Ateistyczny racjonalizm wychodzi z mody. Pora na Wiedzę Tajemną!

Ateistyczny racjonalizm wychodzi z mody. Pora na Wiedzę Tajemną!

racjonalizm i ateizmWszyscy, lub prawie wszyscy Czytelnicy mojej strony, wiedzą już, jak wielkim i okropnym złem są trzy religie jahwistyczne: chrześcijaństwo, judaizm i islam. Większość z czytających mnie, czytała już o tym, kim jest istota zwana jahwe. Jest najsilniejszym z demonów, rządzi energetycznie tą planetą, i wysysa z niej i tak marną energię. Żywi on się energetycznymi odpadkami – a mianowicie, energią zła, cierpienia, nieszczęścia. Wszystkie systemy, od początku do końca, od politycznych, po ekonomiczne, biologiczne, psychologiczne – są tak „ustawione” na tej planecie, by istoty jak najbardziej cierpiały i tym samym, zasilały jahwe energią. Ten świat to dosłownie majstersztyk, arcydzieło bezpardonowego zła i najbardziej wyrafinowanego okrucieństwa w kosmosie. Czyż nie należy podziwiać inteligencji architekta tegoż świata, pomimo wszystko?

Dobrze, co więc robić, by na tym świecie było choćby odrobinę lepiej? A w przyszłości, by doprowadzić istotę jahwe do anihilacji, lub oduczyć ją czerpania negatywnej energii? Przede wszystkim, trzeba uwolnić się z więzów tego, co ziemskie, a co ogranicza myślenie. A więc z więzienia dla umysłu, serca i duszy, jakimi są wszelkie ideologie i religie. Trzeba też oczyścić podświadomość (metody oczyszczania będą w następnym artykule).

Jednym z etapów globalnego oczyszczania się z brudu i zła, jakim są religie, jest powszechna ateizacja i triumf kartezjańsko-newtonowskiego, „ścisłackiego” racjonalizmu. Z tym, że należy dodać, że ta ateizacja w krajach takich jak Polska poszła bardzo daleko, wbrew pozorom. Popatrzmy choćby na tych katolików, co bywają w kościele na 4 okazje: Boże Narodzenie, śluby, chrzciny, pogrzeby. Przecież oni w zdecydowanej większości już są ateistami. Nie tylko w ogóle nie praktykują duchowości, choćby krótkiej, 2 minutowej modlitwy, już o takich „cudach” jak medytacja i wizualizacje w ogóle nie wspominając. Ale na co dzień są zupełnie oddaleni od tych spraw. Są na wskroś przesiąknięci ideologią racjonalistycznego materializmu, czyli materię uważają za swojego bożka. Według nich, istnieje tylko to, co jest materialne, namacalne, mierzalne aparaturą i zmysłami.

Jednak trzeba tutaj wyraźnie zaznaczyć, że fala powszechnej ateizacji i fascynacji racjonalistycznym materializmem, powoli dobiega końca. Jest to owszem, jeden etap oswobodzenia się z religii, z więzienia bez ścian, jakim ona niewątpliwie jest. Jest to konieczny etap rozwoju cywilizacji – ale tylko etap, nie stan końcowy. Trzeba tutaj odejść na chwilę od tego tematu, i dodać coś jeszcze. Otóż: dawni budowniczowie katedr budowali je podług zasad „świętej geometrii”, a tylko oni i wtajemniczeni w Watykanie znali tajniki tej tajemnej doktryny. Kościoły były budowane tak, by zasysać, kraść energię z wioski, miasta, państwa, narodu, i transferować ją do jahwe. Budowniczowie katedr w pewnym momencie zaprzysięgli spisek przeciwko temu globalnemu wampiryzmowi energetycznemu. Założyli oni organizacje wolnomularskie, a potem Zakon Illuminatów (Oświeconych).

Niestety, i oni ulegli wypaczeniom, i zamiast z tym walczyć, zaczęli oddawać temu cześć. Obecnie organizacje masońskie jako propozycję dla wtajemniczonych mają wiedzę tajemną, dość wartościową. Zaś jako propozycje dla szerokich mas ludzi, lansują ateizm i racjonalistyczny materializm. Mamy tu więc podwójne standardy, czego symbolem jest fakt, że portal wolnomularstwo.pl (wiedza tajemna, masoneria) i racjonalista.pl (pro-korporacyjne, ateistyczne odchyły) są na tym samym serwerze i usłudze hostingowej:

racjonalista plObecnie system, jakby to powiedzieć – „nasycił się” dostateczną ilością osób oderwanych od mentalnego i duchowego wpływu jahwe. Choćby to było tylko oderwanie częściowe, bez przeprogramowania podświadomości – choćby w postaci tego ateizmu. Teraz ludzie zaczynają powoli, acz nieubłaganie, zdawać sobie sprawę, że tak naprawdę religia ateizmu stawiająca za bożka materię, i racjonalistycznego materializmu, nie odpowiada na wiele pytań. Tak samo przesiąknięta racjonalistycznym materializmem psychologia. Owszem, ma ona za zadanie częściowo „podleczyć” pacjenta, sprawić by na powrót stał się trybikiem systemu, takim typowym kredytobiorcą i korpo-ludkiem. Ale psychologia nie odpowie na szereg fundamentalnych pytań, w tym na to, co tutaj robimy, po co tu jesteśmy, jaki tego wszystkiego jest sens, itp. A dla tych, którzy przerobili szereg cieni i archetypów, psychologia, mająca zrobić z człowieka trybika systemu, jest wręcz nauką śmieciową.

Stąd ja mówię o tym, że jest psychologia podziemna i pop-psychologia. Pop-psychologia to inaczej zarówno bzdury z gazet typu Cosmopolitan czy Maxim, jak i polit-poprawne bzdury wypowiadane na kozetce zsekularyzowanego psychoanalityka. Owszem, dotkną one nieznacznie istoty problemu, ale nie ukażą głębi. Prawdziwą głębię ukażą nam zarówno nowoczesne techniki pracy z podświadomością, nauka o nazwie Germańska Nowa Medycyna, jak i nieco okultystyczna, jungowska psychologia głębi. I jej współczesne „uzupełnienia”. Gdyż, powiedzmy sobie wprost – po erze fascynacji bozonem Higgsa i „mechanicznym” kodem DNA, nadchodzi era wiedzy tajemnej. To ona teraz ma coraz liczniejsze grono studentów i zwolenników.

Choć trzeba przyznać, że droga tajemnej doktryny jest drogą zarówno wielu pułapek, jak i wielu pokus. Tego typu uduchowienie jak najbardziej potrafi być destrukcyjne (gdy brakuje zdrowej pokory), i potrafi pompować ego aż do gigantycznych rozmiarów. Ile razy widziałem pseudo-ezoteryków, którzy w trzech górnych czakramach mieli po 1000% potencjału, oczywiście w czakrze serca prawie że zero (zablokowana), i na dokładkę ego wielkości Mount Everestu. Ile razy ja widziałem tego typu ludzi, którzy po niemal ekstatycznych duchowych pląsach, kończyli jako fizyczne i psychiczne wraki człowieka, na narkotykach i nie wiadomo jakich lekach.

