Afery

Drony: człowiek i robotyka w Holocauście XXI wieku [+18]

Program samolotów bezzałogowych (dronów) w USA

samoloty bezzalogowe drony

Był jednym z pierwszych wynajętych do testowania nowej broni. Przemierzał niebo nad Afganistanem, nie ruszając się z fotela.

Baza Sił Powietrznych USA na pustyni Nevada. W jednym z hangarów stoi wielka metalowa skrzynia. W środku dwa fotele, zapach potu i papierosowego dymu. No i mrok rozświetlony przez kilkanaście monitorów. A na ekranach brązowe ścierniska i skaliste podnóża Hindukuszu we wschodnim Afganistanie.

Brandon Bryant powiększa obraz z kamery i obserwuje trzech mężczyzn, którzy idą polną drogą. Widzi dokładnie ich długie koszule i workowate spodnie. Nie zna imion. Wie tylko, że to podejrzani rebelianci. Powiedziano mu, że będą uzbrojeni, ale on widzi tylko pasterskie kije. Mimo to dyrektywa z góry mówi: potwierdzono broń.

Bryant przełącza widok na ostry kontrast podczerwieni. Ciepłe ciała ludzi świecą czerwienią wyraźnie odróżniającą ich od barwy chłodnej ziemi. Wiązką lasera oznacza dwóch mężczyzn, którzy idą jako pierwsi. „Trzy… dwa… jeden… pociski na torze”. Na zupełnie innym kontynencie dwie rakiety Hellfire odrywają się od drona, by w kilka sekund przekroczyć prędkość dźwięku. W miejscu gdzie byli mężczyźni, na ekranie widać biały błysk.

„Gdy dym opadł, zobaczyłem kawałki ciał dwóch mężczyzn rozrzucone wokół krateru. I trzeciego faceta, z nogą urwaną powyżej kolana. Rzucał się na ziemi, z uda tryskała mu krew. W podczerwieni widziałem, jaka jest gorąca. Na ziemi szybko stygła, ale minęło sporo czasu, zanim ten mężczyzna się wykrwawił. Patrzyłem, jak powoli nabiera koloru ziemi. Ten obraz wżarł mi się w pamięć” – mówi Brandon Bryant dziennikarzowi amerykańskiego miesięcznika „GQ”.

„Bryant jest jednym z kilkorga ludzi, którzy zgodzili się opowiedzieć o utrzymywanym w dużej mierze w tajemnicy programie samolotów bezzałogowych USA. Jest niczym opadająca kurtyną, która odsłania, jak w naszym imieniu zabija się tysiące ludzi. Jest przerażająco ludzką, XXI-wieczną maszyną do zabijania. I obiektem eksperymentu, który miał zbadać nowy sposób prowadzenia wojny. Opowieść o sześciu latach w armii była dla niego czymś w rodzaju spowiedzi, która przynosi oczyszczenie” – pisze „GQ”. „Spowiedź wojownika dronów” ukazała się pod koniec października.

Miałem być pomocnikiem Bonda. Zostałem oczami „Predatora”

Postawny mężczyzna z gładko ogoloną głową jest starszym kapralem Sił Powietrznych USA. Był operatorem bezzałogowych MQ-1B predatorów, które USA wysyłają na niebo Iraku i Afganistanu. A mężczyźni z afgańskiej drogi byli pierwszymi ludźmi, do których strzelał. Zabił ich w 2007 roku, miał wtedy 21 lat.

Bryant w metalowej skrzyni był oczami „Predatora”. Odpowiadał za pracę kamer i laserowego celownika. Obok zawsze siedział pilot, który sterował maszyną. Siedzieli w mroku, bo tak łatwiej się skupić na pilotowaniu maszyny. Obaj ubrani w zielone lotnicze kombinezony zaprojektowane tak, aby nawet w czasach dronów podtrzymać tradycje Sił Powietrznych USA. Odpalenie hellfire’ów było ich wspólnym dziełem. Bryant oznaczył cel, a pilot ciągnął za spust.

