Medycyna akademicka

Czego uczy nas śmierć? Nie umieraj za życia!

Czego uczy nas śmierć? Kwestie przemijania

Komentarz Jarek Kefir: nie ze wszystkimi poniższymi twierdzeniami na temat medycyny się zgadzam.

____________________________________________________________________________________________

Cyt. „Lekarze albo zajmują się ratowaniem życia, albo bezradnie przyglądają się, jak ono z nas ulatuje. Ale nawet w tym fachu niewielu jest ludzi, którzy patrzą śmierci prosto w oczy i… potrafią opisać, co w nich widzą. Oto lekcja życia udzielona przez jednego z nich.

Lekarze albo zajmują się ratowaniem życia, albo bezradnie przyglądają się, jak ono z nas ulatuje. Ale nawet w tym fachu niewielu jest ludzi, którzy patrzą śmierci prosto w oczy i… potrafią opisać, co w nich widzą. Oto lekcja życia udzielona przez jednego z nich.

smierc przemijanie

Nie ma wolności dla człowieka, jak długo nie pokonał on strachu przed śmiercią.
Albert Camus

Mój pierwszy dzień na medycynie był wypełniony inspirującymi wykładami. Zaczęło się od spotkania z anestezjologiem, który za temat obrał sobie “wszystko, co musicie wiedzieć o medycynie”. Okazało się, że nie ma tegodużo, zaledwie trzy zasady, które kazał nam powtarzać za sobą: “Powietrze się wdycha i wydycha. Krew ma krążyć. Tlen jest dobry. Pamiętajcie o tym, a wszystko będzie dobrze”.

Już za parę dni tablica w sali wykładowej, w której wprowadzano nas w podstawy medycyny, miała zapełnić się skomplikowanymi wzorami procesów biochemicznych i rysunkami ludzkich embrionów na różnych etapach rozwoju. Tego pierwszego dnia jednak tylko jeden wykładowca zadał sobie trud, by cokolwiek na niej napisać. To był patolog. On również, podobnie jak ów anestezjolog, postanowił sprowadzić całą medycynę do jednej, podstawowej zasady. Dlatego napisał na tablicy wielkimi kulfonami jeden wyraz: ŚMIERĆ.

“Unikajcie tego – powiedział – a wszystko będzie dobrze”.

To słowo straszyło z tablicy przez cały dzień. Myślałem, że może ktoś w końcu je zetrze, ale nikt się nie odważył. Następnego dnia rano już go nie było, zastąpił je cykl Krebsa – ten niesłychanie skomplikowany, szczęśliwy mechanizm międzykomórkowy, który utrzymuje nas przy życiu, dzięki Bogu nie zważając, czy ktoś potrafił go wykuć na pamięć, czy nie. Ten, kto zastąpił to krótkie, przerażające słowo cyklem Krebsa, dał nam pierwszy wgląd w to, na czym polega prawdziwa medycyna.

Mimo nieśmiałego zajawienia śmierci w tym pierwszym dniu, przez całe studia mieliśmy się uczyć nie tego, jak się jej nie bać, tylko jak jej unikać. Nie podoba nam się wizja tego słowa wypisanego na tablicy i spoglądającego na nas tak otwarcie. Wolimy je ukrywać głęboko między wynikami badań, w kliszach z prześwietleniami, by odkryło się, gdy nas już nie będzie. Ale ono tam jest – śledzi nas, tak jak księżyc podąża za jadącym samochodem. Tak długo, dopóki nie musimy na nie patrzeć, wszystko jest w porządku. Problem polega na tym, że chociaż my jej unikamy, ona wciąż ma na nas oko.

Gdy już muszę myśleć o śmierci, widzę ją najwyraźniej w twarzach pacjentów, w momencie gdy dociera do nich, że to, co nieuchronne, jest tuż, tuż. Kiedy pojmują, że śmierć jest już blisko. Nie sposób tego zapomnieć: nie da się zapomnieć spojrzenia człowieka, który nagle rozumie, że to już teraz, że już niedługo – nie w bliżej nieokreślonej przyszłości, ale być może już dziś albo za tydzień – umrze.

