Bareizmy

Oligarchia kościelna i oligarchia lewacka wspólnie budują drapieżny kapitalizm (neoliberalizm)


Oligarchia kościelna i oligarchia lewacka wspólnie budują drapieżny kapitalizm (neoliberalizm)

kapitalizm i wyzyskArtykuł z portalu Nowy Obywatel o tym, jak dwa pozornie skłócone środowiska, wspólnie budują jeden i ten sam system. Czyli drapieżny, korporacyjny kapitalizm (neoliberalizm). Zasady rządzące tym systemem są bardzo proste do wyjaśnienia. A są proste, ponieważ systemy tworzone przez ludzi (np kapitalizm) to odwzorowanie tego, co jest w naturze. W kapitalizmie jest 1% elity, która ma zdecydowaną większość bogactw, 10% tych którzy żyją jako tako, a reszta nie ma nic lub prawie nic.

Pomimo tego, że mamy w Polsce wiele różnych opcji światopoglądowych prezentowanych przez gadające głowy w TV, to są tematy, co do których te wszystkie środowiska są zgodne. Nie negowany jest fakt istnienia kapitalizmu i „demokracji telewizyjnej” jako jedynych systemów, co do których nie ma alternatyw. Mówi się, że mają one swoje wady, ale nic lepszego nie wymyślono.

Podobnie jest z ulgami podatkowymi dla zagranicznych korporacji – nikt nie chce ich znieść. Ciągle powtarzane jest do znudzenia neoliberalne kłamstwo o kosztach pracy w Polsce, dzięki którym przedsiębiorca nie może zapłacić więcej niż 800 zł na czarno (takie są realne pensje w Polsce). Tymczasem koszta pracy są jednymi z najniższych w Europie. Korwiniści, liberałowie, przedsiębiorcy – kłamią, zresztą kłamstwo jest wpisane w ich zawodowy rozwój. Powoli stajemy się zasobnikiem niewolniczej siły roboczej, bo Chiny rezygnują z tego modelu.

Wstęp: Jarek Kefir

Proszę o rozpowszechnienie tego materiału!

____________________________________________________________

Cytuję: „Dorota Wellman, znana dziennikarka telewizji śniadaniowej, ciepło uśmiecha się do widzów z ekranów telewizorów. Jakiś czas temu została Króliczkiem Playboya i na tę okoliczność udzieliła pismu wywiadu. Tomasz Golonko z portalu natemat.pl rzecz opisuje następująco: „Prezenterka na sesję w negliżu co prawda się nie zgodziła, natomiast odkryła to, co naprawdę jest sexy – myśli. O czym konkretnie? W wywiadzie dla miesięcznika ocenia kobiety polskiej polityki i nie kryje rozczarowania ich postawą.” Co rozczarowuje panią z telewizji i co czyni ją tak seksowną w oczach dziennikarza z portalu Tomasza Lisa? Oddajmy głos jej samej: „Pani Kopacz nie jest potrzebna żadna „Viva” ani żadna „Gala”. Nie jest jej potrzebny także wywiad w telewizji, w którym opowiada o bolących nogach na wysokich obcasach, ani o tym, że robi brzuszki. Powinna powiedzieć co zrobi z górnikami i co zrobi z roszczeniami, które będą narastać. I albo będzie panią Thatcher, albo zakopiemy panią Kopacz w pamięci historycznej.”

Jestem pełen podziwu. Seksowna na umyśle Dorota Wellman i słowami potrafi się bawić, i wykazać należytą klasową czujność w sprawie cholernych roszczeniowców. Do tego wzruszająca, nieugaszona nostalgia za Margaret Thatcher, które to uczucie kojarzymy na ogół ze środowiskami okołoprawicowych wyznawców ideologii wolnego rynku. A przecież mogło być jeszcze dowcipniej. Widz oglądający telewizję przy porannych kiełkach lub kanapce z paprykarzem szczecińskim, przy kawie instant z dużą ilością cykorii za dziesięć złotych z dyskontu lub popijający herbatę, której kilka gramów kosztuje kilkadziesiąt złotych, mógłby np. usłyszeć, że premier Kopacz powinna zakopać górników. Dajmy na to – w sztolniach.