Bryant mówi, że operatorem dronów został właściwie przez przypadek. Chciał iść na uniwersytet, ale nie stać go było na czesne. W 2005 roku razem z kolegą zawędrowali do biura rekrutacji Sił Powietrznych USA. Kolega miał złe przeczucia i w ostatniej chwili uciekł. A Bryant podpisał papiery i pojechał na testy kompetencji. Osiągnął wysokie wyniki i został skierowany do wywiadu, aby szkolić się na analityka obrazu. „Mówili mi, że będę jak ci kolesie, którzy podrzucają Jamesowi Bondowi informacje, aby mógł ukończyć misję” – wspomina.

Trafił do programu „Drone” i przez 10 tygodni razem z innymi kadetami uczył się pilotować bezzałogowe samoloty. Latali nad pustynią i odpalali nieuzbrojone hellfire’y w stronę atrapy miasteczka. „Wypełnione betonem pociski trafiały w opuszczone czołgi i wraki samochodów. To było jak gra. Inspektor treningu patrzył nam przez ramię i mówił: – Boom. Zabiłeś wszystkich” – opowiada.

Oko Saurona zawsze oznacza problemy

Ale po kilku miesiącach „poszedł” na prawdziwą wojnę. Latał nad Irakiem i Afganistanem, choć nie ruszył się z Nevady. Pierwsza misja. Dron Bryanta startował z bazy 50 mil od Bagdadu. Miał być „aniołem stróżem” konwoju humvee. Amerykanin z wysokości 3 km skanował drogę w podczerwieni. Było spokojnie, aż dostrzegł lekko świecący krąg. To mogła być mina pułapka. Bojownicy często układają je pod nawierzchnią drogi, wcześniej roztapiając asfalt oponą polaną benzyną. Takie miejsce można wykryć w podczerwieni. Bryant – fan „Władcy pierścieni”, nazywa je „Okiem Saurona”.

Operatorzy próbowali ostrzec konwój. Bezskutecznie, bo żołnierze aktywowali jammery. To urządzenia, które zakłócają fale radiowe i mają zapobiec zdalnemu odpaleniu bomby. „Gorączkowo pisaliśmy wiadomości na czacie, przez który komunikujemy się z przełożonymi. Mijały minuty, a konwój jechał dalej” – opowiada Bryant.

Pierwszy humvee przejechał nad „Okiem Saurona”. Nic się nie stało.

„Już myślałem, że się pomyliłem, gdy bomba wybuchała pod drugim samochodem. W słuchawkach usłyszałem spanikowanego żołnierza: Co się, kurwa, stało?! – krzyczał. Widziałem spalonego humvee i ludzi starających się wyciągnąć żołnierzy. Dwóch zginęło. Trzech było ciężko rannych” – opowiada.

„Do końca nocy siedziałem w fotelu zdrętwiały. A potem po prostu poszedłem do domu. Nikt z nami nie rozmawiał o tym, co się stało. Nikt nie pytał, jak się z tym czujemy. Była niepisana umowa, że nie gadamy o swoich doświadczeniach” – dodaje.

Etyka robotów. Robot nie może krzywdzić ludzi

Bryant opowiada, że pracował sześć dni tygodniowo na 12-godzinnych zmianach. A czasem dłużej, bo załadowany Predator może spędzić w powietrzu 18 godzin, a od operatorów wymaga się, by byli tak wytrzymali jak maszyny. Do tego częsta praca nocami i – jak przekonuje – cztery pierwsze lata bez urlopu.

„Wzywano nas, jeśli gdzieś dochodziło do wymiany ognia. W ciągu kilku minut byliśmy na miejscu z naszym śmiercionośnym ładunkiem. Ale zazwyczaj robiliśmy coś innego, w kółko. Wpatrywaliśmy się w dachy, dziedzińce i drogi. Śledziliśmy ludzi po drugiej stronie świata. Jak piją herbatę z przyjaciółmi, bawią się z dziećmi. Raz ktoś na dachu kochał się z kobietą. Inny poszedł się załatwić na polu. W podczerwieni gówno świeciło na biało” – opowiada.

Razem z pilotem szukali sposobów, aby zabić czas. Jedli fast foody, cerowali mundury, zmieniali się, aby uciąć sobie krótką drzemkę. Bryant do perfekcji opanował sztukę czytania i oglądania monitorów jednocześnie. Zerkał na ekrany co dwie minuty i wracał do wertowania kartek. Tak przeczytał „Grę Endera” Orsona Scotta Carda, o dzieciach, które myśląc, że grają w grę, biorą udział w prawdziwej wonie. Oraz „Zabawę w berka” Isaaca Asimova, gdzie opisano trzy prawa robotów.