Ja umieram, prawda?

Ten pacjent miał zaledwie 18 lat i mukowiscydozę. To genetyczna choroba, powodująca zagęszczanie się śluzu we wszystkich organach produkujących śluz. U tego pacjenta najgorzej było z płucami. Za sprawą milczącego porozumienia odwlekaliśmy wizytę u niego na koniec porannego obchodu, bo nocne laboratorium dostarczyło nam właśnie wyniki badań jego krwi.

W nocy wyhodowali Burkholderia cepacia – bakterię, która idealnie rozmnaża się na śluzie i zalega w płucach w końcowym, terminalnym stadium tej choroby. Ta bakteria nie poddaje się antybiotykoterapii (jedno z badań wykazało, że traktuje penicylinę jako doskonałą… pożywkę). Kiedy B. cepaciaprzedostanie się z płuc do krwiobiegu, nie ma już ratunku: sepsa, zapaść, zaburzenia wieloczynnościowe i… koniec.

Po krótkiej rozmowie na korytarzu weszliśmy do pokoju chorego. Byłem zdenerwowany: nic dziwnego, w końcu miałem powiedzieć temu dzieciakowi, że umiera. Nie spał. Siedział na łóżku w ciemnym pokoju, który był zagracony jak wszystkie pokoje nastolatków – plakaty, porozrzucane ubrania, migająca w ciemności konsola do gier. Wycieńczony ojciec przysiadł na krześle w kącie pokoju.

Chłopak spojrzał na nas. Gdy zobaczyłem wyraz jego twarzy, całe moje zdenerwowanie tym, co miałem mu za chwilę powiedzieć, nagle stało się zupełnie nieistotne. On wiedział. Już wiedział. Prawie nie słuchał całej mojej uczonej przemowy na temat najnowszych wyników badań. Gdy skończyłem, zapadła cisza. Spojrzał na mnie pustym wzrokiem i powiedział: “Ja umieram, prawda?”.

To nie było pytanie. Moja odpowiedź była równie nieważna jak wszystko, co mogliśmy mu zaoferować. Ktoś zaczął coś mówić, padło dużo słów, ale ja byłem pewien, że do tego chłopaka dociera niewiele. Był już po drugiej stronie.

Powinniście byli mnie ostrzec…

Rok czy dwa później pracowałem akurat na onkologii i opiekowałem się kilkunastoma pacjentami w naprawdę złym stanie. Zły stan w przypadku nowotworu oznacza naprawdę okropne rzeczy: pod wpływem nacisku nowotworu narządy przestają funkcjonować, ból jest taki, że morfina schodzi jak woda, a w skutkach ubocznych leków, które się stosuje, pojawia się możliwość zgonu.

Do tego właśnie przedsionka piekła trafił pewnego dnia potężnie zbudowany mężczyzna w okolicach czterdziestki, wyglądający jak uosobienie zdrowia i dobrego samopoczucia, no, może trochę blade uosobienie. Nieco wcześniej tego dnia rutynowe badanie krwi ujawniło nadmiar białych ciałek krwi, który mógłby świadczyć o wielu błahych chorobach, jednak w jego przypadku oznaczał coś bardzo poważnego: białaczkę. Naszym zadaniem było utrzymać go przy życiu przez noc, żeby rano mógł rozpocząć chemioterapię.