No ale dziś nasz system nie jest już aż tak bezwzględny. Nie musi. Ewentualnie postraszy Śląsk policyjnymi lufami. Nie są to jednak lufy czołgów. Poza tym ostateczny argument władzy i kapitału wobec większości Polaków od dobrej dekady brzmi „wegetuj albo emigruj”. Na pożegnanie serdecznie się do opuszczających kraj uśmiechnie jakaś pani Dorota z telewizji, której wewnętrzne ciepło aż bije po oczach. Każdy system bije na swój sposób. Kłopot w tym, że jeśli nawet wyjedziesz na zmywak, z obrzydzeniem myśląc o takich funkcjonariuszach mediów jak pani Wellman, to niewykluczone że stamtąd będziesz kibicował Korwinowi, czyli wizji „naprawdę wolnego rynku”. Tak przesiąkłeś tutejszą atmosferą.

Na marginesie: jak to nie mieliśmy polskiej Margaret Thatcher? Mieliśmy. Polska Thatcher nazywała się Jerzy Buzek. Jego rząd przejechał się po Polsce walcem tzw. reform na tyle skutecznie, że wywołał pierwszą w okresie postkomunistycznym dużą falę emigracji. Prawda – nie trzeba było rozganiać związkowców, bo znaczą ich część, tę solidarnościową, pan premier miał za sobą. A i duża część wyborców nie posiadała się z radości, że wreszcie rządzą dobrzy, „nasi”, sól umęczonej ziemi – prawica. „Buzkiści” walcowali społeczeństwo czterema reformami, a znaczna część wyborców klaskała w patriotycznie napuchłe łapki i witała walec kwiatami, oczekując na prawy liberalizm z ludzką twarzą. Jeśli jeszcze gdzieś żyją ludzie, którzy wtedy głosowali na Akcję Wyborczą „Solidarność”, a nieco później musieli racjonalizować swój wybór, przyglądając się opłakanym skutkom polityki społeczno-gospodarczej, edukacyjnej i zdrowotnej owej nieszczęsnej ekipy, to niestety szczerze im nie współczuję.

Weźmy inny przykład: o. Adam Szustak, wzięty kaznodzieja. Cieszy się popularnością nie tylko w kręgach bogatych i bogobojnych. Miałem ostatnio okazję wysłuchać w Internecie pogadanki o. Szustaka OP zatytułowanej „Nie posyłajcie dzieci do szkoły”. Tych dziewięć minut wartych jest odsłuchania (materiał dostępny tutaj).

O czym mówi dominikanin? Że edukacja publiczna i powszechny obowiązek szkolny to zło, że genialni samoucy nie potrzebowali szkoły, że najlepszy jest homeschooling (edukacja domowa), a kształcenie ogólne to marny pomysł, bo najlepsza jest (wąska) specjalizacja. W pogadance przemieszane są tezy schlebiające gustom i przekonaniom sporej części dzisiejszej prawicy, które wyrażają się w krytyce państwa, z wątkami wartościowymi, choćby takimi, że nie należy dziecka nadmiernie przeciążać nauką albo że znaczna część dzisiejszej wyższej edukacji jest wyższa tylko z pozoru i nie gwarantuje żadnego realnego przełożenia na dalszą karierę zawodową.

Dziewięć minut dominikańskiej demagogii wymaga co najmniej dziewięćdziesięciu minut sprostowań, wzięcia pod lupę każdego ze zdań, wypowiadanych wartko i z wielką pewnością siebie. Szczególnie bogatym i bogobojnym łatwo dziś przychodzi deprecjonowanie szkół publicznych (ach, ta cudowna AWS-owska reforma szkolnictwa!), bo bez trudu znajdują dla swoich dzieci furtkę w postaci homeschoolingu i szkół prywatnych. Słowem, uciekają oni przed tym, co w edukacji upichcił rząd, jaki wielu z nich popierało. Rzecz jasna, aktualny stan rzeczy jest daleki od doskonałości i wymaga krytyki, ale na ogół proponuje się nam zastąpienie dżumy cholerą. Rzadko kiedy krytyka idzie w parze z refleksją, że potrzebujemy choćby więcej szkół na prowincji o wyższym poziomie – dla zwykłych dzieci ze zwykłych rodzin. Niestety, póki co media donoszą o tym, że samorządy przymierzają się do zamknięcia kolejnych dwustu wiejskich szkół w skali kraju.

