Psychologia i pop-psychologia

Warszawskie „dzieci Tuska”. Zgadzają się na wszystko..

Duit to odmiana Słoika – czyli tego wracającego po weekendzie z wałówką od ojców. Duit (z ang. do it) zrobi wszystko, żeby do ojców nie wrócić.

Mają na Facebooku swoją słoik-parafię. Stworzoną dla prowincjonalnych, z katolickim rodowodem, będących w wiecznym miastowym niedoczasie na Kościół. Odprawili na Facebooku wielkopostne rekolekcje. Pisali „Jezus mówił ludowi: taką samą miarą, jak wy mierzycie, odmierzą wam i jeszcze wam dołożą”; „Wszak mówi Pismo: nie ma już różnicy między Żydem a Grekiem. Jeden jest bowiem Pan wszystkich”. To duchowa odpowiedź na ataki Rodowitych, którzy zarzucają Słoikom, że zabierają im warszawską przestrzeń zawodowo-parkingowo-przedszkolną.

Bo zabierają. 53 proc. spośród 2,4 mln żyjących w Warszawie ma korzenie – w języku socjologicznym – niskozurbanizowane. Z ankiet socjologicznych wyłania się silny przeciwnik dla Rodowitych: niskozurbanizowani nie posiadają ambicji kierowniczych, a warunkiem udanego życia są dla nich pieniądze i praca, rzadziej przyjaciele, wolność i pogoda ducha. W języku badaczy to tzw. potrzeby twarde. Więc ciągle przyjeżdżają, uprzedzeni przez tych, którzy już przyjechali, że nie wysikają się na szczycie świata.
Na początek

A. to w terminach socjologicznych potomek (A. jest kobietą) przeciętnych mieszkańców terenów niskozurbanizowanych. Matka we wsi pod Białymstokiem płakała, gdy A. jechała na Uniwersytet Warszawski studiować socjologię. Wiedziała, że dzieciak jej nie wróci. Do czego? Żeby we wsi wyprowadzić się od rodziców, trzeba zbudować dom. Żeby zbudować dom, trzeba pracować. A miejsca pracy są już obsadzone starym establishmentem gminnym: wójt, obsługa wójta, jedna księgowa, jeden informatyk, jeden doktor, kilku nauczycieli. Wieś opuściła jedna trzecia klasy, do której chodziła A.

Pierwsza kawalerka wynajęta we trzy. Najtańsze są na Targówku, dawnej sypialni FSO Żerań. Rodowici dostają je po św. pamięci dziadkach – robotnikach. Nieremontowane od Gierka, obite drewnianą boazerią, z prusakami w zsypach na klatce. Materac, 1200 kalorii dziennie, wyciąganych z zup chińskich. Z niskozurbanizowanych domów wynosi się zmysł praktyczny. Np. zatrzymuje się tekturowy kubek z Coffee Heaven. Nalewa się do kubka prywatną kawę i idzie się pochodzić Krakowskim Przedmieściem. Dla początkujących tekturowy kubek jest wyznacznikiem wtopienia się w miasto.

Rodowitym z roku nie podobało się, że A. daje kserować wykłady za darmo, zaniża tutejsze standardy. Oraz to, że zabrała 1300 zł ministerialnego stypendium. A. patrzyła, jak Rodowici, mając metro co dwie minuty, przeskakiwali przez bramki, żeby gdzieś zdążyć.

B. to w terminach socjologicznych potomek (też kobieta) lokalnej elity. W terminach mławskich – dziecko dyrektorstwa szkoły. Dzieci dyrektorstwa dokooptowywały do siebie w Warszawie. Pierwsza urządziła się najstarsza siostra, potem dobił do niej drugi brat. Gdy na końcu dobijała B., tamci już siedzieli w bankach na kasjerskich stanowiskach. Najwięcej szczęścia miał średni brat. Odłączył od reszty i wynajął pokój u babci, która, bardzo go polubiwszy, zostawiła bratu mieszkanie w spadku. B. nie była onieśmielona Warszawą. Od dzieciaka przyjeżdżała z rodzicami zostawiać braciom słoiki. W ankietach socjologicznych potomkowie lokalnej elity wypadają jako najmniej – spośród niskozurbanizowanych – zagubieni w życiu, byli trenowani w poczuciu wpływu rodziców.

W dużym domu w Mławie zostały ich pokoje, odkurzane co sobotę.

