Bareizmy

Dlaczego się nie buntujemy?

Nastroje są złe. Obiektywna sytuacja większości społeczeństwa jest jeszcze gorsza niż nastroje. A jednak siedzimy cicho. Nie wychodzimy na ulice, nie strajkujemy, a w ankietach badania opinii naszą sytuację materialną często oceniamy na wyrost, bo przyznanie się do biedy, do kłopotów finansowych przychodzi nam z wielkim trudem.

Tymczasem w zbiorowej wyobraźni naszego społeczeństwa bieda i niedostatek to zjawiska subiektywne, w dużej mierze zawinione przez osoby nimi dotknięte, a nie obiektywne, niezależne od jednostki. Człowiek biedny to leń, niezguła, pijak, dzieciorób, cwaniak żerujący na systemie pomocy społecznej, o roszczeniowej postawie, pozbawiony ambicji i nieprzedsiębiorczy. Przyznanie się do ubóstwa oznacza więc zgodę na potępienie, napiętnowanie w oczach własnych i otoczenia.

Ten obraz potęgują naukowcy. Do mierzenia zasięgu ubóstwa stosują oni metody gwarantujące optymistyczny obraz, w którym ubóstwo skrajne nie przekracza kilku, a umiarkowane kilkunastu procent populacji. Ta mniejszość staje się więc marginesem nowego wspaniałego świata, a w nim ludzie radzą sobie coraz lepiej, i w pocie czoła zarabiają na coraz to wyższy, europejski standard życia. Jeżeli więc dostatek i konsumpcyjny styl życia stanowią normę, biedę łatwo uznać za patologię.

Zwalanie winy na siebie

Charakterystyczne jest to, że osoby zadłużone, nieradzące sobie z płaceniem czynszu za mieszkanie, bardzo często już na początku wizyty w stowarzyszeniu Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej zapewniają, że nie są „patologią”, nie piją, ciężko pracują, czyli stanowią wyjątek od reguły, że bieda jest zawiniona przez biednych. Problem zasadniczy polega bowiem na tym, iż ludzie niezamożni o wiele łatwiej niż reszta społeczeństwa przyjmują surową, krzywdzącą ocenę grupy, do której należą z racji niewystarczających dochodów, i przynależności do której wypierają się jak tylko mogą.

Strach przed napiętnowaniem, ową przemocą symboliczną, jest często równie duży jak obawa przed eksmisją, zajęciem komorniczym czy utratą pracy. Jest w Warszawie ulica Dudziarska. Miejsce, do którego dociera tylko jeden autobus kursujący co godzinę, położone za torami, gdzie trudno się dostać, dokąd bardzo często eksmitują, i gdzie nikt nie chce trafić. Zgłosiła się do mnie po pomoc pewna pani, która właśnie za nic nie chciała tam trafić, bo „tam mieszka sama patologia”. Odpowiedziałem, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, ale jeśli mi się nie uda i ona tam jednak trafi, może przyjść do mnie kto inny i powiedzieć to samo: że nie chce na Dudziarską, bo mieszka tam pani, czyli patologia.

Tak długo jak długo trwa dominacja ideologiczna i psychologiczna bogatych nad biednymi, krzywdzicieli nad ich ofiarami, bunt jest nie do pomyślenia, a zamiast oburzenia i gniewu, porażka rodzi wstyd i upokorzenie, które raczej kryją się przed ludzkim wzrokiem, zamiast wywieszać sztandary buntu. Człowiek zadłużony, nękany przez komorników i windykatorów, z trudem walczący o zachowanie szacunku własnych dzieci, jest zbyt słaby i zdezorientowany, aby obiektywnie analizować przyczyny swej poniewierki, a tym bardziej kwestionować system, który nie dał mu szans na godne życie. Mechanizmem leżącym u podstaw tego nieoczekiwanego zjawiska obwiniania siebie i własnej, słabszej grupy społecznej za doznawane krzywdy jest nieuświadomione dążenie do minimalizowania psychologicznych kosztów, które płynęłyby z przekonania o niesprawiedliwości systemu społeczno-politycznego. W pewnym sensie korzystniej jest uznać, że własne położenie, czy też położenie grupy, do której się należy, jest zasłużone. Pozwala to uniknąć presji na oczywistą, wydawałoby się, w takim przypadku kontestację systemu.