Szustak nie musi oczywiście niczego wiedzieć o systemie szkolnictwa publicznego w Finlandii, albo o tym, że instytucjonalną siłę zachodnich państw buduje ich wyższe szkolnictwo, bo nie ma własnego kapitału ekonomicznego bez własnego kapitału kulturowego. Nie musi nic wiedzieć o tym, że szkolnictwo wymaga np. dobrego skoordynowania z transportem publicznym. Nie musi nic wiedzieć o tym, że realny kapitał kulturowy, żeby był udziałem znacznej części społeczeństwa mniej bogatego i mniej bogobojnego (czyli znakomitej większości Polaków), wymaga właśnie dobrej, powszechnej edukacji, a nie zamykania kolejnych szkół. Nie musi wiedzieć, że receptą na obecną sytuację nie jest elitaryzm homeschoolingu oraz szkół dla bogatych i bogobojnych, ale systemowa reforma istniejących instytucji i struktur, która zapobiegnie z jednej strony coraz bardziej przepełnionym klasom, a z drugiej rosnącemu rozwarstwieniu edukacyjnemu. Nie musi też wiedzieć, że nauczyciele są coraz bardziej urabiani przez wskaźniki i parametryzację, bo kult wydajności już dawno panuje nie tylko w świecie gospodarki, ale i w szkolnictwie.

Kaznodzieja nie musi wreszcie wiedzieć o tym, że pewien zasób wiedzy poza wąską specjalizacją umożliwia lepszą znajomość świata, że wreszcie dziedzina, którą sam się zajmuje, czyli współczesna biblistyka, jest interdyscyplinarną syntezą bardzo wielu nauk humanistycznych, od lingwistyki, przez różne działy historii, po nauki społeczne. I nie mogłaby powstać, gdyby w Kościele poważnie traktowano paplaninę o. Szustaka o dobrodziejstwach wąskiej specjalizacji.

Zresztą, gdyby nawet się dowiedział i zmienił kiedyś zdanie, sporo straciłby zapewne na popularności w kręgach, które obsługuje. Dodam: nie mam nic przeciw jego ewangelizacyjnej działalności. Ale obskurantyzmowi w kaznodziejskich szatkach, który schlebia i „pobożnie” sankcjonuje wyłącznie interesy bogatych i bogobojnych – mam do zarzucenia wiele.

Ktoś zapyta: co łączy Dorotę Wellman i o. Adama Szustaka? Po pierwsze: współtworzą pstrokatą mozaikę ideologii sankcjonującej realny liberalizm. Ale jest jeszcze druga kwestia, która odnosi się nie tyle do nich, co do ich odbiorców. To „grzech wołający o pomstę do nieba”: bezmyślność karpi głosujących za przyspieszeniem Bożego Narodzenia. To problem bezmyślności czy może braku refleksji ludzi, którzy łykają te poglądy jak gęś szperkę i nie wiedzą, że przyklaskują dalszemu pogarszaniu własnej sytuacji życiowej. Ale najpierw uwaga ogólna. W dyskusjach ze zwolennikami współczesnej odmiany liberalizmu gospodarczego często słyszę pytanie: gdzie widzisz ten rzekomy kult wolnego rynku i liberalnych, coraz bardziej indywidualistycznych strategii przetrwania? Otóż dźwięki tej muzyki docierają do uszu przeciętnego Polaka z najróżniejszych stron. Sympatycznie uśmiechnięta Dorota Wellman opowiada o tym, że Polsce trzeba Margaret Thatcher. Ojciec Szustak przekonuje owieczki, że publiczna edukacja nadaje się tylko do zaorania: wynajmijcie nauczycieli dla swojego dziecka albo sami nauczcie się matematyki! – powiada. I tu kryje się potężne kłamstwo: owszem, bogaci rodzice wynajmą swoim dzieciom nauczycieli, ale biedniejsi rodzice nie nauczą się przecież masowo i matematyki, i dydaktyki.

Ta symfonia rozlega się zewsząd i sączy się do uszu Polaków, gdy ci jedzą śniadanko lub idą do kościoła. To tu, to tam, by zacytować barda, ktoś urabia masy wedle przekonań korzystnych dla bardzo wąskiego grona. Skutecznie urabia. A rodacy patrzą na państwo, jego degrengoladę i korupcję, doskwierają im jego braki i myślą sobie: no tak, to nie działa, oni pewnie mają rację. Przypomina to sytuację, w której małe ogłupione zwierzątko kręci się w kołowrotku, wytwarza prąd, i raz po raz dostaje silny bodziec elektryczny, motywujący do jeszcze szybszego zasuwania przed siebie, czyli donikąd. I znów: często jedyny sensowny skok poza logikę tego kieratu to emigracja. Uciekamy, zamiast się zbuntować i zacząć zmieniać to, co jest tutaj. Nie krytykuję emigrantów – stwierdzam fakt.