Wtajemniczanie coraz większej liczby ludzi w tajemną doktrynę jest po prostu następnym, do bólu logicznym kamieniem milowym rozwoju naszej cywilizacji. Warto by było załapać się do tego majestatycznie pędzącego pociągu już teraz, nieprawdaż? Zarówno globalizacja (powinna być przeprowadzona przez ludzi świadomych, nie przez masonerię) jak i zainteresowanie tajemną doktryną są tak samo logiczne i oczywiste, jak odkrycie Ameryki przez Kolumba w 1492 roku. Odkrycie Ameryki przez Europejczyków po prostu musiało się prędzej czy później wydarzyć, nie było innej opcji w rozwoju cywilizacji. Tak samo jest z tą ukrywaną wiedzą. Zainteresowanie jej różnymi odmianami lawinowo wzrasta. Ludzie się po prostu budzą z tego koszmarnego snu, jakim są religie, w tym religie ateizmu i racjonalizmu.

Tak sobie myślę – adepci tego, co ukrywane przechodzą kilka specyficznych stopni. Obecnie uważam, że warto pomóc Architektowi wszechświata w jego kosmicznym dziele kreacji. Zamiast rozbijać system – należy go naprawić, uleczyć, uzdrowić, by stał się bardziej ludzki. Tak czy owak, ludzie potrzebują tego systemu jak powietrza i długo jeszcze będą potrzebować. Pomyślcie tylko, jaka anarchia i rzeź panowałaby na ulicach, gdyby te kierowane przez prymitywną podświadomość pół-zwierzątka nagle, w jednej chwili poznały całą prawdę. Ich psychiki by tego nie wytrzymały, gdyby dla przykładu taki Barack Obama na forum ONZ ujawnił światu realia. Nikomu już by nie chciało bawić się w systemowe gierki typu raty, dzieci, praca w korpo. Ludzie albo zaczęliby się masowo zabijać na ulicach, a reszta by wyjechała w pizdu na wieś czy do lasu, by tam medytować, zbierać jagody, grzyby, i wieść życie pustelnika.

Autor: Jarek Kefir

Chcesz wspomóc to co robię i sprawić, by tego typu wpisy pojawiały się z regularną częstotliwością? Aby to zrobić, kliknij tutaj.

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł – podaj go dalej i pomóż go wypromować! Pomóż innym poznać tę prawdę.

 

27 myśli nt. „Ateistyczny racjonalizm wychodzi z mody. Pora na Wiedzę Tajemną!

  1. :)))… Ludzie albo zaczęliby się masowo zabijać na ulicach, a reszta by wyjechała w pizdu na wieś czy do lasu, by tam medytować, zbierać jagody, grzyby, i wieść życie pustelnika….:)to zupelnie cala ja:)po zmianach i przeksztalceniu zycia najlepiej czuje sie sama, wiode zycie takiego wlasnie pustelnika, nedytuje, czesto chodze do parku a i czasem jezyny z krzakow zjadam:)czasem naprawde mam ochote uciec z dala od ludzi, gdzies w gory gdzie moglabym spokojnie medytowac, byc bardzo blisko natury…pzdr

    Lubię

    • Zrób to co napisałaś a będziesz szczęśliwa,ja już zrobiłam i to jest sedno życia tu i teraz.Chętnie z Tobą o tym porozmawiam

      Lubię

    • Ja rowniez gdy jestem sama medytuje itp czuje ze mam wewnetrzny spokoj i moge sluchac swojej intuicji i byc bardziej swiadoma samej siebie i co dla mnie jest dobre. Gdy przebywam w tlumie ludzi a nawet w malych grupach z ludzmi ktorzy nie sa swiadomi , bardzo sie szybko wyczerpuje, staje sie nerwowa i czuje jak przejmuje negatywne energie innych i nie jestem soba. „Grounding” czyli laczenie sie energetycznie z matka ziemia oraz „running energy” czyli przeplyw energi z kosmosu przez czakre glowy wzdluz wszystkich czakr, to sa dwie techniki ktore stosuje codziennie.

      Lubię

      • Wiesz dlaczego? To jest wampiryzm energetyczny z ich strony. Ludzie nawzajem sobie kradną energię bo zostaliśmy odcięci od zasilania z Ziemi i kosmosu. Ale jest sposób jak „podłączać się” do energii naszej planety – zobacz na video od 01:35:00 i tam jest ta metoda:

        Lubię

  2. Pisząc o jahwistycznych, objawieniowych religiach należało by wspomnieć o PRA ŹRÓDLE będącym ponad wszelkimi religiami, ideologiami i podziałami.
    Łatwiej wyzbyć się zinstytucjonalizowanej wiary w personifikację boską na rzecz uniwersalnej Boskiej Zasady Stwórczej [ istnieją także inne określenia], aniżeli wyzbyć się wiary w Boga w ogóle. Użyję prostackiego przykładu: drastyczna zmiana diety lub czasowe odcięcie od pożywienia może zabić człowieka.
    Ludzki móżdżek pracuje na zbyt niskich wibracjach [mój z resztą też], aby to wszystko ogarnąć, mając do dyspozycji logikę jako narzędzie poznawcze. Tyle, że zdefiniowana przez człowieka logika w tych obszarach jest kijem zawracającym wartką rzekę.

    Jedyną, słuszną według mnie drogą nie jest naprawianie systemów poprzez li tylko ukazywanie ich wad, ale obnażanie ludziom potężnych braków wiedzy o sobie samym. O potężnej mocy tkwiącej w nas, o zasadach rządzących konsekwencjami zachowań człowieka. O posługiwaniu się sumieniem, o którym mówi się coraz mniej. O tkwiących w nas paradoksach myślowych typu ,,wyrażanie nadziei jest manifestacją braku i przyciąganiem go”.
    Wydaje mi się, że Bóg sam w sobie nie jest ani dobry, ani zły. To od nas zależy kim, czym i w jaki sposób przejawimy siebie jako STWORZENIE. W takim aspekcie należy użyć pojęcia wolnej woli. Człowiekowi osadzonemu w najcięższym więzieniu nikt nie zabroni wybiec myślami poza kraty. Przynajmniej narazie.
    Obecne zniewalanie umysłów jest niczym innym, jak tylko obniżaniem wibracji do poziomu pracy fizycznej i instynktownego zwierzęcego przetrwania.
    Nie oznacza to wycinania części mózgów. CAŁY POTENCJAŁ TKWI W NAS NADAL!Jest tylko jedno ALE. Jeśli my nie ruszymy swoimi mózgownicami, to nikt, przenigdy nikt nie zrobi tego za nas!
    To tak, jakbyś naznosił do domu kartofli, chleba i wody, pozabijał okna dechami i przez szparkę obserwował walki na ulicach, w nadziei, że zanim skończą ci się kartofle wszystko ucichnie i wyjdziesz sobie szczęśliwy na posprzątaną, skąpaną w słońcu ulicę. To akurat mogą za ciebie zrobić mądrzejsi i odważniejsi.
    Tchórzostwo i brak działania wobec własnego umysłu prowadzi do stanu, w którym wiesz, że jest ci bardzo źle, ale jednocześnie pozwalasz nabijać sobie coraz to więcej i grubszych desek.
    Powiem przekornie. Fajnie się żyje w społeczeństwie, w którym ktoś wychowuje nasze dzieci, troszczy się o zdrowie ich i nas, karmi nas, tworzy relacje, ustala za nas prawo i zasady. Dlaczego się dziwimy, że w konsekwencji zaczyna za nas myśleć? Dlaczego się dziwimy się, że jakość kształcenia, troska o zdrowie, żywność itp. są złe?
    A może z czystego wygodnictwa nie używamy mózgów? Wolimy ślepo wierzyć.
    Wiedzeni za rączkę wolimy iść już nie z klapkami, ale z dechami na oczach.
    I wystarczy takiego ,,wiedzionego” puścić na chwilę. Sam się zdepopuluje na najblizszej ścianie własnej ciemnoty.

