Ciekawe

Potężne wyzwanie dla nauki? Obszerne studium kłamstw racjonalizmu naukowego

Potężne wyzwanie dla nauki? Obszerne studium kłamstw racjonalizmu i sceptycyzmu

nauka metafizyka i racjonalizmZapraszam dziś do przeczytania fragmentu książki Michaela Crichtona, który wklejam poniżej. Wielokrotnie na swojej stronie podejmowałem tematykę dominujących poglądów w dzisiejszej nauce – sceptycyzmu, racjonalizmu, redukcjonizmu, materializmu. Pisałem o tym, że ten system pojmowania świata jest już straszliwie niewydolny, że nauka powoli zbliża się do „ściany”. Czyli muru nie do przebicia posługując się tylko tymi poglądami.

Rdzeniem ograniczenia współczesnej nauki jest dogmatyka przyjęta przez Kartezjusza i Newtona i jej późniejsze modyfikacje. W telegraficznym skrócie, zakłada ona:
-wszechświat jest maszyną i aby ją poznać, nie trzeba badać całości jako „całości niepodzielnej„, ale poszczególne jej elementy w oddzieleniu od siebie;
-człowiek i inne stworzenia żywe są „organicznymi maszynami” a nie niepodzielną, holistyczną całością. Dzieli się nas nie tylko na poszczególne organy. Ale także sprawy mózgu oddziela się od reszty, np od jelit, które są „drugim mózgiem” i też zawierają neurony. Sprawy psyche również się oddziela i nie bierze się pod uwagę, że podświadomość może „uruchamiać” wiele chorób stricte fizycznych;
-nie istnieje metafizyka, duchowość, dusza, a więc człowiek jest tylko zbiorem atomów i reakcji między nimi, a więc nie przedstawia on żadnej wyższej wartości;
-praktycznie zakazane jest zadawanie w nauce pytań, „dlaczego to takie jest jak jest„. Pyta się raczej: „jak ta ludzka / globalna / wszechświatowa maszyna działa.” Gdyż zakłada się, że wszystkie prawa wszechświata i natury powstały zupełnie przez przypadek, a egzystencja czegokolwiek i kogokolwiek nie ma żadnego sensu i celu.

Już Carl Gustav Jung zauważył, jak bardzo psychopatyczne jest to podejście do świata. Zauważył też to, jak bardzo takie postrzeganie świata jest związane z postępującym marazmem czy wręcz stanami depresyjnymi, bólem istnienia u wielu ludzi. Zbliżonym do tej filozofii prądem artystycznym był i jest egzystencjalizm. Dodać też należy coś innego.

Otóż przeświadczenie, że:

-istnieje sens i cel trwania wszechświata, świata, ludzkości, jak i pojedynczego człowieka;
-istnieje Siła Sprawcza, która wszechświatem „zarządza” i jest „autorem” wszelkich praw i wartości (nie tylko matematyki, fizyki, chemii itp);
-wszystko jest ze sobą powiązane i wszystko jest holistyczną jednością;
-istnieje coś więcej niż tylko logika, racjonalizm, liczby i pomiary;
-nie wszystko da się pojąć rozumiem.

Są odwiecznymi „prawdami” zapisanymi w najgłębszym wymiarze naszej ludzkiej istoty. Niestety, dla rozwoju nauki i technologii, odcięto nas od tej odwiecznej, pierwotnej prawdy którą cząstkę nosi każdy z nas. Nie dziwi więc „rys psychopatyczny” albo otwarta psychopatia u fascynatów nauki, u obrońców tego matematycznego modelu postrzegania świata. Wystarczy popatrzeć na to, jak tacy ludzie zachowują się w internecie. Robaczywy slang, pełno szyderstwa, cynizmu, „beki”, i często też jawnej agresji, nienawiści. Jak i otwarcie wyrażanej nietolerancji i pogardy wobec wszelkich opinii odmiennych. Aż bije od nich zła energia, złe emocje, mają oni suchy i zimny styl wypowiedzi. Czytanie ich dyskusji w norach, gdzie się zaszywają (tagi #ttdkn czy #neuropa) i koordynują ataki na niepoprawne witryny, może doprowadzić co wrażliwszych na skraj chwilowego załamania nerwowego. Jak i utraty wiary w ludzkość.

Choć te osoby, często nazywające siebie „racjonalistami” bądź „sceptykami„, w przeważającej większości mają poglądy neoliberalne, a więc „lewicowe„. Jednak ich „lewicowość” zaczyna i kończy się tylko w sferze „obyczajówki” na którą neoliberalne dyktatury zezwalają (homoseksualizm, feminizm, gender, aborcja itp). Ci ludzie, oprócz obrony skostniałych, materialistycznych dogmatów naukowych, bronią również poczynania neoliberalnych dyktatur, takich jak UE, USA i inne. Stawiają również ateizm i materialistyczne dogmaty naukowe naukowe jako rzekoma przeciwwagę do instytucji religijnych, które są w podobnej systemowej zapaści. Więc wygodnie utożsamiać się im z lewicą, choć zupełnie nie zasługują na to miano.

Ponieważ ich głównym i najbardziej widowiskowym zadaniem, szczególnie w internecie, jest obrona wszelkich „wersji oficjalnych„. A więc propagandy głoszonej przez: rządy, korporacje (szczególnie farmaceutyczne i transgeniczne), grupy lobbingowe, WHO, FAO, „Sanepidy„. Także takie przedstawianie dziedzin nauki, by były zgodne z obowiązującą neoliberalną propagandą. Np fałszerstwa i tematy tabu w psychologii. Nie wolno na przykład badać, jakie traumy bądź konflikty w podświadomości spowodowały, że dana osoba jest homoseksualna. Tymczasem szacuje się, że tylko w 10% przypadków te skłonności są wrodzone, a pozostałe 90% przypadków to efekt psychologicznej traumy bądź czegoś, co zostało wyparte, nieuświadomione. Czyli typowa praca dla psychoanalityka.

Ale do meritum: taki paradygmat materialistyczny, jaki został przedstawiony ludzkości, powoduje szereg komplikacji. M.in. poczucie bezsensu życia, depresje, neurozy. Człowiek został, poprzez indokrynację od maleńkości (szkoła), odcięty od swoich duchowych, intuicyjnych korzeni. Wszystko jawi mu się jako przypadkowe, bezsensowne, bezcelowe. Skoro więc nic nie ma sensu i celu, to w myśl tej zasady, trzeba po prostu „chwytać dzień” czego wyrazem jest dzisiejsze, śmiechowe hasło młodych – YOLO (tłumaczenie: „żyje się tylko raz„). A więc w myśl tej filozofii, nie są potrzebne żadne zasady i wartości, trzeba tylko chlać, ćpać, imprezować i bzykać.

I ludzie tak naprawdę postępują. Miliony uzależnionych od alkoholu w Polsce, którzy choć powinni zostać skierowani na odwyk, kompletnie nie zdają sobie sprawy ze swojego problemu. Dzieje się tak, ponieważ alkoholizm to nie tylko stadium żula, a więc stadium krańcowe. Alkoholizm to sposób myślenia i działania. Alkoholizm równie dobrze może oznaczać upijanie się tylko co weekend. A tak robi miliony Polaków i jeszcze uważa to za „atrakcyjny, rozrywkowy styl życia„. Dalej: setki tysięcy uzależnione od innych niż alkohol narkotyków. Hazard, erotomania, przemoc, dulszczyzna, pęd za karierą. A więc YOLO, a więc chwytaj dzień, póki możesz, bo i tak nic innego się nie liczy?

Racjonalizm, sceptycyzm, ateizm i współczesna nauka:
Nauka odkrywa świat metafizyki? Gdzie są jej granice?
Nauka jest irracjonalna, przeżarta korupcją i służy interesom przemysłowców. Ukrywane fakty historyczne
Racjonalizm jest kultem religijnym!
Racjonalistyczna filozofia Ayn Rand jest filozofią psychopatki, mizantropijną fantazją okrucieństwa, zemsty i chciwości
-Racjonalistyczni liberałowie, czyli psychopaci?!
„Racjonalizm naukowy” czyni z nauki prostytutkę wielkiego biznesu!

Iluzja religii, materializmu, jak i możliwa alternatywa:
Najstraszniejsza tajemnica nauki, czyli dogmat materializmu i racjonalizmu
Wiedza Tajemna – dla elit i.. dla Ciebie! Racjonalistyczny ateizm i religie – dla mas
Racjonalizm naukowy: o tym jak skorumpowany ekspert zastąpił księdza
Przez chorobę do samopoznania. Racjonalizm i materializm, czyli globalne oszustwo!
Nauka zmieniła się w skorumpowaną i dogmatyczną religię. Naukowiec ujawnia tajemnice
Ateistyczny racjonalizm wychodzi z mody. Pora na Wiedzę Tajemną!

Polecam trzy poniższe nagrania video pod tytułem: „nauka odkrywa duchowość”:
Nauka odkrywa duchowość, cz. I – Tomasz Gruba – 18.06.2013
Nauka odkrywa duchowość, cz. II – Tomasz Gruba – 19.06.2013
Nauka odkrywa duchowość, cz. III – Tomasz Gruba – 19.06.2013

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

__________________________________________________________

Czy nauka jest swego rodzaju religią?