C., potomek rolników spod Białej Podlaskiej, szukał pracy jeszcze z budki telefonicznej, szeleszcząc „Życiem Warszawy”. Jeszcze w czasach, gdy o to, skąd pochodzi, Rodowici pytali raczej z ciekawości. Ale to było bardzo dawno.
Na nerwy

Rodowici nazywają ich mieszkańcami bez weekendów. Piszą na forach, że drażni ich niedzielny brzęk walizek na kółkach przy dworcach. W poniedziałek pomaszerują do pracy ramię w ramię, Słoiki i Rodowici. Np. do telemarketingu, wciskać ludziom produkty trwałe i szybkozbywalne. Ci pierwsi godzą się na pieniądze, po które Rodowity nawet by się nie schylił. A słoiki mogą, bo matula napichci kapuchy, ziemorów wykopie, jajków od kurów zbierze i minimalna im starcza.

Więc siedzą Słoik z Rodowitym w tych samych oktagonach (okrągłe stoły na osiem boksów). Rodowici, choć też niewolnicy, podsłuchują z wyższością, jak ci pierwsi się prostytuują, wrabiając ludzi telefonicznie w najgłupsze prenumeraty, abonamenty, z których trudno zrezygnować: zależy panu na bezpieczeństwie swojej rodziny, prawda?; dzwonię z wydawnictwa z życzeniami.

Są proaktywni (to ktoś bardziej niż aktywny). Zostają liderami miesiąca, wyciągając 2,5 tys. brutto. Potem kupują mieszkania w dzielnicy im. Franciszka Szwajcarskiego (Białołęka) i przenoszą do miasta Rodowitych swoje podwórkowe nawyki, psując im osiedlowy krajobraz strzeżony. Nawyki: stawiają samochody jak taczkę z gnojem na dwóch miejscach parkingowych, w sobotę godzinami sprawdzają silniki, piją piwo przy dzieciach na placu zabaw, wychodzą w dresowych gaciach na taras zapalić papierosa, przez barierki przewieszają mokre ręczniki, zostawiają worki ze śmieciami na wycieraczce, przed drzwiami budują sobie półki na buty, a przez okno wyrzucają zeschłe choinki.

Rodowici robią akcje: Miastowi za biurka, Słoiki na pole. Bo Słoiki wycierają sobie gęby ich miastem. Wytarcie gęby polega na tym, że najbardziej Rodowici, czyli ci ze Stalowej, Ząbkowskiej, Brzeskiej, myją im szyby w służbowych autach. Radzą Słoikom odwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego, żeby oczyścili się z przaśnego myślenia o potrzebach przyziemnych i nabrali szacunku dla miasta. Na Białołęce jeden Rodowity kierowca autobusu miejskiego nie wytrzymał i zwyzywał Słoika od tych sztucznie dolepionych.

Słoiki odszczekują się, zwierając szeregi na Portalu Warszawiaków Prowincjonalnych. Psycholodzy diagnozują ten antagonizm jako naturalny dla czasów utraty poczucia bezpieczeństwa, gdy ludzie postrzegają się nawzajem jako potencjalnych konkurentów.
Na kompromis

7 lat temu A. robi notatki na pierwszym socjologicznym wykładzie. Prof. Paweł Śpiewak mówi, że są wybrańcami, elitą. Minęły lata. Jej CV wybrała tylko firma sprzedająca akcesoria medyczne. Puściła tę pierwszą kawalerkę na Targówku nowym dobijającym spod Białegostoku i wynajęła drugą na Pradze. Z obtłuczoną figurką Maryi na podwórku. Od 1,5 roku już nie wisi na maminych pieniądzach i pielęgnuje swój biurowy etat. Mama mówi, żeby nie pytała o podwyżkę, bo pokorne cielę dwie matki ssie. Może racja? Powinna być wdzięczna firmie, że dzięki niej nie wróciła z dyplomem na wieś. Czuje się zaszczycona, odkąd dostała od team leadera karnet do fitness klubu.

C., ten potomek rolników spod Białej Podlaskiej, to Słój, czyli Słoik starszy. Słój zdystansowany. Rano wysiada na Metrze Wierzbno i odpala papierosa. Czeka na luźniejszy tramwaj. Aż z metra wyleje się rzeka młodych korporacyjnych, którzy w kieszeniach teczek na laptopy mają mapy miasta. Odjeżdżają w kierunku biurowców na Służewie. C. należy do korporacyjnych seniorów, nieprzemęczających się, forwardujących pracę duitom. W korporacji mówi się: zlećcie to duitom. Duit to junior, którego można wrobić w najczarniejszą robotę. Im bardziej niskozurbanizowane korzenie duita, tym mocniej da się wyciskać. C. nie ma nic przeciwko. Kiedyś też mu forwardowali.