    Na koniec wielka prośba do Admina.
    Nie insynuuj ludziom wyjazdu w pizdu na wieś czy do lasu. Bardzo cię, Jarku, proszę. Ja nie chcę mieć tu asfaltowych dróg, urzędów, marketów, cepeenów i betonowych chodników, na których urządza się wyścigi. [ już nie powiem czego i kogo]

    Lubię

    • Jak zwykle bardzo mądre i daleko idące przemyślenia. Ja ostatnio zainteresowałem się osobą Viktora Frankla, a dokładnie to dzisiaj dopiero po przeczytaniu pewnego artykuł, był to psychiatra i filozof, podobnie jak kępiński także przebywał w obozach koncentracyjnych, ale nie uczyniło go to złym człowiekiem jak uczy darwinizm, lecz stało się na odwrót – obmyślił on nowe podejście w psychiatrii tzw. trzecią szkołą wiedeńską (po freudowskiej i adlerowskiej). Obmyślił on nowy sposób leczenia pacjentów – Logoterapia. Mógłbym co prawda opisywać jej założenia samodzielnie ale nie zrobiłbym tego tak profesjonalnie jak robi to wykipedia więc wklejam
      Podstawowe założenia

      W myśl podstaw teoretycznych logoterapii, każdy człowiek osobiście decyduje, czy w danej sytuacji zachowa się przyzwoicie lub nieprzyzwoicie. Czynniki: biologiczne, psychiczne i socjologiczne determinują ludzką kondycję, ale nie są w stanie odebrać wolności wyboru.

      Podstawę satysfakcji z życia stanowi odpowiednie rozpoznanie stojących przed jednostką zadań i ich realizacja. Dzielą się one na trzy typy:

      pracę oraz dokonywanie osiągnięć,
      doświadczanie dobra, prawdy, piękna oraz pozytywnych uczuć względem innych ludzi, w szczególności miłości,
      dzielne znoszenie nieuniknionego cierpienia.

      Każdorazowe podjęcie odpowiedzialności związanej z którymś z powyższych jest źródłem poczucia sensu i satysfakcji z życia.
      Koncepcja człowieka w ujęciu logoterapii

      Frankl opowiada się za antyredukcjonistycznym podejściem w rozumieniu człowieka. Człowieka nie da się sprowadzić do szeregu kategorii fizjologicznych, biologicznych, czy psychologicznych, wedle których jest on „niczym innym, jak tylko…”. Takie podejścia redukują w człowieku wymiar specyficznie ludzki, jakim jest jego duchowość. Człowiek jako osoba duchowa to ten, który doświadcza wartości i uczuć wyłącznie ludzkich, takich jak: wolność, odpowiedzialność, miłość, cierpienie, lęk, poczucie nieuchronności śmierci, poczucie sensu. Człowiek jest według Frankla jednością, ale powiedzieć, że jednością psychofizyczną, to mało. To, co cielesne i to, psychiczne zostaje uzupełnione o wymiar duchowy, który w przeciwieństwie do dwu poprzednich nie jest determinowany biologicznie ani biograficznie. To, co w człowieku duchowe, stanowi o istocie człowieka, tylko urzeczywistniając swoją duchową naturę, człowiek prowadzi autentyczną egzystencję. Dzięki tej właściwości człowiek jest w stanie wznieść się ponad swoje uwarunkowania – chorobę, cierpienie, przeciwstawić się swojemu organizmowi psychofizycznemu.

      Aby przybliżyć swoje rozumienie człowieka Frankl wprowadza ontologię dymensjonalną, rodzaj geometrycznej metafory.

      I prawo ontologii dymensjonalnej

      Jedna i ta sama rzecz rzutowana ze swojego wymiaru na wymiar niższy niż własny, odbija się w ten sposób, że jej odbicia wzajemnie sobie przeczą.

      Dla zobrazowania tego prawa Frankl przywołuje szklankę, która jest otwartym walcem. Szklanka rzutowana na płaszczyznę równoległą do jej podstawy daje obicie w postaci koła, rzutowana na płaszczyznę prostopadłą do podstawy, daje obraz prostokąta. Koło i prostokąt, mimo że są rzutami tej samej figury są ze sobą sprzeczne. Dodatkowo obie figury są figurami zamkniętymi, podczas gdy szklanka jest istnością otwartą. Jeśliby w miejsce szklanki rozpatrywać człowieka, a rozmaitymi jego rzutami byłyby nauki takie jak biologia, czy psychologia, to okazałoby się, że to, co mówią one o człowieku jest daleko idącą redukcją, skracającą człowieka o wymiar specyficznie ludzki.

      II prawo ontologii dymensjonalnej

      Różne rzeczy rzutowane ze swoich wymiarów na jeden i ten sam wymiar niższy niż ich własny, odbijają się w taki sposób, że ich obrazy nie są ze sobą sprzeczne.

      Różni ludzie rzutowani na płaszczyznę biologii czy psychologii mogą być zakwalifikowani jako określona, ta sama, jednostka nozologiczna, w wyniku czego, to, co dla nich jednostkowe i szczególne zostaje zatarte (np. talent).

      Pominę opisywanie co mi do czego pasuje, a w szczególności dwóch praw ontologii dymensjonalnej, mimo iż są najciekawsze bo to przykład stosowany w innych naukach i dziwi mnie zastosowanie go w psychiatrii, ale oddaje to nad czym myśli autor, mimo że większość powie, że poco podawać taki skomplikowany przykład zamiast posłużyć się czymś prostszym co z pewnością więcej ludzi by zrozumiało.

      No i znowu wyszedł okropnie przydługi i mało czytelny komentarz.

      Lubię

  3. Do ,, szymon wiejkowski pisze:
    23 Listopad 2014 o 13:41″

    ,,No i znowu wyszedł okropnie przydługi i mało czytelny komentarz.”

    Nie przepraszaj tym zdaniem i nie obwiniaj siebie za to, że mało kto chce z tobą o tym i w ten sposób rozmawiać.
    Już sam fakt, że gdybyśmy mieli tzw. obiady czwartkowe, podczas których moglibyśmy rozmawiać z ludźmi o tym, co w nas drzemie, weryfikować swoje przemyślenia , przekonując samego siebie, że nasze postrzeganie i wnioski z tego płynące są akceptowalne lub obalane, nigdy nie zaistnielibyśmy w internecie z potrzebą rozmowy. Ale takie podejście ma dwa końce:
    – z jednej strony cieszę się, że ktoś myśli na moich falach [ każdy człowiek ma zakodowany egocentryzm]
    – drugą rzeczą jest ciche oddalanie się od tych, którzy mnie rzeczywiście, fizycznie otaczają
    Moja wrodzona przekora każe mi zadać pytanie: Po co się trudzić z przekonywaniem ludzi z otoczenia, jeżeli w ,,necie” ktoś od razu czai bazę? Tylko co z tego wynika? Powtórzę. TYLKO CO Z TEGO WYNIKA?
    Przecież nie mówimy dla samego mówienia, chcemy coś osiągnąć. Czyż nie tak?
    Zatem na jakim, czyim polu i z kim chcemy osiągnąć? I najważniejsze CO?

    Frankl, wychodząc z czysto biologiczno-fizycznej egzystencji człowieka, definiuje ISTOTĘ jednostki przejawiającej się w wymiarze poza fizykalnym, duchowym. Na stan obecnej myśli ludzkiej nie jest to odkryciem wszech czasów.