Cytuję: „Jest to ostatni rozdział fascynującej autobiograficznej książki najpopularniejszego i najlepiej zarabiającego pisarza lat 90-tych, Michaela Crichtona (napisał Park Jurajski i stworzył serial Ostry Dużur). Crichton we wcześniejszych rozdziałach „Wędrówek” opisuje swoje doświadczenia w zakresie widzenia aury, czy choćby wyginanie łyżek.

Postscriptum: sceptycy z Cal Techu.

Wiosną 1987 roku poznałem Paula MacCready’ego, dowcipnego i czarującego inżyniera lotnictwa, który w 1977 roku skonstruował lotnię Kondora, spełniając w ten sposób jedno z najdawniejszych marzeń ludzkości – lot człowieka. MacCready stworzył następnie Albatrosa, pierwszy samolot napędzany siłą ludzkich mięśni, który przeleciał nad kanałem La Manche. Skonstruował także samolot o napędzie słonecznym.

W czasie rozmowy Paul zaczął się pogardliwie wyrażać o metapsychice i ludziach, którzy utrzymują, że widzą aurę. Uważał, że w najlepszym wypadku padli ofiarą oszustwa, a w najgorszym sami są oszustami. Sprzeciwiłem się temu, a w dyskusji, która z tego wynikła, Paul powiedział mi, że jest czynnym członkiem oddziału CSICOP w Pasadenie.

CSICOP (The Committee for the Scienfic Investigation of Claims of the Paranormal – Komitet do spraw Badań Naukowych nad Zjawiskami Uchodzącymi za Paranormalne) został powołany w 1976 roku przez grupę wybitnych filozofów, psychologów, przedstawicieli nauk ścisłych oraz magików. W swoim kwartalniku „The Skeptical Inquirer” z powodzeniem demaskowali rzekomą paranormalność pewnych zjawisk.

Oddziały CSICOP działały w całym kraju, a oddział w Pasadenie, do którego należało wielu uczonych z Cal Techu, był szczególnie aktywny. MacCready uznał, że powinienem wygłosić w nim odczyt. Zgodziłem się natychmiast. Pomyślałem sobie, że może to być ciekawe doświadczenie zarówno dla mnie, jak i dla słuchaczy. Paul zapewnił mnie, że załatwi dla mnie zaproszenie. Zabrałem się więc do przygotowywania odczytu.

Ponieważ niewiele wiedziałem o działalności CSICOP, najpierw przeczytałem wybór artykułów z „The Skeptical Inquirer”, opublikowany w tomie pod tytułem Science Confronts the Paranormal.

Wiele z tych artykułów nie wzbudziło we mnie żadnego zainteresowania, gdyż demaskowały takie zjawiska, jak biorytmy, chiromancja, astrologia, UFO i Trójkąt Bermudzki, w które i tak nie wierzyłem. Inne, dotyczące badań nad potworem z Loch Ness, wydały mi się nieciekawe, bo nie zawierały żadnych filozoficznych ani intelektualnych implikacji.

Ale w kilku artykułach wzburzył mnie zgoła nieumiarkowany ton wielu autorów, których podziwiałem: wykazywali skłonność do przypisywania swoim oponentom najniższych motywów postępowania.

Prawdę mówiąc, było chyba po obu stronach sporo osobistych niechęci, prowokujących do obrzucania się wyzwiskami. Na przykład omawiając domniemane podobieństwa między fizyką a wschodnim mistycyzmem, będące przedmiotem rozważań takich pisarzy jak Fritjof Capra, Issac Asimov zauważa:

..Jeśli intuicja jest równie ważna dla świata jak myśl racjonalna i jeżeli mędrcy Wschodu wiedzą o kosmosie tyle samo co fizycy, to dlaczego nie odwrócić sprawy? Dlaczego nie posłużyć się wiedzą Wschodu jako kluczem do rozwiązania niektórych nierozwiązanych dotąd kwestii w fizyce? Na przykład, jaki jest podstawowy składnik podatomowych cząsteczek, które fizycy nazywają kwarkami?

I konkluduje:

Jakąż bzdurą jest cała ta intuicyjna prawda i jak śmieszne jest, kiedy racjonalny umysł w chwili słabości pada przed nią na kolana. Nie, to nie jest śmieszne, to tragiczne. Już był przynajmniej jeden taki moment w dziejach, kiedy racjonalna świecka myśl starożytnych Greków ugięła się przed mistycznym aspektem chrześcijaństwa. I co z tego wynikło? Ciemnota średniowiecza.

Nie możemy sobie pozwolić na nowe średniowiecze (1).

Były to mocne słowa i czytając je zacząłem pojmować, że w CSICOP chodzi o coś więcej niż tylko o rzeczowe rozprawienie się z wątpliwymi danymi. W wywodzie Asimova zawarte było implicite porównanie między nauką a religią jako między dwoma konkurującymi ze sobą poglądami na świat. Otwiera to oczywiście możliwość uznania, że nauka jest swego rodzaju religią – ale na ten heretycki pogląd tylko niewielu naukowców mogłoby przystać.

Przeglądając tom artykułów CSICOP, zacząłem dostrzegać, że nauka, widząc zagrożenia, walczy o przewagę nad innymi sposobami postrzegania świata. Jeśli miałem przekonująco wystąpić przed oddziałem CSICOP w Pasadenie, musiałem starannie przygotować wykład. Zacząłem od oświadczenia, że się nie spodziewam, by to, co powiem, zmieniło czyjeś poglądy.

Nie zamierzam tego wieczora w Pasadenie nikogo o niczym przekonywać. Przyznałem, że ja sam wierzę w prawdziwość pewnych zjawisk metapsychicznych, a wiem, że większość moich słuchaczy w nią nie wierzy. Zaproponowałem, żebyśmy zamiast dyskutować o szczegółach, wszyscy się zgodzili, że w końcu historia dowiedzie, czy to ja się mylę w swoich poglądach, czy oni. Możemy wszyscy ufnie oczekiwać rozwiązań w tej materii.

Tymczasem chciałem opowiedzieć moim słuchaczom o niektórych swoich doświadczeniach, które doprowadziły mnie do zmiany własnych poglądów. I spróbować im wytłumaczyć, jak obecnie przedstawiają się dla mnie te sprawy. Gdyż prawdziwy problem, tak jak ja go widzę, wykracza daleko poza względnie wąską kwestię zjawisk „paranormalnych”. Dotyczy intelektualnej postawy nauki u schyłku dwudziestego wieku.

Potem zapytałem:

  • czy komuś na tej sali usuwano migdałki albo trzeci migdał?
  • Czy ktoś przeszedł operację raka piersi?
  • Czy ktoś przebywał na oddziale intensywnej terapii?
  • Czy komuś zakładano bajpas przy chorobie wieńcowej?

Oczywiście wielu z obecnych miało podobne doświadczenia. Powiedziałem: a zatem wszyscy jesteście dobrze obyci z przesądami, bo zabiegi te są przykładem działań opartych na przesądach. Przeprowadza się te wszystkie zabiegi bez naukowego dowodu, że przynoszą jakąkolwiek korzyść.

Nasze społeczeństwo wydaje miliardy dolarów rocznie na przesądną medycynę, i to stanowi znacznie większy problem – a także koszt – niż rubryka z astrologiczną przepowiednią w gazetach, co z takim zapałem zwalcza trust mózgów z CSICOP.

I dodałem: nie odżegnujmy się zbyt szybko od mocy przesądów w naszym życiu. Kto z nas, mając zawał serca, odmówi leczenia się na oddziale intensywnej terapii tylko dlatego, że takie oddziały nie mają potwierdzonej skuteczności? Wszyscy podejmiemy taką kurację. Bez przesady. Nie wszyscy – na całe szczęście. Proszę zwrócić uwagę, że Michael Crichton zmarł podczas leczenia nowotworu. Rokowania były dobre. „Operacja się udała, pacjent zmarł”.

Potem wspomniałem o wielu przypadkach nadużyć w badaniach naukowych:

  • Izaak Newton zapewne preparował swoje dane (2),
  • a na pewno robił to Gregor Mendel, ojciec nauki o dziedziczeniu (3).
  • Włoski matematyk Lazzarini sfałszował doświadczenie, na którego podstawie ustalił wartość liczby K, a jego wynik pozostał niepodważony przez całe pół wieku (4).
  • Pewien brytyjski psycholog wymyślił nie tylko swoje dane, ale także asystentów, którzy je zbierali (5).
  • W ostatnich latach zdarzały się przypadki nadużyć, w które zamieszani byli William T. Summerlin ze Sloan-Kettering, doktor John Long oraz doktor John Darsee z Wydziału Medycznego Uniwersytetu Harvarda.
  • W innych takich przypadkach brali udział: zespół badawczy w Instytucie Rakowym Dany Farer, doktor Robert Slutsky z Wydziału Medycznego Uniwersytetu Columbia w San Diego, doktor Jeffrey Borer z Uniwersytetu Cornella i Stephen Breuning z Uniwersytetu w Pittsburghu.
  • Chociaż większość tych przypadków dotyczy medycyny i biologii, są także przypadki nadużyć i na innych polach: wycofano właśnie trzy artykuły z „Journal of the American Chemical Science”, a w sprawie toczy się śledztwo.

Zakres takich oszustw nie jest znany, ale przypomniałem moim słuchaczom, że nadużycia w nauce niewątpliwie istnieją. Jednak z faktu, że zdarzają się oszuści, nie można wyciągać wniosku, że należy zaniechać danej dziedziny badań. Potem nadmieniłem, że cała nauka nie kieruje się jedynie racjonalnością, podobnie jak inne pola ludzkiej działalności, takie jak przemysł czy handel.

