Banki i tajna władza

Nadchodzą kosiarze lemingów – w dobie kryzysu banki, lombardy i lichwiarze bogacą się ponad miarę

Cyt. „Oddają w zastaw złoto, telewizory, laptopy, samochody, a nawet działki i domy. A właściciele lombardów zacierają ręce. Dla nich nastały dobre czasy.

W krakowskiej kawiarni z widokiem na lombard przy drugim z kolei espresso 40-letni biznesmen Łukasz ukradkiem ociera łzę. – W tej dziupli – wskazuje na ciemną, obdrapaną bramę – zostawiłem właśnie złudzenia o światowym życiu.

A konkretnie używane audi, srebrny metalik, warte około 50 tys. zł. Kupił je na kredyt, za namową żony, która mówiła: “Audik do nas, kochanie, pasuje. No i sąsiedzi pękną z zazdrości”. Lichwiarz dał za furę 15 tys. zł. Auto przepadnie, jeśli Łukasz do połowy maja nie zwróci lombardowi całej kwoty, oczywiście powiększonej o odsetki. – A wszystko – uważa Łukasz, właściciel firmy betonowo-brukarskiej specjalizującej się w budowie tarasów – przez kryzys. Firma nie dostaje zleceń, a kredyty trzeba płacić. Straszny ten kryzys.

– Dla was kryzys, dla nas hossa – uśmiecha się wąsaty właściciel lombardu w centrum Krakowa, wyraźnie zadowolony z życia. Prowadzi interes od trzech lat, lokal wziął po upadłym salonie gier, nawet krat nie musiał wymieniać. Tyle że w miejscu automatów stoją gabloty pełne złota, zegarków, komórek i aparatów cyfrowych. A wszystko za półdarmo.

Bo system działa tak: lichwiarz daje desperatowi za towar średnio jedną trzecią jego wartości. Pieniądze trzeba oddać – w zależności od umowy – w ciągu tygodnia albo miesiąca. Dodatkowo płaci się co najmniej 1 proc. odsetek od pożyczonej kwoty dziennie. Jeśli klient towaru nie odbierze (a średnio połowa nie odbiera) albo nie zapłaci odsetek, wówczas właściciel lombardu sprzedaje go, wciąż po okazyjnej cenie, np. za 60 proc. wartości. Tak czy siak zysk jest. Na tyle duży, że na krakowskiej ulicy, na której działa radosny wąsacz, w ostatnim czasie pojawiły się trzy kolejne lombardy.

Ale to i tak nic w porównaniu z warszawską Pragą, prawdziwym zagłębiem lombardów. Albo Piotrkowską w Łodzi, którą w styczniu tego rogu brytyjski tabloid “The Sun” nazwał “jedną z najdłuższych ulic na świecie, na każdym rogu lichwiarze i lombardy”. Jak szacują ekonomiści z warszawskiej SGH, w ciągu ostatnich trzech lat liczba lombardów w Polsce wzrosła z 10 do 15 tys.

Bogactwo na pokaz

– Taki wysyp lombardów to ewidentna oznaka biedy i to takiej znanej nam od dawna – uważa prof. Jan Rymarczyk z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. – Mówimy przecież o miejscach, gdzie można zastawić ślubną obrączkę, bo brakuje na chleb. Taka lichwa jest symbolem XIX-wiecznego wyzysku. – Ale wielu Polaków po prostu przeholowało z kredytami. Banki nie chcą dawać im już nowych pożyczek, pętla się zaciska, więc z lombardów zrobili sobie bankomaty – tłumaczy wąsaty właściciel lombardu z Krakowa.

I pokazuje półkę pod kalendarzem z gołą panią, na której w równym rządku stoją: sprężarka od budowlańca w chwilowych kłopotach, wiolonczela dziewczynki, której tata stracił pracę, i 42-calowy telewizor, na którym leci właśnie serial “Rodzinka.pl”. W sklepie taki model kosztuje prawie trzy tysiące. A u niego, proszę, niecałe dwa. – Nówka, z gwarancją, nawet w kartonie. Mam też nowe tablety i laptopy. Niektóre za jedną trzecią ceny – chwali się.

Poczeka jeszcze trzy dni na tego okularnika, który zastawił u niego telewizor za tysiąc złotych. Doskonale zna ten typ człowieka. Idzie taki do marketu z RTV/AGD, kupuje telewizor na raty, a potem niesie go do lombardu. Ratami będzie się martwił później, a gotówka w lombardzie jest tu i teraz.

Jeszcze inna kategoria klientów to ci, którzy specjalnie zawierają umowę z siecią telefonii komórkowej, by dostać telefon lub tablet za złotówkę. – Oddają go mnie i nawet nie pytają o termin spłaty. Wypłacam parę stówek i jest po sprawie – wzrusza ramionami Piotr, właściciel lombardu z Wrocławia. Przecież to nie jego sprawa, że głupi Polacy będą płacić później przez długie miesiące wysokie rachunki.

