podpisaniu ślubu cywilnego… licencję na małżeństwo.

Zapraszanie urzędu do naszego rodzinnego gniazda, łączy się niestety z konsekwencjami dużego kalibru. Sam fakt, że sędzia będzie decydował o rozwiązaniu umowy, nawet wbrew małżonkom, nie jest jeszcze najgorszy…

Są jeszcze dzieci i czasem te dzieci zostają odebrane rodzicom na podstawie totalnie bzdurnych argumentów – widzimy to coraz częściej dookoła.

Teraz do sedna sprawy.

Dlaczego urzędnikom wydaje się, że mają prawo przyjść do kogoś do domu, bez zaproszenia, i rozpocząć proces, który kończy się odebraniem rodzicom dzieci? Nie mówię tu o patologiach, narkotykach i przemocy, gdzie takie rzeczy jak odebranie dzieci robi się dla ich ratowania. Mówię o masie przypadków, gdzie dzieci są odbierane, bo rodzina jest za biedna – rozumiecie? Rodzina jest za biedna, więc urząd zabiera dzieci rodzinie, daje je obcym ludziom na wychowanie i PŁACI tym ludziom niemałe pieniądze na utrzymanie tychże zabranych dzieci. Nasuwa się oczywiste pytanie – dlaczego zamiast odbierać dzieci i płacić rodzinie zastępczej za wychowanie, rząd nie przeznaczy tych pieniędzy dla oryginalnej rodziny, żeby ta nie była już taka biedna i mogła spokojnie wychowywać swoje pociechy? Tak dyktuje logika i zwykła ludzka przyzwoitość, ale niestety tak nie jest.

Ja skupię się najpierw na tym dlaczego, potem jak sobie z tym radzić.

Otóż urząd, będąc administratorem unii JASIA I MAŁGOSI ma prawo robić z tą unią co zechce tak naprawdę, dosłownie. My sami oddaliśmy im tę moc, może nawet pełnomocnictwo prawne wobec tego maleństwa, więc robią co chcą.

Dzieci z takowego związku, w świetle prawa to tzw. WARD OF THE STATE, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „własność stanu/korporacji RP”, ciekawe prawda?

My sami idziemy do tych ludzi, legitymujemy się dowodem osobistym, będącym potwierdzeniem naszej przynależności do korporacji RP, podpisujemy dokument, w którym dobrowolnie oddajemy stery naszego związku obcym ludziom, a potem płaczemy, że ci ludzie robią to, o co ich prosimy – czyli administrują tym związkiem, jego majątkiem i jego dziećmi tak, jak im się wydaje, że powinno być.

Co dalej z dziećmi?

Nasze pociechy urodzone w jurysdykcji korporacji RP są obiektem wszystkich zasad obowiązujących w tejże korporacji. Jedną z wielu jest obowiązkowe szczepienie i całe to gówno farmakologiczne, jakie serwują władcy swoim poddanym. Rodzic w roli korporacyjnego pachołka nie ma nic do gadania, (ludzie mają już sukcesy na tym polu, ale o tym później). Opieka społeczna nie pyta, czy może przyjść, oni twierdzą, że mają prawo przychodzić, czy nam się podoba czy nie. Jak się IM coś nie spodoba, to zaczyna się młyn papierów i dzieci nagle znikają ze szczęśliwego domu, a rodzice chodzą od sądu do sądu zapłakani, żeby odebrać swoje własne dzieci – tak to wygląda.

Drodzy czytelnicy, pozwólcie, że zadam kilka pytań, jak zwykle, żeby trochę pomęczyć szare komórki.

  1. Dlaczego myślicie, że potrzebujecie swoją miłość legalizować? Czy mało macie doświadczenia z instytucją państwową, żeby wyciągnąć jeden prosty wniosek: trzymać się jak najdalej od tego szamba i tych porąbanych ludzi????
  2. Nie wydaje wam się logiczne, że zapraszanie osoby trzeciej do waszego związku może wiązać się z konsekwencjami prawnymi? Biorąc pod uwagę punkt # 1, te konsekwencje mogą być, delikatnie mówiąc, bolesne?
  3. Mając odrobinę życiowego doświadczenia, i widząc co się dzieje w temacie rozwodów, odbierania dzieci na widzimisię urzędasów, nie wystarczy to, żeby odmówić jakichkolwiek interesów z tymi ludźmi?

Co dalej z dzieciakami i jak je odzyskać? Tu zastrzegam znów – nie udzielam rad prawnych, dzielę się tylko informacjami, jakie zdobyłem przez ostatnich kilka lat. Każdą próbę wykorzystania owych informacji podejmujecie na własną odpowiedzialność.

Sprawa zaczęta przez opiekę społeczną (nawet nazwa jest super – rząd wszystko robi o 180 stopni na odwrót) kończy się odebraniem dzieci, zazwyczaj przy zamkniętych drzwiach*) (tak jest w UK), przy procesie przypominającym jakąś farsę. Rodzice idą do domu i zaczyna się niekończąca się gonitwa od urzędu do urzędu, okraszona stosem niezrozumiałych papierów.

Sąd robi dokładnie to, co należy do jego kompetencji, niestety. Ten cały system jest chory, a sądownictwo i ramię wykonawcze (pieski policyjne itp.) nie mają na tyle klepek we łbie, żeby zapytać, czy to, co się dzieje jest sprawiedliwe.

Sąd wydaje wyrok i idzie do domu, pamiętacie jak pisałem o tytułach/rolach/urzędach piastujących je ludzi? Pani sędzina Janina B. w swojej oficjalnej roli jest niestety niemal nietykalna, a jej decyzja będzie odbijać się jak piłka od ścian systemu, nie trafiając do bramki.

Tylko pamiętajmy jedną bardzo ważną rzecz: SĘDZIA, URZĄD, KOMORNIK, BANKIER, LEKARZ, OPIEKA SPOŁECZNA itd. itp. to tylko martwe, nie żyjące i nie oddychające koncepty naszej cywilizacji. Żeby ów status mógł komuś zabrać dziecko, musi być animowany przez żyjącą osobę z krwi i kości, rozumiecie?

Sędzia sądu jest bardzo trudny do ugryzienia (metaforycznie, hehe), ale pani Janina B w swojej prywatnej osobie już nie. Więc składając 2+2 dochodzimy do wniosku – będziemy sądzić panią Janinę B. jako OSOBĘ, a nie sędziego, za zamach na dobro rodziny, traumę dziecka odebranego rodzicom, kłopoty finansowe, jakie się z tym wiążą, stan psychiczny wszystkich członków rodziny, kłopoty w pracy poprzez stan emocjonalny i konieczność pojawiania się w sądzie zamiast w pracy – mam wymieniać dalej?

Wiem, że to większości wydaje się herezją, ale wierzcie mi, tak nie jest. Znam przypadki, kiedy sędziowie uciekali z sali rozpraw, kiedy chowali się miesiącami przed tzw. process server – czyli kimś, kto dostarcza pismo polecone i ma na to dowód. Kiedy tracili posady i posiadłości  (pamiętacie proces aresztowania tytułu własności – commercial lien?) i wiele, wiele innych.

I ten sposób dotyczy WSZYSTKICH ludzi na tej planecie! Kiedy ostatnio ktoś z was pracował i nie dostał wypłaty, bo firma splajtowała? Firma padła, ale człowiek animujący tę firmę żyje sobie nadal i w jego prywatnym statusie nie cieszy się ochroną skorumpowanego prawa – idziemy z żądaniem zapłaty do niego – cały proces administracyjny, jaki jest potrzebny wytłumaczę w osobnych artykułach.

Jest taki pan, nazywa się Karl Lentz, proszę zaznajomić się z nim na YouTube. On między innymi odbiera dzieci z powrotem od urzędasów. Linia jego argumentu jest niemal banalnie prosta: „Kto z LUDZI siedzących na tej sali twierdzi, że ma prawo do mojego dziecka???”

Zauważcie jedną rzecz: nie pyta jaki oficer, sługa / pracownik opieki, adwokat czy sędzia, on pyta „jaki mężczyzna bądź kobieta rości sobie prawa do mojego dziecka i na jakiej podstawie?” Rozumiecie różnicę między statusem prawnym a statusem prywatnym każdej osoby?