Max Planck, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, powiedział:

Nowa prawda naukowa nie odnosi zwycięstwa, przekonując swoich przeciwników i sprawiając, że dostrzegają światło. Zwycięża raczej dlatego, że jej przeciwnicy w końcu wymierają i wyrasta nowe pokolenie, już z nią oswojone”.

Przypomniałem słuchaczom o mniemaniu naukowców wszystkich wieków, że już wszystko wiedzą. Na przykład francuski anatom baron Georges Couvier, jeden z najświetniejszych i najbardziej wpływowych naukowców swoich czasów, oświadczył w 1812 roku, że „niewielka jest nadzieja na odkrycie nowych gatunków wielkich czworonogów”.

Nieszczęściem dla Couviera, po jego stwierdzeniu nastąpiło odkrycie:

  • niedźwiedzia kadiaka,
  • goryla górskiego,
  • okapi,
  • tapira białogrzbietego,
  • warana z Komodo,
  • gazeli Granta,
  • zebry Grevy’ego,
  • czarnego hipopotama
  • i pandy olbrzymiej – by wymienić tylko kilka wielkich czworonogów.

Podobne roszczenia co do posiadania niemal kompletnej wiedzy zgłaszali fizycy prawie wszystkich generacji, ale okazywały się zawsze fałszywe. Przypomniałem słuchaczom o zdarzających się w przeszłości pomyłkach świata nauki w uznaniu prawdziwych odkryć dokonywanych współcześnie:

  • Kiedy J.J. Thomson dokonał pomiaru masy i ładunku elektronu, koledzy podejrzewali go o oszustwo, gdyż był powszechnie znany z tego, jak niezdarnie się obchodzi z aparaturą pomiarową (6).
  • Kiedy w 1932 roku Carl Anderson z Cal Techu odkrył istnienie pozytronu, zarówno Bohr, jak Rutherford „od ręki” odmówili uznania jego odkrycia (7).
  • Przedstawiona w 1922 roku przez Alfreda Wegenera teoria o dryfowaniu kontynentów jest oczywista dla każdego, kto spojrzy na mapę i sprawdzi, jak kontury lądów przystają do siebie, a jednak geologowie musieli walczyć aż czterdzieści lat, by przekonać do niej tak wybitnych jej przeciwników, jak Harold Jeffreys i Maurice Ewing.

Przypomniałem następnie moim słuchaczom, że szybkość postępu w nauce jest bardzo zmienna. Prawo ciążenia Newtona obowiązywało niezmiennie przez ponad dwa stulecia, póki nie stwierdzono, że podważa je precesja Merkurego.

(Można uznać, że określenie „podważa” jest zbyt mocne, że precesja Merkurego każe tylko wprowadzić pewne modyfikacje do mechaniki Newtonowskiej, czyli rozumieć teorię Newtona jako pozwalającą określać jedynie przybliżone wartości. Taki argument jest niesłuszny. Nazwać teorię względności Einsteina modyfikacją mechaniki Newtonowskiej to tak jakby bombę atomową nazwać modyfikacją prochu strzelniczego. By wnikliwie rozważyć głęboki wstrząs intelektualny spowodowany upadkiem mechaniki Newtonowskiej, zob. J. Bronowski The Common Sense of Science, Harvard Unwersity Press, Cambridge, Mass. 1978).

I przeciwnie, przynajmniej od dwóch wieków, od czasu dyskusji naukowców w Paryżu z udziałem Benjamina Franklina i Lavoisiera, którzy odmówili mesmeryzmowi wszelkiej wartości, praktykowanie hipnozy budziło powszechną nieufność, a jednak obecnie hipnoza znalazła uznanie i szerokie zastosowanie. A więc szybkość postępu w jakiejś dziedzinie nauki nie jest żadnym wskaźnikiem prawdziwości jej osiągnięć.

Następnie wskazałem na poszukiwanie nowinek i mody w nauce, którym ulegają wszyscy naukowcy. Cała rzesza najwybitniejszych uczonych świata uznała za całkowicie stosowne zaproponować społeczeństwu kosztowne badania życia pozaziemskiego (8), chociaż badanie to, zdaniem George’a Gaylorda Simpsona, jest „badaniem bezprzedmiotowym” (9). Przekonanie o istnieniu życia pozaziemskiego jest aktem czystej wiary.

Niewielu natomiast, a chyba nawet żaden z tych wielkich naukowców nie podpisałby się pod wnioskiem o badanie zjawisk metapsychicznych, bo paranormalność nie jest obecnie w modzie, a życie pozaziemskie jest. A przecież bezsprzecznie jest znacznie więcej dowodów na występowanie zjawisk metapsychicznych niż na istnienie życia pozaziemskiego.

Mówiłem im dalej, że moim zdaniem nauka nie różni się zbytnio od innych dziedzin ludzkiej działalności:

  • Są w niej mocno zakorzenione i święcone przesądy,
  • są w niej oszustwa,
  • są potknięcia i błędy,
  • jest zachowawczość i zwykły upór,
  • i są modne kierunki.

Marzello Truzzi, były redaktor dziennika CSICOP, słusznie zauważa: „Naukowcy nie są wzorami racjonalności, obiektywizmu, szerokich horyzontów umysłowych i pokory, jak by chcieli być postrzegani przez innych” (10).

Przypominałem o tym słuchaczom nie po to, by umniejszyć wartość nauki, ale po to, by umieścić działania naukowe w bardziej realistycznej perspektywie, uwzględniającej zjawiska dotąd nie przyjmowane do świadomości.

Następnie powiedziałem, że chciałbym poruszyć sprawę największych przeszkód występujących przy próbie naukowych badań omawianych zjawisk. W wielu przypadkach badacze działania tak zwanych sił metapychicznych spotykają się z oporem ze strony tak zwanych praktyków, którzy twierdzą:

  • że nie mogą osiągać wiarygodnych efektów na zamówienie;
  • że nie mogą pracować w warunkach laboratoryjnych,
  • że przeszkadza im otoczenie unoszących brwi sceptyków
  • i tak dalej.

Wydaje się, że owi praktycy uzależniają zjawiska metapsychiczne od swego wewnętrznego stanu. Muszą być „w nastroju”, a z nastroju łatwo ich wytrącić. Tradycyjnie naukowcy uważają, że trudno uznać takie stanowisko. Stany mistyczne, stany medytacyjne, popadanie w trans, z tym wszystkim trudno jest się im pogodzić. A przecież każdy zna z potocznego życia czynności, do których trzeba być „w nastroju:

  • na przykład stosunek seksualny: kobieta musi wydzielać śluz, a mężczyzna mieć erekcję.
  • Inną zależną od wewnętrznego stanu czynnością jest działalność twórcza, której nie można rzetelnie wykonywać na żądanie, o czym świadczy obfita literatura poświęcona „zabiegom o względy muzy”.

Wiemy z subiektywnych doniesień i z naszego własnego doświadczenia, że tym uzależnionym od naszego wewnętrznego stanu zjawiskom towarzyszą zmiany świadomości. Może to być wyczuwana subiektywnie albo realna zmiana w przepływie energii czy w koncentracji, może to być zmiana w postrzeganiu czasu i tym podobne.

Te zmiany mogą być różne każdego dnia, mogą przebiegać inaczej u każdej osoby, a u tej samej osoby ulegać przemianom z doświadczenia na doświadczenie. Ta wielka zmienność owych doświadczeń i subiektywność ich charakteru sprawiają, że badanie zjawisk uzależnionych od stanu wewnętrznego jest trudnym wyzwaniem dla badań naukowych.

Chciałbym tylko państwu przypomnieć, że naukowe badanie zjawiska twórczości nie powiodło się w naszym stuleciu lepiej niż naukowe badanie zjawisk metapsychicznych, i to z tych samych przyczyn. A przecież nikt nie zaprzeczy, że twórczość istnieje. Tylko trudno ją badać.

Sceptyczni naukowcy często twierdzą, tak jak Carl Sagan, że cudowne zdobycze prawdziwej nauki znacznie przewyższają domniemane cuda nauki marginalnej. Sądzę, że można odwrócić ten pogląd i stwierdzić, że cuda prawdziwej świadomości znacznie przewyższają to, czego istnienie uznaje konwencjonalna nauka.

Przypuśćmy, na przykład, że wam powiem, iż napada na was grupa osiłków, a wy, nim was powalą na ziemię i stratują, macie rzucić piłką na odległość siedemdziesięciu metrów i trafić w jednometrowy cel, który widzicie przed sobą. Wątpię, czy ktokolwiek na tej sali by to potrafił.

A jednak podczas sezonu piłki nożnej możemy w telewizji oglądać takie nieprawdopodobne zdarzenie w każde niedzielne popołudnie. Zmiany w świadomości zawodowych piłkarzy, konieczne do tego, by wykonać strzał z głębi boiska, są dla nas czymś powszednim, a więc niezauważalnym, ale to daje nam przynajmniej do myślenia, że może inne wyuczone zmiany świadomości, wyrosłe na gruncie innych kultur i tradycji, mogą także dawać zadziwiające rezultaty.