Pierwsze prawo mówi: Robot nie może skrzywdzić człowieka ani przez zaniechanie dopuścić, aby doznał krzywdy. Bryant rozważał, jak te prawa mają się do dronów. Sam podczas pierwszych dziewięciu miesięcy służby oddał pięć strzałów.

Nie możemy strzelić do dziecka. To nie dziecko, to pies

Drugi strzał był jeszcze trudniejszy niż pierwszy. Śledził wtedy wysoko postawionego bojownika – być może dowódcę talibów lub Al-Kaidy. Bryant nie wie, bo nie podawano mu szczegółów. Przez kilka godzin obserwował afgańskie gospodarstwo. Zgodnie z rozkazem oznaczył dom laserem, gdy jakaś postać przebiegła przez podwórze i wbiegła do budynku. „Wyglądała jak małe dziecko. Zamurowało mnie i zapytałem pilota, czy widział to samo. Skontaktowaliśmy się z obserwatorem wywiadu, który zawsze obserwował strzał. – To pies – odpisał obserwator”.

Bryant jest pewien, że to nie był pies. Już po odpaleniu rakiet razem z pilotem wielokrotnie odtwarzali nagranie z kamer. Jak mówi, gdyby spostrzegł postać wcześniej, mógłby skierować laser gdzie indziej. Nie dbał o to, czy zmarnuje wart 95 tys. dolarów pocisk.

„Pilot był typem człowieka, który nie dyskutuje z poleceniami. A jeśli obserwator uznał, że nic się nie stało, to nic się nie stało. W raporcie napisał, że budynek został zniszczony, a wysoko postanowiony cel – wyeliminowany. Raport nie wspomina ani o psie, ani o jakiejkolwiek innej żywej istocie” – mówi kapral.

Jak opowiada, na początku miał poczucie misji. Wierzył, że likwiduje „złych ludzi”. Na własne oczy widział dowódcę Al-Kaidy, który wyciągnął z bagażnika dwie spętane dziewczyny, zastrzelił je na ruchliwej ulicy i odjechał.

Gdy sam strzelał, musiał jeszcze przez kilka godzin obserwować, co dzieje się na miejscu strzału. Oglądał, jak ludzie gromadzą się wokół zabitych i zabierają ciała na cmentarz.

„Na początku wydawało mi się, że drony ratują ludzi, ograniczając cierpienia wojny. Potem zobojętniałem. Czułem, jak przechodzę na tryb zombi” – dodaje.

Miałem wrażenie, że jakiś głos mówi w mojej głowie

W 2008 roku Bryant został przeniesiony do bazy w Nowym Meksyku. Przez trzy lata śledził stamtąd „cele wysokiej wartości”. Jego eskadra ścigała m.in. Anwara al-Awlakiego – lidera Al-Kaidy Półwyspu Arabskiego i jednego z najbardziej poszukiwanych terrorystów. Zginął w 2011 roku zabity przez drona CIA. Bryant twierdzi, to on razem z kolegami go namierzyli.

„Jedziemy po najlepszych kolesiów – mówili nam, pokazując prezentacje. Wreszcie tłumaczyli, kim są ci ludzie i dlaczego ich ścigamy. Podobało mi się to, co robię. Po trzech latach działałem jak w transie. Spoglądałem na tablicę ze zdjęciami celów i mówiłem: – Który z was dzisiaj umrze, skurwysyny? Miałem wrażenie, że jakiś głos mówi w mojej głowie. Jakieś moje mroczne alter ego. Czułem, że muszę stamtąd uciec” – opowiada.

Wiosną 2011 roku, po prawie sześciu latach latania dronem i 6 tys. wylatanych godzin, starszy kapral Bryant zwrócił 109 tys. dolarów premii, którą dostał za kontynuację służby, i odszedł z wojska. Gdy odchodził, dostał od przełożonych „kartę osiągnięć” swojego oddziału. „Taki dyplom ze statystykami: ilu wrogów zabiliśmy, ilu było ważnych. Zaczęło mnie mdlić na widok tych liczb” – opowiada.