Sędzina JANINA B. rości sobie prawa na podstawie danego jej mandatu (nie wiem jak to nazywa się po polsku) do tego, aby na podstawie materiału przedstawionego przez innych członków korporacji RP podjąć decyzję i zabrać dziecko.

Pani Janina B., lat 45, mieszkanka Szczecina, matka 2 dzieci itd. NIE MA NAJMNIEJSZEGO PRAWA ruszyć palcem naszego malucha, a jak ruszy idzie do pudła, jak każdy przestępca!!!

Nie wiem czy ten koncept jest łatwy do zrozumienia. Jest tak, jak mówił Szekspir- świat to scena, życie to teatr, a my gramy wciąż jakieś role. Tylko dla 99 % społeczeństwa te role nigdy się nie kończą, niestety.”

Autor: Piotras

__________________________________________________________

Największy przekręt wszech czasów część IX

Cytuję: „Na zakończenie tematu ślubu cywilnego i jego konsekwencji prawnych. Wyjaśnię, jak ja radziłbym postąpić, gdyby ktoś decydował się na zawarcie związku.

Umowa miedzy przyszłymi małżonkami jest święta. Tak długo, jak nie zapraszacie urzędu do swojego związku, wszystko co uzgodniliście między sobą jest nie do podważenia.

Tutaj muszę zaznaczyć bardzo smutną rzecz: Polska to niestety Orwell na sterydach. W żadnym z krajów, gdzie mieszkałem, nie ma takiego przekrętu, że kościół z automatu wrzuca małżonków do korporacji RP, nigdzie takie rzeczy nie mają miejsca (nigdzie, gdzie ja byłem, bądź o czym czytałem) tylko w RP. U nas rząd jest na tyle bezczelny, że ma prawo kompletnie w dupie – dosłownie mówiąc.

Przynależność do jakiejkolwiek organizacji (korporacja RP) MUSI być dobrowolna, w Polsce jest jednak inaczej.

Co dalej z tym ślubem… gdybym ja był katolikiem i chciał wziąć ślub kościelny, umówiłbym się z księdzem i przedstawił pismo, że odmawiam zgłaszania mojego związku do urzędu stanu cywilnego. Nie życzę sobie udziału żadnych urzędów w moim związku, zaniósłbym ten papier do notariusza, żeby przetransferować swoją wolę z jurysdykcji prywatnej do publicznej. Jeżeli notariusz odmowi – wystarczy zebrać podpisy 3 osób nigdy nie karanych (tzw. 3 men of good standing as a witness to my will), żeby dokument nabrał mocy urzędowej, i tyle.

Jeszcze jedna rzecz, ponieważ związek takowy pozostaje w jurysdykcji prywatnej i urząd nie ma nic do powiedzenia, nie byłoby błędem zrobić swoją własną umowę. I nie mam tu na myśli wyłącznie majątków obojga małżonków, mam na myśli szereg praw, jakie będą przestrzegane przez oboje w razie rozpadu małżeństwa.

Taka umowa jest święta – pod warunkiem, że nie opiera się na oszustwie jednej ze stron, bo i takie przypadki bywają, że zakochana panna młoda zgadza się na wszystko, łącznie z oddaniem nerki itp. Umowa oparta na oszustwie bądź nieuczciwej intencji jest NIEWAŻNA, to nazywa się void ab initio – czyli nieważna od samego początku. Wszystko w tej umowie jest nieważne (proszę poczytać na ten temat, to się może przydać w wielu lichwiarskich umowach w PL).

W taki sposób można się zabezpieczyć przed udziałem urzędu. Taki związek nie jest obiektem ustaw rządzących związkami małżeńskimi. Oczywiście to wygląda pięknie na papierze, i jest w świetle prawa prawdziwe, jednak jak ze wszystkim – nie obejdzie się bez walki z urzędami. Ale zapewniam was, że można dojść tam, gdzie trzeba, i w czasie procesu uwalić paru cwaniaków w togach, którym wydaje się, że są bogami.

To, że jakiś rządowy jełop nabazgra coś na kawałku papieru i nazwie to USTAWĄ (o tym też będziemy pisać), to nic nie znaczy. To, że po kilku latach spędzonych razem związek jest uznany, tak czy siak, bo tak mówi ustawa – to bzdura kompletna. Wystarczy udowodnić, że nie było świadomej unii w obecności urzędnika, żeby obalić ten szajs (to chyba nie jest trudne).

Dzieci ze związku, gdzie urząd jest OUT, mają większe szanse pozostania z rodzicami, jest dużo trudniej odebrać je na podstawie bzdurnych zarzutów, w takim przypadku opieka społeczna i sąd będą miały ogromny problem zabierając dzieci z domu, gdzie nic im nie grozi.

Jeszcze jedno na zakończenie, to już chyba wszyscy wiedzą, że dla zabezpieczenia majątkowego, ślub cywilny powinien pozostać w sferze bajek. Intercyza może i działa, jak bardzo – nie wiem, nie czytałem o tym. Ale powiem jedno – tak długo, jak każda osoba prawna w tym związku jest zupełnie osobną komórką gospodarczą, tak długo długie łapy urzędu będą trzymane z daleka. Proszę pamiętać, że podczas ślubu cywilnego, 2 osoby prawne wchodzą w unię, tworząc nową komórkę, którą administruje urząd – to ma kolosalne znaczenie w świetle prawa.

Mam nadzieję, że ten artykuł nie rzucił zbyt wiele negatywnego światła na samą ideę związków. Nie taka jest moja intencja, jedyne co chcę pokazać, to jak głęboko jesteśmy oszukiwani, we wszystkich aspektach życia, od urodzenia, do śmierci i wszystko pomiędzy. A ludzie, którzy to robią, są na tyle nieświadomi, że będą walczyć, żeby bronić tego systemu opresji. Ludzie w urzędach są niestety niezdolni do myślenia, wielokrotnie zderzałem się z cyborgami za biurkiem, dopiero gdy zacząłem pociągać ich do odpowiedzialności, wszystko się zmieniło, ale o tym w następnym artykule.

Kilka słów wyjaśnienia w kwestii „automatycznej” urzędowej legalizacji nieformalnego związku i dlaczego to jest złe dla małżonków:

System i korporacja RP symulują prawo naturalne. Są kraje, gdzie system, nie mając żadnej władzy nad nieformalnymi związkami, wprowadza „prawo”, które jakoby klasyfikuje (przykładowo) dwuletni związek nieformalny jako równy w świetle „prawa” małżeństwu, tylko co to oznacza? To znaczy, że para, nie rozwiewając takich przypuszczeń, dobrowolnie zgadza się być administrowana przez system sądowy, niejako dobrowolnie oddając władzę nad swoją unią i zapraszając (nieświadomie) 3 osobę – urząd i całą ferajnę cwaniaków. Kobieta bądź mężczyzna ma prawo korzystać z ustaw, jakie regulują instytucję małżeństwa w świecie korporacyjnym. W ten sposób próbują obejść prawo naturalne, dając pseudo-benefit w postaci „ochrony prawnej”, ale zapominając powiadomić, że para traci możliwość decydowania o swoim losie, a co gorsza, o losie swoich dzieci.

Jak to obejść? Bardzo prosto – na chłopski rozum i przy pomocy paru listów.

Jeśli nie ma oficjalnego związku, gdzie urząd jest administratorem, a cała ich jurysdykcja jest domniemana na zasadzie „nikt nic nie mówi, więc działamy dalej” wystarczy wystosować pismo polecone do odpowiedniego organu, który śmie twierdzić, że związek będzie regulowany ustawowo i zapytać o PROOF OF CLAIM, czyli dowód na to, że istnieje dokument, podpisany przez oboje: parę i urzędnika, gdzie para DOBROWOLNIE oddaje swój związek pod opiekę rządu. Nic takiego oczywiście nie istnieje! A potem należy pociągnąć urzędasa do odpowiedzialności.