    Cytuję ciebie: ,,większość powie, że poco podawać taki skomplikowany przykład zamiast posłużyć się czymś prostszym co z pewnością więcej ludzi by zrozumiało.”

    Słuszna dygresja. Odpowiem na nią dwoma pytaniami:

    Czy chcemy prowadzić dysputy filozoficzne na poziomie akademickim na tym portalu?
    Czy, trzymając się względnie idei Admina, będziemy oświecać siebie i coraz szersze kręgi ludzkie?

    Już jakiś czas temu odkryłam w sobie niespełnionego filozofa.[ no, w końcu nie można być wszystkim – hi hi!] Uwielbiam zgłębiać poszukiwania uniwersalnych ,,zofii”. Nie sądzę jednak, że portal Jarka jest odpowiednim na to miejscem, wszak nad drzwiami jego knajpki, jak byk, widnieje napis:
    ,,W zwykłym kamieniu jest więcej życiowej mądrości niż w większości ,,uczonych” dysput akademickich, ideologicznych i politycznych.”
    Może podnieśmy ten kamień, przyjrzyjmy się mu. To on jest najbliżej Ziemi.

    I co ty na to wszystko? Wybacz mi , jeśli coś palnęłam nie tak. To też mam, niestety, w pakiecie moich zachowań.
    Serdecznie pozdrawiam.

    Lubię

  4. Witam Krysiu! Hmm… Czy ja mam jakieś oczekiwania? Racjonalnie rzecz biorąc to nie. Takie pisanie nic nam nie przyniesie, a zabiera nam czas, który moglibyśmy wykorzystać z bliskimi. Ot tak po prostu mam taki „mózg” jaki mam – mam wpisany nakaz poszukiwania ciekawych koncepcji i postępowań. To że przesiaduje tutaj jest wynikiem deficytu ciekawych ludzi w mojej okolicy, ale taki kontakt za pomocą klawiatury nie jest żadnym kontaktem, lecz bardziej zostawianiem karteczek z informacjami na lodówce, w zupełnie obcym domu. Czy to jest fajne? No w pewnym sensie jest, ale w drugim jest głupie, dlatego uważam że nie miałbym problemu z przestaniem przyklejania karteczek. A co do sentencji że ,,W zwykłym kamieniu jest więcej życiowej mądrości niż w większości ,,uczonych””, no cóż to zależy od naszego szczęścia, na jaki kamień trafiliśmy, twierdze że większość kamieni jest szlachetnych w swym wnętrzu, a to że się wydają nieciekawe, bierze się z tego że nie mają odwagi swego wnętrza wyrazić, ale i zdarza się i całą masa pospolitych, a najgorsze są takie obrobione w fabrykach które dobrowolnie oddały swoją duszę i stały się produktem na sprzedaż. A ja mam w swoim charakterze, że nie dostrzegam jak ktoś coś palnie, bo cóż głupiego palnąć można, żeby nie można było tego sprostować podczas trwania rozmowy? Rozmowa to nie wyścig po wygraną, ani pojedynek, przynajmniej dla mnie, ja wolę mieć czystą duszę, aby lekko przez życie płynąć.

    A tak na marginesie, to znalazłem taki wiersz i osobiście to jeden z najlepszych jakie czytałem.

    Atte (06.05.07 17:18):
    Jak znaleźć nadzeję w życiowej udręce,
    gdy szczęście ulotne jak chwila,
    mija i znów mamy je w ręce,
    aż odleci nam w nieznane siła.

    Nie czekaj aż słońce wstanie w nocy
    i gwiazdy zaświecą w dzień na niebie,
    bo nie ma na świecie takiej mocy,
    co z białego- czarne uczyni dla Ciebie.

    Tyle obłudy i fałszu wokół,
    wszędzie wyrządzona szkoda.
    By pokochać, przymknąć trzeba jedno oko,
    by zaprzyjaźnić- oba.

    Tak trudno odnaleźć choć maleńki płomień,
    co by nam nadzieję głosił.
    Czuję, że wypalam się jak ogień,
    który swą wiarą góry przenosił.

    A jednak ktoś otwiera ramiona.
    Czy to podstęp?- Nasuwa się pytanie.
    Nie, już jestem ocalona.
    Przy Bogu nic złego mi się nie stanie.

    Lubię

  5. Acha! Miałem jeszcze napisać dlaczego nie boje się ani krytyki, ani wykluczenia. Mógłbym kadzić po swojemu i przefilozofowywać dlatego wkleję coś z Wiktora Frankla, którego dzieła właśnie czytam:
    Ze wstępu”
    Czytelnik wiele się dowiaduje z owego autobiograficznego fragmentu książki. Odkrywa, do czego zdolny jest człowiek, który nagle uświadamia sobie, że „nie ma nic do stracenia, nic poza własnym życiem, tak absurdalnie odartym z wszelkiej godności”. Trudno pozostać obojętnym na sugestywny opis obecnych w opowieści Frankla skrajnych emocji przeplatających się ze stanami apatii. Ratunkiem okazuje się chłodna, obojętna ciekawość własnego losu. Wkrótce potem pojawiają się strategie służące podtrzymaniu nędznych resztek własnego życia, choć szanse na przeżycie są przecież bliskie zeru. Głód, upokorzenie, strach oraz wszechogarniający gniew na dotykającą człowieka niesprawiedliwość można znieść wyłącznie, zachowując żywe wspomnienie najbliższych, uciekając się do religii, czarnego humoru czy czerpiąc uzdrawiającą siłę choćby z przebłysków piękna przyrody, widoku drzewa lub zachodu słońca.
    Lecz żadne z powyższych samo w sobie nie stanowi jeszcze o woli przetrwania, jeśli nie pomaga więźniowi w dostrzeżeniu sensu w jego pozornie bezsensownym cierpieniu. Jeżeli życie jako takie w ogóle ma sens, musi on być obecny również w cierpieniu i umieraniu. Nikt jednak nie jest w stanie powiedzieć drugiemu człowiekowi, na czym ów sens polega. Każdy musi dojść do tego samo¬dzielnie, a następnie wziąć na siebie odpowiedzialność wynikającą z odpowiedzi na pytanie: „Co ma dla mnie sens?”. Jeżeli mu się to uda, będzie trwał i rozwijał się wbrew wszelkim upokorzeniom. Franki z upodobaniem cytuje w tym miejscu słowa Nietzschego: „Ten, kto wie, dlaczego żyje, nie troszczy się o to, jak żyje”.