Próbowałem poprzednio potocznie przedstawić naukowe zastrzeżenia wobec tak zwanych zjawisk paranormalnych. Prawda, że wiele z nich to przesądy, ale w świecie nauki, takim jak świat wysoce stechnicyzowanej medycyny, także jest wiele przesądów. Prawdą jest, że w dziedzinie metapsychiki działa wielu oszustów, ale wśród naukowców także zdarzają się oszuści.

Prawdą jest, że badania w tej dziedzinie postępują powoli, ale to samo się dzieje w wielu dziedzinach nauki, zwłaszcza jeśli są słabo finansowane. Prawdą jest, że niektóre zjawiska paranormalne wydają się zależne od wewnętrznego stanu psychicznego i są powiązane ze świadomością, ale wiele jest takich samych zjawisk w naszym codziennym życiu, a prowadzą one niekiedy do takich niezwykłości jak nowe malarstwo czy strzał do bramki podczas niedzielnego meczu.

A skoro tak, to moim zdaniem żaden z tych tradycyjnych zarzutów naukowców nie usprawiedliwia rezygnacji z badań w tej dziedzinie. Przyjrzawszy się sprawie bliżej, znajduję trzy inne, znacznie poważniejsze powody niechęci do podejmowania takich badań. Pierwszym takim powodem jest quasi-religijny niepokój, jaki budzą te zjawiska w zatwardziałym naukowcu.

Na początku naszego wieku Freud i Jung zerwali przyjaźń z powodu odmiennego stosunku do zjawisk nadprzyrodzonych (11). Jung był nimi jawnie zainteresowany (12), Freud zaś nie. Przed rozłamem Fred napisał do Junga:

Mój drogi synu, zachowaj chłodną głowę, bo lepiej jest czegoś nie zrozumieć, niż poczynić tak wielkie poświęcenia, by to zrozumieć” (13).

A entuzjastyczne zainteresowanie Junga astrologią, którą badał jako system psychologicznej projekcji, nie zaś jako fizyczną rzeczywistość, skłania Freuda do odpowiedzi:

Obiecuję ci, że uwierzę we wszystko, co wygląda racjonalnie. Ale nie tak chętnie to uczynię..” (14)

Powstaje pytanie: dlaczego? Dlaczego Freud był tak oporny? Sam bez wahań oddawał się studiom nad mitologią i sztuką. Ale okultyzm go najwyraźniej niepokoił w sposób trudny do wytłumaczenia. Dałoby się wykazać, że ów niepokój ma w gruncie rzeczy korzenie religijne, sięgające tak głęboko, że trzeba by dłuższej rozprawy, by je ujawnić, a to by odbiegało od naszego tematu.

W dodatku zjawiska paranormalne budzą również lęk zrodzony z pewnego przesądu intelektualnego. Założyłbym się, że każdy tu na tej sali odczuwa go w poważnym stopniu. Wszyscy odebraliśmy znakomite wykształcenie i wyćwiczono nas w racjonalnym linearnym myśleniu.

Nauczono nas cenić wartość takiej myśli i owoce takiej myśli. Więc odwracamy się z wyraźną niechęcią od tych półek w księgarni, na których ustawiono książki z dziedziny okultyzmu, pisaninę wszelkiego rodzaju ciemnych i zacofanych autorów. Ci ludzie nie podzielają naszego sposobu myślenia ani naszych sądów o rzeczywistości, a my otrząsamy się z obrzydzenia, kiedy oglądamy ich dzieła.

Czy się do tego przyznajemy czy nie, każdy, kto sobie zdobył jakiś akademicki status, przestrzega pewnych kryteriów w doborze odniesień, na które się powołuje w swoich pismach, a przede wszystkim w doborze tematów, jakimi się zajmuje. Podejrzewam, że te kryteria odzwierciedlają wszechwładny przesąd panujący nad wszelkimi akademickimi rozważaniami o zjawiskach paranormalnych – tak jak niepochlebna opinia o Mesmerze zapanowała nad wszystkimi sądami o hipnozie, której wartość wyznawał.

Trzecią przyczyną, dla której naukowcy są tak niechętni badaniom zjawisk nadprzyrodzonych, jest to, że wydają się one przeczyć znanym fizycznym prawom natury. Po co zajmować się czymś, co jest niemożliwe? Tylko szaleniec będzie tracił na to czas. Nie można nie doceniać problemu niezgodności faktycznych danych z teorią. Arthur Eddington powiedział kiedyś, że nie powinno się nigdy wierzyć żadnemu doświadczeniu, póki nie potwierdzi go teoria, ale tego humorystycznego poglądu nie można przecież brać na serio.

Dzieje nauki w istocie potwierdzają prymat teorii. Bronowski pisze:

Karol Darwin nie wynalazł teorii ewolucji, już jego dziadek ją znał. On badał mechanizm ewolucji: mechanizm doboru naturalnego (…). Kiedy Darwin go [ów mechanizm] ogłosił, teoria ewolucji została przez wszystkich przyjęta i uważano, że jest rzeczą najbardziej oczywistą, by nazwać ją teorią Darwina” (15).

Innymi słowy, dane wspierające teorię ewolucji – takie jak doniesienia o kopalnych szczątkach – były od dawna znane, brak jednak było przekonującej teorii, by wyjaśnić te dane. Kiedy Darwin ogłosił swoją teorię, uznano również wiarygodność danych.

Zważcie teraz na tak zwane zjawiska metapsychiczne, takie jak jasnowidztwo, widzenie przeszłości i psychokineza. Teoria fizyki zdaje się zaprzeczać im wszystkim. W każdym razie nie istnieje żadna teoria, która by je obejmowała. I to chyba jest główną przyczyną, dlaczego zaprzecza się danym świadczącym o tych zjawiskach.

Jakim danym? – możecie zapytać. Wielu naukowców twierdzi, że nie ma w ogóle żadnych danych – że żadne wydarzenie tego rodzaju nie jest należycie udokumentowane, należycie sprawdzone, a zatem wszystkie mogą być wynikiem zręcznego oszustwa.

Zdarzają się jednak przypadki, które zdają się rzucać wyzwanie takim naukowym interpretacjom – jest nim w szczególności przypadek słynnego medium ubiegłego wieku, pani Piper, której patronował sam William James, profesor psychologii na Uniwersytecie Harvarda.

Pani Piper przez blisko ćwierć wieku była poddana ścisłej obserwacji, a jednak żaden sceptyk nie potrafił wykazać jej oszustw ani podstępnych sztuczek. Wciąż jednak podejrzewano ją o oszustwo. Rozgniewany tym James napisał:

Naukowcy”, którzy dopatrują się tu oszustwa, winni pamiętać, że tak w nauce, jak i w codziennym życiu hipoteza po to, by można o niej poważnie dyskutować musi być dokładnie sformułowana, a nazwania czegoś oszustwem, bez wskazania, na czym ono polega, po prostu „oszustwem” w ogóle, oszustwem in abstracto, nie można uważać za specyficznie naukowe objaśnienie specyficznych konkretnych faktów” (16).

A innym naukowcom, którzy nadal podtrzymywali tezę o wciąż niewykrytym oszustwie, James odpowiedział:

Uważam, że największym źródłem przekłamań w badaniach natury jest utrwalone przeświadczenie, że pewien rodzaj zjawisk jest niemożliwy” (17).

Poza węższym zagadnieniem, czy w ogóle zachodzą takie szczególne zjawiska jak jasnowidztwo, telepatia albo oglądanie aury, istnieje szerszy problem dotyczący współczesnej nauki. Myślę mianowicie o pewnej sztywności poglądów panujących wśród naukowców, o pewnej skłonności do mieszania współczesnych teorii naukowych ze stanowiącą ich podstawę rzeczywistością.

Jacob Bronowski, jeden z najwybitniejszych komentatorów stosunku nauki do innych rodzajów ludzkiej działalności, zawsze przypominał, że teorie naukowe są pewnym zmyśleniem:

Nauka, tak jak sztuka, nie jest odwzorowaniem natury, ale jej przetworzeniem” (18).

Nauka przedstawia nam obraz świata, lecz nie należy mylić tego obrazu z samą rzeczywistością, z której powstaje. A jednak wszyscy mamy skłonności do mylenia opartych na zmyśleniu przekonań z samą rzeczywistością. Sądzę, że większość z was, lecąc samolotem nad Stanami Zjednoczonymi i wyglądając przez okno, dziwi się, że nie widzi linii rozdzielających poszczególne stany, jak na mapie.

Ja sam dobrze pamiętam wstrząs, jaki przeżyłem, kiedy po raz pierwszy oglądałem pod mikroskopem ludzką tkankę i stwierdziłem, że jest bezbarwna. Spodziewałem się, że zobaczę różową komórkę i purpurowe jądro. Ale te kolory pochodzą od sztucznego zabarwienia preparatu mikroskopowego. Prawdziwa komórka jest bezbarwna.

Oczywiście wiedziałem o tym, tak jak wszyscy wiemy, że nie ma na ziemi żadnych kresek wyznaczających granice kraju. Ale o tym zapominamy. I w gruncie rzeczy zapominamy o tym z zadziwiającą łatwością. Zostałem wychowany w dwudziestowiecznej zachodniej, racjonalnej naukowej tradycji. Nauczono mnie myśleć, że naukowy pogląd na świat jest poglądem poprawnym, a każdy inny to czysty przesąd. Zgadzałem się ze słowami Bertranda Russella:

Czego nam nauka nie może powiedzieć, tego ludzkość nie może poznać”.