Tomasz Kozłowski, psycholog diagnozujący procesy grupowe w zespołach, widzi w korporacyjnych boksach imitację relacji z dawnych jednostek wojskowych, gdzie było istotne, kiedy kto przyjechał. Choć wszystkich ubierano tak samo, 1,5-roczny żołnierz prezentował się nonszalancko, miał gdzieś odpięty guzik, poluzowane dziurki na opinaczach butów, a młody był dopięty. W definicji ks. Jacka Stryczka, duszpasterza ludzi biznesu, korporacyjny system zwalania obowiązków na słabszych działa niewidocznie, jak różaniec odmawiany zbiorowo – idzie dalej, mimo że ktoś się zatnie. Podobnie w korporacji. Nie wszyscy muszą robić, żeby maszyna działała. Przy czym ci, którzy milcząco odwalają robotę za innych, to dla księdza tchórze. W tym sensie, że robią to ze strachu.

Więc tchórze. Pewnie, będąc w ciągłym niedoczasie, nie czytali książki Joanny Krysińskiej „Homo corporaticus” o niuansach bycia dobrym podrzędnym: 1. Stosować technikę 3D, czyli lizać dupę szefa, ale wyrafinowanie, bo szef też ma szefa. 2. Kląć dużo, czyli dać się zauważyć jako osoba harda. 3. Zapisywać na odwrocie wizytówek ważnych ludzi: ile ma dzieci, jakie lubi wino, czyli przyjaźnie się przydają. 4. Kupić mieszkanie blisko korporacji, czyli poinformować team leadera o oddaniu.

Ankietowani Rodowici idą do pracy z powodu pieniędzy, odchodzą z powodu trudnych relacji z przełożonym. Ci o korzeniach niskozurbanizowanych w porannych rozmowach licytują się nie na to, ile piwa wypili poprzedniego wieczoru, ale ile maili służbowych wysłali. Najlepsze wrażenie robią maile wysłane ok. północy, z opcją DW szefa.

Podczas gdy korporacyjni Rodowici ciągle mieszkają u matki, dyzmują, inwestując w potrzeby miękkie, niskozurbanizowani z pochodzenia łykają w boksach musujący Plusssz Up, który wchłania się w kwadrans i odświeża.
Na weekend

W piątek blachy LZA (Zamość), LLU (Łuków), BIA (Białystok), WRA (Radom), LU (Lublin), LBI (Biała Podlaska) zwalniają miejsca parkingowe i korkują wylotówki. W Raszynie (jadący w Kieleckie), Starej Miłosnej (w Lubelskie), Markach (w Podlaskie). W radiu CB słyszą: Warszawiaki do łojców jadą.

A. co piątek ciągnie do pracy torbę na kółkach. W torbie ma markowe ciuchy z wyprzedaży i puste plastikowe pojemniki opróżnione w tygodniu. Wyjazdy do domu traktuje jako ratujące budżet uzupełnienie bilansu białek i tłuszczów. Matce wiezie miejską wałówę, czyli przeczytane kolorowe gazety i książki Coelho. Babcia piszczy: Jak ty nosisz się po warszawsku. Jak buty dobrane do tego śliwkowego żakieciku. Babcia mówi sąsiadkom, że wnuczka jest na eksponowanym stanowisku, specjalista, koordynator produktu, dostała z funduszu socjalnego karnet na aerobik.

C., potomek rolnika, najpierw jeździł do ojców, jak teraz siostra, co tydzień. Potem co dwa. Dziś tylko na duże święta. Wiezie dla matki nasiona. Zleciła telefonicznie kupić: buraki czerwone, marchew cienką wczesną, pomidory najwcześniejsze, pietruszkę późną długą, soczewicę na pierogi, soję, słonecznik. Zaraz będą obsiewać. Matka mówi, że u niego w Warszawie z nasionami jest najtaniej.

Pierwsze pytanie matczyne do Słoika: jesteś głodny? W dużym pokoju jest zawsze uroczysta kolacja. Przy stole opowiada się, co w Warszawie. Mówi się, że Rodowici to zarozumiałe lenie, nosem rysują kasetony w biurowcach. Ojciec czerwieni się po wódce, że jakoś nie zawadzało Warszawce, kiedy chamy i buraki odbudowywały im stolicę. Matka mówi, że musieli osiągnąć w życiu niewiele, skoro dowartościowują się tym, że babka leży na Powązkach. Ojciec mówi: a kogo pokazują w telewizji na manifestacjach? Zamiejscowe autokary pokazują.