Przywykanie do biedy

Kolejnym powodem cierpliwego znoszenia wyrzeczeń i robienia dobrej miny do złej gry jest fakt, że ludzie żyjący w sytuacji niedostatku przez dłuższy okres niejako do niego przywykają. Nie wierzą bowiem w poprawę losu i nie chcą się już więcej szarpać, gdyż wszelkie nadzieje wydają im się złudne, a dążenie do tego, żeby je realizować, dodatkową męką w ich i tak już ciężkim życiu. Z klasycznym przypadkiem takiej redukcji aspiracji mieliśmy do czynienia zaraz po wojnie, kiedy to pokolenie wojenne zwykło mawiać, że dopóki nie ma wojny i jest chleb, wszystko jest w porządku. Dwadzieścia kilka lat polityki rozwarstwienia, trwałego wysokiego bezrobocia, obniżania poziomu transferu socjalnego, malejącego udziału płac w dochodzie narodowym wytworzyło podobny do powojennego syndrom adaptacji do trudnych warunków, która obniżyła społeczne aspiracje, zredukowane do pragnienia elementarnego poczucia bezpieczeństwa. Wreszcie nie bez znaczenia jest związana z rynkowym porządkiem korporacyjnym uniformizacja społeczeństwa, któremu wmówiono fałszywą, szkodliwą dla człowieka skalę wartości. W ramach tej skali ludzie, którzy nie odnoszą sukcesu materialnego lub nie cieszą się przynajmniej elementarnym dostatkiem, są całkowicie pozbawieni autorytetu, co sprawia, że rzadko ośmielają się zabierać głos w sprawach publicznych. W konsekwencji nie biorą czynnego udziału w życiu politycznym i nie mają w nim swoich rzeczników ani partii. Wyjątkiem był epizod z Samoobroną i Andrzejem Lepperem, którego jednak szybko usunięto ze sceny nie tylko z powodu popełnionych błędów, ale zmowę całej klasy politycznej, która nie zaakceptowała obecności w życiu publicznym rzecznika pokrzywdzonych warstw społecznych.

Biedni wstydzą się więc swojej biedy i siedzą cicho. Głównie zresztą dlatego, że nie wiedzą, ilu ich jest. Ta prawda jest szczególnie skrzętnie przed nimi ukrywana, bo ona mogłaby stanowić o sile ruchu antysystemowego. Gdyby bowiem pewnego dnia zdali sobie sprawę, że stanowią większość społeczeństwa, mogliby pomyśleć np. o politycznym zorganizowaniu się i wygraniu wyborów. A tego elity wolą uniknąć.

Wymyślono więc cały katalog kłamstw, które mają stworzyć obraz biedy jako zjawiska dotyczącego zdecydowanej mniejszości społeczeństwa. Tymczasem to ludzie bogaci i zamożni stanowią według najnowszych badań znikomą mniejszość. Według KPMG osób, które mają dochody na poziomie 5000 zł netto i więcej, jest w Polsce zaledwie 650 000. Już samo ustanowienie granicy zamożności na tak niskim poziomie świadczy o rozpaczliwej chęci rozmnożenie w statystykach liczby tych, którym się powiodło.

Pięć tysięcy złotych miesięcznie to kwota, za którą można w miarę normalnie żyć, ale trudno poczynić znaczące oszczędności bez wyrzeczeń. W sytuacji, gdy państwo nie gwarantuje żadnego poczucia bezpieczeństwa w postaci godnego tej nazwy systemu ochrony zdrowia czy pomocy społecznej, oszczędności są jedynym sposobem realnego zabezpieczenia na wypadek utraty pracy, obniżenia zdolności zarobkowych czy choroby. Dwie trzecie polskiego społeczeństwa nie posiada żadnych oszczędności, a jedynie długi. Te same dwie trzecie nie osiągają płacy średniej i nie mogą sobie pozwolić na choćby tygodniowy urlop poza miejscem zamieszkania. Przy czym wszelkie braki w budżetach domowych uzupełniają pożyczkami, bo pomoc społeczna praktycznie nie istnieje. O mizerii większości społeczeństwa świadczy komunikat GUS, z którego wynika, że co druga rodzina w Polsce może sobie pozwolić, aby raz do roku pójść do restauracji.

Jednak media głównego nurtu eksponują głównie dobre, według nich, wiadomości, takie jak choćby fakt, ze rośnie liczba milionerów, wstydliwie pomijając fakt, ze równolegle i to w dużo większym tempie rośnie liczba niedożywionych dzieci. Fundację „Maciuś”, która odważyła się ujawnić dane o głodnych dzieciach w Polsce, natychmiast ukarano „przypadkową” kontrolą, która oczywiście wykryła nadużycia, co doprowadziło do jej publicznego napiętnowania. Jednak pierwsze dane o biedzie i niedożywieniu dzieci ujawnił unijny Eurostat, któremu polski establishment nie może odpowiedzieć pięknym za nadobne. Według jego raportów aż 25 proc. polskich dzieci jest wciąż zagrożonych ubóstwem i wykluczeniem społecznym, co w tłumaczeniu na język potoczny oznacza niedożywienie czy np. mieszkanie w warunkach nadmiernego zagęszczenia (75 proc. polskich dzieci mieszka w takich warunkach).