    Dostojewski powiedział kiedyś: „Tylko jednego się obawiam: że nie okażę się godny swojego cierpienia”. Słowa te często przychodziły mi na myśl, gdy zapoznawałem się z losami obozowych męczenników, których postępowanie, cierpienie i śmierć stanowiły żywy dowód tego, że człowiek nie może utracić ostatniej ze swych wewnętrznych swobód. Można powiedzieć, że ludzie ci okazali się godnymi swego cierpienia; to, jak je znosili, było prawdziwym duchowym osiągnięciem. Bo przecież to właśnie nasza wewnętrzna wolność, której nikt nam nie jest w stanie odebrać, nadaje życiu sens i znaczenie.
    Aktywne życie daje człowiekowi możliwość realizowania swoich wartości poprzez kreatywną pracę, a bierna umiejętność odczuwania przyjemnych doznań pozwala mu odnaleźć spełnienie poprzez doświadczanie piękna, sztuki lub natury. Gdyby jednak odrzeć ludzkie życie z wszelkiej kreatywności i przyjemności, pozostanie w nim jeszcze jedna wartość, dopuszczająca jedynie za-chowania najwyższej moralnej próby; wartością tą jest mianowicie nastawienie człowieka do własnej egzystencji – egzystencji podlegającej zewnętrznym ograniczeniom. Przebywającemu w obozie człowiekowi odbiera się możliwość prowadzenia twórczego, aktywnego życia, jak rów¬nież pozbawia się go szans czerpania z życia przyjemności. Ale nie tylko życie kreatywne i polegające na bogactwie doznań ma sens; skoro życie jako takie ma jakikolwiek sens, wówczas musi mieć go również cierpienie. Ludzka egzystencja nie jest bowiem kompletna bez cierpienia i śmierci.
    To, w jaki sposób człowiek akceptuje swoje prze¬znaczenie i cierpienie, jakie ono z sobą niesie, to, w jaki sposób bierze na barki swój krzyż, może być dla niego
    – nawet w najtrudniejszych chwilach – wyjątkową okazją do pogłębienia sensu własnego życia. Może bowiem wbrew wszystkiemu zachować odwagę i bezinteresowność albo walcząc zaciekle o przetrwanie, zapomnieć o swojej ludzkiej godności i zniżyć się do poziomu zwierzęcia. Człowiek może zatem wykorzystać szansę, jaką daje mu życie i wzrastać moralnie na przekór temu, co się z nim dzieje, ale może też ją odrzucić. Jego decyzja świadczy zaś o tym, czy jest godzien swojego cierpienia, czy nie.

    Lubię

  6. I dalej… he he bo dopiero doczytywałem…
    Nie należy uważać tego rodzaju rozważań za zbyt oderwane od życia i rzeczywistości. To prawda, że zaledwie garstka ludzi jest zdolna wykazać się tak silnym kręgosłupem moralnym. Spośród tysięcy więźniów tylko nielicznym udało się zachować swoją wewnętrzną wolność i traktować cierpienie jako okazję do duchowego rozwoju, lecz nawet pojedynczy przykład stanowi wystarczający dowód na to, że dzięki wewnętrznej sile można wznieść się ponad wszystko, co przyniesie los. Zjawisko to nie ogranicza się zresztą do obozów koncentracyjnych; każdego dnia na całym świecie ludzie muszą stawiać czoła przeznaczeniu; mają wówczas szansę, aby poprzez swoje cierpienie osiągnąć coś dobrego.

    Lubię

    • Kilkanaście minut temu napisałem komentarz w innym miejscu tego bloga, a w nim przykład jak cierpienie pomaga dostrzegać prawdę o sobie. Jednak myślę (odczuwam?!), że tam gdzie nam się wydaje, że ktoś ma wiele siły aby przezwyciężyć cierpienie, niekoniecznie dochodzi do przepychanki – siła moralna vs, cierpienie. Myślę (odczuwam), że tam zwyczajnie nie ma żadnej siły skierowanej przeciwko cierpieniu – tam jest po prostu akceptacja wynikająca z widzenia życia w innej perspektywie.

      Lubię

  7. I trochę dalej… Zdecydowałem się umieścić, bo w pewnym sensie dotyczy to wszystkich odwiedzających tą stronę
    :
    Młoda kobieta, o której mowa, wiedziała, że umrze w ciągu najbliższych kilku dni. A jednak kiedy z nią o tym rozmawiałem, sprawiała wrażenie radosnej. – Jestem wdzięczna losowi za to, że tak ciężko mnie doświadczył – oznajmiła mi. – W poprzednim życiu byłam zepsuta i za nic miałam rozwój duchowy.

    No i przestaje już dzisiaj bałaganić!

    Lubię

  8. Cóż takiego mówi Spinoza w swojej Etyce? „Affectus, qui passio est, desinit esse passio simultaque eius claram et distinctam formamus ideam” – cierpienie przestaje być cierpieniem, jeśli stworzymy sobie jasny i klarowny obraz wywołujących go emocji.

    A Kefir mówi, że emocje oszukują i nie należy im ufać – właśnie dlatego aby nie sprowadzały nas na manowce, przy decydowaniu o ważnych sprawach, ale odrzucenie ich równa się też z rzuceniem z siebie odpowiedzialności za człowieka i przybranie roli kalkującego psychopaty.
    No teraz naprawdę koniec!

    Lubię

    • Do ,,szymon wiejkowski pisze:
      24 Listopad 2014 o 20:02″

      ,, Bo przecież to właśnie nasza wewnętrzna wolność, której nikt nam nie jest w stanie odebrać, nadaje życiu sens i znaczenie.”

      Epizod z wczorajszego [ mojego] ranka: prysznic, śniadanko, kawka i co u Jarka słychać [ Ale to siedzenie w kompie – czuję – końcówka. Rozbijania siebie – z resztą twórczego. Wrócić już chcę do pisania, do moich bohaterów, do wątków w moim literackim przekazie]

      Ale wczorajszy ranek …
      – Kochanie! – [ gdzieś tam z dołu], – Co porabiasz?
      – Piszę! [siedzę na portalu Jarka]
      – O czym?
      – Chodź, przeczytaj! – [ krzyczę, bo gdzieś tam do dołu]
      – Zjesz jajka na miękko, czy sadzone?
      – Dzięki! Już jadłam!
      – To pisz, kochanie! [ głośno, bo z dołu]

      Przeczytaj jeszcze raz ten dialog, wciągnij garść świeżego powietrza.
      Jak nie kochać takich ludzi? Szczerych, opiekuńczych, pozwalających nam na bycie wariatami. Kiedyś ich cierpliwość może się skończyć … To nasze poglądy są dla nich iluzją. Jak dobrze, że oni też wiedzą, ze świat jest iluzją!-sic.!
      Czy kiedyś nas zrozumieją?
      Nie potrzeba. Oni podświadomie czują, że tylko wariaci zmieniają świat. Chyba zgodnie z moją maksymą:
      ,, Nienormalność życia i przekonań społeczeństwa można zmierzyć ilością ludzi w psychiatrykach i zakładach penitencjarnych”

      Serdecznie pozdrawiam.

      Lubię

  9. Jahwe(bóg Pan, Re, Chum, Marduk, Loki, Indra) namieszał sporo, ale nie sądzę aby on czerpał energię przez takowe. Teraz pewnie gdzie lata sobie ,,rydwanem bożym”. Proszę w sprawie Jahwe przeczytać mój komentarz na facebooku. Kiedyś napiszę nieco więcej o nim.
    Pozdrawiam

    Lubię

  10. Tym razem z innej książki cytat z Viktora Frankla.
    Dużo tam jest na drugim planie o tym, że racjonalizm nie może rościć sobie prawa do prawdy i nieomylności, bo istnieją takie rzeczy i zagadnienia, których nie da się racjonalnie wyjaśnić w ramach panujących pojęć. Nie ma jednej zawsze nieomylnej logiki z zestawem aksjomatów, za pomocą której da się stwierdzić, że coś jest prawdą albo fałszem – istnieje wiele logik czy też logicznych systemów, które są ze sobą sprzeczne ale w swoich systemach jak najbardziej są prawdziwe. Z mojej strony krytyka agresywnego racjonalizmu, ale w cytacie na pierwszym miejscu sprawa ducha, miłości i sumienia w formie przemyśleń filozoficznych.