Ktokolwiek robi tzw. CLAIM, czyli rości sobie prawo do czasu, pieniędzy, wolności itp. drugiej osoby – według prawa – ma obowiązek udowodnić swoje stanowisko – to jest podstawowa maksyma prawna.

BURDEN PROOF LIES ON THE ACCUSER, w tłumaczeniu: „ten kto oskarża ma obowiązek udowodnić”.

Prawnicy nie są uczeni prawa, oni są uczeni procedur, ustaw, i całej masy bzdetów, ale na pewno są nieliczni, wysoko, którzy kumają o co chodzi, i to jest wielka przysługa systemu dla nas. Ich głupota i niewiedza może być wykorzystana przez kogoś, kto potrafi myśleć i trochę poczytał.”

Autor: Piotras

__________________________________________________________

Największy przekręt wszech czasów część X

Cytuję: „Czym jest kontrakt?

Jesteśmy już świadomi, że tak naprawdę działamy wszyscy w świecie biznesu, w którym istnieją tylko korporacje. Skoro tak, to musi być jakieś uniwersalne prawo, które trzyma pieczę nad wszystkimi interakcjami biznesowymi między ludźmi, działającymi pod postacią korporacji (osoba prawna).

To jest prawo kontraktu, kontraktowe, które jest bardzo jasne i jest podstawą nie tylko do egzekwowania należności, ale również do samego istnienia umowy komercyjnej.

Jest jeszcze jedna strona medalu – skoro już wiemy, że rząd RP to nic innego jak korporacja, która chce robić biznes z naszą osobą prawną, bo z tego biznesu żyje niczym kleszcz – musi dostosować się do panujących zasad – tylko kto tak naprawdę o tym myśli, gdy policjant zatrzymuje nas na drodze??? O tym później.

Więc co to jest to prawo kontraktowe?  Jest to zbiór zasad, warunków jakie trzeba spełnić, żeby kontrakt był prawomocny, nic innego. Jeżeli którykolwiek z warunków/praw nie jest dopełniony – kontrakt jest nieważny – z łaciny ab initio – czyli od samego początku, i wszystko, co działo się później również jest nieważne.

To trochę jak z matematyką, jeżeli jest błąd na początku wyliczeń, cała reszta niestety jest też niepoprawna, trzeba wrócić do początku i poprawić ów błąd, nie ma innego wyjścia.

Wyjaśnijmy teraz co to za prawa i jak je rozumieć.

Będę pisać po angielsku i po polsku, bo jeśli coś źle przetłumaczę, ktoś zawsze może mnie poprawić.

  1. MEETING OF THE MINDS, czyli wyrażenie woli wstąpienia w umowę. To jest miejsce, gdzie obie strony w sposób jasny dla wszystkich wyrażają wolę robienia razem interesu. To mogą być rozmowy wstępne, wyrażenie woli pracy dla kogoś i ten ktoś chce o tym z nami rozmawiać, itp. W tej części najczęściej składana jest oferta kontraktu.
  2. FULL DISCLOSURE czyli jasno i w pełni wyrażone warunki umowy. To jest bardzo ważny element wszystkich kontraktów, jeżeli są klauzule których nie rozumiemy, bądź są one ukryte, kontrakt jest nieważny (tu się kłaniają wszystkie nasze interakcje z rządem RP, ale o tym później). Musimy jasno wyrazić nasze niezrozumienie, i żądać wyjaśnienia. Jeżeli obie strony rozumieją i zgadzają się – tu jest podejmowana decyzja o akceptacji oferty.
  3. EQUAL CONSIDERATION, czyli obie strony umowy wprowadzają wartość do tego biznesu – obie strony muszą włożyć coś wartościowego i porównywalnego, np. moja praca za wypłatę, moje zdolności za pieniądze, itp. Kontrakt typu ‘5 zł za nerkę’ nie ma prawa bytu, nawet jeśli się jakiś wariat na to zgodzi – bo intencja jest nieuczciwa.

Jest jeszcze mnóstwo drobniejszych warunków, ale te 3 są podstawowe, są niezbędne, żeby jakikolwiek kontrakt był prawomocny. Nie ma od tego żadnych wyjątków. I tyle.

Teraz chłodnym okiem proszę pomyśleć: ile razy bierzemy udział w kontraktach na co dzień? Proszę bardzo, dzień z życia Jasia:

  1. Śpimy w domu, za który płacimy bądź czynsz, bądź „kredyt”.
  2. Korzystamy ze światła – mamy umowę z dostawcą,
  3. Oglądamy telewizję – mamy umowę z dostawcą kablówki,
  4. Jemy kolację – kupiliśmy jedzenie w sklepie, zawarliśmy transakcję ze sprzedawcą,
  5. Dzwoni telefon – wcześniej zakupiony, teraz opłacany,

I tak dalej, i tak dalej, od rana do nocy, robimy interesy, a gdzie w tym wszystkim jest nasz ukochany rząd??? No właśnie, z nim też robimy interesy, czy nam się podoba czy nie.

Otóż, żeby fikcyjny twór – rząd, mógł robić z nami interesy i dosłownie żyć z naszej pracy – musi to robić za pomocą drugiej, nieżyjącej, fikcyjnej korporacji – naszej osoby prawnej. Mimo tego, że są to dwie fikcje, są animowane przez żyjących ludzi, bo tylko w ten sposób mogą ze sobą robić biznes.

Wiem, że to brzmi jak głupoty, ale tak jest. Rząd nie ma prawa nikomu nic kazać, żaden człowiek żyjący i stąpający po ziemi nie jest obiektem żadnych ustaw, pseudo-praw, widzimisię public service, ale korporacje tak… 

Bronisław Komorowski to tylko mężczyzna w brzuchem i głupawym wąsem – on nie może ani mnie, ani tobie, ani nikomu nic kazać. Podczas gdy występujemy w roli korporacji (wylegitymowany dowodem osobistym z numerem PESEL jako pracownik RP), a ów Bronek jest w swojej oficjalnej roli prezydenta  RP – wtedy sprawy nabierają innego obrotu.

Więc jakim cudem ci ludzie, którzy nie orzą ani nie sieją żyją jak pączki w maśle z naszej pracy? Gdzie w tym wszystkim jest prawo kontraktowe? Jak to jest, że oni są korporacją, i my co dzień używający naszej osoby prawnej też jesteśmy korporacją, robimy z nimi interesy, ale nie mamy z tego nic poza problemami??

Tu jest bardzo ciekawy temat. Skoro od momentu urodzenia wchodzimy w jakieś interesy z tzw. rządem, załatwiamy naszej pociesze akt urodzenia, a potem cały szereg innych kontraktów, to nie ma się czemu dziwić, że mości rządzący biorą nas za swoich podwładnych. To jest zupełnie tak samo, jak w każdej firmie: szef będzie doić swoje baranki, a sam zajadać kawior.

Tak, brzmi dziwnie, ale dowód osobisty to kontrakt, prawo jazdy to kontrakt, nawet paszport to kontrakt, mandat przy drodze – kontrakt, grzywna za niezaszczepione dziecko – to kontrakt. I tak bez końca.

Czy te umowy, kontrakty są ważne w świetle prawa? O tym w następnym odcinku.”

Autor: Piotras

__________________________________________________________

Największy przekręt wszech czasów część XI

Cytuję: „Kontrakty, część 2

Jak się ma nasze życie do tego, czego chcą od nas „rządzący”? Dlaczego roszczą sobie prawa nie tylko do naszych pieniędzy, w postaci nie kończących się podatków (to będzie temat na szokujący artykuł), ale również do naszego czasu, pracy, a nierzadko nawet życia?

Będę się powtarzał jak zdarta płyta, ale to musi zapaść w naszą świadomość: rząd RP to zarejestrowana korporacja (nawet urząd królowej angielskiej to korporacja – mam gdzieś jej numer, podeślę zainteresowanym).

My od wczesnego wieku zostaliśmy skazani wręcz na robienie interesów z tą korporacją. Właściwie to nie interes, tylko wyzysk, bo my nie mamy zupełnie nic w zamian – w tym równaniu tzw. Equal consideration nie istnieje. Ktoś odpowie – dostajemy służbę zdrowia, drogi, szkoły itd. – ale nie jest możliwe, żeby rząd na cokolwiek mógł dać – dlaczego? Bo rząd nie ma nic swojego, wszystko co posiada albo dostał od ludzi albo zabrał siłą. Rząd nie może nam dać czegoś, co już mamy albo co mieliśmy zanim nam to nie odebrał – i tyle.