– Ale – dodaje po chwili namysłu – przychodzą i tacy, którzy nie kombinują. To ci, którym przez chwilę wydawało się, że naprawdę mogą dużo mieć.

– Tak właśnie jest: żyjemy, a właściwie żyliśmy na pozór i na pokaz – uważa prof. Ryszard Cichocki, socjolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – Wsiedliśmy w samochody, które kosztują więcej, niż nas stać. Wprowadziliśmy się do mieszkań większych niż te, na które powinniśmy sobie pozwolić. Kupujemy sprzęty za drogie na nasze możliwości. Po co? Po to, by zademonstrować otoczeniu swoje powodzenie – mówi socjolog. A wszystko zgodnie ze staropolską zasadą: zastaw się, a postaw się”

Reklamy

9 odpowiedzi »

  1. Mówi się, że do marketów chodzą ludzie biedni, bo są tam promocje i ceny dużo niższe niż w lokalnych sklepikach. Ale robiąc zakupy w markecie pośród tych uginających się od dóbr półek zawsze wyjdziemy z pełnym koszykiem i zapłacimy nie 30 złotych jakby to miało miejsce w sklepiku, kupując tylko rzeczy na dwa kolejne dni, ale ponad 100 z nadmiarem jedzenia, którego część i tak trafi do śmieci. Moja znajoma pracuje w markecie na kasie i bardzo często kiedy dochodzi do płacenia klient jest wielce zdziwiony, że wyszło tak dużo do płacenia. W niedziele większość ludzi zamiast do kościoła, wybiera się na obchód po wszystkich marketach spożywczych i to całymi rodzinami. Nie wspomnę, że kupują prawie wyłącznie produkty gotowe do odgrzania w mikrofali.

  2. Nie istnieje coś takiego, jak „inteligencja finansowa”, więc w szkole nie można się jej nauczyć. Można natomiast nauczyć się oszczędzania. W tej i nie tylko w tej materii obowiązuje zasada, że „czego się Jaś nie nauczy, tego Jan nie będzie potrafił”. Bodajże w latach 70-tych powstały tzw. Szkolne Kasy Oszczędzania (SKO). Oszczędzanie promowane było również wśród dorosłych. Promowano oszczędzanie i zakupy z zaoszczędzonych środków. Można wiele złego powiedzieć o czasach PRL-u, ale na pewno nie tego, że uczono życia ponad stan. Socjolog, którego opinię zacytowano na końcu artykułu, nie wart jest „funta kłaków”. Specjalistyczne, wąsko pojmowane wykształcenie, które uzyskał, nie pozwala mu dostrzec istoty rzeczy. Brakuje mu wiedzy z zakresu psychologii, biologii, historii i ekonomii. I nie chodzi mi tu o dodatkowe fakultety na uczelniach, ale o brak zainteresowania podstawowymi mechanizmami rządzącymi naszym życiem. To, co on uważa za staropolską zasadę „zastaw się, a postaw się” było przez kilka stuleci normą ogólnoeuropejską, a nie tylko polską. Ostentacyjne manifestowanie bogactwa (także i wtedy, kiedy go faktycznie nie było) należało do reguł gry na poziomie jednostek i państw. Przeciwnika, sojusznika, czy sąsiada należało olśnić i przekonać o własnej potędze i sile. To był (i w jakimś stopniu nadal jest) element strategii przetrwania – odpowiednik współczesnych manewrów wojskowych u granic sąsiadów, defilad, wystawnych przyjęć, nadmiernych wydatków na reklamę, czy po prostu ….. prężenia muskułów.

    Ale wróćmy do meritum sprawy.

    Istnieje cały szereg przyczyn katastrofy finansowej i to zarówno w skali indywidualnej, jak i na szczeblu państw, a żeby zrozumieć ich istotę, należy dokonać ich gruntownej, wielopłaszczyznowej analizy. Najważniejszą z nich jest siła złudzenia. Najważniejszą, bo opierającą się na zachowawczej części naszej psychiki, bezwzględnie wykorzystywanej przez kręgi polityczne i finansowe. Bezprecedensowym (w skali całej historii istnienia cywilizacji) czynnikiem wzmacniającym nasze złudzenia, jest siła masmediów i kreowanych przez nie autorytetów. Kiedy wspinamy się na szczyty wydaje się nam, że zawsze juz tak będzie. Jak błędny jest to pogląd i jak silnym złudzeniom ulegamy, przekonałem się boleśnie na własnej skórze.