    Egzystencjalna analiza sumienia
    Posłużymy się teraz zjawiskiem sumienia, aby jeszcze lepiej wyjaśnić pojęcie nieświadomości duchowej. Jak stwierdziliśmy w poprzednim rozdziale, sumienie to obok odpowiedzialności tak zwany Urphänomen, zjawisko nieredukowalne, właściwe bytowi ludzkiemu jako bytowi decydującemu, entscheidendes Sein. Wszystko, co usiłowaliśmy do tej pory wyprowadzić teoretycznie, musi dać się teraz udowodnić fenomenologicznie na przykładzie zjawiska sumienia. Sumienie sięga bowiem najgłębszych pokładów nieświadomości i wyrasta na gruncie nieświadomości; decyzje najbardziej doniosłe i autentyczne – autentyczne egzystencjalnie – zapadają właśnie w sposób bezrefleksyjny, a zatem nieświadomy. Sumienie jest u swego źródła zanurzone w nieświadomości.
    W tym też sensie sumienie jest irracjonalne – alogiczne lub, ściśle mówiąc, przedlogiczne. Jak istnieje przednaukowe czy nawet ontologicznie je poprzedzające przedlogiczne rozumienie bytu, tak też istnieje przedmoralne rozumienie sensu, czyli właśnie sumienie. Przedmoralne rozumienie sensu poprzedza wszelkie pojmowanie wartości, a zatem nie jest uzależnione od moralności.
    W jakim sensie możemy uważać sumienie za irracjonalne? Sumienie, przynajmniej w swoim działaniu, wymyka się racjonalizacji; jest ona możliwa dopiero „po fakcie”.
    Samoocena moralna również jest możliwa dopiero z perspektywy czasu. Ostatecznie wyroki sumienia pozostają nieprzeniknione.
    Pytając, dlaczego sumienie w nieuchronny sposób działa irracjonalnie, musimy przedtem rozważyć następującą kwestię: świadomość odkrywa coś, co istnieje; sumieniu jednak ujawnia się nie to, co jest, lecz raczej co powinno być. To, co ma dopiero zaistnieć, nie jest rzeczywiste – jest czymś, co można uczynić rzeczywistym; nie jest rzeczywistością, a jedynie możliwością (chociaż w wyższym, etycznym sensie taka możliwość znów jest rozumiana jako konieczność). Skoro więc to, co ujawniło się w sumieniu, ma się dopiero urzeczywistnić, warto zadać sobie pytanie: czy może się urzeczywistnić, jeżeli najpierw nie będzie w jakiś sposób antycypowane? Taka antycypacja może się jednak dokonać wyłącznie za sprawą intuicji.
    Sumienie jest więc ze swej istoty intuicyjne. Ażeby antycypować coś, co jeszcze nie istnieje, a dopiero ma być urzeczywistnione, sumienie musi opierać się na intuicji. W tym zatem sensie można je nazywać irracjonalnym. Czyż jednak sumienie nie przypomina miłości? Czy miłość nie jest w równym stopniu irracjonalna, co intuicyjna? Miłość w rzeczy samej posługuje się intuicją, wyobrażając sobie coś, co się jeszcze nie urzeczywistniło. Nie jest to jednak konieczność etyczna, ale raczej potencjał osobisty. Miłość odkrywa w ukochanej osobie ukryte możliwości, które ta dopiero musi urzeczywistnić.
    Fakt, iż zarówno miłość, jak i sumienie mają do czynienia zaledwie z możliwościami, a nie z rzeczywistymi faktami, nie jest ich jedyną wspólną cechą. Jest to pierwszy z powodów, dla których muszą one funkcjonować na poziomie intuicji; drugim powodem jest to, że tak jedno, jak i drugie ma do czynienia z czymś lub kimś absolutnie jedynym w swoim rodzaju.
    Rolą sumienia jest odkrywać przed człowiekiem unum necesse – jedno, co jest konieczne. To jedno jest też zarazem jedyne o tyle, że stanowi jedyną możliwość, jaką konkretna osoba musi urzeczywistnić w danej sytuacji. Liczy się jedyna w swoim rodzaju powinność, wymykająca się zapisom jakiegokolwiek ogólnego prawa. Żadne powszechnie uznawane przepisy prawne w rozumieniu „imperatywu kategorycznego” Immanuela Kanta nie zdołają tego objąć, w przeciwieństwie do „prawa indywidualnego” w ujęciu Georga Simmela. Co więcej, powinności tej nie da się nigdy pojąć w kategoriach racjonalnych, jedynie w sposób intuicyjny.
    Skoro sumienie w sposób intuicyjny odkrywa konkretne, indywidualne możliwości sensu, można by uznać, że działa instynktownie i, co za tym idzie, określać je mianem instynktu etycznego. Wystarczy wszakże lepiej się temu przyjrzeć, a dostrzeżemy, że ów instynkt etyczny znacząco odbiega od tego, co przywykliśmy nazywać instynktem, a mianowicie instynktu biologicznego, urzeczywistniającego się poprzez „wrodzone wzorce” czy „mechanizmy wywoławcze”, żeby przytoczyć Konrada Lorenza. W świecie zwierząt instynktowne reakcje na pewne płynące ze środowiska znaki i sygnały (w terminologii von Uexkülla Merkmale i Wirkmale)podlegają sztywnym schematom, swoistym dla danego gatunku. Skuteczność tych schematów polega na tym, że sprawdzają się w ramach całego gatunku, służąc przetrwaniu jak największej liczby jego przedstawicieli. W indywidualnych przypadkach jednak nie tylko zawodzą, lecz mogą wręcz sprowadzić konkretnego osobnika na manowce, skłaniając go do „nieroztropnych” zachowań. Ten sam instynktowny schemat reakcji, który chroni i ratuje od śmierci, dajmy na to, większość mrówek, może w pewnych okolicznościach doprowadzić do zagłady konkretnej mrówki; „mądrość” instynktu wymaga od czasu do czasu takiego „poświęcenia” dla dobra całej mrówczej kolonii. Instynkty biologiczne bowiem z zasady ignorują dobro jednostki.
    „Instynkt etyczny” jest zgoła odmienny. W przeciwieństwie do instynktów biologicznych jego skuteczność polega na tym, że zamiast być ukierunkowanym na ogół, skupia się na wszystkim, co indywidualne i konkretne.
    I tak jak zdarza się, że instynkt biologiczny zwodzi czasami zwierzę, tak też człowiek może, jak na ironię, zejść na manowce, kiedy kieruje się nakazami rozumu moralnego. Ten ostatni zajmuje się bowiem tylko tym, co ogólne, podczas gdy instynkt etyczny – i tylko on jeden – pomaga człowiekowi odkryć jedyną powinność możliwą do spełnienia w danej sytuacji, wspomniane już unum necesse
    – jedno, co jest konieczne. Wyłącznie sumienie pozwala nam dostosować „odwieczne”, powszechnie przyjęte prawo moralne do konkretnych okoliczności, w jakich znalazła się konkretna osoba. Podążanie za głosem sumienia zawsze oznacza wysoko zindywidualizowaną egzystencję, w pełni świadomą wyjątkowości każdej sytuacji. Sumienie rzeczywiście w całości ogarnia konkretne „tu” (Da) naszego osobowego bycia (Sein).