Rząd RP ma za zadanie tylko jedno, to, co każda firma: przynosić zyski i rosnąć w siłę. Patrząc na to, co się dzieje na polskiej scenie politycznej i światowej nikt nie powinien mieć żadnych złudzeń: ci ludzie nas doją jak starą krowę, póki padnie.

Jak to możliwe, biorąc pod uwagę to, co napisałem wcześniej o warunkach kontraktu? Nasza nieświadomość i całkiem sprawny system ogłupiania, jaki uprawiany jest od wielu lat, jest powodem tego wszystkiego.

A teraz do rzeczy:

  1. Czy kontrakt pod groźbą kary/grzywny jest ważny w świetle prawa (akt urodzenia)? Odpowiedź brzmi: NIE. Nikt nie może być zmuszony do zaakceptowania oferty pod groźbą kary. Gdy ludzie dostają mandat na drodze, pod podpisem dodają „under stress and duress”, co znaczy „pod przymusem”. Pała zazwyczaj jest niedouczona, więc zabiera ów dokument, a „oskarżony o wykroczenie” stawiając się w sądzie kwestionuje ową umowę – to tak w wielkim skrócie.
  2. Dowiadujemy się, że „potrzebujemy” prawa jazdy, bądź dowodu osobistego – ale czy ktoś nam kiedyś wyjaśnił, co się z tym wiąże? NIE, nikt nigdy nam nie powiedział, że to zobowiązuje nas do przestrzegania wielu zasad korporacyjnej RP! Więc ten kontrakt jest nieważny – NO FULL DISCLOSURE, żadne warunki nie były mi objaśnione.
  3. I to, co najważniejsze – EQUAL CONSIDERATION, czyli co takiego ten skorumpowany do szpiku kości twór, jakim jest korporacyjna RP, może mi dać, czego sam już nie miałem? NIC, zupełnie NIC!

Ja mam przez 45 lat płacić grube tysiące na ZUS, żeby na koniec życia, ok. 70-ki, dostać jakieś głodowe ochłapy? Rząd robi drogi? Gówno prawda, 3/4 ceny benzyny to podatek i podatek drogowy, który ma być przeznaczony na budowę i naprawy dróg. Ja płacę za drogi każdym litrem benzyny kupionej na stacji! A może służba zdrowia – dzisiejszy obraz nędzy i rozpaczy, gdzie ludzie płacący krocie całe życie czekają rok na badania i zdychają jak muchy po muchozolu zanim ich przebadają?

Gdzie są dochody z zasobów polskiej ziemi? Gdzie są dochody z majątków rdzennych ludzi? Gdzie są biliony, jakie zarabiają z kabałą bankową, żerując na niewiedzy i głupocie ludzkiej? Nie będę się zapędzał, bo mi żyłka pęknie, więc trzymajmy się tematu.

Otóż żaden z tych pseudo-kontraktów z rządem nie jest prawomocny! Żaden! Tylko pytanie, jak im to udowodnić. Niestety, znajomość prawa, nawet na wysokich stołkach, jest znikoma, wierzcie mi, można takiej pale na ulicy cytować prawo, a on w swojej pustej mózgownicy nie zrozumie. Zostaje nam na pierwszy ogień logika, i dopiero jak ściana z cegieł ignorancji padnie, można posiłkować się prawem.

Jak to robić? Zadawać pytania, tak, dobrze czytacie – nie stawiając tezy, tylko zadając pytania. Język angielski jest trochę magiczny, i tu się zwracam do wszystkich rodaków, których bardzo bodzie, że trochę mieszam języki – język polski ma mnóstwo słów zaczerpniętych z angielskiego, czy chcemy czy nie.

ASKING QUESTIONS… zadawać pytania,

AS KING… jako król – zabawne prawda? Ten, który zadaje pytania kontroluje konwersację. Nie ten który odpowiada! Król pyta, podwładny odpowiada…

Więc zadając sługusom systemu logiczne pytania, w kilka minut objawimy im, jak bardzo to, co robią nie ma sensu i jest po prostu czystym wyzyskiem.

„Jechał pan 10 km na godzinę za szybko”.

„Tak? A komu zrobiłem krzywdę tym, że jechałem w taki sposób?”

„Nikomu, ale mógłby pan, bo jechał pan za szybko, poza tym znak drogowy mówi jasno i ustawa o ruchu drogowym”.

„Po pierwsze, znak nie mówi, bo to kawałek metalu, po drugie, nie stawia się zarzutów za przestępstwo jeszcze nie popełnione, to nie Minority Report („Raport mniejszości”) ani sci-fi, po trzecie, jaki ma pan dowód na to, że owa ustawa mnie obowiązuje?”

Mogę zagwarantować jedno – pała będzie co najmniej zirytowana taką wymianą zdań. Na pewno będzie upierał się przy swoim, pamiętajmy – on tu nie jest od myślenia, tylko od zarabiania pieniędzy dla korporacji RP, jak grzeczny piesek.

Nie twierdzę, że przeprosi i puści wolno, to jest tylko wprowadzenie do sposobu myślenia, jaki dla cyborgów systemu jest bardzo niewygodny.

Pytając o prawo jazdy ludzie często robią taki manewr:

Pała: „Prawo jazdy proszę”

„Proszę bardzo, proszę zanotować, że ten dokument nie należy do mnie, ja jestem tylko jego użytkownikiem. Należy on do rządu, nie do mnie. Ponadto w czasie prowadzenia pojazdu nie wykonywałem tej czynności jako pracownik RP”.

Wiem, że w Polsce na razie jest to niemożliwe, ale wszystko zaczyna się kiedyś. Za jakiś czas, to nie będzie brzmiało jak halucynacje, na zachodzie ludzie robią to od lat.

Żaden z tych oszukańczych kontraktów nie jest ważny, żaden! Zostaliśmy oszukani i perfidnie wkręceni w owe umowy, podatki wszelakiej maści – to dobry szwindel, ale o tym w następnym artykule.

Na zakończenie, proszę pomyśleć tylko przez chwilę, te wszystkie „dokumenty”, jakimi posługujemy się na co dzień – kto nam kiedykolwiek cokolwiek wytłumaczył na ich temat? NIKT I NIC. Powiedziano nam – „musisz mieć dowód”, bo tak mówi prawo, a my jak stado baranów grzecznie robimy, co nam każą.

Pora trochę pomyśleć, nie twierdzę, że mamy wszyscy latać jak wariaci bez identyfikacji, jeździć samochodami bez blach i przekraczać granice kiedy tylko nam się zachce. Nie w tym rzecz! Problem polega na tym, że korporacje pozorują prawa naturalne, logikę i zwykły zdrowy rozsadek, żeby nas zniewolić.

Nie ma nic złego w posiadaniu ID czy jakiejś formy dowodu na to, kim jesteśmy, nie ma nic złego w rejestracji auta, żebyśmy wiedzieli, kto jest właścicielem czego i kogo szukać jak ucieknie z miejsca wypadku i tak dalej. Problem pojawia się w tym, że razem z tymi niezłymi pomysłami na ułatwienie życia, nienasycony kleszcz w postaci rządu RP idzie na całość. Co mam na myśli?

  1. Prawo jazdy zobowiązuje do przestrzegania ustaw o ruchu drogowym i milionów mandatów dla tych, którzy są oporni (siano dla RP);
  2. Dowód osobisty łączy się z nieokreśloną czasowo (z założenia – dożywotnio, 24/h) przynależnością do korporacji RP i zmusza do przestrzegania milionów bzdurnych ustaw i podatków (siano dla RP);
  3. Rejestracja samochodu w urzędzie, przy udziale prawa jazdy i dowodu osobistego to dobrowolne przeniesienie własności (auta) do jurysdykcji korporacji RP, a co za tym idzie obowiązek posiadania OC i płacenia podatków od własnego samochodu (siano dla RP);
  4. Podejmowanie pracy przy udziale dowodu osobistego powoduje obowiązek płacenia podatków (siano dla RP);
  5. Lokowanie zarobków na koncie pracownika RP, założonego przy pomocy dowodu osobistego, oznacza zgodę na dowolne zajmowanie kont każdego, kto wg rządu ma długi (siano dla RP).