Ludzie niemający oszczędności, zadłużeni, niejeżdżący na urlopy, są biedni i stanowią w Polsce większość społeczeństwa. Dlaczego się więc nie buntują? Bo nie wiedzą, że są biedni. Bo nie chcą tego wiedzieć. Bo w masowej wyobraźni Polaków biedni są odrażający, brudni, źli. Płodzą zbyt wiele dzieci i nadużywają alkoholu. Biedę kojarzy się z bezrobociem, a nie ze zbyt niskimi zarobkami, śmieciowymi umowami, dorywczą, a nie stałą pracą. Większość Polaków ledwo wiąże koniec z końcem albo popada w coraz większe zadłużenie, ale nie chce nazywać tego biedą, skoro – według badaczy – biednych jest w Polsce najwyżej kilka procent i są to prawie sami nieudacznicy. Aby dowiedzieć się prawdy o dochodach polskiego społeczeństwa, warto odrzucić mylącą średnią i skupić się na wartości modalnej, zwanej też dominantą. I tak z danych GUS z października 2010 wynika, że: „Najczęstsze miesięczne wynagrodzenie brutto otrzymywane przez pracowników gospodarki narodowej wynosiło 2020,13 zł (dominanta, wartość modalna)”, podczas gdy płaca średnia wynosiła 3543,50 zł, a więc półtora tysiąca więcej. W IV kwartale 2012 r. przeciętne wynagrodzenie wyniosło 3690,30 zł, przy czym udział płac w dochodzie narodowym zachował tendencje malejącą. To znaczy, że jest uprawnione założenie, że najczęściej występująca płaca kształtuje się dziś na poziomie o co najmniej 1500 zł niższym niż płaca średnia, to jest wynosi około 2190 zł. Jeżeli w czteroosobowej rodzinie pracowniczej pracuje tylko jedno z małżonków, to dochód na osobę w rodzinie wyniesie 547 zł. Taka rodzina nie jest uprawniona do zasiłku z pomocy społecznej, gdyż kryterium dochodowe wynosi 451 zł na osobę w rodzinie.

Wyliczone przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych za rok 2011 minimum egzystencji dla czteroosobowej rodziny wynosiło 425 zł. Należy sądzić, że kiedy już zostanie ogłoszone za rok 2012, będzie wyższe ze względu na wysoki wzrost cen dóbr podstawowych dla tego chudego koszyka, jaki wylicza IPiSS (energia, mieszkanie, żywność) i wyniesie coś około tego, co zarabia na osobę najczęściej występująca rodzina pracownicza z jednym zatrudnionym dorosłym. Mamy więc sytuację, w której przeciętnie zarabiający, ojciec lub matka rodziny, nie spełnia wymogów dochodowych do zasiłku socjalnego, nie osiągając lub ledwie osiągając dochody na poziomie minimum egzystencji.

Trzy dziesiąte człowieka

Co robią naukowcy, żeby tego nie ujawnić? Dzielą dochód rodziny nie przez cztery, tylko przez 2.1 zgodnie ze zmodyfikowaną skalą OECD. Metoda ta wypracowana w krajach zamożnych opiera się na założeniu, ze dorośli wydają na siebie o wiele więcej niż dzieci. Zgodnie z tą skalą pierwszy dorosły w rodzinie liczony jest jako „1″, drugi jako „0,5″, a dzieci do 14. roku życia jako „0,3″. Te różnice na bogatym zachodzie Europy oznaczają, że dorośli wydają na urlopy za granicą, dobra kultury i dobra luksusowe. W Polsce musiałyby oznaczać, że dorośli będą jeść mięso, a dzieci nie. W rodzinie im niższe bowiem dochody, tym równiej je trzeba dzielić. Polki i Polacy chętnie godzą się z nierównościami, które są zasłużone. Wynikają z ciężkiej pracy i talentu. Czy elita, która tak umiejętnie okłamuje społeczeństwo, zasługuje na swoje przywileje? O tym zadecyduje większość, kiedy już się dowie, jak jest naprawdę.

Autor: Piotr Ikonowicz . Autor jest publicystą. 
W okresie PRL był działaczem opozycji, 
a latach 1992–2001 przewodniczącym 
Rady Naczelnej PPS

Reklamy

5 odpowiedzi »

  1. Jakie to prawdziwe…
    Bieda kojarzy się głównie z patologią i nieróbstwem, a sama muszę kombinować pieniądze na jedzenie, bo po zapłaceniu rachunków niewiele zostaje… Nie piję, nie palę, nie wydaję na żadne zachcianki, a i tak nie mam pieniędzy, heh.

  2. ale „Boże Narodzenie” (w cudzysłowiu bo przy postępującej laicyzacji to powinno się nazywać „Ogólnonarodowe Dni Konsumpcjonizmu i Żrenia”) co roku jest wyje.ane. Warto przeanalizować to pod kątem mentalności Polaków i ciągłego bytowania w myśl „zastaw się a postaw się”.

  3. hmmmm jak dla mnie to nic dziwnego coz sie beda martwic jak jeszcze maja na pare dni do…..garka nie funkcjonuje zadna mentalnosc polakow …..mentalnosc to w……mentosach bo…..mietowe…..sorry ale to wcale nie jest smieszne!!!!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.