W nocy poziom tlenu w jego krwi zaczął gwałtownie spadać, opadła mu też lewa powieka i musiałem mu wyjaśnić, że jeżeli nie pozwoli mi wbić tej grubej igły w żyłę udową, może nie doczekać rana. Widziałem, jak się zmienia. Przyszedł jako w pełni samodzielny, dorosły człowiek. Zadawał inteligentne pytania, zanim podpisał zgodę na hospitalizację. Był spokojny, pomocny i zdecydowany się leczyć. Uśmiechał się. Tak było mniej więcej do godziny 16. Gdy zaczęła do niego docierać prawda o jego stanie, najpierw był zszokowany, później zaczął narzekać, a potem, gdy leukocyty zaczęły zatykać naczynka kapilarne w jego mózgu, zrobił się otępiały.

Próbował nie jęczeć, gdy wkłuwałem się do żyły, ale mimo znieczulenia, gdy wciskałem wenflon, krzyczał jak małe dziecko. Po chwili się uspokoił, zaczął coraz mniej mówić, aż w końcu całkiem przestał się odzywać. Przeżył tę noc i później też, ale przez te trzy tygodnie, kiedy się nim opiekowałem, nie uśmiechnął się już ani razu.

Mizerniał w oczach. Każda, najbłahsza nawet infekcja mogła go zabić. Pod koniec trzeciego tygodnia w niczym nie przypominał już tego silnego faceta, który wszedł do mojego gabinetu za pierwszym razem. Wychudzony, ze spierzchniętymi wargami i tym charakterystycznym spojrzeniem; pustym, zaszczutym, to oczywiste, ale jednocześnie pełnym wyrzutu, jakby miał do nas żal o to wszystko, co robimy, żeby go wyleczyć. Powinniśmy go byli ostrzec – zdawały się mówić jego oczy. Powinniśmy mu wcześniej powiedzieć, jak bolesna to będzie terapia.

Ale mogę się tego tylko domyślać, bo w tym czasie nie odzywał się już do nikogo. Nie dlatego, że był aż tak chory. Przynajmniej jeszcze nie wtedy. To, że nie mówił, nie miało nic wspólnego z fizjologią. Myślę, że jego milczenie wynikało ze świadomości, która narastała w nim od tej pierwszej nocy w szpitalu. Świadomości, że to wszystko, co przyjmował dotychczas za pewnik, za zagwarantowane – zdrowie, siłę, swoje życie – wcale nie jest takie pewne, że zawisło na włosku i nawet najdrobniejsze kichnięcie może je zdmuchnąć jak dogasającą świeczkę. Gdy człowiek uświadamia sobie taką rzecz, co tu jeszcze mówić?

Oczy szeroko otwarte

Gdy byłem na czwartym roku medycyny, spędziłem miesiąc na praktyce na oddziale neurologii. Widziałem tam wiele smutnych przypadków: nastolatek, który miał trwający osiem dni atak epilepsji, mężczyzna, który przyszedł na oddział z drżącym kciukiem i wyszedł z rozpoznaniem – stwardnienie rozsiane czy 52-latek, który nie pamiętał nic od wypadku samochodowego w 1964 roku i ciągle pytał, gdzie są jego rodzice.

Najgorsze jednak były te momenty, gdy opiekun kazał nam stwierdzić śmierć mózgową. Często na życzenie rodziny, która próbowała w ten sposób upewnić się i pogodzić z tym, co się stało. Orzeczenie śmierci mózgowej to procedura trudna do przełknięcia dla bliskich pacjenta. Obejmuje bowiem między innymi takie brutalne czynności, jak kręcenie głową pacjenta, szarpanie za rurę intubacyjną czy wlewanie lodowatej wody do ucha. Wszystko po to, by wywołać jakąkolwiek reakcję. Jeśli jej nie ma, mózg prawdopodobnie już nie żyje.

Pamiętam 32-letniego mężczyznę, który został znaleziony nieprzytomny pewnego upalnego, lipcowego popołudnia. Gdy go przywieziono na izbę przyjęć, temperatura jego ciała przekraczała 42 stopnie. Był już u nas 4 dni i wciąż nie reagował na bodźce. To nie był dobry znak. Mój opiekun kazał mi iść do niego, by ocenić, czy nastąpiła już śmierć mózgowa. Pokój był pusty, żadnej rodziny, tylko ja i on, leżący w łóżku z sapiącym rytmicznie respiratorem.