To jest długa lista, mam nadzieję, że trochę naświetliłem ten temat.

Wszystko, co się dzieje w świecie biznesu, czyli od rana do nocy, to kwestia kontraktu, praw których nie znamy. Dzieje się to dzięki publicznej edukacji, która produkuje ludzi-papugi, ludzi bez zdolności logicznego myślenia. Dlatego coraz wcześniej posyłamy dzieci do szkół (dziś: pięciolatki), żeby szybciej zdurniały i dały się doić korporacjom.

Nawet po śmierci robią na nas biznes: osoba prawna jest uśmiercana, a obligacje, dywidendy wypłacane inwestorom i majątek zasobów ziemi przepada, przechodząc w ręce korporacji RP, a rodzina musi bulić kupę siana, żeby pochować milionera, który nawet nie wiedział, że coś ma…

Przezabawna historia, jak popatrzeć z boku. A my się zastanawiamy, czemu (jeżeli istnieją) obce cywilizacje po prostu nie wylądują na ziemi i nie powiedzą „witamy.”

Autor: Piotras

__________________________________________________________

Największy przekręt wszech czasów część XII

Cytuję: „Podatki

Czym są podatki? Dlaczego jeden człowiek, a raczej grupa ludzi, rości sobie prawo do owoców czyjejś pracy? Jesteśmy uczeni kolektywizmu od kołyski, obowiązek płacenia podatków jest tak zakorzeniony w naszej świadomości, że żadna alternatywa nie wchodzi w grę, ba, są ludzie którzy wstydziliby się kwestionować pomysł podatków! Jak można żyć jak pasożyt, nie płacić podatków?! Pamiętajmy kto jest pasożytem – nie ten kto pracuje, a ten kto nie pracuje, a korzysta, to chyba logiczne prawda?

Zanim powiem o podatku dochodowym, powiem o kilku innych, równie ważnych, bo jaka to różnica, z której strony nas kroją, skoro i tak ubywa owoców naszej pracy?

Podatek to według prawa tzw. warunek posiadania, „condition of ownership”, nic innego. Zapytacie co to znaczy? Otóż, żeby nałożyć obowiązek opodatkowania czegoś – domu, samochodu, motoru, dochodów itp. – musi być ku temu podstawa prawna.

Ustaliliśmy wcześniej, że żaden człowiek nie ma prawa odbierać drugiemu owoców jego pracy, zwłaszcza pod groźbą kary więzienia lub śmierci, prawda?

Pamiętamy, że RP to korporacja, prawda? To nie człowiek rości sobie prawa do mojej własności, to ja występuję na scenie w roli pracownika RP, a wszystkie dobra są niejako złożone w majątku RP, a co za tym idzie – są objęte wewnętrznymi prawami korporacji, zwanymi ustawami.

Bo jak inaczej ktoś chciałby wytłumaczyć mi obowiązek płacenia podatku od samochodu? Ja poszedłem do pracy na wiele, wiele dni, może nawet miesięcy, żeby zarobić na ten samochód. Rząd zabrał mi 30% moich zarobków, potem z tym, co mi zostało poszedłem kupić auto, a rząd, po raz kolejny, kroi mnie z już opodatkowanych wcześniej pieniędzy, tylko za przywilej posiadania i używania tegoż właśnie pojazdu! Czy to nie paranoja? Tylko proszę nie mówić mi, że rząd potrzebuje kasy na drogi – bo to już wyjaśniłem wcześniej.

Jakim prawem, obcy mi ludzie (rząd) roszczą sobie prawo do krojenia mnie z pieniędzy tylko za to, że zarobiłem w pocie czoła na dom i kawałek ziemi? (Temat poruszaliśmy już wcześniej – wszyscy rodzimy się w tym samym kraju, mamy te same prawa, a jednak grupa ludzi – rząd – rości sobie prawo do sprzedawania ziemi rodakom).

Jakim prawem żądają ode mnie co roku pieniędzy tylko za to, że w moim własnym kraju, kraju moich ojców, stoi mój dom?

Jakim prawem żądają pieniędzy za n-ty z kolei podatek od darowizny? Mój ojciec zapracował latami na swoje oszczędności, blisko połowę mu już ukradziono w postaci podatku dochodowego, a teraz chcą go okraść jeszcze raz, bo mój ojciec chce mi to dać?!

Nie będę ciągnął tego, bo mi nocy zabraknie, macie obraz na blachę, na rozum, na logikę, której właściwie jest kompletnie brak w tym rozumowaniu, chyba że…

No właśnie, rząd RP TO KORPORACJA! Gdzie się nie obrócisz, wracamy do tego samego miejsca…

– Samochód zarejestrowałeś w jurysdykcji RP – warunek – podatek,

– Kupiłeś dom na ziemi należącej do RP, płacisz podatek – warunek posiadania,

– Twój tatko zarobił te pieniądze jako pracownik RP, a ty całe życie działasz jako pracownik RP, wszędzie wymachujesz dowodem z PESELEM, więc czego się spodziewasz? Racja – płać podatek, jeszcze raz, i jeszcze raz…

Musimy zrozumieć, że wewnątrz korporacji RP wszystko jest możliwe, najbardziej durne „prawa”, ustawy, poprawki, i wszystko czego zapragnie management tejże firmy jest możliwe. Tak długo, jak tkwimy w tej jurysdykcji, tak długo będziemy dymani, to się nigdy nie skończy, nigdy. Nie da się tego zmienić, to już trwa wiele lat, a system upewnia się, że my nic nie kumamy.

Jak z tym walczyć (celowo nie mówię o podatku dochodowym, o tym później)? Jak walczyć z podatkami od własności?

Jest kilka sposobów, jeden z nich to proces administracyjny, w którym za pomocą pism poleconych ustalamy fakty: fakt, kto jest właścicielem całej wartości (EQUITY) w danej własności, weźmy za przykład dom. Piszemy do właściwego urzędu pisma, w których udowadniamy, że nikt poza mną nie wpłacił żadnej gotówki za ten dom, jeżeli urząd twierdzi inaczej – prosimy o odpowiedź wyjaśniającą, kto dołożył się do domu. Jest 10 dni na odpowiedź listem poleconym. Następnie żądamy wyjaśnienia pisemnego na kilka pytań: co dostajemy w zamian za ten podatek – proszę wymienić i podać źródła, to ma na celu udowodnienie, że kontrakt jest niewiążący – brak EQUAL CONSIDERATION ze strony rządu. Jeżeli powiedzą, że wywózka śmieci, zaproponować prywatny kontrakt z firmą śmieciarską zamiast podatków. [Tego nie rozumiałam, więc musiałam dopytać. W UK ta wywózka śmieci pozoruje equal consideration, czyli władza wciska ludowi ciemnotę, że podatek od nieruchomości przeznaczany jest na te śmieci, co oczywiście jest ściemą, bo byłaby to najdroższa wywózka śmieci na świecie. Jest to oczywiście zamaskowany rabunek. O tym będzie później. U nas władza bierze, co chce i z niczego się nie tłumaczy, możecie ją pocałować tam, gdzie słoneczko nie dochodzi – dopisek M.S.].

Po uprzednim ustaleniu faktów ogłaszamy własność tę jako FEE SIMPLE, ABSOLUTE, czyli „na własność, bez żadnych warunków posiadania”.

Jeżeli przeprowadzimy proces skrupulatnie i nie zostawimy nic do interpretacji, rząd będzie nikim innym niż pasożytem, nie dającym zupełnie nic w zamian za nasze podatki od gruntu, nieruchomości i wkrótce pojawiający się podatek katastralny – bo to wejdzie już niedługo moim zdaniem.