Nierodowici obserwują w Kościele tutejszych kolegów z klasy, którzy – mówiąc korporacyjnym polanglishem – nie ewoluowali. W związku z czym słabo performują, czyli nie idzie im życiowo. Mówiąc po ludzku, walą bekę – to określenie na nicnierobienie. Każdą imprezę w remizie kończą bójką na sztachety.

B. wychodzi na Mławę spotkać w pubie znajomych z klasy, absolwentów Politechniki Warszawskiej. Informatycy, maklerzy, analitycy. Można powiedzieć, że Mława jest wydrenowana z najlepszych. W smutnym miasteczku zostali leniwi bądź niezbyt bystrzy. Przeważają mężczyźni. Socjologowie większy odpływ kobiet z terenów niskozurbanizowanych tłumaczą wyższą potrzebą lepszego spędzenia życia.
Na miłość boską

Mama pisze esemesa do B.: Dziś Środa Popielcowa. To sygnał, że ma pościć. Mama boi się o B. W domu jej dzieci były kościelnie dopilnowane. W mieście córka oddala się od łona. Ma antyklerykalnego chłopaka, a w domu odwiedza ją gej. B. odpisuje: dobrze, mamo.

W Mławie wszyscy byli monokulturowi seksualnie i religijnie. B. miała – mówiąc językiem socjologicznym – niewielką liczbę zajawek, czyli dostępnych możliwych światów. Nigdy nie musiała się określać wobec np. geja. Trzeba było pierwszy raz zadać sobie pytanie: kim jestem? Ten moment w psychologii nazywa się autodiagnozą. W Słoikach, zwłaszcza tych z tradycyjnego północno-wschodniego zaplecza, siedzi duża schizofreniczność. Z jednej strony ciąży na nich presja moherowych babć, z drugiej miastowa grupa społeczna, do której aspirują, gdzie często kompromituje się Pana Boga. Należy wybrać, co jest prawdziwe. I uzasadnić swój wybór. B. wybrała nieradykalne msze u dominikanów, bez prowincjonalnych akcentów kato-endeckich. Mamę martwi, że są zbyt luźne intelektualnie.

Babcia pyta A.: Czy na pewno mieszkasz blisko kościoła? Tak, babciu. Babcia martwi się. Zna codzienność warszawską z seriali, które zawsze są przerysowane: albo w domu jest gosposia, albo mieszka się na ulicy. Raz odwiedziła A. Źle wyrażała się o tutejszych kobietach. U siebie na wsi nawet w dzień powszedni nie widziała tylu kobit chodzących w kaloszach. Babcia zwróciła uwagę, że szklane biurowce nie mają klamek w oknach.
Na później

Marzenia A.: za kilka lat spłacić kredyt studencki i zawekować się, czyli kupić mieszkanie, urządzić je w stylu minimalistycznym, mieć salon z białą sofą, ale bez telewizora. Ciągle siedzi w wynajętej kawalerce, stawia książki za szybę gierkowskiej meblościanki i aż ją to boli.

C., w papierach ciągle rolnik z meldunkiem we wsi pod Białą Podlaską, został już – w słoiczej terminologii – Gorącym Kubkiem. To dojeżdżający, np. wukadką, do pracy w Wawie, śpiący gdzieś niedaleko. Jest ich 495 tys.

C. ma dom pod miastem. W domu dwie zamrażarki skrzyniowe. Już turla się do matki po większe gabaryty, typu dwa zacięte indyki, a każdy po 25 kilo. Ma też dziecko, lat 4, urodzone w tutejszym szpitalu. Nie jest rozpieszczający. Niech dzieciak się hartuje. Matka zawsze mówiła, że krowa była bardziej absorbująca niż C. A co dzieciakowi trzeba prócz jedzenia i ciepła? Matka sprzedała gospodarkę, zostawiwszy hektar ogrodu za domem. Plony podaje na busika. Są zapakowane w ruską kraciastą siatkę z wiecznie psującymi się suwakami, które obszywa nitką. Dla pewności jeszcze owija sznurkiem. C. bez wstydu podjeżdża po siatki służbowym autem.

Źródło: http://miziaforum.wordpress.com/2013/04/12/dzieci-tuska-prostaczkowie-wychowani-po-nowemu-oni-juz-zgadzaja-sie-na-wszystko/

Reklamy

6 odpowiedzi »

  1. „W Raszynie (jadący w Kieleckie), Starej Miłosnej (w Lubelskie), Markach (w Podlaskie).”

    W gdzie jadący w np. Łódzkie, Krakowskie, Katowickie? Takich blach nie widujesz w piątki przy wylotówkach? Dziwne.

