Bareizmy

Czy w Egipcie wybuchnie wojna domowa? To koniec Egiptu, jaki znaliśmy dotąd

Chociaż w wyniku zamachu stanu Bractwo Muzułmańskie utraciło władzę w Egipcie, to nie oznacza, że islamiści zniknęli znad Nilu. Wręcz przeciwnie, jak ocenia dla Wirtualnej Polski Tomasz Otłowski, tendencje ekstremistyczne będą narastały. W najbliższym czasie nieuchronna jest eskalacja przemocy, a w raz z nią nasilą się nie tylko ataki na politycznych przeciwników, ale i na turystów z popularnych kurortów w Szarm el-Szejk czy Hurghady. 

Tak, jak przewidywano, zamach stanu w Egipcie i odsunięcie przez armię demokratycznie wybranego rządu Braci Muzułmanów nie uspokoiły sytuacji w kraju. Wręcz przeciwnie, wydarzenia z 3 lipca przyczyniły się do pogłębienia chaosu nad Nilem, a krew polała się jeszcze szerszym strumieniem. Prawdziwym paradoksem jest fakt, że to właśnie islamscy ekstremiści – którzy w sensie programowym i ideologicznym od zawsze zwalczają „zgniłą” zachodnią demokrację, jej zasady i mechanizmy – są dzisiaj w Egipcie (ale też i w Tunezji) najbardziej zagorzałymi obrońcami tej formuły ustrojowej.

Jeszcze kilka tygodni temu nikt nawet by nie pomyślał, że w kwestii obrony konstytucyjnego, demokratycznego ładu w Egipcie islamiści staną naprzeciw państw zachodnich, tak zdawałoby się bardzo miłujących demokrację.

Wydarzenia ostatniego miesiąca w Egipcie niosą szereg konsekwencji, zarówno dla przyszłości tego kraju, jak też dla dalszej aktywności ruchu radykalnego islamu (zwłaszcza jego strategii i metod działania), a także dla samej walki z islamskim terroryzmem. To, co dzieje się w Egipcie, mieć będzie także wymierne konsekwencje dla dalszego rozwoju sytuacji strategicznej (geopolitycznej) w całym regionie.

Demokracja zawieszona do odwołania

Względna – przynajmniej jak na realia bliskowschodnie – stabilizacja społeczno-polityczna i w miarę zrównoważony wewnętrzny ład w Egipcie, które istniały tam w ostatnich dekadach, przed 2011 rokiem, należą już do przeszłości. W niebyt odeszły już również nadzieje na przekształcenie Egiptu w kraj demokratyczny (oczywiście w skali i na miarę regionu). Wątpliwe jest bowiem, aby nowi mundurowi władcy w Kairze zdecydowali się na szybkie zrealizowanie swych szumnych zapowiedzi z chwili przejmowania steru rządów, czyli rozpisanie nowych, wolnych wyborów. Ryzyko, że mimo wszystko w takiej elekcji radykałowie religijni mogliby znowu odnieść sukces, jest zbyt duże.

Wybory, jeśli będą, to odpowiednio przygotowane i spreparowane – tak pod względem właściwie ustanowionego prawa wyborczego i uważnie wykrojonych granic okręgów wyborczych, jak też doboru samych kandydatów. Tym samym, w myśl zasady, że „władzy raz zdobytej nigdy nie oddamy dobrowolnie”, demokracja (ta realna, która dała o sobie znać w ostatnich dwóch latach) została właśnie w Egipcie zawieszona przez armię „aż do odwołania”.

Koniec Egiptu, jaki znaliśmy

Wbrew nadziejom wielu, absolutnie nie oznacza to szans na powrót do względnej stabilizacji sytuacji nad Nilem, zgodnie z teorią, że w tej części świata tylko satrapie zapewniają regionalny ład i spokój. Zwłaszcza w zestawieniu z islamskim ekstremizmem u sterów władzy państwowej. Iluzje te rozpowszechnione są zwłaszcza w łonie wielu zachodnich rządów, które z podziwu godnym wysiłkiem usiłują nie nazwać wydarzeń z 3 lipca w Egipcie „wojskowym puczem”, w zamian stosując najróżniejsze lingwistyczne i politologiczne dziwolągi semantyczne.

Tymczasem emocje polityczne, płonne nadzieje oraz gorzkie rozczarowania, wywołane najpierw „Lotosową Rewolucją”, a później wynikami demokratycznych elekcji i efektami rządów „demokracji”, wywarły trwałe piętno na społeczeństwie egipskim. Ostatnie dwa lata uwidoczniły – zwłaszcza samym Egipcjanom – głębokie, nierzadko od dawna utajone (a często wręcz nieuświadomione) podziały społeczne, polityczne i ekonomiczne, a nade wszystko światopoglądowe. Egipcjanie (pewnie niektórzy ze zdziwieniem) odkryli, że w gruncie rzeczy pod tym względem niewiele się różnią od mieszkańców na przykład Syrii, którzy właśnie rzucają się sobie wzajemnie do gardeł.

Obecne brutalne rozprawianie się przez egipskie siły bezpieczeństwa ze zwolennikami Bractwa Muzułmańskiego – dokonywane przy głośnej akceptacji rodzimych tzw. postępowców oraz cichej zgodzie Zachodu – to nic innego jak próba wypchnięcia z przestrzeni publicznej politycznych przedstawicieli jeśli nie większości społeczeństwa kraju, to przynajmniej znacznej jego części. Tej części, która okazała się podczas naprawdę demokratycznych wyborów bardziej zdyscyplinowana i dała swymi głosami władzę radykałom. Ci ludzie nie zmienią z dnia na dzień swoich poglądów oraz preferencji politycznych, ideologicznych czy światopoglądowych. Nie znikną nagle z politycznego krajobrazu własnego kraju. A nie wszystkich da się wszak zastraszyć, aresztować lub… wyeliminować.

Dalsza część tekstu tutaj:

http://konflikty.wp.pl/

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.