Pojawia się pytanie o możliwość zmiany. Nie powiem tu niczego niezwykłego. Człowiek jest istotą, której działanie zależy od myślenia. A sądzę, że duża część dzisiejszego bezmyślnego przyjmowania paplaniny reprezentantów uprzywilejowanej kasty wynika z faktu, że ludzie naprawdę nie znają alternatywy. Nie mają kontrargumentów wobec tez Wellman czy o. Szustaka. Nawet jeśli coś im się nie zgadza – milczą, bo nie wiedzą co odpowiedzieć, bo dla świętego spokoju nie chcą spotkać się z oskarżeniami o „socjalizm” czy „roszczeniowość”. Za to zawsze łatwo i przyjemnie włączyć się w szczucie i nagonkę na tych, co jeszcze potrafią się postawić. Lepiej od tego się biedapolakom nie zrobi – ale przynajmniej zyskują poczucie, że są po dobrej stronie. I chyba szczerze wierzą, że gdy zaklną przed telewizorem na górników, nauczycieli, rolników czy pielęgniarki, to zaczarują własny los „jedynie słusznymi” opiniami. Wielu zdaje się, że dzięki odpowiednim poglądom jak równy z równym zjedzą sobie poranną kanapkę z Dorotą Wellman i będą, podobnie jak ona, „seksownie” myśleli.

A czego potrzeba do zmiany? Szanowny prowincjuszu, szanowna prowincjuszko, szanowny młody wykształcony kredytowiczu z wielkiego miasta – podpowiem ci prostą rzecz. Zaopatrz się w argumenty, które pozwolą ci zaśmiać się w twarz funkcjonariuszom władzy i kapitału, i tym z telewizora, funkcjonariuszom oligarchii, i tym z przykościelnej salki, schlebiającym bogatym i bogobojnym. I tym z TVN, i tym obsługującym internetowe dyskusje. Skonfunduj ich własną wiedzą i argumentacją. Niech zrozumieją, że jedna głowa mniej jest ich własnością.

Kościół katolicki zna grzechy wołające o pomstę do nieba. O jednym z nich w polskim Kościele mówi się całkiem sporo: to grzech sodomski. Do tego dodajmy umyślne zabójstwo. Ale są dwa grzechy, które pewnie nieprędko staną się przedmiotem jakiejkolwiek kościelnej akcji billboardowej: to uciskanie ubogich, wdów i sierot oraz zatrzymywanie zapłaty pracownikom. A przecież ten ostatni grzech jest dziś polską normą i trudno mi uwierzyć, że duchowieństwo o nim nie wie. Prywatnie, zupełnie niekonfesyjnie dodam kolejny, wspomniany wyżej „grzech”, nasz dzisiejszy „grzech zaniechania” i bezmyślności: powszechne przyzwolenie na antyspołeczną propagandę, uprawianą kosztem tych, co mniej mogą i mniej mają. Czyli, najprawdopodobniej, także Waszym kosztem, szanowni czytelniczko i czytelniku.

Autor: Krzysztof Wołodźko
Źródło: Nowy Obywatel

Reklamy

3 odpowiedzi »

  1. … ,, jak dwa pozornie skłócone środowiska, wspólnie budują jeden i ten sam system” …

    Pozwoliłam sobie, Jarku, wyjąć wręcz żywcem fragment twojej wypowiedzi. Nie w celu wybiórczego pastwienia się nad tą myślą. Zastanowiła mnie ona dogłębnie i to w innym, lecz pochodnym obszarze.
    Tytuł artykułu wiele mówi, oligarchia kościelna, lewacka, kapitalizm, oni rządy, my zarządzani.
    Ten artykuł stał się bodźcem moich przemyśleń, które przedstawię. A tak nawiasem, to mój portal, to moja dyskusyjna knajpka. I jeśli tylko barman[z braku innego zajęcia] mnie zauważy, to już będzie dla mnie OK.
    Wracając do tematyki, którą chcę poruszyć, na wstępie zaznaczę, że nie nie chodzi mi o władzę kościelną[religijną] i władzę świecką uzupełniającą się wzajemnie, ale o człowieka w pełnym spektrum.

    Religie jako nauki o Stwórcy, Kreatorze są w swych prawdziwych założeniach potrzebne.
    Pozbawiając człowieka duchowego spojrzenia na relację między nim a otaczającym go światem, wykształca się w ludzkim umyśle materialne widzenie, które jest tylko częścią jego natury.