Jak już wcześniej pisałem, bulimy cały szereg podatków, za wszystko dosłownie, gdy pracujemy, robimy zakupy, nalewamy benzynę, gdy ojciec chce nam podarować trochę kasy – wszędzie, gdzie się nie obejrzymy – łapy rządów rabują naszą pracę. Tylko jakim cudem – jakoś ciągle im brakuje pieniędzy… nikt się nad tym nie zastanawia?

Do rzeczy, wiem, że moje teksty mogą być co najmniej dziwne dla przeciętnego człowieka, wierzcie mi, jeszcze niedawno ja sam powiedziałbym, że autor trochę lubi wychylić i ma bujną wyobraźnię. Polecam wysilić się trochę, uruchomić nowoczesną technologię (email) i popytać „naszych służących” rządzących, na co wydają krocie ściągnięte z ludzkiej pracy…

Proponuje zrobić to podpierając się jakąś ustawą o dostępie obywatela do informacji o działalności rządu – nie wiem jaka to w Polsce, tu nazywa się Freedom of Information Act. Widzicie, rządy to masa niedouczonych ludzi, mnóstwo zarozumiałych i tępych ponad miarę chłystków z nadmuchanym ego, ten syf ciągnie się już tak długo, że oni sami się już dawno pogubili. Co tydzień wchodzi nowa ustawa, głupsza od poprzedniej, w tym całym bałaganie, oni sami powymyślali ustawy, które robią im samym koło pióra. Co mam na myśli?

Już mówię:

  1. Jedną ręką oszukują ludzi na nieokreśloną wręcz sumę pieniędzy – pseudo-kredyty za pomocą których transferują prawa własności (domy, ziemię itp.) z rąk ludu do rąk władzy. Drugą ręką wymyślają ustawę jak Fair Debt Collection practises act, która pozwala uwalić komornika, który właśnie ten fikcyjny dług próbuje ściągnąć!
  2. Wszystko, co ważne jest tzw. classified, co znaczy „nie dla opinii publicznej”, a później wprowadzają ustawę o obowiązku ujawniania działalności rządu i jego personelu.

I takich przykładów jest multum. Czy to jest czysta głupota? Nie wiem, może bałagan, a może ich obowiązek? Trudno powiedzieć, ale warto się zapoznać. [Z tego, co wiem, ustawa Freedom of Information Act została wymuszona przez wzburzony lud amerykański, który miał serdecznie dość rządowych tajemnic. To prawo jest zupełną fikcją, ponieważ tajnych informacji i tak z rządu się nie wyciśnie. Chyba każdy widział „ujawnione” dokumenty, na których najistotniejsze informacje są zamazane na czarno, często czarnego jest na stronie więcej, niż drukowanego tekstu. Podejrzewam, że z pozostałymi ustawami jest podobnie, to nie jest wynik dobrej woli rządu, bo rządy takowej nie wykazują z definicji. – Przypisek M.S.]

Pomysł podatków dochodowych jest poniekąd prosty, skoro RP to korporacja, my zatrudniamy się jako pracownicy RP, to mamy obowiązek płacenia czego tylko od nas żądają, koniec tematu, nie mam więcej nic na ten temat do powiedzenia. Pieniądze idą na serwis tzw. długu, czyli 100% idzie w karmany banku, który „pożycza” RP pieniądze, a konto przyszłego strzyżenia owiec.

Nie musicie mi wierzyć, proszę zapytać swoich przedstawicieli rządu, aby pod przysięgą odpowiedzieli wam na pytanie – na co idą moje podatki? Odpowiedź ma być poparta materiałem w postaci miejsc dotowanych przez podatki dochodowe, jaka szkoła powstała za te pieniądze, kto ją zbudował – kontakt firmy, ile dróg zrobiono – kiedy, za ile, gdzie jest dowód i tak dalej. Na koniec proszę o własnoręczny podpis osoby odpowiedzialnej za ten dokument. Życzę powodzenia, nic takiego nie znajdziecie, i nikt się pod tym nie podpisze.

Jak z tym walczyć? Powoli ujawniać oszustwa, robić to na masową skalę, zadawać pytania sługom rządowym w oficjalny sposób, żądać odpowiedzi na piśmie, ujawniać brak odpowiedzi, stawiać tezy i w końcu pozywać do sądu za kradzież, defraudację funduszy publicznych. Nie od razu spadną głowy, ale zacznie się kocioł, taki kocioł, że już nie będzie odwrotu – zapewniam.

Pytać i żądać odpowiedzi, ten proces ma jeszcze jedną wielką zaletę – zmienia świadomość, ze sługi na pana, dosłownie. Bardzo szybko ludzie zobaczą, jak rządy i ich drony kręcą, jak kłamią, ujawniać to publicznie, na blogach, portalach, pismach, każdego frajera/złodzieja rządowego napiętnować tak, że nie kupi bułki w sklepie, żeby mu ktoś nie napluł w twarz, za jakiś czas, lawina będzie nie do zatrzymania.”

Autor: Piotras

__________________________________________________________

Największy przekręt wszech czasów część XIII

Cytuję: „Zajmijmy się trochę informacjami, jakie nie tylko demaskują system, ale również tymi, które pomogą nam trochę nawigować w tym syfie.

To jest jedna z najpotężniejszych broni, do jakiej mamy wszyscy dostęp w świecie prawa, i „prawa”. To jest sposób na ustalenie WSZYSTKICH faktów, zanim te znajdą się na arenie publicznej, zostaną przetransferowane przez barierę z jurysdykcji prywatnej do publicznej za pomocą notariusza, bądź 3 świadków – ludzi nigdy nie karanych.

Proces ma za zadanie nie tylko ustalić fakty, ale również „namalować” obraz sytuacji dla tego, kto będzie wydawał wyrok w tej sprawie. Co to znaczy? Jak już wcześniej wspominałem, system sądowy bazuje na przypuszczeniach, tzw. PRESUMPTIONS OF LAW, wszystko co się dzieje w sądzie, musi być otwarte do interpretacji. Adwokaci obu stron będą się „bić”, sprawa będzie się ciągnęła miesiącami, a czasem nawet latami, aż po wielkich bojach – zapadnie wyrok. Wyrok po tym, jak system wydoi obie strony do cna, ile się da, w niekończących się rozprawach. Tak wcale nie musi być, nawet nie powinno być. Nie będę się zagłębiał za bardzo w salę sądową w tym artykule, skupię się wyłącznie na samym procesie i jak go poprowadzić. Tu mam trochę doświadczenia, bo sam często korzystam z tego, żeby pozałatwiać swoje sprawy, te z urzędami jak i te z osobami prywatnymi (bądź korporacyjnymi).

Zanim jeszcze zacznę opisywać, jak ten proces ma wyglądać, trzeba zaznaczyć jedno – musi zaistnieć problem, szkoda, ktoś musi być poszkodowany, zanim machina pójdzie w ruch. Musi być ktoś, kto doznał jakiejś  krzywdy od drugiej osoby, i jest w stanie to udowodnić. Jeżeli mamy zamiar wykorzystać ten proces, żeby sąsiadowi zwinąć telewizor – to niestety będziemy mieli poważny problem.

Do rzeczy. Nasz Jaś, przepracował w firmie 3 miesiące i nie otrzymał wynagrodzenia, albo został oszukany i nie dostał wszystkiego. Ten proces nie jest wyjątkowy dla tej sprawy – jest uniwersalny niemal.