    Miłość jest podobna do sumienia, również jeśli chodzi o wyjątkowy charakter swojej intencji. Jak sumienie jest ukierunkowane na jedyne w swoim rodzaju możliwości drzemiące w każdej sytuacji życiowej, tak też obiektem miłości jest jedyny w swoim rodzaju uśpiony potencjał kochanej osoby. Co więcej, miłość i tylko miłość pozwala temu, kto kocha, dostrzec wyjątkowość kochanej osoby. W tym sensie miłość pełni istotną funkcję poznawczą. Musieli to już spostrzec starożytni Hebrajczycy, ponieważ jednym i tym samym słowem określali zarówno akt miłosny, jak i akt poznania.
    Czy wolno nam zatem porównywać pod względem jakościowym decyzje i wyroki miłości oraz decyzje i wyroki sumienia? Czy miłość ma w ogóle coś wspólnego z podejmowaniem decyzji i wyborów? Z pewnością tak. Wybór partnera jest bowiem prawdziwym wyborem tylko wówczas, gdy nie odbywa się pod dyktando popędów. Dopóki mój wybór determinuje, dajmy na to, nieświadomy obraz czy „imago”, nie ma on żadnego związku z miłością. Podobnie nie może być mowy o miłości, jeśli to id popycha „ja” ku „ty”. W miłości bowiem „ja” nie pozwala, aby kierowało nim id, ale samo wybiera „ty”.
    Wszakże nie tylko miłość i rozum moralny, czyli sumienie, są głęboko zakorzenione w nieracjonalnej głębi nieświadomości duchowej – tym, co emocjonalne i intuicyjne. Dotyczy to również tego, co nazywam sumieniem artystycznym. A zatem zarówno etyka, jak i estetyka mają swoje źródło, swój fundament, w nieświadomości duchowej. W rzeczy samej wszelka kreacja artystyczna bierze swój początek w nieświadomości duchowej5. Nieracjonalnej intuicji sumienia odpowiada natchnienie artysty. Artystyczna kreacja wypływa z otchłani, której mroków nie da się w pełni rozświetlić. My, lekarze, często obserwujemy przypadki, gdy nadmiernie pogłębiona refleksja nad procesem twórczym okazuje się dla pacjenta szkodliwa. Wymuszona samoobserwacja może się stać poważną przeszkodą dla kreatywności twórcy. Wszelkie próby świadomego uzyskania czegoś, co musi się zrodzić w nieświadomej głębi, podobnie jak próby manipulowania poprzez refleksję pierwotnym procesem twórczym, są z góry skazane na porażkę. Na refleksję przychodzi pora znacznie później.
    Znany jest przypadek pewnego skrzypka, który zawsze starał się grać jak najbardziej świadomie. Wszystko, od ułożenia skrzypiec na ramieniu po najdrobniejsze szczegóły techniczne, chciał wykonywać świadomie, dokładnie analizując każdy element gry, co doprowadziło go do załamania i kryzysu twórczego. Pierwszy etap terapii polegał na przezwyciężeniu tej jego skłonności do przesadnej autorefleksji i samoobserwacji albo, żeby posłużyć się terminologią logoterapeutyczną, „hiperrefleksji”. Postępowanie terapeutyczne musiało być ukierunkowane na coś, co logoterapia nazywa „derefleksją”. Należało przywrócić pacjentowi zaufanie do nieświadomości i unaocznić mu, że jego nieświadomość jest o wiele bardziej muzykalna niż jego świadomość. Chodziło o to, aby pacjent zaczął polegać na swojej nieświadomości. Dzięki tak prowadzonej terapii nastąpiło u niego uwolnienie kreatywnych „sił twórczych” z nieświadomości. Dzięki derefleksji udało się wyzwolić proces twórczy spod krępującego wpływu zbędnej refleksji.
    W tym miejscu nasuwa się pytanie o to, co powinno być celem psychoterapii. Dotychczasowy postulat mówiący, iż celem jest uświadamianie czegoś pacjentowi za wszelką cenę, przestaje być aktualny. Uświadamianie sobie pewnych rzeczy jest zaledwie przejściowym etapem całego procesu terapeutycznego. To, co nieświadome – nie wyłączając nieświadomości duchowej – musi się stać świadome jedynie po to, ażeby następnie ponownie odpłynąć w nieświadomość. Aby posłużyć się ujęciem scholastycznym: celem terapii jest przekształcać nieświadomą potentia w świadomy actus, lecz wyłącznie po to, aby na koniec przywrócić go do stanu pierwotnego jako nieświadomy habitus. W ostatecznym rozrachunku zadaniem terapeuty jest przywrócić spontaniczność i naiwność niepoddającemu się refleksji aktowi egzystencjalnemu.
    Pozornie mogłoby się zatem wydawać, że wszelka kreacja artystyczna, jak również akty duchowe, należą wyłącznie do sfery uczuć i emocji. Pojęcia te stały się jednak obecnie zbyt płynne, nie wolno też zapominać o podziale uczuć Schelera na zwykłe „stany emocjonalne” (Gefühlszustand) oraz „uczucia intencjonalne” (intentionales Gefühl), to jest uczucia ukierunkowane na referenty intencjonalne. Co ciekawe, podczas gdy „uczucia intencjonalne” mogą być także zakorzenione w nieświadomości duchowej, zwykłe stany emocjonalne mają równie niewiele wspólnego z bytem duchowym, co inne stany będące dziełem popędów.
    Twierdzenie, że pojęcie uczucia jest niejednoznaczne, w żadnym wypadku nie oznacza, że samo uczucie jest niejednoznaczne, przynajmniej jeśli chodzi o „uczucia intencjonalne”. Przeciwnie, subtelność uczuć może zdecydowanie przewyższać przenikliwość rozumu.
    Usiłując zgłębiać ze swej istoty nieświadome źródła aktów duchowych, napotykamy na swej drodze rozmaite trudności, które najlepiej może zobrazować pewien, jakkolwiek trywialny, fakt. Otóż ludzie od niepamiętnych czasów żartują i śmieją się z żartów, a mimo to po dziś dzień nauka nie potrafi w pełni wyjaśnić takich zjawisk jak dowcip i śmiech. Przykład ten doskonale pokazuje, jak bardzo spełnianie czynności może być niezależne od jego rozumowego zrozumienia.
    Podsumujmy: gdzie duchowe „ja” jest zanurzone w swojej nieświadomej głębi, tam rodzą się takie zjawiska, jak sumienie, miłość oraz sztuka. Tam zaś, gdzie jest odwrotnie – to znaczy gdzie psychofizyczne id wdziera się do świadomości – tam mamy do czynienia z nerwicą albo psychozą, w zależności od tego, czy podłoże danego zaburzenia jest psychogenne czy somatogenne.