Miałem jednak kilka doświadczeń, które były sprzeczne z tym poglądem, a moje późniejsze doświadczenia wyłamywały się z racjonalnych naukowych ram widzenia świata. Nadal uważam naukowy pogląd na świat za użyteczny i często z dobrym dla siebie skutkiem go podzielam. Ale obecnie uważam, że nauka stwarza jedynie arbitralny i ograniczony model rzeczywistości.

Rzeczywistość jest bowiem szersza – znacznie szersza – niż to, co o niej wiemy, niż to, co potrafimy o niej powiedzieć. Sprawdźmy to na przykładzie krótkiego doświadczenia. Pomyślcie o kimś, kogo dobrze znacie. Teraz sformułujcie słuszne zdanie opisujące tę osobę:

George jest człowiekiem zrównoważonym”.

Możliwe, że kiedy się nad tym zastanowicie, zaczną się wam przypominać przypadki, kiedy George wpadał w złość albo był czymś przygnębiony, albo z jakichś powodów był w złym humorze. Pomyślicie o wyjątkach od waszej ogólnej opinii. Będziecie więc musieli przyznać, że wasze zdanie nie było sformułowane zbyt ściśle.

Możecie je zmodyfikować i powiedzieć: „George często bywa zrównoważony”, ale i takie zdanie jest właściwie wykrętne. Słowo „często” oznacza tylko, że wasze zdanie jest czasem słuszne, a czasem nie. A skoro nie mówi o tym, kiedy wasze twierdzenie jest niesłuszne, niewiele tu może pomóc.

Będziecie więc musieli wyłożyć rzecz jaśniej i rozwinąć zdanie:

George jest człowiekiem zrównoważonym, prócz poniedziałków, kiedy poprzedniego dnia przegrała jego ulubiona drużyna piłkarska, albo kiedy pokłóci się z żoną, albo wtedy, kiedy jest zmęczony i źle się czuje – przeważnie pod koniec tygodnia, ale nie zawsze – albo kiedy jego szef daje mu do wiwatu, albo kiedy musi ponownie napisać sprawozdanie, albo kiedy musi wyjechać z miasta.. albo kiedy.. albo kiedy..

Wkrótce zobaczycie, że wasze zdanie zamienia się w esej, a i tak jeszcze nie powiedzieliście o George’u wszystkiego, co wiecie. Wciąż nie macie jego kompletnego opisu. Możecie wypisywać o nim całe strony, i tak nigdy nie skończycie. W gruncie rzeczy próba pełnego i rzetelnego stwierdzenia zrównoważonego charakteru George’a jest beznadziejna. Przedmiot jest zbyt skomplikowany. Od początku była to próba beznadziejna.

Spróbujmy więc jeszcze raz.

George jest czysty i porządny”.

Uważacie, że temu nie da się zaprzeczyć. George jest zawsze starannie ubrany, a na jego biurku panuje porządek. Ale czy widzieliście jego warsztat w przydomowym garażu? Cóż za bałagan! Narzędzia wszędzie porozrzucane. Żona musi zawsze po nim sprzątać. A co się dzieje w bagażniku jego samochodu! Po prostu graciarnia. A on nawet się nie zatroszczy o to, by zrobić tam porządek.

George jest zazwyczaj czysty i porządny”.

Ale teraz już widzicie, dokąd taka modyfikacja może doprowadzić – do kolejnego eseju. Wypowiedzmy o nim zatem takie twierdzenie, które będzie kompletne, a zarazem zwięzłe: „George ma szpakowate włosy”.

Sądzicie, że tak właśnie jest. Ma szpakowate włosy, to nie ulega kwestii. Oczywiście nie wszystkie jego włosy są szpakowate, choć przeważnie są, zwłaszcza na skroniach i nad karkiem. Więc w tym zdaniu jest pewne uproszczenie, ale nie da się mu zaprzeczyć.

Ale jeśli nawet obecnie George ma szpakowate włosy, nie miał ich parę lat temu. A kiedyś w przyszłości jego włosy staną się białe. Więc jest to poprawny opis George’a tylko teraz, w obecnej chwili. Nie jest to opis George’a generalny i niezmienny.

Próbujmy dalej:

George ma metr osiemdziesiąt trzy wzrostu”.

I znów jest to prawda w granicach dokładności pomiaru. Zapewne nie mierzy dokładnie metr osiemdziesiąt trzy. Chyba mieści się gdzieś w granicach metra siedemdziesięciu siedmiu i metra osiemdziesięciu pięciu. I oczywiście nie zawsze miał metr osiemdziesiąt trzy. W dzieciństwie był znacznie niższy. Więc i takie stwierdzenie jest jedynie przybliżeniem.

George jest mężczyzną”.

No tak. Ale określenie „mężczyzna” jest szczególnego rodzaju. Jeśli się dobrze w nie wmyślić, słowo „mężczyzna” jest zdeterminowane kulturowo. W chwili urodzenia nie był jeszcze uważany za mężczyznę. Trzeba do tego osiągnąć pewien wiek i pozycję społeczną, by zostać uznanym za prawdziwego mężczyznę.

George jest istotą rodzaju męskiego”.

Temu nie da się zaprzeczyć. George zawsze był, jest i będzie istotą rodzaju męskiego. To nie podlega dyskusji. To niezmienna prawda. Jest to dokładny opis stanu faktycznego George’a. Oczywiście przez „istotę rodzaju męskiego” rozumiemy, że ma ona chromosom X i chromosom Y. Ale tego z całą pewnością nie wiemy, prawda? George mógłby mieć jakiś dodatkowy chromosom. Mógłby być jedynie pozornie istotą rodzaju męskiego.

I tak dalej. Z naszego doświadczenia z formułowaniem sądów o George’u można wyciągnąć dwa wnioski. Pierwszy, że każdy taki sąd da się podważyć. Dlaczego? Dlatego, że nasze twierdzenia o George’u stanowią jedynie przybliżenie, uproszczenie. Prawdziwa postać zwana George’em jest bardziej skomplikowana niż każdy sąd, jaki o niej wydamy. Dlatego możemy zawsze w tej realnej postaci odnaleźć także cechy sprzeczne z tym, co o niej powiedzieliśmy. Drugi wniosek jest ten, że z naszych twierdzeń o George’u najpewniejsze są te najmniej interesujące.

Nie możemy powiedzieć nic istotnego o jego nastrojach, zamiłowaniu do porządku czy o całej złożoności jego postępowania. Jesteśmy na znacznie pewniejszym gruncie, opisując najprostsze aspekty jego powierzchowności: kolor włosów, wysokość, płeć i tym podobne. W tych sprawach – przy uwzględnieniu błędu pomiaru i zmian związanych z upływem czasu – możemy być pewni tego, co o nim mówimy.

Ale tylko krawiec mógłby się tym szczycić. I istotnie, mógłby to być powód do dumy dla krawca. Po zrobieniu wielu przymiarek na George’u i po każdej przymiarce poprawiając szablon wykroju, krawiec mógłby w końcu skroić podczas jego nieobecności garnitur, który będzie na nim leżał jak ulał, kiedy go przymierzy po wykończeniu.

Jest to triumf sztuki brania dokładnych pomiarów. Ale ubranie, które tak świetnie leży, może odziewać człowieka, o którym krawiec nic zgoła nie wie. I nawet nie chce wiedzieć. Mogą go nie obchodzić inne aspekty George’a. To nie jego sprawa.

Z drugiej strony, to, co nas najbardziej interesuje w George’u, to nie są bynajmniej jego wymiary. Nas interesują właśnie te jego cechy, które krawca zgoła nie obchodzą. Ale znacznie trudniej jest określić te inne cechy, niż krawcowi wziąć dokładne pomiary z George’a. Krawiec może dokładnie opisać George’a, a my w ogóle nie potrafimy tego zrobić. A zatem, skoro krawiec jest taki świetny – tak mu się udaje to, co robi, mogłoby nas podkusić, by właśnie jego zapytać:

Kim jest George?

Krawiec odpowie:

George ma wymiary numer 44.

A kiedy mu powiemy, że ta jego odpowiedź nas nie zadowala, odpowie nam z całą pewnością siebie, że niewątpliwie słusznie go ocenia, bo potrafi mu skroić garnitur, który będzie na nim świetnie leżał już od pierwszej przymiarki. Na tym w istocie polega problem naukowego poglądu na rzeczywistość.

Nauka jest rodzajem uświetnionej roboty krawieckiej, metodą brania pomiarów z czegoś, z rzeczywistości, której można wcale nie rozumieć. Nauka jest najwyższym dobrem. Z pewnością przyniosła nam wielkie dobrodziejstwa. Byłoby szaleństwem się od niej odwrócić albo zanegować jej osiągnięcia. Równym szaleństwem byłoby sądzić, że rzeczywistość ma wymiary numer 44. A jednak wydaje się, że tak właśnie sądzi zachodnia społeczność.

Przez czterysta lat nauka odnosiła takie sukcesy, że wreszcie krawiec zdominował mentalność społeczną. Jego wiedza wydaje się bardziej ścisła i doniosła niż wiedza oferowana przez inne dyscypliny, jak historia, psychologia bądź sztuka. I w końcu stajemy wobec takich wytworów nauki z mdlącym poczuciem pustki. Podejrzewamy, że w rzeczywistości jest coś więcej, niż mogą nam to objawić nawet najdokładniejsze pomiary.