    Sedno nie tkwi w zasadności religii, a raczej jej prawdziwości.
    Prawdziwa religia to taka, która podąża za nauką.
    Religia, która robi to niechętnie i z oporem, bo wiąże się to z nieustannym oddawaniem monopolu na prawdę, traci na swej sensowności i co ważniejsze przydatności.

    Ostatecznym rezultatem sposobu poznania. w jakim chcemy zaistnieć, jest pełna zgodność nauki i wiary w aspekcie rozumienia i interpretowania rzeczywistości.

    Religia, która nie adoptuje się do zmieniającej rzeczywistości i rosnącej świadomości ludzkiej, sama pod sobą podcina gałąź.
    Oddaje wówczas człowieka w ręce materializmu, który nie zaspokaja w pełni poznawczej natury [materialnej i duchowej].

    Religia powinna iść z duchem czasu i dostosowując się do coraz to nowej roli służyć ludziom.
    Zatem nie samo zwalczanie religii jako całości ma sens, a raczej wskazywanie na jej skostniałe dogmaty, które człowiekowi zawieszonemu pomiędzy nauką i wiarą wydają się coraz bardziej niedorzeczne i nie będące w korelacji z nauką.

    Człowiek w swej pierwotnej strukturze pragnie poznawać jednocześnie przez dwa pryzmaty swojej natury: materialny i boski[metafizyczny].

    Jeżeli w świecie zewnętrznym jeden z tych obszarów spowalnia [np.tzw.ciemne wieki średniowiecza, gdzie nauka traciła na rzecz religii i obecnie, gdy religia zostaje w tyle w stosunku do nauki], człowiek doznaje dyskomfortu i jest tylko kwestią czasu, że zacznie domagać się równowagi.

    Stąd mamy, znane z historii okresy zwalczania religii na rzecz racjonalizmu naukowego, który jako taki sam nie spełniał oczekiwań poznawczych.

    Człowiek bogaty w wiedzę czysto naukową staje się uboższy w wiedzę i pojmowanie duchowe i na odwrót.
    ,, Jak w niebie tak i na ziemi” – słowa te zdają się tworzyć transcendentalną, nieodłączną spójność.

    Religia zatrzymuje pojmowanie świata na etapie wierzeń dostosowanych do aparatu pojęciowego, jakim mogli dysponować ludzie z czasów narodzin religii, która paradoksalnie jest skarbnicą wiedzy starożytnej, dziś z goła inaczej interpretowanej przez przez naukę, opierającą się o coraz to nowsze metody badawcze.

    Metafizyka i naukowe poznanie zawsze towarzyszyły człowiekowi.
    Więc religia jako taka nigdy nie zaniknie, co najwyżej obie te dziedziny będą się nawzajem transformować i uzupełniać, spełniając oczekiwania odbiorcy.
    Z tego też względu pożądane efekty przyniesie nie zwalczanie religii, a jej transformowanie.

    Serdecznie pozdrawiam.