Jaś nie dostał wypłaty, szef wypłacił mu połowę, a z resztą się ociąga, co robi Jaś:

  1. Wysyła zawiadomienie pisemne (listem poleconym – zawsze!) do szefa o zaistniałej sytuacji i co się z tym wiąże, żeby mieć pewność, że szef o wszystkim wie, w zawiadomieniu Jaś żąda wypłaty zaległych należności w określonym terminie (zazwyczaj 10 dni), bądź podstawy prawnej, jeżeli decyzja szefa będzie negatywna. Jaś bardzo wyraźnie zaznacza, że brak jakiejkolwiek odpowiedzi będzie równoznaczny z wyrażeniem zgody na to, co jest napisane.
  2. Jeżeli Jaś nie otrzymał odpowiedzi (proszę zachować dowód doręczenia poprzedniego zawiadomienia), pisze kolejne zawiadomienie, tym razem o zaistniałej krzywdzie z powodu nie otrzymania wypłaty. Jaś popada w długi i całą lawinę problemów z tytułu tej sytuacji i daje szefowi jeszcze jedną szansę na załatwienie sprawy polubownie. Do tego pisma dołączony jest tzw. FEE SCHEDULE, czyli odsetki karne, za przetrzymywanie własności Jasia (wyplata) bez jego zgody, proszę się upewnić, że sumy są realne, adekwatne do sytuacji, bo nikt nie wypłaci 12 bilionów zł tylko dlatego, że proces działa, żaden sędzia takiej sumy nie przyzna. Jaś zaznacza w tym zawiadomieniu, że w przypadku nie otrzymania zaległej wypłaty w ciągu następnych 10 dni, szef zgadza się na płacenie odsetek od sumy, jaką wisi Jasiowi. To musi być jasno powiedziane. Jeżeli się nie zgadza, Jaś prosi o korespondencję zawierająca podstawę prawną, dlaczego nie ma wypłaty.
  3. Nie ma odpowiedzi, mamy kopie poprzednich zawiadomień i koniecznie dowody doręczenia – ZAWSZE! Szef nigdy nie skłamie w sądzie, że czegoś nie dostał.

Jaś pisze tzw. AFFIDAVIT, czyli zeznanie pod przysięgą, papier który będzie podbity przez urzędnika, człowieka który ma za zadanie transferowanie papierów z prywatnej strony do publicznej. Jeżeli ten odmówi, bądź nie mamy ochoty wydawać pieniędzy – szukamy 3 ludzi nie karanych, aby zostali oficjalnymi świadkami – podpisy. W świetle prawa – to ten sam manewr.

W tym AFFIDAVIT, piszemy krótko fakty, i tylko fakty. Tu nie ma miejsca na opis szkód, opinie, uczucia żalu, itp. itd. To jest dokument, który ma za zadanie ustalić fakty, nic więcej. Piszemy co się stało – okres pracy, brak należności, terminy, odnotowujemy ile zawiadomień było doręczonych i o braku odpowiedzi, podajemy dowody doręczenia, fakt zaakceptowania FEE SCHEDULE – odsetek poprzez brak odpowiedzi ze strony szefa. Tyle, nic więcej.

Wysyłamy listem poleconym – dowód doręczenia i oryginał chowamy. Zapomniałem powiedzieć, że to MY zatrzymujemy oryginały pism, wysyłamy kopie, oryginał jest dla administratora – zawsze.

Dajemy szefowi następne 10 dni na tzw. rebuttal, czyli ustosunkowanie się do KAŻDEGO punktu z osobna! Jeżeli nie odpowie nic, bądź odpowie na wybrane punkty – jego odpowiedź jest nieważna.

Tym samym szef zgadza się na to, że wszystko zawarte w zeznaniu pod przysięgą AFFIDAVIT jest prawdą.

  1. Ostatnia rzecz – wysyłamy do szefa dowód, że przegrał, można rzec, walkowerem – CERTIFICATE OF DEFAULT, czyli pismo, że proces jest zakończony, odsetki płyną do rozprawy i wyroku i następnym krokiem będzie proces w publicznym sądzie, przy użyciu wszystkich dokumentów zebranych do tej pory.

Dlaczego to działa, w ogóle? Proces administracyjny, tzw. ADMINISTRATIVE REMEDY PROCESS, jest wyczerpaniem wszystkich możliwych opcji, żeby zakończyć problem miedzy tymi ludźmi. Jaś dał wszelaką szansę szefowi, żeby naprawił szkody wyrządzone Jasiowi, dał mu dużo czasu, zadał ważne pytania, ustanowił fakty, tu nie ma nic do interpretacji. Sprawa ląduje w sądzie, adwokat szefa będzie miał poważny problem, żeby odkręcić wszystko, to jest dosłownie niemożliwe, dlaczego szef nie odpowiadał tyle tygodni? Dlaczego nie oddał pieniędzy? Dlaczego mimo tylu okazji, nie okazał najmniejszej ochoty, żeby naprawić szkodę Jasia? Życzę powodzenia dla adwokata szefa, Jaś składa wszystkie papiery do pozwu, i tyle. Każdy sędzia, będzie miał obraz jak na dłoni, tego co się stało, kto komu wyrządził krzywdę, i szef będzie namalowany w tak negatywnym świetle, że nie wróżę mu niczego poza wyrokiem skazującym.

A jak się ten proces ma do systemu i jego tępych sługusów?

Dlaczego ten proces jest ważny, i dlaczego działa w spotkaniu ludzie-system?

Dobrze już wiemy, że public service jest na naszych usługach, nie mają luksusu bycia anonimowymi, są odpowiedzialni za swoje czyny, do pewnego stopnia w oficjalnej roli i w 100% w roli prywatnej.

Do czego może nam się przydać ów proces, jeżeli doznamy krzywdy ze strony „przedstawiciela prawa”?

Jak już wcześniej pisałem, ludzie systemu mają w swojej oficjalnej roli dużo ochrony, od ubezpieczyciela, aż po kumoterstwo ludzi wewnątrz, którzy będą utrudniać wyprostowanie sprawy.

Jeżeli ów proces będzie przeprowadzony wobec osoby prywatnej (Janina B), która zrobiła nam krzywdę – system nie będzie jej za bardzo bronić. Oczywiście, są znajomości, będą sobie pomagać, ale tylko do pewnego momentu – aż zrozumieją, że sami mogą oberwać po drodze, wtedy rzucą Janinę na pożarcie.

Janina B, kobieta z krwi i kości zabrała wam dziecko, z domu gdzie nie było wyrządzanej krzywdy maluchowi, wszystko zostało udowodnione drogą administracyjną, są świadkowie, jest krzywda, jest zadanie naprawienia krzywdy, cały proces.

Sądzimy Janinę B, kobietę, która nie dość, że rozbiła rodzinę, skrzywdziła wielu ludzi po drodze, to jeszcze wykorzystała do tego swoją rolę publicznego pracownika, kogoś, kto jest opłacany z państwowych pieniędzy. Tu będzie jeszcze okazja narobić tej pani problemów w oficjalnej roli, bo jeżeli sąd przyzna nam rację i odda dziecko, biorąc pod uwagę całą sytuację, proces administracyjny, zeznanie pod przysięgą itd. pani Janina B będzie miała poważny problem, bo to znaczy, że jest niezdolna do wykonywania zawodu sędziego rodzinnego, nie potrafi ocenić sytuacji na tyle, żeby wydać właściwy wyrok. Trzeba by było zająć się tą sprawą zaraz po tym, jak odzyskamy dziecko.

Zdaję sobie sprawę, że ten koncept może być dziwny, ale ja miałem okazję to wypróbować, nigdy nie doszedłem poza oświadczenie pod przysięgą (AFFIDAVIT), ktokolwiek był po drugiej stronie, za poradą prawnika szybko naprawiał szkodę. Nie miałem do czynienia z problemem tak wielkiego kalibru jak sędzia, mam nadzieję, że nie będę musiał, nic z tych rzeczy nie jest przyjemne, i szczerze mówiąc, wolałbym iść do kina albo poczytać książkę zamiast się tych rzeczy uczyć. Ale system nie pozwala na ignorancję, tryby maszyny zmielą każdego, bataliony przygłupów na rządowych posadach, którym wydaje się, że są naszymi władcami prześcigają się w głupocie za nasze pieniądze.

Czas ich trochę naprostować..

C.d.n.

Autor: Piotras

Na zakończenie wyjaśnienie ważności tego AFFIDAVIT:

Ten dokument zwany AFFIDAVIT to jest zeznanie pod przysięgą – maksyma prawna mówi: „UNREBUTTED AFFIDAVIT IS JUGDMENT IN COMMERCE” – to jest bardzo ważna maksyma, jaką posługuje się system. To znaczy – jeżeli druga strona nie odpowiedziała na ten dokument – PUNKT PO PUNKCIE – to bardzo ważne – to jest to koniec sporu, czeka tylko na rozpoznanie w jurysdykcji publicznej (sąd) i nakaz windykacji wszystkiego, łącznie z odsetkami.”