    Pożyczki, kredyty i lichwa (wbrew prawu i z nią mamy do czynienia) są przynajmniej tak stare, jak same pieniądze, podobnie zresztą, jak i związane z nimi ryzyko. Tyle tylko, że niegdyś należało posiadać 100-procentowe zabezpieczenie wierzytelności (zastawiane były majętności, dochody z dzierżaw, przyszłe plony rolne). „Gołodupcom”, za przeproszeniem, pożyczek nie udzielał nikt, a jeśli nawet miało to miejsce, to z ogromnymi odsetkami, kompensującymi wielkość ryzyka. Oprócz ryzyka związanego z utratą majętności, czy dochodów, czynnikiem ograniczającym masowość pożyczek, była możliwość trafienia za długi do więzienia. Dziś życie na kredyt jest zjawiskiem nie tylko, że masowym, ale wręcz promowanym na każdym kroku. Pożyczki bez pokrycia biorą „szarzy ludzie”, biznesmeni i państwa.

    To, że nie potrafimy lub nie możemy oszczędzać, po to by móc w przyszłości racjonalnie oszczędnościami gospodarować, nie jest przypadkowe. To efekt konsumpcjonistycznego, wpajanego nam i narzuconego stylu życia i lansowanej przez autorytety „nowoczesnej” ekonomii, opartej na nieustannym wzroście. Musimy produkować coraz więcej i coraz szybciej, by móc sprostać wymogom tego modelu ekonomicznego. Teoretycznie masowa produkcja prowadzi do obniżenia cen i tak na pierwszy rzut oka jest. Ale jeśli zmierzymy wartość towaru przyjmując za miarę nie tylko jego cenę, ale i długość użytkowania, okaże się, że na przedmioty codziennego użytku (meble, buty, odzież, artykuły gospodarstwa domowego, narzędzia) wydajemy realnie więcej niż nasi przodkowie.

    W związku z postępującą w przemyśle automatyzacją mamy na rynku nadmiar rąk do pracy i rosnące bezrobocie. Sztuczne tworzenie miejsc pracy w administracji państwowej ( i nie tylko państwowej), nie rozwiązuje i nie może rozwiązać tego problemu, ponieważ wiąże się ze stałym wzrostem podatków, ze wzrostem kosztów pracy i kosztów utrzymania państwa i w efekcie końcowym przyczynia się nie do zmniejszenia, a do zwiększenia ilości bezrobotnych. Ponadto w XX wieku na masową skalę zaczęto przekształcać przedsiębiorstwa rodzinne w Trusty, Korporacje i Spółki Akcyjne. W dużej mierze chodziło i chodzi o zwiększenie skali działania i wpływów firm, o szeroko pojętą ekspansję na rynki krajowe i zagraniczne (prawdziwe sedno tzw. globalizacji), o władzę. Nowe formy wymagały zmiany struktury zarządzania i zatrudnienia. Ich skutkiem jest realne, fizyczne oddalenie się pracodawców od pracowników i zanik więzi emocjonalnej, jaka między nimi często panowała. Jak niepewna, niewdzięczna i często po prostu obrzydliwa jest praca w korporacjach, o tym przekonało się wielu ich obecnych i byłych pracowników. Z podmiotów stali się łatwo wymienialnymi, bezosobowymi narzędziami, kształtowanymi z pomocą w podobny sposób ukształtowanej armii psychologów i socjologów. Dziś, z punktu widzenia ekonomii gospodarczej, człowiek 20-25-letni jest bezwartościowy, bo bez doświadczenia, a człowiek po 50-tce bezwartościowy, bo wypalony albo niezdolny do szybkiej edukacji, do przystosowania się do nieustannie zmieniającej się rzeczywistości. Nie widzą lub nie chcą widzieć tego młodzi ludzie rozpoczynający pracę w „wielkim Przemyśle”. Na starcie zachęca ich się do wzmożonego, nadmiernego wysiłku, machając marchewką awansu przed oczami. Kiedy zaczynają dobrze zarabiać ulegają złudzeniu, że przynajmniej tak dobrze, jak teraz, będzie już zawsze. Biorą kredyty na dom lub mieszkanie, na nowy samochód, lepszy telewizor, na wakacje w Egipcie. Robią tak, bo tak czyni ich otoczenie, bo zachęca ich do tego telewizja i prasa, bo kredyty są łatwo dostępne, bo przecież w przyszłości na pewno awansują i będą zarabiać jeszcze lepiej. Z biegiem lat okazuje się, że awansuje niewielu, grono pracujących rówieśników zaczyna się kurczyć, a w firmie coraz więcej młodych, ambitnych, wygłodniałych ludzi – takich, jakimi oni kiedyś byli. I kiedy zaczynają tracić siły, kiedy strach zaczyna ich paraliżować, tracą pracę zostając z niespłacalnymi kredytami. I to nie są pojedyncze, odosobnione przepadki. To jest zjawisko masowe.