    Polubienie

    • Witaj Krystyno,mój ulubiony forumowiczu.Zgadzam się całkowicie z Twoimi poglądami na tematy poruszane w artykule Jarka.Ja może nie umiem pisać tak płynnie ja Ty,ale na początku mojego komentarza zaznaczę,że to co tu piszę to są tylko moje spostrzeżenia,opinie,przemyślenia,jako osoby bezstronnej fizycznie,bo duchowo jestem,byłam i będę zawsze po stronie Żródła/Boga,ale nie tego,który jest na ustach wierzących w różne religie/.Mój Bóg-Żródło jest bowiem częścią mnie,tak jak i każdej Istoty przez Niego stworzonej.I to z Nim codziennie,w każdej sprawie rozmawiam,prosząc Go by mnie pouczał,kierował mną,wspomagał mnie i mówił mi co mam robić.Ja mam tylko wykonywać Jego wolę,która jest zarazem moją Wolą.Przecież mój Bóg-Żródło nie rozkaże mi robić nic złego gdyż Sam jest Miłością,a miłość to tylko dobroć.I ten mój Bóg-Dobroć dał mi rozum i wolną wolę i to do mnie należy,czy wybiorę Zło czy Dobro.Jeżeli wybiorę Zło,to wiadomo co do mnie wróci i to w dwójnasób.Bowiem co siejesz,to zbierasz,tu kłania się prawo przyczyny i skutku.Zrobię drugiemu krzywdę to wróci do mnie podwojona.I tak właśnie dzieje się na całej naszej Pięknej Planecie Ziemi.Złe MOCE,jak media,religie,rządy,instytucje różnych maści narzucają nam co i jak mamy robić,człowiek ugruntowany,silny wewnętrznie nie pozwoli sobą manipulować,ale Istoty które nie chcą nad sobą popracować,idą za nimi jak baranki na rzeż,wpadają w ich pułapki,kreując zarazem Złą Energię,którą ONI się żywią.A przecież Ja jako cząstka boska jestem wolna i rozumna,nikt nie ma na mnie wpływu i do niczego mnie zmusi,jeżeli Ja tego nie chcę.I proszę spojrzeć jakie to proste,aby na świecie zapanował spokój,pokój,miłość ,szczęście,radość i dobrobyt.Należy tylko zacząć od siebie,postanowić i wysyłać energię miłości w przestrzeń,najpierw w swojej małej społeczności i dalej w świat,gdyż energia jak każdy wie nie ma hamulców ani zapór.Tak więc co wysyłamy,to zbieramy i mamy to co mamy/CHAOS/.Moim codziennym pragnieniem/modlitwą/jest aby mój Dobry Bóg-Żródło zabrał z naszej planety wszystkie ZŁE MOCE i przeniósł ich na inną karną planetę,dając im szansę na powrót po zrozumieniu przez Nich swoich dokonanych niegodziwości i poprawy. I takie to są te moje przemyślenia z mojego fotelika na moim tarasie w moim ukochanym ogrodzie.Ty masz swoją kawiarenkę.Serdecznie pozdrawiam.

      Polubienie

      • Pozdrawiam ciebie serdecznie, Rozsądna Anno.
        Poruszyłaś wiele mądrych, moim zdaniem, kwestii, z których większość to rozmowa serca.
        Dziś nie chcemy, nie umiemy, a wręcz uważamy za nie modne mówienie o sercu, jego wibracjach i pryzmacie, którym się ono staje w widzeniu i postrzeganiu rzeczywistości; zwykłego dnia, zwykłej chwili.
        Może taki prosty przykład z życia:
        Przygotowujemy się na spotkanie, przeżywamy, co nie jedni [ w tym ja] piszą z pietyzmem karteczki zakupów, potraw, a nawet świetnych pomysłów na wspólną tematykę. Przygotowania mają wręcz znamiona ceremonii, rytuału, odczuwania …
        Propozycja rozmowy o miłości, tej szeroko pojętej psuje nastrój, ludzie czują się zagubieni, nie chcą rozmawiać o czymś, co ich zdaniem jest wstydliwe, nie na topie.
        Chętnie rozmawiają o konfliktach, polityce, podatkach, szmatkach i innych pierdołach.
        Dopiero wówczas, gdy wychodzą, udając gest pożegnania, mówią mi do ucha coś o miłości. Teraz i w ukryciu mogą …
        To tęsknota za prawdziwym przejawem człowieka, to szukanie tego, kim się jest w rzeczywistości, którą odczuwamy jako samotność w tłumie.
        Dlaczego wstydzimy się siebie? Dlaczego odgrywamy sceniczną rolę, w której myśli, słowa i odczucia stoją w różnych kątach sceny?
        Kto nam za taki spektakl zapłaci? Z kim podpisaliśmy umowę występując w teatrze nieudolnych cieni prawdziwego człowieka?
        Nie potrzeba tak grać. Wystarczy, że życie udaje za nas.

        Doskonale rozumiem, dlaczego mówisz: Mój Bóg- Źródło. To nie było łatwe, aby tak to pojąć. To była długa[przynajmniej u mnie], najeżona przeciwnościami droga, której nikt za nas nie pokona. Teraz jest łatwiej, bo dalsza droga jest celem samym w sobie.

        Nagle uświadamiamy sobie, że życie nie ma znaczenia. To my je nadajemy swoim nastawieniem, odczuwaniem, myślami, które każą naszemu sercu wibrować w określony sposób. I to ostatnie jest przed nami ukrywane. Nie słowa, nie myśli, ale wibracje serca decydują o formie i kształcie energii, jaką zagęszczamy wokół siebie, kreując manifestację.
        To jest nasze prawo wyboru, nasza wolna wola, której przejaw dowodzi, że nasze PRAŹRÓDŁO w niczym nas nie ogranicza.

        Serdecznie Ciebie, Anno, pozdrawiam.

        Polubienie

Skomentuj artykuł:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s