Ale powróćmy do poprzedniego zagadnienia: opisu George’a. Kiedy bierzemy pod uwagę cokolwiek innego niż jego wymiary, stwierdzamy, że niezwykle trudno wyrazić jakikolwiek sąd o George’u, któremu nie można by było natychmiast przeciwstawić innego, równie prawdziwego.

Możemy zatrzymać się dłużej przy tym zagadnieniu i dalej poszukiwać niepodważalnych sądów o George’u. Ale w końcu, po wielu niepowodzeniach, zaczniemy podejrzewać, że to zadanie w żaden sposób nie może nam się udać. Rzeczywista prawda o George’u wciąż będzie się nam wymykać. Cokolwiek powiemy, to będzie nie to.

W tej sprawie słowa kogoś, kto powiedział: „Nie jest w mocy słów określić istnienie”, nie brzmią już tak ezoterycznie. Wydaje się, że właśnie sami doszliśmy do takiego wniosku. Jest to stwierdzenie Lao-cy [autor Tao Te Ching, Księga Drogi i Cnoty], chińskiego mistycznego myśliciela sprzed dwudziestu pięciu wieków. Lao-cy uparcie to powtarzał:

Istnienie jest nieskończone i nie daje się określić”.

Ale jeżeli tak właśnie jest – jeżeli rzeczywistość będzie się zawsze wymykać wszelkim określeniom, tak jak wymyka się George – to co możemy zrobić?

Nie potrzeba wybiegać na dwór,
By coś lepiej zobaczyć,
Ani wyglądać oknem. Schroń się raczej
W głąb siebie.
Bo im dalej od siebie odejdziesz, tym mniej się dowiesz.

Lao-cy tłumaczy tutaj, że należy się zwrócić ku własnemu wnętrzu, ku własnemu wewnętrznemu poczuciu rzeczywistości, zamiast szukać jej na zewnątrz. Mogłoby się wydawać, że słowa te zawierają krytykę akademickiego wykształcenia, i istotnie gdzie indziej mówi już o tym otwarcie:

Porzuć te wszystkie wspaniałe nauki!
Skończ z nudziarstwem Przytakiwania temu, a może owemu.
Jakże mało znaczą różnice między nimi.
To jest na pewno tym, a tamto na pewno owym.
I jakiż z tego, choćby znikomy, pożytek?

Lao-cy głosi wiele podobnych twierdzeń, które zdają się sprzeciwiać szkolnemu wykształceniu, a nawet w ogóle wiedzy. Dlaczego tak sądzi?

Ludzie, uważając coś za piękne,
Sądzą, Że coś innego piękne nie jest.
Uważając, że ktoś jest sprawny,
Osądzają, że kto inny nie jest sprawny.
Życie i śmierć, choć jedno się rodzi z drugiego,
Wydają się w sporze jako stadia zmiany,
Łatwe i trudne jako fazy dokonań,
Długie i krótkie jako miary przeciwieństw,
Wzniosłe i niskie jako stopnie odniesień.
Ale skoro zmienność tonów nadaje głos muzyce
I temu, co jest, co było i będzie,
Najzdrowszy na umyśle człowiek
Nie podejmuje żadnych działań,
Nie obala żadnych praw.
Wszystko, co mu się przydarza, przyjmuje takie, jakie jest..

Lao-cy mówi w istocie tyle: nie wyróżniajcie jakichś szczególnych cech, bo każde takie wyróżnienie wywołuje jednocześnie swoje przeciwieństwo, a w wielu przypadkach ta gra przeciwieństw stanowi tak nierozerwalną całość, jak zmienność tonów stanowi muzykę. Mówi też: nigdy nie osiągnięcie jasnego oglądu świata, jeżeli będziecie go postrzegać poprzez rozróżnienia..

Najlepszą próbą, czy człowiek jest mądry
Jest to, czy przyjmuje życie w całości takim, jakie jest
Nie musząc go wymierzać ni badać dotykiem
By pojąć bezmierność nietykalnego źródła Jego obrazów..

Postawa Lao-cy ukazuje, jak można poradzić sobie z faktem, że cokolwiek powiemy o rzeczywistości, jest nieuchronnie fałszywe albo niepełne. Lao-cy powiada, że powinniśmy życie przyjmować w całości takim, jakie jest, nie musząc go rozumieć.

Postawa taka jest w pewnym sensie irracjonalna, a już z całą pewnością antyintelektualna. Ale ukazuje wyraźnie nakreśloną perspektywę. Choć nie każdemu może ona przypaść do gustu, musimy jednak uznać, że jest to prawdziwe rozwiązanie prawdziwego problemu.

Swego czasu Jacob Bronowski usiłował przekonać swoich słuchaczy, w większości o humanistycznym wykształceniu, by zwrócili większą uwagę na nauki ścisłe, wykazując im związki tych nauk z humanistyką. Trzydzieści lat później sytuacja się odwróciła. Teraz, jak mi się zdaje, trzeba przypominać naukowcom o podobieństwach, jakie zachodzą między ich działalnością a działalnością innych ludzi, a w szczególności wymaga przypomnienia fakt, że racjonalna redukcjonistyczna metoda naukowa nie jest jedyną drogą wiodącą do odkrycia użytecznej prawdy.

Uważam wiarę w jedyność tej metody za najcięższy przesąd panujący wśród znanych mi naukowców. Mój przyjaciel Marvin Minsky w swojej świeżo wydanej książce pisze w niezmiernie krytycznych słowach o stanach mistycznych: uznaje te stany za „zgubne” i mówi o „ofiarach podobnych przypadków”:

Pewność można tu osiągnąć jedynie odcinając się od badań.. Godzić się na dopuszczenie paradoksu, to jakby nachylić się nad przepaścią. Możecie się przekonać, jak łatwo w nią wpaść, a potem nie móc się z niej wydostać. Skoro dopuszcza się sprzeczność, tylko niewiele umysłów potrafi odeprzeć takie urągające zdrowemu rozsądkowi slogany jak ten, że »wszystko jest jednością«„ (19).

Jeszcze dosadniej Stephen Hawking mówi o mistycyzmie, że jest on „kryjówką. Jeśli fizyka teoretyczna i matematyka są dla ciebie za trudne, szukasz ucieczki w mistycyzmie” (20).

Takie stwierdzenia, z grubsza biorąc, są zgodne ze zdaniem Asimova, że ucieczka w intuicję jest dobra dla tych, którzy stracili cierpliwość. Hawking posuwa się dalej, sugerując, że mistycyzm jest dobry dla tych, którzy nie są dostatecznie inteligentni, by zajmować się fizyką. Nie zgadzam się z tym stanowiskiem.

Może najłatwiej mi będzie wyrazić swoje zastrzeżenia, stwierdzając, że w samej fizyce nie znajduję dostatecznych podstaw do wytłumaczenia zachowań fizyków. Skąd się bierze wiara fizyków w jej spójność, w jej jednorodność? Ta wiara jest tak silna, że ludzie poświęcają życie, by dowieść jej prawdy. Ale przecież tego nie widać. To, co przed sobą widzimy, przedstawia najwyraźniej świat niejednorodnych przedmiotów i bezładnych wydarzeń.

Szukamy tkwiącej u ich podłoża jedności i ją znajdujemy. Nawet jeśli się zgodzimy, że naukowe postrzeganie jedności nie jest takie samo jak mistyczne postrzeganie jedności, i tak pozostaje pytanie: co zmusza naukowca do poszukiwania jedności? Czy chodzi tu o ujęcie świata w formuły matematyczne?

A czyż jakikolwiek trzeźwo myślący naukowiec wierzy, że wystarcza mu to czysto formalistyczne zainteresowanie, by go skłaniać do długoletniej pracy po wiele godzin dziennie? Czy nauka stanowi tak totalny system wzajemnych odniesień, że jedyną siłą napędową jego trudów jest chęć ustalenia wewnętrznych związków między teoriami? Ja sądzę, że nie.

Przypuszczam, że siłą, która zmusza naukowców do tak wytężonej pracy, jest poczucie, że nasz świat – rzeczywistość – skrywa w sobie pewien ład, a naukowiec usiłuje wydobyć ten ład na światło dzienne. Przymus wewnętrzny, pod jakim działa naukowiec, jest taki sam jak przymus wewnętrzny mistyka. Każe mu on zgłębiać do dna sprawy, badać, jak istotnie funkcjonuje świat, poznawać naturę rzeczywistości.

Pewien fizyk, laureat Nagrody Nobla, napisał:

Chciałem nauczyć się rysować z bardzo osobistej przyczyny: pragnąłem wyrazić swój zachwyt pięknem tego świata. A zachwyt trudno opisać, bo to jest uczucie.

Jest to podobne do uniesienia religijnego, kiedy się czuje, że ma się oto do czynienia z bóstwem, które panuje nad wszystkim w całym wszechświecie. Kiedy się pomyśli, że sprawy, które wydają się tak różne i które toczą się tak różnie, są kierowane „zza kulis” przez tę samą organizację, według tego samego prawa fizycznego, czuje się tchnienie wszechogarniającego porządku.