Źrenice pacjenta były nieruchome i ustawione dokładnie na wprost. Wlałem mu zimną wodę do ucha – oczy ani drgnęły. Nie reagował na nic. Zapisałem wyniki, wróciłem do dyżurki i przekazałem raport opiekunowi. Rzucił okiem, wstał i skierował się ku drzwiom. “Chodźmy zobaczyć” – powiedział.

Kiedy dotarliśmy do pokoju, w środku była już rodzina pacjenta. Patrzyli na nas z nadzieją, podczas gdy mój lekarz ponownie wykonywał wszystkie testy. Nawet gdy sprawdzał reakcje na bodźce bólowe, nic nie mówili, nie protestowali. Tylko stali i patrzyli.

Zamarliśmy, gdy pacjent nagle otworzył oczy. Wszyscy, my też. Lekarz odsunął mnie na bok i zapytał: “Widziałeś?”. Jak mogłem nie widzieć. Facet leżał teraz z szeroko otwartymi oczami. Za naszymi plecami rodzina szeptała coś w podnieceniu, coraz głośniej i radośniej.

Uwięziony we własnym ciele

Mam wrażenie, że mój przełożony wstrzymał oddech, zanim zdecydował się odwrócić do chorego. Zaczął się koło niego krzątać, machać mu rękami przed oczami, świecić, dotykać etc. Rodzina tymczasem śmiała się i płakała jednocześnie. W tym podnieceniu nie słyszeli bowiem tego, co dotarło do moich uszu. Usłyszałem, jak neurolog westchnął: “Jezu…” Przywołał mnie wzrokiem, wskazał na twarz pacjenta i zapytał: “Widzisz?”. Oczy poruszały się. Ewidentnie na nas patrzyły. Nasz pacjent leżał tam, żywy, świadomy naszej obecności, prawdopodobnie słysząc też płacz i śmiech ludzi, których kochał.

Jednak żywe były tylko oczy. Jego twarz pozostała całkowicie nieruchoma. Nie wyrażała żadnych uczuć, nie drgnął na niej najmniejszy nawet mięsień. Całe jego ciało było jak kamienna rzeźba z ruchomymi oczami. Spojrzałem na lekarza. Patrzył na chorego z wyrazem osłupienia. “Boże… Jest zamknięty”.

Zamknięty. W żargonie lekarskim “zespół zamknięcia” albo tzw. śpiączka rzekoma oznacza jeden z największych koszmarów, jaki można sobie wyobrazić: najczęściej przyczyną tego horroru jest udar mózgu. Wylew odcina połączenia między mięśniami a mózgiem, pozostawiając jedynie wąziutką ścieżkę do mięśni, które poruszają gałkami ocznymi. Człowiek jest uwięziony w swoim unieruchomionym ciele jak w więzieniu. Żywy, funkcjonujący umysł w grobie martwego ciała.

Gdy nasze oczy się zetknęły, poczułem największą grozę, jaką kiedykolwiek czułem w swoim życiu. Prawdopodobnie był to wynik niespotykanego kontrastu między całkowicie nieruchomą twarzą a żywymi, poruszającymi się w niej oczami.

Musiałem odwrócić wzrok. Słyszałem, jak radosny chór za moimi plecami cichnie i zamienia się w żałobny jęk, w miarę jak docierał do nich sens słów lekarza. Pomyślałem wtedy, że “zamknięcie” to najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić człowiekowi.

Właśnie byłeś świadkiem cudu

Następnego dnia, idąc na obchód, już z daleka słyszeliśmy podniecone głosy bliskich nieszczęśnika. Ledwo weszliśmy do pokoju, odsunęli się od łóżka, przy którym została tylko jakaś ubrana na niebiesko kobieta, która ze źle skrywanym napięciem powtarzała: “Właśnie tak! Jeszcze troszeczkę, świetnie!” .