  2. To smutna rzeczywistość. Wygląda jak matnia, zarzucona sieć. Po co się jeszcze pastwić nad tymi biednymi młodziakami. Ogólnie to Matrix. Niewielu ma układy w „wilkowyjskich” gminach. A bez układów z niczym (zazwyczaj) nie ruszysz. A co do wałowki od rodziców…….o niebo lepsza niż „pastewne żarcie bliżej GMO niż gnojówki” z supermarketów. Nie twiedzę idealistycznie, że pochodzenie się nie liczy. Liczy się. Żadne fakultety nie zagłuszą naleciałości ze środowiska najmłodszych lat. Żadne. Z drugiej strony znam wielu drani z przeintelektualizowanych elit z wielkich miast. Wystarczająco wielu, by powiedzieć tym „słoikom” z prowincji, że póki czerpią z dobrych wzorów, nie powinni mieć kompleksów. Ważne, by jedni i drudzy się rozwijali i szukali ucieczki z Matrixa. Tylko niestety oni rzadko to robią. Poddają się raczej propagandzie masmediów, żyją weekendem w pubie, leczeniem kaca w poniedziałek rano i całą tą odrażającą gejowsko-wyuzdaną papką. Tak, to dzieci dzisiejszego systemu. Kiedyś jakiś profesor (wygląda, że ten prawdziwy,) powiedział, że to jest pierwsze w dziejach Polski pokolenie, które nie ma wyższych ideałów. Którego celem jest tylko kasa. Oni by w powstaniach nie ginęli. Oni by za prawdą murem nie stanęli. Najpierw by przekalkulowali „ile można stracić a ile zarobić”……………Ot………..Smutne do bólu. I dlatego, że są tak ogłupiali, nie współpracują ze sobą, nie szanują się na wzajem. Nie szukają wyjścia z matrixa i dali sobie wmówić, że ONI są pępkami świata, a wcześniejsze pokolenia nic o nim nie wiedziały…………………….. Myślą, że są wewnątrzsterowni a są zewnątrzmanipulowani.

  3. Czemu ten artykuł służy? Czy chodzi tutaj o skłócanie Polaków i napuszczanie jednych na drugich, lub wręcz ośmieszanie Polaków na cały świat? Tym przyjezdnym
    dodaje się jakieś cechy jakby wszyscy przyjezdni do Wa-wy mieli takie wady.
    Ja uważam ten artykuł za antypolski. Jesteśmy jednym Narodem a nie folwarkiem
    władzy i jej obstawą.

  4. Dopóki nie masz głupich i bezsensownych ambicji typu „założyć rodzinę”, „mieć dzieci”, „usamodzielnić się”, „rozwijać się” i takich tam głupich dyrdymałów, to można wybrzydzać i nie być duitem – słoikiem u siebie na wsi oraz okładać się sztachetami po potańcówkach w remizie. A jak oczekujesz od życia wyżej wymienionych i innych bzdetów w stylu „godne życie”, to rok, czy 2 bezrobocia bardzo szybko Ci optykę zmieni. Po roku bezrobocia, jak dostaniesz pracę w korporacji płatną na poziomie średniej krajowej, czujesz się, jakbyś Pana Boga za nogi obłapił i nawet, jeśli jesteś kompletnie antykorporacyjny i wnerwia Cię ta rzeczywistość – idziesz i zaczynasz traktować absurdy korporacji jak część Twojej pracy – płacą Ci za to, żebyś pracował mniej wydajnie przez tracenie czasu na bzdurne ankiety, szkolenia, zebrania i inne takie pierdoły. Ale skoro za to płacą i jeszcze chwalą za sumienność i wzorową postawę – pracujesz posłusznie i niczym się nie przejmujesz. Cieszysz się, że w tym całym bezrobociu i bryndzy masz zajęcie i jakikolwiek dochód.
    Zasadniczo, to lepiej byłoby po prostu się powiesić albo utopić niż żyć w tym absurdzie dalej, ale ludzie albo są niewierzący, za to hedoniści, nawet, jak są bezrobotni i przymierają głodem, albo wierzący i mając w d… hedonizm – nie mogą sobie zrobić qq, bo to się Bogu nie podoba.

    • „Zasadniczo, to lepiej byłoby po prostu się powiesić albo utopić niż żyć w tym absurdzie dalej, ale ludzie albo są niewierzący, za to hedoniści, nawet, jak są bezrobotni i przymierają głodem, albo wierzący i mając w d… hedonizm – nie mogą sobie zrobić qq, bo to się Bogu nie podoba.” — @Pokręć, trafiasz 100 % w sedno!
      Świetny post!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.