    Dziękujemy Obaj.

    Lubię

  11. Oto i dalsze…
    Trochę dobrane, aby być wymowniejszym…

    Jeden z mych pacjentów oznajmił kiedyś spontanicznie: „Dlaczego wstydzę się wszystkiego, co religijne, dlaczego wydaje mi się to czymś śmiesznym i kłopotliwym? Otóż ja dobrze wiem, dlaczego tak bardzo wstydzę się swoich tęsknot religijnych. Przez ostatnie dwadzieścia siedem lat poddawałem się psychoterapii i przez cały ten czas moi lekarze żywili mniej lub bardziej milczące przekonanie, że tego rodzaju tęsknoty są niczym innym, jak nierealistyczną, niczym nieugruntowaną spekulacją. Według nich prawdziwe było tylko to, co namacalne, zaś cała reszta to nonsens wynikający z traumy lub pragnienia ucieczki przed życiem w chorobę. Tak więc za każdym razem, gdy zaczynałem mówić o swojej tęsknocie za Bogiem, niemal bałem się, że wsadzą mnie w kaftan bezpieczeństwa. Aż do tej pory żaden rodzaj psychoterapii nie trafił w sedno”.

    Im głębsza religijność, tym bardziej potrafimy uszanować decyzję tego, który nie próbuje iść dalej. Ostatecznie kto jak nie człowiek religijny, wierzący, że zostaliśmy stworzeni jako wolne istoty, powinien uszanować wolność takiego wyboru. Wolność człowieka zakłada wszak możliwość odmowy, odrzucenia każdego religijnego światopoglądu. Nie ulega wątpliwości, że wśród ateistów i agnostyków zdarzają się ludzie gotowi zaakceptować fenomen transcendencji. Nie widzą oni jednak potrzeby mówienia w związku z tym o jakimkolwiek „Bogu”. Są wszakże i tacy, którzy nie wzdragają się opisywać transcendencji właśnie tym odwiecznym słowem – „Bóg”.

    Zauważył to już dziewiętnastowieczny dramaturg Hebbel, kiedy w liście datowanym na 13 maja 1857 roku tak pisał do Uechtritza: „Sumienie pozostaje w uderzającej sprzeczności z wszelkimi wartościami postulowanymi przez materializm. Próba zredukowania go do popędu seksualnego lub instynktu przedłużenia gatunku – która prędzej czy później z pewnością zostanie podjęta, o ile już to nie nastąpiło – ani nie doprowadzi do wyjaśnienia fenomenu sumienia, ani go nie wyeliminuje”. W międzyczasie przewidywania Hebbla rzeczywiście się spełniły. Psychoanaliza usiłowała interpretować sumienie w kategoriach psychodynamiki, sprowadzając je do superego i wyprowadzając superego z introjekcyjnego obrazu ojca.

    Goethe powiedział kiedyś: „Wszelkie chcenie jest chceniem tylko dlatego, że powinniśmy” – w tle każdego aktu woli człowieka kryje się jakieś poczucie powinności. Ontologicznie ta „powinność” poprzedza wolę. Jak najpierw musi zostać postawione pytanie, ażeby mogła paść odpowiedź i jak każda odpowiedź wymaga czegoś, „na co” ma odpowiedzieć, tak to, „przed czym” odpowiadamy, musi siłą rzeczy poprzedzać samą odpowiedzialność.

    Wielu psychoanalityków interpretuje religię wyłącznie w kategoriach sublimacji, sprowadzając przy tym wszelkie przeżycia duchowe, zarówno te świadome, jak i nieświadome czy stłumione, do seksualności dziecięcej. Można im odpowiedzieć w następujący sposób: nikt nie zdoła nas przekonać, że człowiek to szlachetna bestia, skoro potrafimy udowodnić, że tkwi w nim spętany anioł.

    Lubię

  12. To się musi stać, tak jak z epokami w kulturze. Ludzie potrzebują zmiany, ale w końcu się czymś męczą i wracają do tego co było przedtem. Najpierw było oświecenie, era gdzie ludzie kierowali się wyłącznie umysłem, potem romantyzm, gdzie królować zaczęło serce, potem rozum wrócił pod postacią postaw pozytywistycznych, po to by znów był powrót poprzednich zapatrywań. Życie jest cykliczne.

    Lubię

  13. Pojecie wiedzy tajemnej jest zabawne. Służy głownie wytworzeniu atmosfery fantastyki i tajemniczości.
    Pragnę zwrócić uwagę że umiejętność pisania i czytania jest dla analfabety wiedzą tajemną.
    Każdą wiedzę której się nie posiada można nazwać „tajemną” Po jej uzyskaniu przestaje być tajemna. Żeby ją pozyskać wystarczy studiować doswiadczac i uczyć się!
    Nie wszystkim się chce. Ale to już zupełnie co innego.
    Tak było od zawsze.

    Lubię

  14. Na temat Boga i-stworcy est duzo do czytania w kazdej religi.Ich powstanie bylo bardzo dawno.trudno to badac.Nie przypadkiem jestem zainteresowany tym tematen ale nieco naukowo-jak tylko to mozliwe.Na strinie Internetowej jest cos szczegolnego na ten temat.Mowa przed Senaten USA bylego Ministra Obrony Kanady . a wiec prosze posluchac coon natemat stworcy mowi…….Paul Hellyer Citizen hearing w niemieckim poprzez tlumaczenie EF albo dla anglistow woryginale .Mozna tez przeczytac jego ksiazke.)ale tylkodla dociekliwych)Mr Hellyer dal nowa definicje Stworcy-trzba sie wsluchac do konca wypowiedzi

    Lubię

  15. Ale wyssane z palca bajeczki, ha, ha. Aż śmieszne się to wydaje, jeśli ktoś z tym stekiem bzdur pierwszy raz się styka – i to w takiej kumulacji!.
    Wprost szkoda człowieka, który to napisał, że tak ma mózg wyprany, jednocześnie zgniły i zjełczały. – krótko mówiąc zepsuty do samego dna, do samej głębi. Wydaje się, że nie ma już co ratować a najgorsze jest to, że w tę pułapkę głupoty wciąga innych, jeszcze nieświadomych prawdy. Ale czego nie robi się pod publiczkę, domniemywam, że sporą, opętanych głupotą?

    Lubię

  16. I to ma być prawda, której się autor tak zarzeka wszędzie, że ją zna?
    W gruncie rzeczy to właśnie jest ten największy blef, że on o Prawdzie nie ma najmniejszego pojęcia i kompletnie nic dla niego nie znaczy.
    Zamieściłam jeden jedyny komentarz ale skoro nie jest zamieszczony, to wniosek prosty i oczywisty sam się narzuca. Oczywiście, że mój komentarz nie był pochlebny na temat owych wypocin i głupot wypisywanych w artykule. Nie ukazał się bo mówił rzeczy prawdziwe. Natomiast z całą pewnością ukazałby się ale tylko wtedy, gdyby bezgranicznie zachwalał artykuł i owego tfuurcę, który go napisał.
    I to właśnie jest ta cała jego prawda – w gruncie rzeczy nic nie warta, jak i ten cały artykuł. Tym samym autor tekstu pokazał gdzie on ma w istocie Prawdę.
    Nic tu po mnie, skoro tak łatwo a właściwie natychmiast przekonałam się gdzie ten blogowicz ma Prawdę i w jakim poważaniu Ją ma. Prawda dla mnie jest najważniejsza, to właśnie Jej trzeba być wiernym i właśnie dlatego nigdy więcej tu nie zajrzę.

    Lubię

    • Monika, wszystkie twoje komentarze są już zamieszczone. Po prostu były kilka godzin w moderacji 🙂 I dają one teraz świadectwo o tobie. Monika ma w swoim profilu poniższą stronę:
      http://gobbi.pl/

      Jest to strona kapłańskiego ruchu maryjnego:
      Cytuję: „Ks. Stefano Gobbi urodził się 22 marca 1930 roku. Modląc się w Fatimie za kapłanów, którzy utraciwszy wiarę zamierzali szkodzić Kościołowi, otrzymał od Matki Bożej natchnienie założenia Kapłańskiego Ruch Maryjnego, który duchowo wzmocniłby kapłanów. Odtąd KRM tworzy zastęp wierny poleceniom Matki Bożej i przyczyniający się do Jej tryumfu w świecie dla utorowania drogi przychodzącemu Chrystusowi. Ruch ten nie posiadając żadnych formalnych struktur w szybki sposób rozprzestrzenił się na całym świecie. Każdego roku, w okresie trwania objawień ks. Gobbi oraz grupa jego współpracowników odwiedzała Ojca Świętego Jana Pawła II, modląc się z nim podczas wspólnej celebracji Eucharystii.”

      P.S. 😉

      Lubię

Skomentuj artykuł:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s