„Liczba wrogów zabitych w akcji: 1626”.

Bryant nie pociągał za spust we wszystkich przypadkach, nie zawsze to on brał na cel ofiary. Ale latał w większości misji. I czuje się odpowiedzialny za wszystkich zabitych.

Po odejściu z wojska pił na umór

„Po pierwszym strzale trudno mi było z kimkolwiek rozmawiać przez kilka tygodni. Nie miałem pojęcia, jakie to straszne uczucie kogoś zabić. Jeszcze gorsze było oglądanie, jak ten mężczyzna się wykrwawia. Wracałem do domu samochodem i płakałem” – wspomina.

Inni operatorzy reagowali różnie. Jeden po powrocie do domu z miejsca wypił butelkę whiskey. Kobieta, która kierowała dronem, po swoim pierwszym strzale oświadczyła, że już nigdy więcej nie użyje broni, nawet pod groźbą sądu wojennego. Wielu męczyły koszmary. Bryant miał dziwaczne sny, w których postacie z jego ulubionej gry „World of Warcraft” występowały w podczerwieni.

Po odejściu z wojska pił na umór, włóczył się po barach albo zaszywał się w domu na kilka tygodni. Jak wspomina jego matka, nocą siedział przy stole, patrząc na pistolet, a nad ranem tego nie pamiętał. Przerażona oddała broń syna znajomym. „Czułam, jak go tracimy” – opowiada LanAnn Bryant „GQ”.

Wreszcie żołnierz za namową znajomego weterana z Wietnamu poszedł do terapeuty. Jak opowiada, po kilku sesjach zupełnie się rozkleił. „Czułem, jak coś gruchocze moją duszę, nie miałem pojęcia, że takie uczucie istnieje. Nie byłem gotowy tak żyć” – opowiada.

Terapeutka zdiagnozowała u niego zespół stresu pourazowego (PTSD). Przez dziesięciolecia uważano, że to zaburzenie lękowe, które dopada żołnierzy, jest skutkiem śmiertelnego przerażenia. Dopiero od niedawna psycholodzy dochodzą do wniosku, że powodem mogą być także „szkody natury moralnej”.

Wirtualny asystent pomoże pozbyć się poczucia winy

W 2011 roku psycholodzy armii USA przebadali 600 operatorów dronów. 42 proc. zgłosiło, że żyje w umiarkowanym lub wysokim stresie. 20 proc. skarżyło się na wyczerpanie emocjonalne lub wypalenie zawodowe. Autorzy badania orzekli, że przyczyną tak fatalnych wyników po części może być „konflikt egzystencjalny”, który przeżywają operatorzy. W odpowiedzi wojskowi naukowcy zaproponowali stworzenie wirtualnego asystenta, z którym piloci i obserwatorzy będą mogli rozmawiać podczas misji. Rozmowa miała im pomóc pozbyć się poczucia winy.

Po dwóch latach leczenia Bryantowi przeszły koszmary w podczerwieni. Pracuje w szkole ratownictwa medycznego. Zaplanował, że teraz będzie ratował ludzi.

„Samoloty bezzałogowe cały czas krążą po niebie Pakistanu, Jemenu i Afganistanu. Pomimo zapewnień prezydenta Baracka Obamy, że wojsko ograniczy ich użycie. Według ostatnich badań 61 proc. Amerykanów popiera stosowanie dronów, jeśli dzięki nim nie trzeba narażać życia żołnierzy. Być może jest jeszcze zbyt wcześnie, aby zrozumieć, jakie konsekwencje natury etycznej wiążą się z ich stosowaniem” – pisze „GQ”.

Spowiedź wojownika dronów – tekst magazynu „GQ”

Za: http://kochanezdrowie.blogspot.com/

Reklamy

2 odpowiedzi »

  1. Co innego jest walczyć i zabijać narażając własny tyłek a co innego – zabijać z fotela umieszczonego po drugiej stronie Ziemi. To rozwalenie samolotów z pasażerami o dwie wieże w NY jest „be” a zabijanie ludzi robotami – cacy? Terroryści przynajmniej swoje życia poświęcili…

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.