Jest w tym zachwyt matematycznym pięknem natury i sposobem jej funkcjonowania: uświadomienie sobie, że zjawiska, jakie oglądamy, wynikają ze złożonej interakcji atomów; poczucie, że to jest wspaniałe i pełne dramatycznego napięcia. Sądziłem, że owo uczucie nabożnej czci – czci naukowej – mógłbym przekazać za pomocą rysunku komuś, kto ma podobne przeżycia. Mogłoby to mu przypomnieć choć na chwilę o wspaniałości wszechświata.” (21)

Niektórzy z was mogą rozpoznać w autorze tych słów Richarda Feynmana, wybitnego członka Cal Techu. Przytaczam ten ustęp, gdyż, jak mi się zdaje, przedstawia on dokładnie taki sam wnikliwy jednolity wgląd wewnętrzny w istotę natury, jaki obrzucają oszczerstwami inni naukowcy. A także dlatego, że to stwierdzenie ów najbardziej godny zaufania i daleki od wszelkiej małostkowości autor obwarowuje pewnymi ograniczeniami.

Feynman mówi, że jego uczucia są „podobne do uniesienia religijnego”. Docenia jedynie „matematyczne piękno” natury. A nabożna cześć jest czcią „naukową”, tak jakby cześć naukowa różniła się czymkolwiek od zwykłej czci. Wydaje mi się to dziwnie ostrożnym wyrazem tego, co jak sądzę, jest niemal powszechnym ludzkim uczuciem.

A skoro mowa o artystycznej karierze Feynmana, warto wspomnieć tu o jednym z jego odkryć, którego dokonał później. W jakiś czas potem, kiedy zaczął rysować, zwiedzał Kaplicę Sykstyńską. Zostawił w hotelu przewodnik, więc tylko obchodził wnętrze kaplicy i przyglądał się obrazom. Uznał, że niektóre z tych malowideł są świetne, a inne, jak się wyraził, „to szmelc”. Wróciwszy do hotelu, sprawdził, że jego sądy były zgodne z ocenami wyrażonymi w przewodniku.

Było to dla mnie wielkim przeżyciem, że ja także umiem odnaleźć różnicę między wielkim dziełem sztuki a takim, które nim nie jest, choć nie potrafię jej określić. Jako naukowiec zawsze sądziłem, że dobrze wiem, co robię, więc miałem skłonność do patrzenia z góry na artystę, który mówi: „To wspaniałe” albo „To kiepskie”, a potem nie potrafi wyjaśnić dlaczego.. Ale teraz sam w to wpadłem. Teraz ja także mogłem zrobić to samo!” (22)

Dlaczego mówi, że wpadł? O co tu właściwie chodzi? W swoich wspomnieniach Feynman raczej krótko zbywa inne niż fizyka dziedziny ludzkiej działalności. Jest człowiekiem poddanym rygorom myślenia matematycznego i nie przejawia większego zainteresowania filozofią, historią sztuki czy psychologią. Są to dziedziny, które nie mają dla niego znaczenia; ci zaś, którzy je uprawiają, „nie wiedzą, o czym mówią”.

A jednak w Kaplicy Sykstyńskiej przeżył coś, co podważa jego dotychczasowe pojęcie o tych dziedzinach. Po prostu, sam uprawiając sztukę, zdobył umiejętność oceny innych dzieł, zgodnej z uznanymi opiniami zapisanymi w historii sztuki. Feynman nie omawia szerzej tego godnego uwagi incydentu, choć najwyraźniej byłoby tu coś więcej do powiedzenia.

Po pierwsze, z jego doświadczenia można wnioskować, że choć sam nie próbował sobie jasno uświadomić kryteriów swoich ocen, te kryteria istnieją. Muszą istnieć, gdyż inaczej by nie znalazł potwierdzenia swoich opinii w przewodniku.

Po drugie, te kryteria nie są arbitralnym wymysłem kręgów akademickich, skoro Feynman mógł je zastosować tylko dzięki własnemu doświadczeniu artystycznemu, które zdobył rysując. Kryteria, jakimi posługuje się historia sztuki, mają w istocie coś wspólnego z samym tworzeniem sztuki.

W historii sztuki także obowiązuje pewien rygor, czego dowiódł Feynman, dochodząc na własną rękę do wspólnych z nią wniosków. Jest to rygor inny niż ten, który obowiązuje w matematyce, niemniej także jest rygorem. Kiedy taki artysta jak Jasper Johns mówi: „Ja po prostu próbuję znaleźć jakiś sposób na to, żeby robić obrazy” (23), ma na myśli dokładnie to samo co fizyk, który mówi: „Ja po prostu szukam sposobu, jak uprawiać fizykę”.

Podobnie jak naukowiec, artysta także musi korzystać z dorobku swoich poprzedników. Artystę, tak jak naukowca, może onieśmielać ich dzieło.

Więc kiedy naukowiec pogardliwie odnosi się do sztuki jako do bezładnej dziedziny, w której „wszystko uchodzi”, oznacza to, że nie rozumie, na czym polega twórczość artystyczna. Nie wie, co odrzuca. Naukowiec ma tylko wyobrażenie o tym, czym jest tworzenie sztuki, a to wyobrażenie jest fałszywe. Jest stereotypowe i niezgodne ze stanem faktycznym.

Zasięg niewiedzy naukowców o prawdziwej działalności nie-naukowców sięga chyba szczytu, kiedy się zabierają do rozważań o stanach medytacyjnych, o odmiennych stanach świadomości albo o sporach dotyczących zjawisk metapsychicznych.

Jeśli się samemu tego nigdy bezpośrednio nie doświadczyło, można oczywiście uznać opisy tych stanów za czyste dziwactwo, dlatego tylko, że te doświadczenia różnią się od doświadczeń zwykłej świadomości. Ale nie ma w nich nic tajemniczego, a już z pewnością nic złowrogiego. Są po prostu inne. To inny rodzaj świadomości.

Spotkałem się w moim życiu z pewnym geniuszem komputerowym i przyglądając się mu nie umiałem pojąć, jak on to robi. Musiałem po prostu, sprawdziwszy go parę razy, pogodzić się z tym, że to potrafi. Znałem pewnego reżysera filmowego z fotograficzną pamięcią, ale był raczej nudny, bo na każdym kroku wygłaszał wykłady omawiające wszelkie tematy w najdrobniejszych szczegółach. Nauczyłem się przy tym, żeby się z nim nie spierać na temat najbłahszego nawet faktu, bo zawsze miał rację. Ale także nie mogłem pojąć, jak on to robi.

Mam podobne wrażenia, kiedy się stykam z ludźmi o zdolnościach metapsychicznych. Mogą zrobić coś, czego ja nie mogę. Dla nich taka zdolność jest czymś powszednim i ma swoje dobre i złe strony. Często słyszałem, jak sceptycy mówią, że gdyby było coś z prawdy w doznaniach metapsychicznych, to ludzie o takich uzdolnieniach powinni grać na giełdzie albo obstawiać konie na wyścigach. O ile mi wiadomo, wielu z nich to robi.

Uprawiają też niekiedy po kryjomu swoją działalność jako doradcy wielkich korporacji i świata biznesu. Ludzie wstydzą się do tego przyznać, ale tak jest, można się było tego spodziewać. I przypomnę wam w tym miejscu, gdzie przede wszystkim możecie stwierdzić istnienie tak zwanych zdolności metapsychicznych. Znów zacytuję rozsądnego doktora Bronowskiego:

„W nauce, przepowiadanie jest procesem świadomym i racjonalnym. Ale nie jest to jedyny sposób przewidywania przyszłości u ludzkich istot. Ludzie miewają trafne przeczucia, których niekiedy nie można uzasadnić w racjonalny sposób, a niektóre z nich w ogóle się wymykają takiej analizie.

Za przykład może tu służyć fakt, że większość ludzi odgaduje zakrytą kartę lepiej, a niektórzy znacznie lepiej niż maszyna działająca na zasadzie losowej. Nie powinno to nikogo dziwić. Z pewnością ewolucja dokonała na nas swego doboru, gdyż jesteśmy hojniej wyposażeni w dar przewidywania niż inne zwierzęta.

Tym darem jest racjonalna inteligencja, która jest czymś wspaniałym i w gruncie rzeczy niewyjaśnionym. A kiedy racjonalna inteligencja obraca się ku przyszłości i rzutuje wnioski z minionych doświadczeń na nieznane jutro, to proces ten jest.. wielką tajemnicą” (24).

Powracając do punktu wyjścia, muszę dodać, że doznawanie owych innych form świadomości wydaje mi się dość zwyczajnym, nawet powszednim doświadczeniem. Te odmienne formy świadomości – osiągane dzięki wrodzonym zdolnościom czy na drodze ćwiczeń – prowadzą do nowego rodzaju poznania, innego postrzegania ładu leżącego u podstaw tego świata.

Nie jest to postrzeganie dające się ująć w formuły matematyczne, jest jednak postrzeganiem. Zanim się je odrzuci jako oszustwo i urojenia, warto by było, jak się zdaje, doświadczyć ich bezpośrednio. Jeżeli nie chcecie zapoznać się z nimi bezpośrednio, narażacie się na zarzut, że odrzucacie coś, czego nie rozumiecie. A tym samym zubożacie własne doznania rzeczywistości. Gdyż, jak powiedziałem, naukowe postrzeganie rzeczywistości samo nie jest rzeczywistością.