Źródło: https://astromaria.wordpress.com/

Reklamy

8 odpowiedzi »

  1. Proszę o wybaczenie, trochę nie na temat. Czy ktoś coś wie na temat mydlenia nam oczu złotym pociągiem z Wałbrzycha?? podczas bawienia społeczeństwo tymi nowinkami, nasz niemiecki rząd za plecami obywateli podobno sprzedaje kopalnie?

    Lubię to

    • Coś Ci świta w głowie ale rząd niemiecki to nie nasz rząd ale rządzi PO, które jest u władzy w Polsce i działa na rzecz rzeszy niemieckiej. Natomiast polskie kopalnie umoczyli górnicy z Dudą na czele. Rząd sprzedał wyciąg linowy wraz z Kasprowym Wierchem, to niezły kawał polskich gór a także zamierza sprzedać polskie lasy i ziemię-grunty. Elektrownie, wodociągi, gazociągi, wszelkie dobra państwowe pójdą w obce ręce, tak teraz rządzą w Polsce.

      Lubię to

  2. Nic innego nie mogę napisać, po tym jak z mozołem wydrapywałem przez 50 lat okruszki swojej wolności, okruszki wolności religijnej, społecznej itd itp, niż to co pomyślałem po przeczytaniu tego tekstu: „ja pierdziu, znowu dałem się zrobić w ciula, chyba musi być ich więcej niż jeden czy dwóch bo nie nadążam”.

    Lubię to

  3. Wed! Na „pocieszenie” – nie byłeś sam wyrolowany przez system tylko od pokoleń.

    Po moich długoletnich poszukiwaniach odczuwam niezwykłą radość, że doczekałam tego momentu uwolnienia się z kajdanów umysłowo – papierowych podstępnych zbrodniczych lichwiarzy i handlarzy niewolnikami.

    Przyda się na uspokojenie i rozpoczęcia życia od nowa :

    http://dwupunkt.com/

    Lubię to

  4. Świetny artykuł, ogrom wiedzy w dodatku DARMOWEJ. Czekam na więcej o tym jak nie dać się wykorzystać przez system i uzywac prawa na swoją korzyść

    Lubię to

  5. Jeden z najmocniejszych artykulow ostatnich lat, o systemie, Piotr ikonowicz ostro o ostracyzmie ,odmiennosci i atomizacji spoleczenstwa.

    To idzie naród, to idzie PiS

    Ludzie chcą zmian. I to zmian bardzo głębokich. Dlaczego? Bo w Polsce większości, źle się żyje. Niedostatek, który dotyka zdecydowanej większości obywateli to jednak nie jedyny przejaw niskiej jakości życia. Prawie równie ważne jest to jak się odnosimy do siebie nawzajem. Socjolog łatwo zauważy dramatycznie rosnące rozwarstwienie majątkowe. Jednak najwięcej o naszej kondycji jako społeczeństwa miałby do powiedzenia jakiś uczciwy psycholog społeczny. Nie ufamy sobie, jesteśmy nieżyczliwi, bezwzględni i cyniczni. W czasach szalejącego „liberalizmu” zaczyna dominować osobowość autorytarna. Jej istotą jest sadomasochistyczny stosunek do bliźniego. Płaszczymy się przed silniejszym i gnoimy słabszych. Tę postawę opisywał w swoich pracach Erich Fromm: To osobowość charakteryzująca się bezkrytycznym podporządkowaniem się autorytetom, skłonnością do przyjmowania postaw antydemokratycznych, konserwatyzmem poglądów i obyczajów, nietolerancją, sztywnością rozumowania, kultem siły, a także tendencją do podziału świata na “swoich” i “obcych”. Uwarunkowania osobowości autorytarnej tkwią najczęściej w środowisku wychowawczym, w którym dominuje surowa dyscyplina i tłumienie uczuć.
    Życie codzienne przeciętnego obywatela RP przypomina chodzenie po polu minowym. Obok pułapek w postaci, nie spłaconych kredytów, rachunków, zajęć komorniczych, nękających windykatorów, nie wypłaconych w porę wynagrodzeń, czyhają też nań współobywatele. Obserwują go kamery wszechobecnego, jak u Orwella, monitoringu, i sąsiad, przechodzień gotów w każdej chwili warknąć, pouczyć, zbesztać, trąbić i zwymyślać.
    Stajemy się potworami już we wczesnym dzieciństwie. System edukacyjny bowiem nie chroni innych, biednych, nieśmiałych, ułomnych, tylko ich piętnuje. Dzieci chwytają w lot o co chodzi i zadziobują każdego, kto odważy się bądź ma to nieszczęście, że odbiega od „normy”. Jednym z największych wyzwisk wśród dzieci jest nazwanie kogoś „dziwnym”. W moich czasach kolektywistycznego ponoć dzieciństwa nazywaliśmy to oryginalnością i bardzo ceniliśmy. Uczą się nie tylko konformizmu w sposobie ubierania, zachowania, w stosunku do władzy, ale i pogardy, zwłaszcza dla uboższych rówieśników. Piętnowanie idzie z góry. Wyczytywanie w klasie po nazwisku dzieci skierowanych do bezpłatnego odżywiania to tylko jeden z wielu przejawów dzielenia społeczności szkolnej na „lepszych” i gorszych”. Największym „obciachem” jest bieda. Kiedyś wiozłem kolegę mojego synka z przedszkola. Pięciolatek wychylił się z auta i zawołał: „te, bezdomny, ominąłeś jeden śmietnik!”
    Nic dziwnego, że brak szacunku dla ciężkiej i nisko płatnej pracy w połączeniu z kultem pieniądza, skutkuje takimi zdarzeniami jak skopanie na śmierć bezdomnego w Głogowie przez grupę licealistów. Uczniów i studentów ocenia się po ich zdolności przyswajania jedynie słusznej, płynącej z góry wiedzy, której kwestionowanie jest karane gorszymi ocenami. Brak bezpieczeństwa socjalnego i coraz powszechniejsza psychoza strachu sprawiają, że mnożą się służby ochrony, zakazy, zamki i mury, którymi odgradzamy się od wrogiego świata, ale przy okazji od siebie nawzajem.
    Coraz częstszy rozdźwięk między tym co słuszne i moralne, a tym co zgodne z prawem, uczy braku szacunku dla innych i samego siebie. W świecie, w którym prawa człowieka znaczą coraz mniej, bo człowiek to już nie brzmi dumnie, jedynym powszechnie respektowanym, nadrzędnym prawem staje się „święte prawo własności”. Szanujemy więc przede wszystkim siłę. Kult siły w sytuacji gdy dysponuje nią coraz mniejsza grupa bogatych i możnych w oceanie nędzy i biedy i uległości, to znakomity wstęp do dyktatury. Nikt się nie stawia, bo każdy jest sam. Nie ma też doktryny moralnej, zbiorowej ideologii sprzeciwu. Jest tylko bezsilna złość i coraz większą nienawiść, którą jednak bezpieczniej jest wyładować na słabszych, a nie na sprawcach doznanych krzywd. Dlatego lokator ledwo wyrabiający się na czynsz wini tych, którzy już przestali płacić, a nie tych, którzy ustalili za wysokie opłaty i za niskie pensje.
    Jednak bezsilna frustracja rodzi tęsknotę za siłą, którą będzie można kiedyś przeciwstawić tym którym się podlizujemy na co dzień, nienawidząc ich z całej duszy. Atomizacja społeczeństwa nie pozwala jednak na powstanie ruchu oddolnego, demokratycznego, suwerennego rzucającego wszechwładzy panujących elit wyzwanie. Społeczeństwo stopniowo przekształca się w motłoch, gotów poprzeć jakiegoś silnego człowieka, wodza narodu. Mściciela, który nie zmieni wprawdzie niesprawiedliwych stosunków społecznych, ale ku uciesze gawiedzi urządzi serię upokarzających aresztowań nad ranem, a jeżeli tylko będzie mógł, to i publiczne egzekucje.

    Piotr Ikonowicz

    Lubię to

Skomentuj artykuł:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s