    Przy ocenia zjawiska „życia na kredyt”, nie sposób też pominąć łatwości kreowania pieniądza przez różnej maści banki i instytucje finansowe. Nadmiar tak uzyskanego pieniądza prowadzi do zjawisk patologicznych. Tworzone są rozmaite fundusze powiernicze, inwestycyjne i inne „narzędzia finansowe”, których prawdziwym celem nie jest polepszenie standardu życia przeciętnego człowieka (to jest po prostu niemożliwe – patrz: prawo zachowania masy lub prawo zachowania energii) lecz spekulacja na rynkach finansowych i dalsze bogacenie się malejącej garstki najzamożniejszych. Pomnożone w ten sposób pieniądze służą do tworzenia kolejnych mechanizmów spekulacyjnych, służących de facto do rabowania całych społeczeństw i narodów.

    Podsumowanie
    Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym, dlaczego w przedwojennej Polsce przeciętnego człowieka stać było na wynajem mieszkania, często o powierzchni większej, niż ta, którą w prospektach deweloperów reklamuje się jako „apartamenty”, a które de facto najczęściej są jedno lub 2-pokojowymi klitkami? Czy zastanawialiście się nad tym, dlaczego jeszcze nie tak dawno na wsiach na wybudowanie mniejszego lub większego domu stać było niemal wszystkich i to wcale nie z kredytu? Czy widzicie, że obdarza się niebywałymi przywilejami wojsko i policję – służby które mają odpowiadać za nasze bezpieczeństwo, a które w potrzebie mogą stać się posłusznymi narzędziami służącymi do pacyfikacji zbuntowanych? Czy dostrzegacie, że średnia klasa, z której szeregów wywodzą się zarówno wielcy reformatorzy, filozofowie jak i rewolucjoniści (pomińmy tu ocenę tych ostatnich), jako potencjalnie niebezpieczna jest po prostu stopniowo redukowana i likwidowana? Czy widzicie, że kredyt stał się narzędziem materialnego przewłaszczenia i ubezwłasnowolniania jednostki? Czy sadzicie, ze walka w obronie rzekomo uciskanych mniejszości i z tzw. mową nienawiści sprowadza się do niszczenia autorytetu rodziny (i nie tylko), niszczenia indywidualizmu i unifikacji społeczeństw na skale globalną?
    To nie są żadne teorie spiskowe. Rosnące rozwarstwienie materialne społeczeństw jest faktem. Coraz mniejsza ilość ludzi posiada coraz większą część majątku światowego. Na naszych oczach, za parawanami liberalizmu i demokracji kształtowane jest (globalnie) na nowo społeczeństwo klasowe, na czele którego, za plecami „słupów” (czytaj polityków), stoi garstka oligarchów. Coraz szybszym krokiem zmierzamy w kierunku feudalizacji stosunków międzyludzkich, zmierzamy z powrotem do epoki średniowiecza w jego najgorszej postaci.

  3. Świetnie.
    Krótko i na temat.
    I trzeba przyznać, że ma Pan rację. NIESTETY.
    I póki co nie widać żadnych mechanizmów, żeby z taką „polityką” skończyć.

  4. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że gdyby walnięcie się młotkiem w palec powodowało natychmiastowa euforię a ból dopiero za miesiąc, to wszyscy mieliby potłuczone na miazgę palce.
    Coś w tym jest. Tak działają narkotyki. Kiedyś były gigantycznym problemem, dziś po nie sięga tylko margines. Ludzie się nauczyli, że narkotyk to chwilowa przyjemność okupiona potem niewyobrażalnym cierpieniem, czasem do końca życia.
    Ostatnio nasze pokolenie przechodzi kurs kredytów. Za 10 – 20 lat lichwiarzy i banków nie będzie – nikt nie będzie chciał wziąć kredytu.
    Poza tym zastanawiam się, na ile etyczne jest kupowanie czegokolwiek w lombardzie, czy od komornika…

  5. Co do kredytow…Do lombardu można zanieść wszystko pod warunkiem ze ma się co..Kiedy skoncza się rzadowe dopłaty i ludzie będą musieli placic pelna rate za swoje mieszkanie a z praca będzie ciężko bo kryzys,bo oszczednosci to do lombardu będą maszerować nie po by oddac cos pod zastaw i kupic jedzenie ale by moc zaplacic characz bankowi i to będzie jasny wybor.Albo będę glodny albo będę z dupa na chodniku.Oni wybiorą to pierwsze.Bo nie maja wyboru.Wybrali podpisując umowę kredytowa..Powinien w Polsce powstać bank organow pod zastaw.Nerka,czy cos innego w zamian za kase,i do banku placic rate..

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.