Spojrzeliśmy na dłoń tego biedaka i zobaczyliśmy… że się rusza! Z bliska było widać, że również twarz zaczyna nieśmiało ożywać. Na początek tylko lewa strona drgnęła, unosząc usta w coś w rodzaju nieśmiałego uśmiechu. Udar się cofał. Nasza diagnoza była błędna.

Mój opiekun odzyskał głos dopiero, gdy wyszliśmy na korytarz. “Właśnie byłeś świadkiem cudu – powiedział. – I od dziś aż do końca życia, za każdym razem, gdy będziesz miał do czynienia z beznadziejnym przypadkiem, będzie ci się przypominał ten facet”. Potrząsnął głową. “Niech Bóg ma cię w opiece. I twoich pacjentów”.

Nie musiał mi wyjaśniać, co miał na myśli. Wiedziałem, że chodzi mu o to, że od tej chwili będę już zawsze liczył na cud i że on już nigdy się nie powtórzy.

Miał rację. Żaden cud, lek ani żadne urządzenie medyczne nie jest w stanie zetrzeć tego słowa z tablicy. Ale przez te wszystkie lata, jakie upłynęły od tego dnia, zrozumiałem też, że mój nauczyciel przegapił jedną sprawę. To nie był żaden cud. To była tylko kwestia tzw. timingu. Czyli zgrania w czasie. Nie pomyliliśmy się. Ten pacjent rzeczywiście był zamknięty w swoim ciele, skazany na śmierć, z jedną tylko drogą ucieczki. Tyle że drzwi tej celi jeszcze się wówczas nie zamknęły.

Nie umieraj za życia

Wyposażeni w naszą wiedzę, spotykając się ze śmiercią tak często i nauczywszy się, że najgorsze też się zdarza, założyliśmy, że tak jest i tym razem. A to jeszcze nie był ten moment. Od tego czasu dowiedziałem się od moich pacjentów jednego: że pozwalamy śmierci na więcej, niż zasługuje. Że może nas zabić – to wiadomo, ale potrafi też wyssać z nas życie, zamknąć nam usta, pozbawić nas człowieczeństwa jeszcze za życia.

Lęk przed śmiercią sprawia, że ze wszystkich sił próbujemy ją zignorować, staramy się jej nie zauważać, wyobrażamy sobie, że nas ona nie dotyczy, nawet gdy jest już blisko. Ta usilna nieobecność śmierci w naszym życiu sprawia, że kiedy przychodzi nam spojrzeć jej w twarz – cały świat, wszystko, co wiedzieliśmy, nagle się rozpada, bliskość śmierci paraliżuje nas, chociaż przecież wciąż jeszcze żyjemy. To nie jest dobry sposób na umieranie. Śmierć jest jak cykl Krebsa: istnieje – czy o niej myślimy, czy nie.

Lekcja życia

Stojąc w obliczu śmierci, widzisz życie wyraźniej. Codzienna gonitwa nie przesłania Ci już tego, co najważniejsze. Oto, co mieli do powiedzenia na temat życia ludzie, dla których śmierć przestała być bliżej nieokreślonym wydarzeniem z odległej przyszłości.

• Ira Rine, 70 lat, choroba serca: Byłem chyba w każdym miejscu na Ziemi.Podróże naprawdę kształcą. I dlatego warto właśnie na podróże wydawaćpieniądze.

• Alex Betzen, 21 lat, rak jąder: Twoje ciało samo wie, czego potrzebuje. Spróbuj jeść fast foody przez 3 dni z rzędu, a potem wróć do zdrowego żywienia. I co ci lepiej smakuje?

• Nat Posner, 92 lata, choroba serca: Ciesz się swoimi dziećmi. Ojcostwo ma naprawdę mnóstwo zalet. Chociaż bywają też momenty, kiedy potrafi być męczące.