Nawet najpowszechniejsze i najbardziej niepodważalne naukowe prawo nie jest pełnym opisem rzeczywistości. Zawsze pozostaje coś jeszcze do poznania. Myślę, że ważne jest, by sobie to w pełni uświadomić. Feynman, dla którego jestem pełen podziwu, mówi o ludziach niebędących naukowcami, że „nie rozumieją świata, w którym żyją”. To chyba jego ulubione powiedzenie; powtarzał je często w czasie śledztwa po katastrofie wahadłowca.

Ale powiedzmy sobie jasno: nikt nie rozumie świata, w którym żyje. Ani wy, ani ja, ani Richard Feynman. Każdy z nas może rozumieć jakiś jego ułamek, jakiś aspekt całości, ale rzeczywistość w całej swojej pełni, w całym swoim zakresie, wymyka się wszelkim opisom. A jeżeli inne sposoby poznania są duchowe, subiektywne i z natury rzeczy nie podlegają weryfikacji, nie musi to koniecznie oznaczać, że są mniej interesujące i mniej użyteczne.

Ludzie, którzy uważają liczby za obce swojej naturze, nie stanowią jedynie marginesu tego świata, nie są grupą wyzutych z praw, pogardzanych ignorantów nieumiejących rozwiązać równania różniczkowego, a zatem niemających dostępu do uzyskanych na podstawie matematyki prawd. Bo sama wiedza ścisła to jeszcze za mało.

Prawdziwy naukowiec z krwi i kości, postawiony w obliczu ludzi wyznających kreacjonizm i wierzących w autentyczność zjawisk metapsychicznych, czuje się zmieszany. Uważa, że piękno i złożoność świata rzucają wyzwanie jego racjonalnej myśli, która potrafi im sprostać. Dlaczego – pyta ze zdziwieniem – innym nie odpowiada jego wizja świata?

Dlaczego sama wiedza ścisła to jeszcze za mało? Najprostsza odpowiedź brzmi tak: chociaż nauka jest procedurą badawczą o przeogromnym zasięgu i mocy, nie mówi nam o tym, co naprawdę chcemy wiedzieć. Wyraził to prosto Max Planck:

Skąd przychodzę i dokąd zmierzam? To wielkie, niezgłębione pytanie, które sobie stawia każdy z nas. Nauka nie zna na nie odpowiedzi”.

A to dlatego, że nauka nie może odpowiedzieć na pytanie, dlaczego coś się dzieje. Znów się powołam na Feynmana, który w popularnym wykładzie o elektrodynamice kwantowej mówi:

Chociaż wam opisuję, jak działa natura, nie zrozumiecie, dlaczego tak działa. Ale, widzicie, nikt tego nie rozumie. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego natura zachowuje się w tak osobliwy sposób” (25).

To prawda, lecz wypowiedź ta pomija fakt, że chociaż wiedza o tym, jak działają rzeczy, wystarcza, by manipulować naturą, ludzie naprawdę chcą wiedzieć, dlaczego rzeczy tak działają. Dzieci nie pytają, jak to się dzieje, że niebo jest błękitne, pytają, dlaczego jest błękitne.

Feynman powiedziałby zapewne, że to pytanie jest bez znaczenia. I istotnie nie ma na nie miejsca w kontekście współczesnej myśli naukowej. Ale nie jest bynajmniej oczywiste samo przez się, że taki stan rzeczy będzie trwał wiecznie. Fizyk John Bell zauważa:

Ojcowie założyciele mechaniki kwantowej szczycili się tym, że zaniechali myśli o wyjaśnianiu. Byli dumni z tego, że zajmują się jedynie zjawiskami. Odżegnywali się od spojrzenia poza te zjawiska, uważając, że to jest cena, jaką trzeba zapłacić za korzystny kontrakt z naturą.

I jest faktem historycznym, że ci, którzy wobec realnego świata na poziomie mikroskopowym przyjęli postawę agnostyczną, odnosili wielkie sukcesy. Swego czasu było to postępowanie słuszne. Ale nie sądzę, by miało tak być zawsze” (26).

Pewien matematyk jednak zauważa:

Fizycy niemal nigdy nie stawiają sobie pytania: dlaczego? Cały nacisk kładąc na pytanie: jak? Metafizykę kosmosu wyrażają abstrakcyjne formuły matematyczne, w których się absolutnie nie mieszczą pojęcia przyczyny i celu. Rzeczywistość współczesnej kosmologii jest rzeczywistością matematyczną” (27).

Cóż, rzeczywistość matematyczna jest z natury rzeczy arbitralna. Werner Heisenberg zauważa:

Nie możemy w żadnym normalnym języku tak opisać zjawisk atomowych, by uniknąć dwuznaczności. Przedwcześnie byłoby jednak obstawać przy tym, że unikniemy tej trudności, ograniczając się jedynie do posłużenia się językiem matematyki.

Nie jest to prawdziwe wyjście z sytuacji, skoro nie wiemy, w jakiej mierze język matematyki da się zastosować do tych zjawisk W ostateczności nawet nauka musi się uciekać do zwykłego języka, ponieważ tylko on daje nam pewność, że istotnie pojęliśmy te zjawiska” (28).

A za postrzeganie wszechświata jako bezcelowego płaci się swoją cenę. Współczesna nauka uważa model matematyczny za triumf rozumu. Hannah Arendt zauważa jednak:

Naszą współczesność, zdominowaną przez technikę, charakteryzuje fakt, że rozum, jako dana nam władza samodzielnego dochodzenia do prawdy na drodze myślowej, zaginął i zastąpiła go bezstronna [technologia], czynnie zaangażowana w wytwarzanie abstrakcyjnych teorii matematycznych i w poszukiwanie ich odpowiedników w fizyce” (29).

Nie widzę nic złego w matematycznym postrzeganiu świata, póki się nie pozwala, by taka perspektywa miała się stać dominująca. Bo jako ludzkie istoty, żyjące własnym życiem, podejmujące decyzje za siebie i za społeczeństwo, musimy odnaleźć sens tego świata. A ten sens musi się opierać na szerokiej podstawie. Pewien matematyk mówi tak:

Jestem świadom, z ilu czynników składa się ów sens… miłość i język, mit, racjonalna myśl i nieracjonalny instynkt, ludzkie instytucje, prawo, historia, rytuał, wiara religijna, mistyka, transcendencja, alegoryczność, poczucie estetyczne, zabawa, widzenie świata jako zagadki, widzenie świata jako sceny, kontemplacja życia i śmierci, przymusy narzucone przez fizykę i biologię, to i setki innych spraw, wiodą nas do zrozumienia sensu świata” (30).

Może dlatego Einstein powiedział kiedyś:

Ludzkość ma wszelkie powody, by wyżej cenić głosicieli moralnego ładu i wartości niż odkrywców obiektywnej prawdy. To, co ludzkość zawdzięcza takim postaciom jak Budda, Mojżesz i Jezus, znaczy dla mnie znacznie więcej niż wszystkie osiągnięcia badawczej i konstruktywnej myśli.

W gruncie rzeczy wnikliwość mistyka jest nam potrzebna dokładnie tak samo jak wnikliwość naukowca. Jeżeli braknie jednej z nich, ludzkość będzie zubożona. Carl Gustaw Jung powiedział:

Natura psyche sięga w nieznane dziedziny daleko poza zakres naszego rozumienia. Zawiera ona tyle zagadek, ile cały kosmos ze swoim układem galaktyk, wobec którego majestatycznej konfiguracji jedynie umysł pozbawiony wyobraźni może nie uznać własnej bezradności.

Dlatego, jeżeli z potrzeby serca albo w zgodzie z dawnymi pouczeniami ludzkiej mądrości, albo z uznania psychologicznego faktu, że zjawiska telepatii w istocie zachodzą, ktoś wyciąga wniosek, że psyche w swoich najgłębszych pokładach uczestniczy w formach istnienia poza czasem i przestrzenią, wtedy krytyczny rozum może to odeprzeć tylko jednym argumentem, że nic z tego nie wynika dla nauki.

Co więcej, ten ktoś będzie miał nieocenioną przewagę, bo idzie za istniejącą od niepamiętnych czasów i powszechną skłonnością ludzkiej duszy. Każdy, kto nie wyciąga takiego wniosku, czy to z powodu sceptycyzmu, czy braku odwagi, czy niewłaściwego psychologicznego doświadczenia, czy z bezmyślnej ignorancji, niewątpliwie może być pewien, że wchodzi w konflikt z wrodzonymi prawdami.

A odstąpienie od takich wrodzonych prawd rodzi neurotyczny niepokój. Niepokój rodzi poczucie bezsensu życia, a poczucie bezsensu życia jest chorobą duszy, której pełnego zasięgu i pełnego znaczenia nasz wiek jeszcze nawet nie zaczął pojmować” (31).

Bardzo państwu dziękuję. Takie było moje przemówienie dla sceptyków w Pasadenie. Ale nigdy mnie nie zaproszono na ten odczyt, nigdy więc go nie wygłosiłem.”

Autor: Michael Crichton
Fragment: Wędrówki
Źródło: http://www.ktopyta.pl/sceptycyzm-i-pseudoracjonalizm-michael-crichton-o-bezposrednim-doswiadczaniu/

Reklamy

8 odpowiedzi »

  1. Kefir no to się w końcu zdecyduj czy kanały ttdkn i neuropa zostały zalożone przez platnych trolli udających racjonalistów czy też przez racjonalistów opłacanych przez rządy bo ciągle mieszasz raz twierdzisz tak a raz tak.

    Polubienie

Skomentuj artykuł:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s