• Bryan Woodward, 37 lat, białaczka: Doceń czas, który możesz spędzić z dziećmi. Dziś żałuję, że nie miałem go dla nich więcej. Przestań planować , co zrobisz z dzieciakami, kiedy już będziesz miał czas i pieniądze, i zrób to teraz.

• Tracy Thompson, 53 lata, stwardnienie zanikowe: Bóg daje mi nadzieję. Może to zabrzmi dziwnie, ale gdy siedzę sam w pokoju i dociera do mnie, że tego nie przeżyję, jest mi łatwiej. Bo wierzę. I nie boję się śmierci.

• Mark Dodson, 44 lata, HIV: Idź do księgarni, znajdź regał z książkami teologicznymi i wybierz sobie jedną. Dowolną. W każdej teologii jest ziarnko prawdy, ale w żadnej nie ma całej prawdy.

• Alan Crooks, 70 lat, rak: Myślę, że Thoreau miał rację, mówiąc, że “jeden świat naraz wystarczy”. Z drugiej strony wiadomo, że wiara pomaga ludziom w chorobie i cierpieniu, więc jeśli ktoś wierzy, to niech się tego trzyma.

• Mark Madden, 39 lat, choroba niedokrwienna serca: Skutki kiepskiej diety zaczynają Cię dopadać po trzydziestce. Jeżeli jadłeś rozsądnie, owoce dobrej diety będziesz zbierał od tej pory do końca życia.

• John Hall, 61 lat, rak żołądka: Zaplanuj emeryturę. Nie w sensie odkładania pieniędzy, ale dosłownie, co będziesz robił każdego dnia, gdy nie będziesz już musiał iść do pracy. Widziałem to u wielu znajomych: umierali zaraz po przejściu na emeryturę, bo po prostu się śmiertelnie nudzili.

• Gary Garnese, 53 lata, rak wątroby: Pieniądze nigdy nie dały mi szczęścia. Można kupić budynek. Ale nie można kupić domu. No i pieniądze nie zapewniają też szacunku.

• Peter Holdens, 36 lat, drugi zawał: Za dużo rzeczy odkładałem na później. Urlop, wyjazd do rodziców, kupno domu… Wydawało mi się, że mam jeszcze nieskończoną ilość czasu. A nie mam. Być może mam go już mało.

• Alan Crooks, 70 lat, rak: Mam wrażenie, że niektórym facetom wierność myli się z posiadaniem. Kobiety nie są niczyją własnością. Jeżeli jakaś wybrała cię, by cię kochać, doceń to i oddaj jej to uczucie.

• David Hewitt, 43 lata, czerniak: Nie będziesz dobrym ojcem, jeśli nie jesteś dobrym mężem. I nie będziesz dobrym mężem, jeśli nie jesteś dobrym ojcem.

• Mark Madden, 39 lat, choroba niedokrwienna serca: Niewierność sprawia, że całe małżeństwo staje się kłamstwem. Pięćdziesiąt lat później będziesz wciąż pamiętał, że zdradziłeś tę drobną staruszkę, która głaszcze cię po pomarszczonej dłoni.

• Alan Crooks, 70 lat, rak: Nigdy się nie dowiesz, o co chodzi w życiu. Bo w życiu nie chodzi o żadną konkretną sprawę. Istotą życia jest zmiana.

• George Regan, 75 lat, rak wątroby: Wcale nie musisz być nieprzyjemny, gdy nie chcesz się na coś lub z czymś zgodzić

Autor: T. E. Holt, M.D.

Źródło: menshealth.pl

Przygotowała: nika_blue

___________________________________________________________________________________________

zycie psychologia

spoleczenstwo i cywilizacja

fukushima elektrownia smierc

psychologia dojrzalosc

smierc psychologia

smierc przemijanie zycie

zycie dziecinstwo psychologia

dzieci malzenstwo i relacje

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.